
Robot Pochłaniacz
Kornelia od miesięcy czekała na tę promocję. Dziś nareszcie przyszło powiadomienie, że Robot Pochłaniacz jest o pięćdziesiąt procent tańszy, ale tylko do wieczora. Stać ją! Może to i najstarszy model z serii, ale to bez znaczenia – ważne, żeby spełniał swoją rolę. I że ona sama w końcu zyska szansę na poprawę swego żałosnego życia.
No, to jazda – wydała wszystkie oszczędności i zamówiła R2045, a dokładniej: Gary’ego, wyglądającego na około trzydziestkę humanoidalnego robota. Sam się dostarczył. Po prostu następnego dnia zapukał do jej drzwi. Dawać go tu!
Przywitał się grzecznie. Sympatyczna facjata, okulary dla efektu, biała koszula, lekki uśmiech wzbudzający zaufanie. Idealnie. Ważniejsza od aparycji była jednak walizka, którą trzymał. Kornelia aż się cała trzęsła z emocji. Nareszcie. Chodź tu, Gary! Nie ma na co czekać.
Siedli na sofie.
– Jak ci minął dzień, Kornelio? – zagadał Gary grzecznie.
– Nie denerwuj mnie, tylko weź się do roboty – odwarknęła. Bała się, ale nie chciała tego przyznać nawet przed samą sobą.
Gary przeprosił i rozpoczął przygotowanie do sparowania. Otworzył walizkę, żeby wyjąć dwie pary elektrod – jedną dla niej, drugą dla niego.
– Pozwól, Kornelio.
Z życzliwością wymalowaną na niezwykle realistycznej twarzy przyczepił jej pod grzywką do skroni dwa okrągłe plasterki. Sobie zrobił to samo, tylko znacznie mniej delikatnie. Następnie zaczął coś klikać na małym urządzeniu w walizce. Szybciej, szybciej!
– To stan mojego napełnienia – powiedział, wskazując procentowy słupek na wyświetlaczu urządzenia, aktualnie zielony. – Gdy dojdzie do stu procent, będziesz musiała przestać mówić. Przetworzenie potrwa około doby i jeśli tylko zechcesz, zaczniemy od nowa. Wierzę, że sobie poradzisz. Pamiętaj tylko, by nie zdejmować elektrod. Podczas słuchania mogę ci się wydać przybity, smutny lub zrozpaczony, ale nie powinnaś się tym przejmować, ponieważ…
– Mam to gdzieś – przerwała mu z niecierpliwością. Naprawdę nie mogła już dłużej wytrzymać. – Zaczynajmy wreszcie!
Gary znów przeprosił, jakby lekko zawstydzony. A potem nacisnął przycisk START.
Poczuła lekką wibrację na skroniach. Gary z wyczekiwaniem patrzył jej w oczy. Tak wiele razy myślała o tej chwili, a teraz nie wiedziała nawet, co powiedzieć. Wystarczyło jednak parę sekund, by obrazy kłębiące się w głowie od lat pojawiały się teraz jedne po drugich. Gary też je widział.
– Wszystko zaczęło się od tego nieszczęśliwego wypadku – odezwała się w końcu drżącym głosem – gdy nie upilnowałam siostry i przejechało ją to autonomiczne taxi. To była jego wina, a nie moja! Ale wszyscy zwalili na mnie. Gdybyś widział, Gary, jej ciało. No, spójrz tylko. Śni mi się często w najgorszych koszmarach. Widzisz to, prawda, Gary? Widzisz te nogi wygięte w złą stronę? Tę zmiażdżoną głowę? O Boże. Spójrz na wyraz twarzy mojej matki, na tę rozpacz, odrazę. Chciałam się do niej przytulić, chciałam, aby przy mnie była. Tak, Gary, to to spojrzenie. Chyba w tym momencie mnie znienawidziła. Odwróciła się i sobie poszła, zostawiając mnie samą. I wiesz, co było potem?
Nie mogła przestać mówić. Zanosiła się płaczem, zwłaszcza na początku. Wiedziała, że tak będzie, każdy tak miał. Tego wymagał proces. Opowiadała o dzieciństwie, depresji, nerwicy, paraliżach sennych, samobójstwie matki niedługo po wypadku, własnych próbach samobójczych, nienawiści ze strony ojca, ucieczce z domu. A im więcej mówiła, tym było jej lepiej. Lżej. Och, jak dobrze!
Gary natomiast z każdym kolejnym obrazem malał w oczach. Zgarbił się, sposępniał, podwinął nogi, otarł jedną łzę, drugą, potem łkał jak dziecko. Ponoć te nowsze modele nie okazywały już zbyt wielu emocji, on jednak nadal jechał na starym silniku, nazbyt ściśle wzorowanym na ludzkiej psychice. I dobrze, niech wie, co przeszła, niech to od niej zabierze i przetworzy. Ona zasługiwała na więcej, a on był tylko kupą kabelków z dodatkiem sztucznej inteligencji, tak jak ten żałosny autonomiczny samochód.
