Awantura o Ali

Szedłem, a trupy wyłaniały się iście filmowo zza nagrobków i patrzyły na mnie, brzydkie, poszarpane, gnijące, kościste, straszne i… emanujące niezadowoleniem. Zaczęły szeptać między sobą, a ja oczywiście wszystko słyszałem i z każdym kolejnym krokiem spinałem się jeszcze bardziej. Obejrzałem się, czy nie ma gdzieś za mną Marcela. Zauważyłem go oddalającego się w przeciwną stronę. Wielki mi mediator! Zmarszczyłem brwi.

– Bez wybudzacza nic nie zrobimy! – słyszałem tymczasem.

– Czyżby mentor łamał dziesiątą zasadę?

– Czy on w ogóle zna zasady cmentarza?

– Taki z niego mentor jak z mojej wątroby pożytek: żaden!

– Niszczyciel cmentarza, pogromca uśmiechów trupów!

– Stary mentor pewnie przewraca się w grobie…

Nie wytrzymałem i oznajmiłem donośnie:

– Po pierwsze: nie, raczej się nie przewraca. A po drugie: jesteście niesprawiedliwi! Ledwo wczoraj dowiedziałem się o Alicji. Dajcie mi trochę czasu.

– Nie wszyscy z nas mają czas – odparł ten sam trup, któremu ostatnio szczęka tak pięknie opadła; było widać większość jego kości, na których gdzieniegdzie wisiały marne kępki mięsa, głowę zaś miał chyba najbardziej mięsistą, nie licząc gołej żuchwy. Nawet kilka kłaków się ostało. „No, ty na pewno już czasu nie masz”, chciałem powiedzieć, ale uznałem, że to by tylko pogorszyło sprawę.

– A jednak jakoś się zbudziłeś – rzekłem za to.

– A to przeto, że w ogóle nie spałem.

Znów miałem ochotę powiedzieć: „Bo w twoim przypadku spanie jest całkiem niebezpieczne”, ale znów się powstrzymałem. Ach, ależ mam silną wolę!

– Słuchajcie, dopiero się przyzwyczajam do nowego życia. Ledwo umarłem, no nie? Uwierzcie, że robię, co w mojej mocy.

Trupy tego jednak nie rozumiały.

– Jak to: ledwo umarłeś?

– To ty nie żyjesz?

– Masz jakieś moce?

– I ja ledwie ten łez padół opuściłem, a jednak, jak widać, dbam o praworządność cmentarną – powiedział najgłośniej ze wszystkich ów kościotrup, i to głosem przepełnionym dumą.

W tym momencie głośno się zaśmiałem.

– Ledwo umarłeś? Chyba masz trupiego Alzheimera – palnąłem.

Zapadła nagle cisza.

– A myślisz, że na co skonałem?

O cholera.

– Ajajaj, przepraszam, nie wiedziałem… – wybąkałem, ale trup uniósł ze zdziwieniem resztki brwi.

– Czyli takoż nie wiesz? Bo i ja nie mogę przywieść tego na myśl…

– Kostek, przecież umarłeś sześćdziesiąt lat temu po drugim udarze. Ale do końca nie oderwałeś się od Sienkiewicza, nawet gdy ślina ci ciekła bezwiednie na stronnice, mój ty czytelniku – wyjaśniła bardzo czule pani kościotrup w fioletowym kapelusiku, pewnie jego żona, chyba bardziej pojętna. No to już wiem, czemu mówił w taki durny sposób. Kostek pokiwał głową, jakby właśnie sobie przypomniał.

– Ano. Udar czy nie udar, Pan Wołodyjowski to zacny wolumin na zakończenie żywota, jak mi Bóg miły! Dziękuję, luba. – Czytałem dużo, ale takiego świra na punkcie jakiegoś autora nigdy nie miałem. Kostek podrapał się po żebrach. – O czym to dysputowaliśmy?

– O grabarzach? – zasugerowałem, licząc na to, że może się uda. Ale ktoś wykrzyknął:

– O niedobrym mentorze!

I znów się zaczęło. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię, dosłownie. I byłbym to chyba zrobił, gdyby w tym momencie nie nastało inne zamieszanie. Całkiem już spora grupka trupów zaczęła się nagle rozstępować, a do środka przepychała się… sama Ali! Idealny moment! Jeszcze większe zdziwienie przeżyłem, gdy dziewczyna przywarła do mnie w krótkim, aczkolwiek niezwykle silnym uścisku. W ręku trzymała notes, który dostała ode mnie.

