Człowiek na horyzoncie!
Zestresowany do granic możliwości, skryłem się prędko za najbliższym grobem razem z Marcelem, który na odmianę ułożył się wygodnie, wręcz z gracją, niczym Rose rysowana przez Jake’a w Titanicu.
– Co, jeśli nas zobaczy? – spytałem go z przestrachem.
– Nie zobaczy. – Marcel machnął ręką niedbale. – A nawet jeśli, to co? Pójdzie z tym na policję? Brakowałoby mu dowodów. I sprawcy.
Ktoś zawołał na niego z pobliskiego grobu. Jakaś na wpół rozłożona kobieta w średnim wieku pomachała w naszą stronę i spytała głośnym szeptem:
– Robimy zakład? Masz coś?
Spojrzałem pytająco na towarzysza, który, szperając w kieszeniach swojego surduta, zaczął tłumaczyć z niejakim znużeniem:
– Zastanów się. Komu by przyszło do głowy zawędrować nocą na cmentarz?
– Grabarzom?
– Tak, to jasne, ale na ich przybycie nie wszczynamy alarmu. Opcje są przeważnie cztery. – Wyszperał z kieszeni pięć złotych i zmarszczył nos. – Po pierwsze pijacy lub bezdomni, których podkusiło przespać się w naszych skromnym progach. Po drugie porąbani zakochani, którzy uznali, że przy grobach zabawią się lepiej niż we własnym łóżku. Po trzecie tacy, którzy słyszeli pogłoski o tym, że na naszym cmentarzu są duchy. Najczęściej to głupawa młodzież chcąca się trochę zabawić. Takich uwielbiamy straszyć. – Chłopak uśmiechnął się iście szatańsko. Zastanawiałem się, jak wygląda straszenie w jego przypadku. – A po czwarte: desperaci, których tęsknota za bliską osobą nie pozwala im zasnąć. Zazwyczaj pijani desperaci.
Tym razem wyjął z kieszeni jakiś srebrny naszyjnik i pokiwał głową z uznaniem.
– Okej, nada się. – Widząc moją minę, która nadal ukazywała zdziwienie, dodał luzacko, ale jednocześnie jakby z lekkim wstydem: – No wiesz, my, trupy, może i nie lubimy się rozkładać, ale uwielbiamy się zakładać. Ewka chce iść o zakład, kto tym razem przyjdzie na cmentarz. – Wskazał na naszyjnik. – A zakładamy się o to, co znajdziemy przy grobach. Przydaje się, gdy przychodzą grabarze. Gnojki nie załatwią niczego za darmo. Hm, ja na przykład stawiam dziś na desperata…
Podczas gdy Marcel zaczął czołgać się w stronę owej Ewki, ja wyjrzałem zza nagrobka, szukając wzrokiem tajemniczego, nocnego przybysza. Nie zauważyłem żadnego trupa – znak, że dobrze się schowały. W końcu dojrzałem wchodzącego od dolnej bramy człowieka, który szybko skręcił w swoje prawo, nie kierując się wcale do góry. Zmrużyłem oczy i wychyliłem się jeszcze bardziej. A dokąd on to niby zmierza? Zdawało mi się, że w stronę mojego grobu.
Nie zdawało mi się. Tak właśnie było.
O cholera, o cholera, powtarzałem w myślach, bo powoli dochodziło do mnie, któż to taki.
– Ej, Marcel! Spójrz tylko… – rzuciłem w jego stronę, ale urwałem, zorientowawszy się, że ten jest w pełni zajęty zakładaniem się z kościstą Ewką.
Podjąłem desperacką decyzję. Schylając się, zacząłem iść w dół między nagrobkami. Trupy skulone za grobami szeptały coś do mnie i ostrzegały mnie, ale ja nie zwracałem na nie uwagi. Ktoś właśnie chował się do własnej trumny, gdy skradałem się obok. Na całą jedną sekundę zatrzymałem się, patrząc na smukłą dłoń z pierścionkami, tę samą dłoń, którą ujrzałem w pierwszą noc po przebudzeniu. Tym razem zauważyłem również fragment rubinowej, cudownej sukienki, której aksamitny materiał krył się właśnie pod płytą nagrobną. Och, kimże była ta dziewczyna? Kątem oka ujrzałem napis Wioletta Kopacz, ale więcej nie zarejestrowałem, aktualnie bardziej skupiony na dojściu do własnego grobu. I na myśli, czy aby nie zdradzę mojej Oliwki, jeśli zacznę podrywać inną. To znaczy nawet nie byliśmy razem, ale… ale ja uznaję, że tak jakby byliśmy, i już.