Nie doszła nawet do swoich szesnastych urodzin, gdy wskaźnik zaczął migać na czerwono. Wybiło sto procent. Mimo to, nakręcona, mówiła dalej. Nie była w stanie się powstrzymać. Robot Pochłaniacz leżał teraz na podłodze i zanosił się spazmatycznym płaczem. Jeszcze pięć minut opowiadała o tym, jak spróbowała podciąć sobie żyły w wannie, aż wreszcie zamilkła i uśmiechnęła się szeroko.
Na razie wystarczy. Koniec. Przejął to, teraz jej problemy to jego problemy. A gdy je przetworzy, ona uwolni się od nich na zawsze. Uda się!
Życie po raz pierwszy od dawna wydało jej się wspaniałe. Tak, nadal miała jeszcze sporo złych wspomnień, ale nadzieja, że już niebawem wszystkie znikną, wystarczyła, by łzy szczęścia popłynęły po policzkach. Zasłużyła na odpoczynek.
– Przetwarzaj, Gary, przetwarzaj – rzuciła do skulonego pod stołem robota. – Jutro część druga. Teraz idę na miasto, czas się trochę zabawić. Wrócę pewnie w nocy. No, to powodzenia, nie zawiedź mnie!
Wyszła, nie oglądając się za siebie. Jeszcze nigdy nie bawiła się tak świetnie na imprezie, bez stale towarzyszącego lęku czy stresu. Pełna luzu, żartowała, flirtowała, tańczyła, i to ze szczerą radością. Nie wiedziała nawet, że tak się da. A co dopiero będzie, gdy wszystkie złe wspomnienia znikną? Istny cud!
Wszystko zmieniło się, gdy wracała już do mieszkania. Niesamowity lęk wypełnił ją dosłownie w sekundę. Aż zwymiotowała. To pewnie elektrody – widać odpadły i proces przetwarzania został przerwany! A jednak dwa okrągłe plasterki pod grzywką trzymały się mocno.
Na wpół żywa, z trudem oddychając, dobiegła do mieszkania. Znalazła go w łazience. Gary leżał w wannie… martwy. Z podciętymi żyłami. A raczej kablami, które wystawały z nadgarstków, iskrząc niebezpiecznie. Dymiło z niego. Oczy miał szeroko otwarte, usta wykrzywione w rozpaczy, na policzkach zadrapania, a pod paznokciami resztki silikonu. Elektrody unosiły się na wodzie.
Wrzask Kornelii musiał zbudzić całą kamienicę.
Nie czekając ani chwili, zadzwoniła na całodobową linię producenta. Przez atak paniki ledwo była w stanie wyjaśnić, że jej robot jest uszkodzony, bo spróbował się zabić, i że to nie jest jej wina. Na szczęście rozmówca przyjął reklamację i obiecał, że z samego rana przyjdzie serwisant i naprawi R2045.
Kornelia, mimo końskiej dawki tabletek uspokajających, nie zmrużyła oka. Jak wcześniej Gary, kuliła się pod stołem. Ledwo przetrwała do rana. Na szczęście punkt szósta przyszło dwóch pracowników w strojach roboczych i zajęło się robotem.
Naprawili go w pół godziny. Wystarczyło, że elektrody znów zaczęły działać, a poczucie ulgi i spokoju na nowo wypełniło Kornelię. Uff!
– Może mieć pewne problemy, że tak powiem… emocjonalne… ale na to nic nie poradzimy – bąknął jeden z serwisantów, rozkładając ręce. – Proszę go tylko pilnować, żeby znów nie próbował się unicestwić, a proces przetwarzania powinien działać bezproblemowo. Potem można znów go użyć.
Kornelia odprowadziła ich do drzwi, a potem zbliżyła się do siedzącego na sofie Gary’ego, który tępo wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą.
– Jak mogłeś mi to zrobić, ty bezużyteczna kupo złomu! – zawołała. – Nawet nie wiesz, przez co przeszłam tej nocy. Rób to, co do ciebie należy, i przetwarzaj, bo wieczorem czeka cię część druga mojego gównianego życia. Rozumiesz?
Gary mrugnął kilka razy, uśmiechnął się życzliwie i przeprosił ją po raz trzeci. Właściwie znów wyglądał tak samo jak wtedy, gdy zapukał do jej drzwi. I tak miało być. Za to w końcu zapłaciła.
– Czy posiedzisz tu ze mną, Kornelio, i mi potowarzyszysz? – spytał niespodziewanie.
– Że co? – prychnęła. Odwróciła od niego wzrok. – Nie, radź sobie sam.
Zostawiła go w salonie i zamknęła się w drugim pokoju. Wmawiała sobie, że po prostu nie chce mu przeszkadzać w procesie przetwarzania.
I że jego spojrzenie wcale nie przypominało tego jednego spojrzenia matki.
Spojrzenia, od którego wszystko się zaczęło.