przemyślenia zza grobu

Przemyślenia zza grobu

Wiersze zza grobu, czyli przemyślenia trupa

O czym myśli pani trup, która obudziła się w trumnie i nie pozostało jej nic innego, jak wspominać swoje życie i porównywać je do nieżycia? Jakie przemyślenia zza grobu powstały z tego niepewnego stanu bycia żywym trupem? Ta seria smutnych wierszy, choć zahacza o czarny humor, jest raczej poważna. To po prostu poezja trumienna z refleksjami. Mam nadzieję, że wywoła w Was własne przemyślenia na temat żywota ludzkiego. 

Smutne wiersze o cierpieniu

Cierpienie wynikające z bezsilności jest trudne do zniesienia, a co dopiero, gdy jest się zamkniętym w trumnie i ma się do dyspozycji tylko natłok swoich myśli i czerwie. A jeśli dodać do tego trudną przeszłość, zdradę i ból, powstają wiersze o cierpieniu, które chwytają ze serce. Czy udało mi się przekazać ten stan poprzez strofy i wersy? Dajcie znać! 

Polecam też pisany prozą Pamiętnik zza grobu oraz kontynuację tej serii, czyli Przemyślenia zza światów.

Noc 1.

Więc nie żyję. Tak już bywa.
Ciało sztywne niczym skała.
Śmierć nie była litościwa –
serce wpół mi rozłupała.

Więc co teraz? Cóż jest celem?
Znam martwotę, tę od środka,
lecz daleka mi ta w ciele,
która zgniata siłą młotka.

Może tak się miało zdarzyć?
Serce gniło już za życia,
teraz puste – nic nie waży.
Kryje tylko echo bicia.

Ktoś wystawił je do wiatru,
sekret zaś do grobu wzięłam.
Stojąc nad nim dziś, upatruj,
czy się dłoń nie wysunęła.

 

Noc 2.

Czym nieżycie jest? Już nie wiem.
Może wielką niemożnością?
Żywi żywią się swym gniewem,
ja się martwię martwą złością.

Mnie już zniszczyć nic nie może,
tylko myśli, czasem czerwie,
żywi zaś się mają gorzej;
życie gra na każdym nerwie.

Żywych serce, choć zranione,
da się jeszcze jakoś skleić.
Me straciło już osłonę.
Zeschłe, leży w chłodnej celi.

Ale cóż to za różnica?
Już twe słowa mnie zabiły.
Tam czy tutaj – wciąż trupica,
głowa w sidłach zaś mogiły.

 

Noc 3. 

Leżąc w trumnie dziś bez życia
i słuchając żywych z góry,
doszłam nagle do odkrycia,
że ich słowa to tortury.

Wcześniej kłamstwa, oczernianie,
egoizmu cała rzeka,
teraz łzy w swym sztucznym stanie,
bo sąsiadka obok czeka.

Ponoć ja, z mym trupim jadem,
jestem źródłem złej toksyny.
ich toksyczność jest jak szpadel –
kopie doły z czystej drwiny.

Niech się męczą w tej truciźnie,
pielęgnując dobre imię.
Wolę gnić w swej glebie żyznej
niż na górze w ich krainie.


Noc 4.

Choć me ciało tonie w mrokach
trumny, tej głęboko w dziurze,
jestem jednak, ja, zewłoka, 
bardziej ludzka niż ty w górze.

Gniję w ciszy własnych wspomnień
sprzed pogrzebu i ołtarza,
ty zaś gnijesz niezbyt skromnie –
swą zgnilizną już zarażasz.

Moje serce ostrym kijem
rozłupałeś w wielkim szale.
Wciąż je noszę, choć nie bije.
Ty swojego nie masz wcale.

Ja dziś mogę głośno wyznać,
że nie żyję. Nie dziwota.
Czy ty sam przed sobą przyznasz,
że dosięga cię martwota?


Noc 5.

Leżę pośród własnych cieni.
Chociaż ciasna ma mogiła,
więcej tutaj mam przestrzeni,
niż gdy z tobą ją dzieliłam.

