Pani Stasia
Każdy kojarzy taki typ staruszki, która jest taka biedna, przesympatyczna, zawsze się do wszystkich uśmiecha i aż strach nie pomóc jej nieść zakupów.
Pani Stasia należała do tej grupy.
Ale tylko pozornie.
Pani Stasia była złem wcielonym. Wiem, bo kilkanaście lat żyłem w jej sąsiedztwie. Istny wilk w owczej skórze. Już teraz nabierała wszystkich wokół, uśmiechając się niepewnie i rozglądając niewinnie wokół. Na pewno już bada teren! Niechętnie pomogłem jej wstać. Była, mówiąc łagodnie, grubej kości; garbiła się mocno, na pewno ostentacyjnie, aby każdemu zrobiło jej się żal. Białe włosy miała spięte wysoko w ścisły kok, co uwydatniało jej okrągłą, bladą twarz, przepełnioną masywną siatką zmarszczek i plamek starczych. Jej podkrążone oczy miały piwny kolor, tak jasny, że podchodzący pod żółty. Sama zresztą była ubrana w żółtą, długą do kostek, akrylową suknię z zielonkawą marynarką w paski. Prawdziwy wąż, jadowity i wstrętny!
– Czyli mam rozumieć, kochani, że jestem żywym trupem i że wraz z przebudzeniem się dołączyłam do wspólnoty cmentarnej? Kurczę pieczone!
– U nas jest naprawdę sympatycznie, droga Stanisławo – powiedział z uśmiechem Henryk. – Racja, mentorze?
– Jak dotąd było wspaniale – odparłem, patrząc wymownie na panią Stasię. Mój gigantyczny kac wcale nie pomagał mi w próbie bycia miłym.
– Ojej, Gustusiu, zostałeś przewodnikiem? To dopiero gratka!
Nie bardzo ożyła, a już zaczęła mnie irytować swoimi tekstami.
– Czyli się znacie? – spytała Ali.
Chciałem powiedzieć: niestety, ale wymiociny naszły mi do gardła i sąsiadka mnie uprzedziła.
– Ależ tak, mieszkaliśmy na tej samej ulicy. Och, ileż razy widziałam go wracającego na czworakach do domu… Gustek, Gustek, przechera była z ciebie! A teraz znów jesteśmy sąsiadami, czyż to nie fenomenalnie? Będziemy mieć stale na siebie oko!
– Och, jak fenomenalnie – mruknąłem.
Tymczasem pani Stasia zaczęła gramolić się z dołu na powierzchnię. Zanim zdążyłem choćby rozważyć, czy jej pomóc, czy też nie, Kostek już przy niej był.
– Niechże waćpanna się nie trudzi, ja udzielę pomocy!
No to już wiedziałem, kogo sobie owinie wokół palca. Podciągnął ją swoimi rękami, a raczej kośćmi, tak że aż mu mały palec odpadł, zostając w dłoni pani Stasi. Ta lekko się wystraszyła, ale po chwili już przytwierdzała kość w odpowiednie miejsce. Kostek patrzył na nią jak urzeczony.
– Dziękuję panu za pomoc, cóż za poświęcenie…
– Żaden pan! Jam jest…
– Kostek, wracaj no tu – warknęła z tyłu jego żona z rękami założonymi na piersiach.
Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać, ale ukradkowy chichot Ali sprawił, że sam parsknąłem śmiechem, na co pozostałe trupy obdarzyły mnie karcącym spojrzeniem. Odchrząknąłem prędko i wyszedłem na powierzchnię.
– Na pewno masz wiele pytań… – powiedział Henryk i spojrzał na mnie nagląco znad okularów.
– We wszystkim pani pomogę, pani Stasiu – odparłem, kryjąc swoją niechęć tylko przez wzgląd na obserwujące mnie wokół trupy.
– Jakież to miłe z twojej strony, Gustusiu. Widzę, że troszkę zmądrzałeś po śmierci, także spróbuję ci zaufać, a co mi tam, kochany!
Powiedziała to tak niewinnym głosem, a do tego zrobiła przy tym tak słodką, wręcz troskliwą minę, że niektóre trupy zrobiły ciche, długie „ooo”, jakby wcale mi właśnie nie ubliżyła. Kostek to już w ogóle był wniebowzięty, w przeciwieństwie do jego żony.
– Nie ma zatem na co czekać! – Henryk klasnął w dłonie. – No, Gustawie, oprowadź nową towarzyszkę po cmentarzu.
Zanim trupy się rozeszły, zdołałem jeszcze usłyszeć takie szepty, jak: „Mózg ma, gdzie trzeba”, „Ależ kochana babulinka!” czy „Nie dość, że rozgarnięta, to jeszcze taka urocza!”. Nawet Ali spoglądała na nią z sympatią. Niech tylko poczekają, to zobaczą, na co ją stać!
