
Protokół: EWAKUACJA-ZDRADA
Siedziała sobie zestresowana w pokoju po pracy i rysowała w szkicowniku postać dziecka bawiącego się lalką, a tu nagle wrócił jej mąż po kolejnej nocy nieobecności, położył się na łóżku, oparł ręce za głowę i powiedział:
– Zdradziłem cię z nią.
Rok po ślubie, dobry timing, pomyślała, po czym w trybie natychmiastowym wszczęła protokół EWAKUACJA-ZDRADA. A brzmiał on następująco:
- Wzięła ze sobą latarkę, zeszyt i ołówek, pomachała mężowi i wyszła z mieszkania.
- Zgodnie z planem udała się do przygotowanej wcześniej na taką okoliczność mogiły, która stała skryta na skraju cmentarza, i zatrzasnęła za sobą wieko.
- Zaczęła krzyczeć i płakać, zaprzeczać: przecież to niemożliwe. Jak to tak.
- Wszczęła natłok myśli, czyli wspominki. Wspominała zatem, jak całkiem niedawno mąż powiedział jej, że zaczyna mu obojętnieć, powszednieć. I dlatego czas na przerwę od tego związku, zrobi to dobrze obojgu. A ta dziewczyna? Ona to przecież tylko koleżanka, jedna z wielu, ma prawo z nią pisać i się z nią widywać. Bez przesady. Przecież nie zdradziłby jej, powinna mu zaufać. Właściwie to niech wreszcie da mu spokój, bo robi się stanowczo zbyt nachalna.
- Rozpoczęła etap „gniew”, wołając: ***** *** ** ********. Czasem miażdżyła ręką czerwie, co dawało jej nieco ulgi.
- Zgodnie z protokołem zaczęła się obwiniać. No bo chyba była zbyt nudna, przesadnie depresyjna, narzucająca się, gorsza od tej drugiej, słowem: niewystarczająca, no nie? To wszystko to w sumie jej wina. Czy powinna się dla niego poprawić?
- Następnie przyszedł czas na punkt: depresja. Och, to jej poszło z łatwością. Przecież nic już nie miało sensu. Skoro bliska osoba po tak wielu latach może kogoś odrzucić, wymieniać stopniowo na „lepszy model” i wmawiać, że nie robi nic złego, to co to za świat? Na czym się oprzeć? Tylko mogiła, własna, samotna ciemnica, może być fundamentem bezpieczeństwa.
- Potem wszczęła etap pocieszenia. Pomogły jej w nim pukania w wieko trumny i pełne troski nawoływania bliskich osób, którzy zapewniali ją, że nie jest w tym sama. Wystarczyła świadomość, że gdzieś tam są i służą pomocą.
- W końcu należało wykorzystać rekwizyty. Świecąc latarką, rozpoczęła terapeutyczne szkice. Smutnych lalek, uśmiechniętych marionetek, pięknych, żółtych narcyzów, no, może z lekka uschniętych.
- Teraz: akceptacja. W tym punkcie zaczęła rozumieć, że zdrada to nie jej wina. Nie jej wina. Nie jej wina. I że jest wystarczająca. Wystarczająca. Wystarczająca.
- Protokół nakazał jej wreszcie wyjść na światło dzienne. Czy była gotowa? Trudno stwierdzić, ale jako że ciało zaczęło już gnić, musiała w końcu się ruszyć, inaczej rozkład tylko by postępował. Pożegnała robaki i otworzyła trumnę.
- Przyszedł moment konfrontacji. Choć trupioblada i zmarnowana, z uniesioną głową wróciła do mieszkania. Leżał jak zwykle na łóżku i rozmawiał z kimś przez telefon. Gdy ją zobaczył, odłożył szybko komórkę, westchnął ze smutkiem i powiedział:
– Mówiłem ci wcześniej, że czas na przerwę, to nie słuchałaś i widzisz, do czego doszło. Ale teraz wreszcie możemy do siebie wrócić.
– Nie – odparła pewnie, wdrażając jednocześnie punkt 13.
I tak oto siedzi w swoim własnym mieszkaniu, zadowolona z poprawnie przeprowadzonego protokołu EWAKUACJA-ZDRADA, i rysuje postać lalki bawiącej się dzieckiem. Fajnie to tak – wrócić z pracy i się nie stresować.