Grabarze

– Pobudka, Johny. Piękna noc przed nami. Żartuję, wieje i zapewne śmierdzi zgnilizną.

Minęło może pół godziny, gdy ujrzałem nad sobą pociągłą twarz Marcela, który mielił w ustach nieodpalonego papierosa.

– Nie spałem – mruknąłem.

– Pewnie rozmyślałeś, jak urobić Ali? – spytał przekornie, podając mi rękę.

– Poniekąd…

Wyszedłem na zewnątrz. Od razu rzucił mi się w oczy spory tłumek trupów, które właśnie ustawiały się w kolejce do… krypty?

– Grabarze przyszli – wyjaśnił Marcel. – Rozmawiają teraz z panią cmentarza. Jak wyjdą, będą mieć chwilę dla nas. Spisują prośby, zbierają haracz, działają nielegalnie… Takie tam. Pozwałbym ich, gdybym mógł. Nie lubię ich. A oni mnie, bo twierdzą, że się im podlizuję. I zawsze uznają, że chcę ich oszukać.

– A ty, jako ten zły, faktycznie ich oszukujesz?

– No… oczywiście, cały ja, wiadomo – odparł gorliwie Marcel, a potem „zaciągnął się” papierosem. Uśmiechnąłem się lekko. – Właściwie to tobie jako świeżakowi przysługuje jedna darmowa prośba.

– Dobrze wiedzieć. A ty o co po raz pierwszy poprosiłeś?

– O grzebień – powiedział groźnie Marcel, a gdy nie zauważył na mojej twarzy rozbawienia (powstrzymywałem się), wskazał ręką kolejkę. – Chodź, trzeba się ustawić.

Stanęliśmy za – o mój Boże – Wielką Zośką.

– A wy czego tu, hołoto? – przywitała nas. – Nie przepuszczę was do przodu, a zwłaszcza ciebie, mentorze, żebyś sobie nie myślał, że ci przysługuje szczególne traktowanie!

– Wszyscy wiemy, że nie przepuścisz niczego, nawet okazji, Zosiu – odparł grzecznie Marcel, poprawiając przy tym niesforny blond kosmyk, który wysunął mu się z zaczesanej w tył schludnej fryzury. Tylko czekałem, aż wyjmie ten swój grzebień z surduta i przeczesze się nim niczym Shia LaBeouf w ostatnim Indianie Jones.

Wielka Zośka szybko odwróciła głowę, co najmniej jakby chciała ukryć te paranormalne rumieńce na twarzy. Ja tymczasem wyglądałem zza mocarnego ramienia trupicy w stronę krypty, patrząc, czy grabarze wyszli już ze środka. I wtedy znów ją zobaczyłem – w zwiewnej, rubinowej sukience, jako jedną z pierwszych w kolejce, z długimi niemal do bioder złoto-rudymi falami, które powiewały na wietrze. Opadła mi szczęka, na szczęście nie dosłownie. Gdybym tylko ujrzał jej twarz… Zrobiłem krok w bok, by zbliżyć się do niej, ale potężne łapsko Wielkiej Zośki przesunęło mnie z powrotem na miejsce.

– A co ty sobie myślisz? Że wyleziesz poza kolejkę i potem ot tak sobie wrócisz? Nie ma zaklepywania!

– A co ci do tego, skoro jestem za tobą? – warknąłem ze złością.

– Zasady to zasady! – ryknęła strażniczka, aż się kilka trupów za nami obejrzało.

– Nie martw się, kolejka szybko idzie. – Marcel poklepał mnie na pocieszenie po ramieniu.

Naburmuszony, obserwowałem zatem zza Wielkiej Zośki, co dzieje się przy krypcie. Chwilę później trzech grabarzy wyszło na zewnątrz. Jeden miał worek, drugi notes, a trzeci stał na środku i przyjmował zamówienia. Cóż za organizacja.

Moja piękna Wioletta już po chwili mówiła coś do środkowego grabarza, ofiarując mu, jak dojrzałem, swój pierścionek. Ciekawe, co takiego mogła chcieć za taki drogocenny skarb? Byłem pewny, że odwróci się w moją stronę i w końcu ją zobaczę, ale ona po wszystkim zniknęła gdzieś za grobami w głębi cmentarza. Ależ jest skryta! Zastanawiałem się przez moment, czy nie dopytać o nią Marcela, jednak myśl o tym, ile żartów poleci na ten temat z jego ust, sprawiła, że nawet się nie odezwałem. Poza tym miałem swoją Oliwię.

Kolejka przesuwała się do przodu faktycznie całkiem szybko. Wielka Zośka zaczepiała nas jeszcze kilka razy, ale ja byłem zbyt zamyślony i nie bardzo ją słuchałem. W końcu znaleźliśmy się tuż przy grabarzach. Byłem niemal pewny, że ten środkowy, Cezary, jak podpowiedział Marcel, to ojciec, a dwóch obok to synowie, jakoś przed trzydziestką. Wszyscy mieli na sobie długie, lekkie płaszcze, spod których wystawały białe koszule. Byli bardzo chudzi i wysocy, trochę jak Marcel, ale na odmianę czarnowłosi, z bardzo ciemnymi oczami, a przede wszystkim z uśmieszkami na twarzach, przynajmniej w przypadku synalków. Ojciec wręcz emanował władzą. Miał nawet z jakiegoś powodu okulary przeciwsłoneczne na oczach. Tak czy inaczej wszyscy trzej czuli się bardzo pewnie, a patrzyli na nas z nutą pogardy. Zdenerwowałem się. Starczy, że jeden z nich wyłoży nogi, a też skończy tak jak my, i co, też im będzie wesoło?