Wymieniliśmy się z panią Stasią długimi spojrzeniami. Czekałem, aż się odezwie, ale ta tylko patrzyła z uśmiechem, przechylając głowę. Uznałem zatem, że czas pokazać, gdzie jej miejsce.
– Musi pani wiedzieć, że jako mentor mam tu bardzo wysoką, niemal najwyższą pozycję i nie uda się pani mnie pogrążyć, nie pozwolę sobie na to!
– Ależ ja nie wiem, o czym mówisz, skarbie – powiedziała ze zdziwieniem. Udawanym zdziwieniem.
Coś zaczęło mi bulgotać w brzuchu. Udawałem, że nic się nie dzieje, chociaż dźwięk był nad wyraz głośny. Pani Stasia spojrzała tylko na mnie badawczo, po czym rzekła:
– Przyznam szczerze, Gustusiu, że niewiele rozumiem z tego, co dzieje się wokół. Cieszę się, że tu jesteś i że mi pomożesz. Pewnie mój mąż płacze za mną dniami i nocami… A moje dzieci, wnuczęta… Ach, jak tylko przypomnę sobie ten ból w klatce piersiowej przed zawałem… Przeczuwałam, że umrę, a jednak przyszło to tak niespodziewanie… Niech to kule biją…
Kurde, zrobiło mi się jej szkoda. Szybko skarciłem się za to uczucie. Wiedziałem, że muszę być przy niej czujny. Wystarczyło, że przypomniałem sobie, jak godzinami potrafiła siedzieć przy oknie z notatnikiem i spoglądać na ulicę. Gdy tylko uwidziała coś dziwnego, zwłaszcza późnymi wieczorami, nocą zresztą też, zapisywała to, a potem czyniła to, co lubiła najbardziej – rozsiewała plotki. O mnie krążyły już legendy na dzielni. Tam jednak nie zależało mi na opinii innych, nie tak jak na studiach, gdzie na szczęście nie miała swoich zasięgów. Ale nawet studia nie umywały się do tutejszego cmentarza. Po zakończeniu uczelni mogłem się przenieść w zupełnie inne miejsce. Stąd nie przeniosę się już nigdy.
Czy naprawdę bardziej zależało mi na opinii innych po śmierci niż za życia?
– Przykro mi – bąknąłem w końcu.
– Mnie też, drogi chłopcze, mnie też. Ale wygląda na to, że Bóg dał mi drugie życie. Należało mi się, tak sądzę. Mogę jeszcze wiele zdziałać, czyż nie?
O tak, oczywiście. Użalaj się nad sobą dalej.
– Ale wie pani, śmierć, ta prawdziwa, nadal czeka każdego z nas.
– Ojej, no tak, na pewno. A co zrobić, żeby ją… spowolnić?
Miałem ochotę odpowiedzieć: dużo spać. Ale aż takim okrutnikiem nie byłem. Nie pozostało mi nic innego, ja tylko ruszyć na powolny spacer z moim wrogiem numer jeden i zacząć tłumaczyć wszystko od początku. To, że czułem się fatalnie, było wielkim niedopowiedzeniem. Ale nie mogłem doprowadzić, by pani Stasia zauważyła, że mam potężnego kaca, bo na pewno zaraz wszystkim by o tym powiedziała, menda jedna.
Trzymałem się zatem dzielnie tak długo, dopóki na mnie patrzyła. Ale tak się złożyło, że jakieś dwadzieścia metrów dalej napotkała czekające już na nią znajome, w tym równie grubą jak ona, choć już mocno rozłożoną ciotkę i starą, piskliwą przyjaciółkę. Gdy tylko zaczęły się przytulać i całować w policzki (fuj), wycofałem się z wolna pod najbliższe krzaczki i zwymiotowałem obficie, czując, że żołądek przewraca mi się właśnie na drugą stronę. Kucnąłem na chwilę, żeby trochę ochłonąć. Kiedy uniosłem głowę, zdało mi się, że ktoś mnie obserwuje zza pobliskiego nagrobka. Nie ktoś, tylko Wioletta! Skrawek jej sukni nadal wystawał na brukowaną uliczkę. Wstałem gwałtownie, co poskutkowało potężnymi zawrotami głowy i kolejnym, nieprzyjemnym bulgotaniem w brzuchu. Znów spojrzałem w to miejsce, lecz rubinowego materiału już nie było. Chciałem natychmiast pobiec tam i przeprosić Wiolettę, ale pani Stasia wyrosła przede mną jak spod ziemi.
– Och, jak się cieszę, że Antosia i Bożenka tak dzielnie się trzymają! Na pewno opowiedzą mi o wszystkich pokutnikach. Ale najpierw musisz dokończyć swoje oprowadzanie, prawda, Gustusiu? – Spojrzała na mnie uważniej, po czym wskazała palcem na kącik moich ust. – O, tu masz jeszcze troszeczkę.
Przetarłem wymiociny, nie bez wstydu, po czym ruszyliśmy dalej pod górę. Zacząłem przyspieszać i mówić skrótami, byleby jak najszybciej móc się położyć do trumny. Pani Stasia wyraziła jednak wyjątkowe zainteresowanie kryptą.
– I mówisz, że przesiaduje tam pani cmentarza? Pierwsza? Do licha, musi być bardzo stara…
– Tak, żyje już od ponad wieku i ponoć jest bardzo straszna, bo wymierza sprawiedliwość i te pe. Nie lubię jej.
– Wymierza sprawiedliwość?
– No tak, na cmentarzu też panują zasady, dlatego należy się przyzwoicie zachowywać – powiedziałem z naciskiem, ale staruszka chyba nie zrozumiała aluzji.
Okrążyliśmy kryptę i znów ruszyliśmy w dół.
– Czy coś jeszcze chciałaby pani wiedzieć?
– Jakim cudem, Gustusiu, zostałeś mentorem?
Speszyłem się na to pytanie. Czy ono miało jakiś podtekst? Czy zrobiłem coś nie tak?
– Zupełnie przypadkiem, nie chciałem tego – przyznałem szczerze.
– Hmm… Musi to być niezwykle odpowiedzialna funkcja, czyż nie?
Pani Stasia patrzyła na mnie uważnie, ale uśmiechała się miło. A co, jeśli po śmierci wyzbyła się swojej wścibskości i najzwyczajniej stara się być miła? Co, jeśli teraz faktycznie jest po prostu zwykłą, martwą staruszką? Może planuje odkupić swoje winy?
– I to jak! – Zrobiłem odruch wymiotny, ale zaraz odkaszlnąłem dla niepoznaki.
– No to życzę powodzenia, synku. Tam stoją Bożenka i Antosia, chyba mogę już do nich dołączyć? Mam z nimi tyle do obgadania, że ho-ho!
Już miałem kiwnąć z ulgą głową na potwierdzenie, gdy nagle coś do mnie dotarło. Przecież pani Stasia była moją sąsiadką, na pewno wiedziała coś o tym, co działo się po mojej śmierci!
– Mam jeszcze pytanie do pani – powiedziałem zatem, czując jakiś dziwny stres. – Czy rozmawiała pani z moimi rodzicami po śmierci? Jak się trzymali…?
– Gustusiu, ale ty jesteś niewychowany! Naprawdę sądzisz, że jedyne, o czym myślałam w ostatnie dni mojego życia, gdy nawet siły nie miałam, by przy oknie siedzieć, to ty i twoja rodzina?
– Ja tylko…
– Ach, ta młodzież. – Pani Stasia westchnęła ciężko. Po chwili zastanowienia dodała jednak: – W każdym razie nie widziałam, by twoi rodzice choć raz wyszli z domu po pogrzebie, by choćby odwiedzić twój grób. Aha, i wiem, że nawet sobie jakieś ognisko z twoją siostrą urządzili. Mogło mi się zdawać, ale chyba coś smażyli na patykach. A dzień przed moją śmiercią to chyba świętowali coś, bo pili winko na tarasie i co chwilę przytulali twoją siostrę. Może znów coś osiągnęła? Ja cię sunę, to dopiero mądre dziewczę. Tak czy inaczej to chyba dobrze, że najwyraźniej świetnie się trzymają po tym, jak zginąłeś, czyż nie?
Poczułem ścisk w moim dziurawym sercu. Cóż, wiedziała całkiem sporo jak na umierającą staruszkę. Wzruszyłem ramionami.
– Pewnie tak. Idę już. Do zobaczenia. Życzę powodzenia – powiedziałem cicho, po czym podążyłem w stronę swojego grobu. Nagle ktoś zaczepił mnie z tyłu.
– I jak poszło? Kac-morderca dalej trzyma? – spytała Ali z uśmieszkiem. Potem zobaczyła moją przygnębioną minę. – Hej, co się stało?
– Nic – mruknąłem, idąc dalej.
– No weź, mi nie powiesz? – Ali próbowała dotrzymać mi kroku.
– Tak, tobie nie powiem.
– Ej, to chamskie! – zawołała z żalem.
– Przecież nie będę ci zawracać głowy, ja, ten płaczliwy, niby-zraniony dupek.
Ali stanęła w miejscu zszokowana, a ja przyspieszyłem kroku. Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Może chciałem, żeby się teraz ode mnie odczepiła. A może po prostu wolałem, żeby wiedziała, że pamiętam jej słowa. Dlaczego miałbym udawać, że jest inaczej?
Z kilkunastu zniczy tylko dwa świeciły się na moim grobie. Przypadek? Nie sądzę. Po chwili wskoczyłem do trumny i z ulgą zatrzasnąłem wieko. A potem rzecz jasna się rozpłakałem.
Czy naprawdę tak niewiele znaczyłem dla własnej rodziny?