Wiersze terapeutyczne

Białowidzenie
Kiedy budzę się dziś rano,
pełna pięknych, sennych wspomnień,
czuję w sobie iskrę znaną:
dziś należy tylko do mnie!

Deszcz nie gasi mego żaru,
gdy przed siebie gnam w podskokach.
Depczę w tańcu mrok koszmarów,
które wpełznąć chcą do oka.

Wokół jednak mnóstwo cieni,
a nie każdy ma pochodnię.
Ludzie chodzą źli, zgaszeni.
Na co komu żyć markotnie?

Wrze od pracy, kipi w biurze,
aż wypieki mam na twarzy.
Wypalenie – małe, duże –
mnie się dotknąć nie odważy.

Wieczór. Znów na jutro czekam.
Na co miałabym się żalić?
Czuję, że mi drży powieka.
To gorączka. Ach, jak pali…

Czarnowidzenie
Gdy otwieram z rana oczy –
znów koszmarów mrok ujrzały –
wlewam w siebie lęk proroczy:
dziś zawali się świat cały.

Dzielnie walcząc z tym amokiem,
tonę w świetle dnia w bezdechu.
Idę płynnie, krok za krokiem,
w głowie zaś mam listę grzechów.

Mijam ludzi i ich zbytki,
każdy uśmiech zaś mnie gnębi.
Czemu tkwią w tym szczęściu płytkim,
gdy ja ginę w swojej głębi?

W biurze wszyscy byle jacy.
Nie dożyją tu starości.
Monotonny przepływ pracy
powoduje falę mdłości.

W końcu wracam do mieszkania
i odpływam. W głowie waśnie.
Świat wciąż stoi. Jestem zdania,
że znów jutro dla mnie zgaśnie.

Widzenie
Budzę się, a sen ulotny
niknie w świecie mglistych marzeń.
Dzień to miły czy przewrotny?
Cóż, dopiero się okaże.

Choć mnie smucą ciemne chmury,
cieszę się z promieni słońca.
Stąpam lekko, mijam dziury.
Wiatr mi z czoła włosy strąca.

Atmosfera wnet gęstnieje –
oto tłumu jest wichura.
Ktoś się złości, ktoś się śmieje;
taka ludzka już natura.

Coś w powietrzu wisi w biurze,
lecz się temu nie poddaję.
Oto ja, we własnej skórze.
Umysł nie jest na wynajem.

Leżę. Chwilę mam wytchnienia.
Wzdycham. Dzisiaj mi zleciało.
Jutro? Nie wiem. To się zmienia.
Pora zrelaksować ciało.