Jak to wszystko tak naprawdę funkcjonuje

– Więc jak to wszystko tak naprawdę funkcjonuje? – spytałem.

Szliśmy właśnie w dół, przez pustą przestrzeń bez grobów, której uwieńczeniem kilkanaście metrów niżej był płot, a dalej droga prowadząca jedynie do śmietnika i małego, aktualnie pustego parkingu.

– Przede wszystkim musisz poznać strażników – zaczął tłumaczyć Marcel, wyjmując z kieszeni surduta paczkę papierosów. Włożył jeden do ust, ale go nie zapalił, tylko udawał, że się zaciąga. Był przy tym jednak tak poważny, że nie śmiałem tego skomentować. – Słuchaj. Johny. – Czułem zadowolenie, że to przezwisko się przyjęło, w końcu wszystko lepsze od Gustawa. Miałem tylko nadzieję, że te moje zawsze pokaźnie wysunięte kości policzkowe nie wysunęły się jeszcze dosłownie. – Wejścia na cmentarz są dwa: jedno na dole, drugie na górze, pod kaplicą. I jedno, i drugie pilnują nocą strażnicy, gdy tylko ludzie się zmyją. Bo chyba rozumiesz, w świetle prawa każde wyjście poza cmentarz trzeba zgłaszać.

– No a nie można po prostu przejść przez płot? – spytałem niepewnie. Wciąż trudno mi było zrozumieć intencje Marcela.

– Niby można, ale trzeba uważać. Łatwo może odpaść przy tym porządny kawał skóry czy ręka. – Widząc moją pytającą minę, dodał, przewracając oczami: – Ło rany, no jasne, że da się je przyczepić jako tako z powrotem, po prostu to dość ryzykowne. I niezgodne z prawem… Nie, żeby mnie to obchodziło! Po prostu lepiej żyć dobrze ze strażnikami. Poza tym wystarczy, że jakiś trup cię zauważy i na ciebie naskarży, a wylądujesz w krypcie, sam na sam z nią. – Nie zdążyłem dopytać o tę sławną panią cmentarza, bo dochodziliśmy już do strażników. Marcel, zwolniwszy, nachylił się i powiedział ściszonym głosem: – Tamta kobieta to Wielka Zośka, z nią bywa ciężko. Najlepiej, jeśli będziesz się z nią ze wszystkim zgadzać, jasne? Żadnych przetargów. A ten obok to Stefan. Stefan myśli, że żyje. Ani się waż wyprowadzać go z błędu, bo cię nie polubi. Był za życia ochroniarzem i dalej wczuwa się w rolę. – Chłopak wyprostował się i przeczesał palcami włosy, trzymając nieodpalonego papierosa w palcach. – To co? Chodź, przedstawisz się.

Strażnicy spojrzeli na nas uważnie, gdy już stanęliśmy obok nich, tuż przy wysokiej, metalowej bramie z dwiema figurami aniołów stojącymi na kolumnach po obu stronach.

– Moje uszanowanie. To Gustaw, nasz nowy mentor – zapowiedział mnie uroczyście Marcel.

Uśmiechnąłem się nerwowo i pomachałem do nich ręką. Stefan, świeży, gruby trup z rudą bródką i z burzą rudych włosów wystających spod kapelusza rodem ze Strażnika Teksasu, ukłonił się z powagą. Zaś Wielka Zośka, wysoka, potężna kobieta, zmarszczyła brwi podejrzliwie; jej spięte w kok wybrakowane tłuste włosy tak ściśle przylegały do głowy, że zacząłem się zastanawiać, czy aby nie użyła do tego jakiegoś trupiego żelu do stylizacji. Była koścista, i to dosłownie – kości wystawały jej gdzieniegdzie, a ręce to chyba już w ogóle nie miały mięsa, długie rękawy sukienki wisiały bowiem na nich jak na patykach. I te maleńkie, świńskie oczka, rzucające błyskawicami… Kurde, była straszna. Jakbym ją spotkał przypadkiem na cmentarzu za życia, to chyba bym się posrał w spodnie.

– I czego tu? – warknęła ochryple Wielka Zośka wyjątkowo niskim głosem.

– Eee… Chciałem się przywitać. Dzień dobry, znaczy… noc dobra? – powiedziałem.

– Myślisz, że mnie przekupisz? Nie przekupisz mnie, nieważne, czy jesteś mentorem, czy cholernym Dumbledorem! Jeśli chcesz wyleźć, to muszę poznać dokładny plan tego wyjścia i godzinę powrotu, a gdy zaczniesz coś kręcić, od razu zgłoszę to pani cmentarza, hołoto jedna!

Niewzruszony Marcel cmoknął z niezadowoleniem.

– Ależ Zosiu, Gustaw nie ma złych zamiarów. To święty trup, który będzie świecić przykładem, jak to na mentor przystało. To istny posłaniec prawa cmentarnego. Prawda, Stefanie? Mentor to ważna osoba, czyż nie?