Znajdowałem się już na tyle blisko, że do moich uszu dochodziły jakieś jęki i chyba nawet szlochy.
Wiktor, co ty odwalasz?
Na ostatnim odcinku czołgałem się z najwyższą ostrożnością. W końcu skuliłem się za jakimś nagrobkiem alejkę wyżej od własnego grobu. A potem wyjrzałem delikatnie. Gdy zobaczyłem z bliska tego chudzielca, tę jego trójkątną, szczupłą twarz, te podkrążone oczy, burzę niepoukładanych, kręconych, kasztanowych włosów… Łezka zakręciła mi się w oku, a potem kolejna i kolejna. Pośmiertna beksa ze mnie, kto by pomyślał. No ale nie często widuje się najlepszego przyjaciela na własnym grobie. No tak, w jednej dłoni miał flaszkę, a w drugiej jointa. Typowo. Menel jeden, zjarany głupek, kurde. No po prostu…
– Idiota! – jęczał Wiktor. – Zadowolony jesteś z siebie? Mieliśmy razem oblewać tytuł magistra, a tu co? Niech cię chuj strzeli, Gustaw!
Znaliśmy się od dzieciństwa, mieszkaliśmy blisko siebie. Chodziliśmy do tych samych szkół i nawet na studia poszliśmy jednakowe. On był na edytorstwie, ja na literaturoznawstwie. On był lepszy w poezji, ja w prozie. On pracował jako redaktor, ja próbowałem wydać książkę. On pracował w zawodzie, ja miałem własne zawody. On był mądrym, ale zjaranym Kudłatym, od którego laski uciekały, ja depresyjnym, ale przystojnym Kłapołuchym, który swoją wiecznie zranioną duszą, skrytą pod maską cwaniaka, przyciągał laski jak magnes. On należał do ubierających się na kolorowo i wystrzałowo ekstrawertyków, ja do preferujących ciemne kolory, eleganckich introwertyków. Chociaż chyba się trochę wzajemnie wyniszczaliśmy, jak tak teraz o tym myślę, byliśmy zgranym duetem. Był naprawdę dobrym kumplem, który jako jedyny człowiek na ziemi rozumiał, jak ważna jest dla mnie kariera pisarska. Dlatego marzyłem, naprawdę marzyłem, żeby wstać i z nim pogadać. A bo co by mi szkodziło? Był pijany, pewnie i tak by nie ogarnął…
– Bez tych twoich dekadenckich tekstów nic nie ma sensu, stary – mówił tym czasem Wiktor.
Bez twoich wierszy po pijaku też, stary.
– Wiesz, myślałem, czy by nie wysłać twojej książki do wydawnictw, zrobiłbym ci korektę i w ogóle…
O Jezu, zrób to, Wiktor, ty mój najlepszy przyjacielu!
– Ale… ech, rozmyśliłem się. Jaki to ma sens po twojej śmierci?
Duży sens, debilu, duży!
– Jest mi w chuj przykro, stary, że się nie udało…
A mi nie, wiesz? Już jestem aniołkiem w niebie i mam to w gładkiej, ciepłej pupce.
– Nic mi się już nie chce. Zerwałem z Elizką od razu po twojej… no wiesz.
Śmierci, nazywaj rzeczy po imieniu, to nic takiego, Wiktorze.
– I jest coś, o czym chciałbym ci powiedzieć…
Że co?
– Yyy… Eee… W sensie…
Gadaj, do cholery!
