pamiętnik za grobu 7

Pamiętnik zza grobu cz. 7

Wyszłam na powierzchnię.

Tak, dobrze czytacie. Nie – wyjrzałam, by poobserwować. Nie – siadłam bezpiecznie na skraju grobu, żeby w razie czego wsunąć się szybko do środka. Wyszłam, po raz pierwszy od wielu nocy! Co więcej: wyszłam z zamiarem interakcji międzytrupiej. Wyszłam, by jak na trupa przystało spróbować trochę pożyć. Bo mogłam.

Bo chciałam.

Zaraz zakręcił się wokół mnie poczciwy trup Arkadiusz, słodząc mi, jaka to jestem trupioblada i jak to ukatrupiłby dla mnie nawet grabarza. Gdy zajęła go inna trupica, ja porozmawiałam trochę z panią Barbarą, tą, która myśli, że nadal żyje. Opowiadała mi rzeczowo, że planuje wybrać się jutro do apteki po witaminę D, która wzmacnia kości, bo kręgosłup daje jej w kość nie na żarty. Starałam się nie patrzeć na jej wielką dziurę w czole i grzecznie przytakiwałam – o kręgosłup, zwłaszcza moralny, trzeba dbać.

Kiedy spacerując zapatrzyłam się w piękny sierp księżyca i gwiazdy, wpadłam na Weronikę, która to wykonywała danse macabre z Eustachym. Wystraszyła się na mój widok, co najmniej jakby ducha zobaczyła. W końcu ostatnim razem, gdy z nią rozmawiałam, nagadałam jej w sprawie zdrady żyjącego męża z tym oto eleganckim trupem Eustachym. Tym razem jednak posłałam jej uśmiech i mrugnęłam zachęcająco. Takich przystojnych umarlaków jak Eustachy to ze zniczem szukać! Jako że nadal była speszona, przywołałam kopniętego Wiesia, tego od niekontrolowanych wygibasów po porażeniu prądem. Zatańczyliśmy przedziwnie wśród nagrobków my, zatańczyli i oni, ze szczęściem wymalowanym na twarzach. Nietypowa akcja, ale sądzę, że zgrana z nas była trupa.

Na sam koniec zauważyłam jego. Adama. Jak zwykle siedział na grobie i gapił się w niebo. Nie żyć, nie umierać – pomyślałam. I siadłam koło niego. Spojrzał na mnie niepewnie bardzo smutnym wzrokiem, tak głęboko melancholijnym, że zaraz poczułam z nim więź. Nikt z nas się nie odezwał. A potem oboje wpatrywaliśmy się bez słowa w bezchmurny nieboskłon. Ja myślałam o mężu, który zniszczył mi życie, a on – Bóg wie o czym. Trwało to tylko chwilę, bo uznałam, że jestem na to zbyt sztywna, i uciekłam szybciej, niż bym chciała.

No, to tyle tej nocy. Grunt to zdrowie, wróciłam więc do mojej ziemianki. Ale wróciłam z uśmiechem na gnijącej twarzy. Było dość dziwnie, mimo to… całkiem fajnie!

Skąd mnie naszła taka ochota na ten nocny wypad? Nie jestem pewna. Chyba po prostu pomyślałam sobie, że zostało mi tylko moje życie w nieżyciu i to ode mnie zależy, co z nim zrobię. Skoro i tak mam się źle czuć, to co za różnica, czy będę gnić we własnym grobie, czy też na zewnątrz, wśród innych? Na górze chociaż może wydarzyć się coś ciekawego, a w zamknięciu jedyną rozrywką poza biczowaniem się własnymi myślami są wyścigi czerwi – który pierwszy wlezie mi za skórę, ten wygrywa.

Tej nocy wyszłam z siebie i wyszło mi to na dobre. A wy? Wyszliście gdzieś ostatnio?

Do następnego, szczęściarze!

Czytaj dalej –> cz. 8.