Chwilę później nadstawiłem ucha, ciekawy, czego takiego może chcieć od nich Wielka Zośka. Wyjęła z kieszeni zmięty, cztery złotówki i parę miedziaków.

– Szminkę mi za to kupcie – powiedziała ostro. Czyżby dla Marcela?

– Za tyle to nie starczy na nic sensownego – odparł Cezary, wzruszając ramionami. – Uzbieraj więcej na za tydzień.

– Jak nie starczy, jak starczy, do cholery! – ryknęła strażniczka, aż się synalkowie trochę cofnęli. Była od nich wyższa i większa, co jakoś sprawiało mi satysfakcję.

Cezary pokiwał głową spokojnie.

– Ceny kosmetyków poszły w górę. Zresztą po co ty się jeszcze chcesz upiększać, słodziutka?

Wielka Zośka nachyliła się nad nim groźnie, aż i on się cofnął.

– Słodziutka może być twoja buźka, gdy nią walnę o grób! Chcę szminkę, zrozumiano?!

Ho, ho! Grubo. Grabarz milczał chwilę, ale w końcu przewrócił oczami pokiwał głową.

– A proszę bardzo. Dawaj kasę. Następny!

Jeden z synalków, chudy jak patyk, zapisał coś w notesie, a drugi, najwyższy ze wszystkich, nadstawił worek. Wielka Zośka wrzuciła do niego pieniądze i odeszła, mamrocząc coś pod nosem o głupich żyjących.

Tym razem to ja stanąłem przed wielkim trio.

– Jestem… nowym trupem.

– Ooo, poznaję cię – powiedział z entuzjazmem Chudy. Oczy miał niemalże czarne, do tego wystylizowany zarost. – Wyglądasz jak ten aktor z Mrocznych cieni. Ubierałem cię w garniaka w chłodni. Fajne ciałko. Mniam.

– Eee… dzięki? – Szybko zmieniłem temat. – Czyli mogę was o coś poprosić, i to gratis w ramach… śmierci?

– Tak, tylko o coś małego i taniego – mruknął Cezary.

Pomyślałem o biurku, ale tylko przez sekundę. Do biurka trzeba się dorobić. Następnie przeszły mi przez myśl książki, ale dość się naczytałem na studiach i jak na razie miałem na pieńku z literaturą

– Z dziesięć notesów i długopis poproszę – odparłem zatem. To dla Wiktora. Kazał pisać, będę pisać. A jak on kiedyś umrze, to mi to poprawi.

– Hmm. Może być. – Grabarz skinął głową.

– A w ogóle, panowie, to nasz nowy mentor – wtrącił się zza moich pleców Marcel.

– Już nim zostałeś? – Cezary palnął się w czoło, aż mu okulary przeciwsłoneczne prawie spadły. – To wasze cmentarne prawo… Ale Władzio już ledwo na nogach stał. No dobra, zapamiętam cię. Zaraz będziemy szykować nowy pogrzeb, więc bądź czujny. A ty co, panie mediatorze, zostałeś jego asystentem? – Do Marcela zwrócił się z niejaką złośliwością.

– Żadnym asystentem… – zaczął oburzony chłopak.

– Tylko podwładnym – dokończyłem za niego z uciechą. – Wiecie, wyjmuje mi z uszów robaki i zapiera garnitur w rzece. Dobrze się spisuje, dlatego dajcie mu jakiś upust, tak w ramach dobrego początku naszej współpracy.

– Dziwne z was trupy, ale skoro tak… – Ojciec ponownie wzruszył ramionami. – No to czego chcesz, chłopcze?

Marcel nachylił się do niego, ale nie zdążyłem podsłuchać, o co prosił, bo nagle ktoś pociągnął mnie za rękę na bok.

– Gustawie, jak sprawa z Alicją? – spytał półgłosem Henryk, poprawiając nerwowo okulary.

– W toku – odparłem tylko, nieco zmieszany.

– Bo wiesz, nie chciałem ci mówić, ale trupy zaczynają się niecierpliwić… – Tym razem poprawił nerwowo krawat.

– Przecież ledwo wczoraj dostałem to zadanie – powiedziałem, starając się ukryć stres.

– Ale widzisz, niektóre trupy dopiero się wybudzają, a grabarze zaraz sobie pójdą… – Nie pozostało mu nic innego do nerwowego poprawienia, jak tylko kołnierzyk koszuli. – A dla trupów przyjście grabarzy to czasem jedyna rozrywka, bo jak pewnie wiesz, niewiele się tu u nas dzieje.

Obejrzałem się. Faktycznie, zostały może trzy umarlaki w kolejce. Mimo wszystko rozłożyłem ręce, niedosłownie oczywiście.

– Na ten moment zrobiłem, co mogłem, Henryku, przykro mi.

Nie chcąc już z nim o tym rozmawiać, spięty ruszyłem w stronę swojego grobu.

I wtedy się zaczęło.

Czytaj dalej –> Rozdział 9.