– Nie, nie dam rady. Za szybko się to dzieje. O Boże, Gustaw, nie mogę już dłużej… A tu tak cuchnie zgniłym mięsem, że… że…
Zaczął ryczeć jak roczne dziecko. Wyjrzałem zza nagrobka i zauważyłam, jak popija wódkę z gwinta. Aż mnie otrzepało z bezsilności. Łzy znów popłynęły. Co takiego chciał mi powiedzieć? Jakim cudem mam wytrzymać tutaj, kilka metrów od niego, i mu się nie pokazać? Nie, żebym chciał sobie przy okazji łyknąć, ale…
Zacząłem się podnosić. Serio, byłbym to zrobił, gdyby ktoś nie chwycił mnie od tyłu za ramię i nie przycisnął z powrotem do ziemi, szepcząc:
– Ależ mentorze, cóż ty wyczyniasz?
Za mną kucał Henryk, którego wzrok nie wyrażał złości, a raczej zatroskanie i niepewność. Chciałem coś powiedzieć, ale przyłożył pozbawiony paznokcia palec do ust, kiwając przecząco głową. Wyjął zza pazuchy podręczne zasady cmentarza i z powagą wskazał na pierwszą, co najmniej jakby liczył na to, że o niej zapomniałem, a nie że z premedytacją chciałem ją złamać. Pokiwałem prędko głową, udając, że właśnie sobie o tej zasadzie przypomniałem, a potem stuknąłem się w czoło z uśmiechem, szepcząc: „głupiutki trup”. Henryk też uśmiechnął się do mnie pojednawczo. I tak kucaliśmy sobie razem w ciszy, słuchając przekleństw i płaczu Wiktora.
Było mi źle. Fatalnie. Dlatego kiedy Wiktor wymamrotał, żebym dał mu jakiś znak, wskazałem Henrykowi drugi koniec cmentarza, a sam prędko podniosłem kamyk i rzuciłem zza grobu stronę Wiktora. Sekretarz nawet tego nie zauważył, ale mój przyjaciel musiał coś usłyszeć, bo krzyknął cicho ze zdumienia, a potem wydukał:
– To tego, jeśli mnie słyszysz, Johny… Gdziekolwiek jesteś, nie przestawaj pić, to znaczy pisać, stary… Bo jak umrę i do ciebie dołączę, to… to chcę mieć co poprawiać, nie? Dobrze gadam? – Po chwili ciszy zaczął improwizować rytmicznie: – Bierz się zatem do pisania, bym miał coś do poprawiania. Dalej, Gustaw, ty mój druhu, nie bądź, kurwa, leniem… duchu. Jeśliś w piekle jest, mój Johny, no to choćbyś był… palony, pisz historie jak potrafisz, bo nic więcej nie potrafisz… Nie, źle… Albo… Chociaż jesteś jeno trupem, mogę ci… przyrządzić… zupę…? Znaczy… błędów kupę… Ech, w dupę. Jesteś trupem. A ja przygłupem. A do tego… – Kolejna chwila ciszy. – Dobra, dosyć, Wiktor, jesteś zjarany. Spadaj stąd, bo sobie wstyd przed umarlakami robisz, he, he.
Dało się słyszeć dźwięk upadającej butelki, potem serię bliżej nieokreślonych odgłosów wywracania się i przeklinania, aż wreszcie Wiktor zebrał się i podążył chwiejnie w dół, w stronę bramy. Chciałem już wstać, ale Henryk powiedział cicho:
– Jeszcze przepisowe pięć minut.
Przepisowe pięć minut dłużyło się w nieskończoność. W końcu na cmentarzu znów powróciło życie: trupy wstawały, przeciągały się i jak gdyby nigdy nic wracały do swoich zajęć.
– Masz nie lada przyjaciela, Gustawie – zagadał Henryk, wstając i poprawiając sobie okulary. – Myślisz, że będzie tak często przychodził?
– Mam nadzieję, że nie – odparłem, również podnosząc się z klęczków. A potem, żeby zachować twarz, dodałem: – Przepraszam, że…
– Nie, nie, nie! – Sekretarz machnął lekceważąco dłonią. – Jesteś tu nowy, a nowym nie jest łatwo. Martwy czy nie martwy, nie martw się: to zostanie między nami. Tym bardziej że teraz mam dla ciebie pierwsze zadanie.