Apartament mój jest tani.
Czerwie współlokatorami.
Z nimi spokój, nikt nie rani.
Zawsze cicho. Zawsze sami.

Teren nasz zaś działał wspólnie.
Napis na drzwiach głosił: czynne.
Zarządziłeś wszak odgórnie,
że jest miejsce tu dla innej

Możesz pukać mi do grobu.
Prędzej ja się stąd wygrzebię,
niż przesunę, dla nas obu.
Zacznij żyć we własnej glebie.


Noc 6.

Czasem myślę, że wciąż żyję,
że to tylko koszmar senny.
Że się rzucę ci na szyję,
czując spokój tak zbawienny.

Lecz podwójne to wyparcie.
Martwe jest nie tylko ciało –
związek przeszedł też wymarcie.
Jak się to w ogóle stało?

W mózgu prawdę cichcem grzebię,
aby zaznać ukojenia.
Nauczyłam się od ciebie
zdrady oraz zaprzeczenia.

Pora spojrzeć prawdzie w oczy
i odrodzić się na nowo. 
Chociaż serce krwi nie tłoczy,
niechże w głowie będzie zdrowo.


Noc 7.

Stan mój złości wrzącej w żyłach
nie oddaje nawet w ćwierci.
Wiesz, ja również cię zdradziłam –
strasznym pocałunkiem śmierci.

Ze mną gorzko śmierć igrała, 
ty igrałeś zaś z jej ciałem.
Nocą drżałam z lęku cała,
ty nocami nie wracałeś.

Chorowałam, ale sama;
zostawiałeś mnie na co dzień.
Ja w gorączce, z potu plama,
ty z nią w gorączkowej odzie.

Ty zdradziłeś z inną żonę,
ja zaś życie wraz z kostuchą.
Chociaż martwa, nadal płonę.
Czemu wokół jest tak głucho?


Noc 8.

Zawsze żyłam w wielkim pędzie,
gorączkowo, jak w chorobie.
Teraz bezruch, martwo wszędzie.
Tu jest cicho niczym w grobie.

Ogrom myśli, tych skrywanych
całe życie w zakamarkach,
wali o grobowe ściany –
trwa tu nieustanna walka.

Lecz tym razem nie uciekam.
Sztywno trzymam mózg na warcie.
Niechże w końcu myśli rzeka
stoczy z nim prawdziwe starcie.

A gdy wygram, przyjdzie wreszcie
sławny wieczny odpoczynek.
Lecz się, myśli, trochę spieszcie –
już z wysiłku serce sine.

 

Noc 9.

Jak umarłam? – ktoś zapyta.
Co przywiało mnie do grobu?
Męka słowna rozmaita, 
śmierć na tysiąc zaś sposobów.

Wpierw mnie postrzelono słowem;
nabój ostre miał odłamki.
Trafił w serce, trafił w głowę.
Już nie zrosły się tam tkanki.

Potem doszło znów do starcia.
Ciszą wbito mi nóż w plecy.
Wczoraj bliscy, pełni wsparcia,
dziś milczący i dalecy.

A na koniec mnie otruto
słowem miłym, ale zgnitym.
Zmienić front – to truć cykutą.
Mord mój, przyznam, znakomity!

 

Noc 10.

Mówią: wyśpisz się po śmierci.
Chociaż leżę od tygodni,
sen nie nadszedł, mimo chęci.
Prędzej bym zasnęła w chłodni.

Może lód by schłodził umysł,
od tych wszystkich wspomnień parny;
zgasił płomień czczej zadumy,
mrożąc bezkres myśli czarny?

Choć objęcia Morfeusza
zastępuje uścisk czerwi,
już opada z sił ma dusza.
Przerwij! – woła do mnie. – Przerwij!

Zatem przerwać chcę myślenie,
z którym ciągle w parze płynę.
Z wolna stygnie me cierpienie.
Czy to wieczny odpoczynek? 

Przeczytaj też mniej poważne serie z czarnym humorem: