
Marzenie tego wielkiego komara
Był nieudacznikiem, odkąd się urodził, czyli od sześciu dni. Natura obdarzyła go rozumem i wiedzą, których inne osobniki zdecydowanie nie miały. I to sprawiało, że był bardzo nieszczęśliwy.
Duży, wstrętny komar, co? Odrażający samiec komarzycy? Ignorancja ludzi go zabijała. Dosłownie – w końcu on, koziułka warzywna, miał umrzeć za kilka dni, a jego jedynym celem było pozostawienie po sobie potomka. To znaczy potomków, z czterystu najlepiej.
Ale on nie miał na to ochoty. Pragnął czegoś więcej. Chciał spróbować ludzkiej krwi. Co, tylko prawdziwe komary mogą się opić? On jest jakiś gorszy? Skoro i tak wszyscy ludzie mają go za gigantycznego komara, to proszę bardzo – użre kogoś, brutalnie i bezlitośnie. A potem umrze spełniony.
No to wyleciał pełen odwagi z ogródkowego rododendrona rosnącego koło stawu, gdzie koczował drugą połowę swojego życia. Pierwszą spędził na podgryzaniu korzeni – robił to iście zajadle, na złość właścicielom. Teraz, uważając, by jego długie, niezdarne odnóża się nie poplątały, to wzbijał się w powietrze, to opadał na trawę. Upokarzające.
Wreszcie przysiadł na parapecie, łapiąc się ze złością na tym, że ciągnie go do światła. Nogi mu się rozlazły i omal nie spadł na ziemię. Żałosny, żałosny nieudacznik! Ale już niedługo.
Wleciał przez uchylone okno do środka, a potem, obijając się o ściany, zaczął szukać swojego marzenia, czyli dawcy krwi. No proszę, czyżby to jakaś marudna, umalowana nastolatka z nosem w telefonie, która…
– O fuj, komar! Tato, zabij go! Jaki ohydny!
Sama jest ohydna z tą swoją tapetą na gębie. Ciekawe, czy uda mu się przebić przez tę warstwę…
– Aaaa! Porzygam się! On chce mnie użreć! Tatoooo!
Zaczął jej latać po twarzy, próbując wbić się w skórę, raz, drugi, trzeci… i nic! Nie był w stanie. Nie miał czym.
– Złaź! Złaź ze mnie! O Boże!
Omal nie został zgnieciony jej rękami. Musi uciec, ale żeby choć kropelki nie spróbować… Nagle trach! Uderzenie sprawiło, że spadł bezwładnie na biurko na wpół żywy, aż mu jedna noga odpadła. Tatuś przylazł. Co za ból! Trzeba się zemścić, wyssać z nich całą krew…
– On cię nie ugryzie, kochanie. Jest w tej postaci zupełnie nieszkodliwy. Przypałętał się, pewnie nie wie biedaczek, co się dzieje. Przecież to jest głupsze niż but.
Że co? Tatuś podniósł go ze korpus, aż ta durna panienka zapiszczała. Ból, ból, ból.
– Chodź, kolego, może jeszcze trochę pożyjesz. Wydaje się, że nic ci nie jest.
Nic poza zmiażdżonym kręgosłupem.
Trafił na parapet, a okno za nim się zatrzasnęło.
Potem myślał przez następną dobę, co zdołał osiągnąć przez pierwszy i ostatni tydzień swojego marnego życia.
Zanim umarł, doszedł do wniosku, że może wcale nie był takim nieudacznikiem – w końcu nie każdy odważyłby się wyjść ze strefy komfortu i sięgnąć po swoje marzenie, nie wiedząc, czy skończy się to porażką, czy sukcesem.