– Ty bajerancie jeden! – powiedziała do mnie, szczerząc się. A potem odwróciła się do tłumku i wskazała trupy oskarżycielsko palcem. – I co, głupki, myśleliście, że już nie wstanę? Łyso wam? Wybacz, Przemku… No ale łyso wam, chamy jedne? Bo mi by na waszym miejscu było. Że wam nie wstyd! Dżizas, stary Mentor pewnie się w grobie przewraca…

– Już się nie przewraca – odparły chórem nauczone moją uwagą trupy.

– Ale cóż takiego uczynił mentor, że ci się polepszyło? – spytał z niedowierzaniem Kostek.

– Żebyś wiedział, że powiem, sztywniaku! Napisał mi opowieść o pewnej pięknej modelce, która została łyżwiarką, ale gdy podczas kręcenia tanecznego filmu skoczyła na bungee i omal nie umarła, wyjechała na Antarktydę, gdzie przemyślała swoje życie, tam zrozumiała, że sława nie daje jej spełnienia, wróciła do kraju i nauczyła się akrobatyki, to znaczy niewiele się uczyła, bo była w tym genialna, została sławna i wielokrotnie nagrodzona, a potem założyła szkółkę dla dzieci, budząc je zawsze punkt szósta i ucząc do wieczora niezwykłych akrobacji, no a dzieci zostały znakomitymi akrobatami, ale tylko dlatego, że wstawały zawsze o tej samej porannej porze, doskonałej do nauki, no, zaś wieczorami doglądałam, to znaczy, ta dziewczyna doglądała swojej alpaki, którą hodowała w ogrodzie, a którą wygrała w konkursie akrobackim, no a później zmarła na jej grzbiecie, czując, że nawet po śmierci, jeśli tylko warunki pozwolą, będzie budzić trupy, gdyż dzięki swojej punktualności i sumienności doskonale się do tego nadaje.

Cóż, w uproszczeniu tak to właśnie wyglądało… Podziwiałem ją za to wielokrotnie złożone zdanie wypowiedziane niemal jednym tchem. Kilka trupów autentycznie załkało, ze dwóm się chyba przysnęło, a pozostałe komentowały:

– I co, warunki pozwoliły?

– Czy to jest oparte na faktach?

– A co się stało z tą alpaką?

– Przecież trupy nie żyją, to nierealistyczne.

– Ej, już wiem, to opis byłego życia naszej wybudzaczki!

– Nie, mówiła przecież, że to o jakiejś dziewczynie…

Aż w końcu wśród przekrzykiwań wybił się donośny głos Kostka:

– Ależ to się nie wydarzyło, bo zgasłaś młodo, waćpanno, więc jakież to ma znaczenie?

Nastała kolejna ciężka cisza. Wszyscy wpatrywali się to w Ali, to we mnie, to w Kostka. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć, i bałem się, że dziewczyna zaraz znów się załamie. Ta jednak wystąpiła krok do przodu, założyła ręce na biodrach i oznajmiła twardo, przyspieszając z każdym słowem:

– Przynajmniej mogę sobie wyobrażać, że przeżyłam tak wspaniałe życie, kiedy leżę godzinami w trumnie. Przynajmniej ktoś zrobił coś dla mnie bezinteresownie, ktoś się mną po prostu zajął. Przynajmniej uśmiechnęłam się szczerze pierwszy raz od śmierci dziadka. I przynajmniej zrozumiałam, że wybudzanie to coś, do czego się nadaję po śmierci, nawet jeśli straciłam wszelkie inne marzenia. I nieważne, że niewiele osiągnęłam za życia, ważne, na ile produktywnie wykorzystam swoje nieżycie. Więc cieszcie się moją chwilową euforią, bo może szybko zniknąć, wy trupy okropne!

Pod koniec łzy płynęły jej już po policzkach. A zmarli… zaczęli jej klaskać, nie zważając na odpadającą skórę czy strzelające kości. Ktoś z tyłu zaczął skandować: men-tor, men-tor, co umarlaki szybko podjęły. Nie ktoś, tylko Marcel stojący za tłumkiem. Miałem nieodparte wrażenie, że to on za tym wszystkim stoi.

Patrząc na niego i na szczerzącą się do mnie Ali, pomyślałem sobie nagle, że choć nie będzie łatwo, z tą dwójką poradzę sobie ze wszystkim, co czeka mnie w życiu pozagrobowym.

Czytaj dalej –> Rozdział 10.