– Jak najbardziej, jeszcze jak! – zawołał Stefan, od razu stając na baczność. – Cieszę się, że cię poznałem, panie mentorze. Pracuję na nocną zmianę, tak że nocą zawsze służę pomocą, panie mentorze.

– Ależ się zrymowało! Wiesz, lubię wiersze, Stefanie. I będę pamiętał o tych nocnych zmianach. Bardzo mi miło – powiedziałem ze słodkim uśmiechem.

– Ojej! Mnie też, panie mentorze! Do usług, panie mentorze!

– Nie podlizuj się – burknęła Wielka Zośka. – To dzieciak, pieprzy głupoty.

– O tak – potwierdziłem zgodnie z zaleceniami Marcela, ale to tylko ją rozjuszyło.

– Dosyć już! A może jeszcze chcecie mi zawracać dupę? – Strażniczka zacisnęła pięści.

– Spokojnie, Zosiu, już idziemy. Dziękuję ci za poświęcony czas. I tobie też, Stefanie.

Marcel ukłonił się, a ja zauważyłem, że Zośka jakby się… zarumieniła? Nie, niemożliwe, trupy mają zastygniętą krew. A jednak… Hmm. Chyba miałem konkurenta w podrywaniu.

Ruszyliśmy ku górze, do, jak się domyśliłem, kolejnych dwóch strażników.

– Dobrze poszło – powiedział Marcel. – Przydasz mi się, Johny.

– Ty mi też – odparłem. Zrozumiałem bowiem, że ja i on możemy stanowić zgrany duet. On miał charyzmę, a ja, chcąc nie chcąc, wymuszony szacunek. I na razie nic więcej. – Chociaż Wielka Zośka chyba mnie znienawidziła.

– Ona wszystkich nienawidzi. – Marcel znów włożył papierosa do ust i teraz mówił nieco mniej wyraźnie. – Zapamiętaj sobie: ze strażnikami trzeba żyć dobrze. Na każdego znajdzie się sposób. Wielka Zośka wcale nie jest taka zła, jeśli się z nią potrafi rozmawiać. A wiesz, ty, jako mentor, będziesz musiał z nią spędzić duuużo czasu, dowiedzieć się, co ją gryzie, pomóż jej odejść… – Uśmiechnął się złośliwie.

– Super. Ty ją, zdaje się, już rozgryzłeś – mruknąłem. – Takiś milutki i dobry, że…

– Że co? – przerwał mi z oburzeniem. – Ja: dobry? Patrz na to.

Marcel zmarszczył brwi i napiął się ostentacyjnie, po czym podszedł do najbliższego grobu i zdmuchnął świeczkę z pierwszego znicza z brzegu. Potem wyprostował się z zadowoleniem.

– I co teraz powiesz, Johny?

Chciałem go wyśmiać, ale się powstrzymałem. W końcu to trup jak każdy inny. Jego też będę musiał rozgryźć. A na razie niech ma się za króla zła, skoro tak mu na tym zależy.

– Ty złoczyńco! – zawołałem. – Dobra, co teraz? Strażnicy na górze?

Marcel przytaknął. Szliśmy właśnie przez środek cmentarza wybrukowaną uliczką. Trupy zaglądały na nas zza grobów; machałem do nich, a one odmachiwały ochoczo kościstymi rękami. Niektóre podlewały doniczki na swoich nagrobkach, inne czytały książki, niektóre grały w karty, a wiele z nich po prostu siedziało na grobach i gawędziło. Jeden chyba nawet palił przy tym fajkę.

– Dobra, teraz kilka praktycznych informacji – powiedział Marcel, poprawiając wygięcie na swoim granatowym surducie. Co za elegancik. – Wystarczy, że będziesz szanować zasady cmentarza, a przynajmniej udawać przed innymi, że szanujesz, a wszystko będzie szło gładko. Trupy mają bzika na ich punkcie.

– Zdążyłem zauważyć – wtrąciłem gorzko.

– Taa. Wiesz, każdy pełni tu inną funkcję. Ja na przykład jestem mediatorem, chociaż rzadko kiedy muszę coś robić. Ktoś dba o porządek przed świtem, ktoś upewnia się, że groby są domknięte, ktoś obserwuje okolicę poza cmentarzem, sprawdzając, czy czasem nie zbliża się człowiek. I niemal każdy, niezależnie od fuchy, śmiertelnie się obrazi, jeśli znieważysz którąś z tych zasad. A jako że jesteś mentorem, to już w ogóle gęba na kłódkę, stary. Bo inaczej z mocy prawa zostaniesz niechybnie skazany na bliżej nieokreślony judykat. – Wcześniej byłem pewny, że Marcel żartuje sobie z tymi wstawkami prawniczymi. Teraz, widząc jego poważną minę, zacząłem się zastanawiać. – Co tam jeszcze… O, zazwyczaj dwa razy w tygodniu przychodzą grabarze. Można ich prosić o przysługi, ale zawsze chcą coś w zamian, nie ma z nimi łatwo. Sam zobaczysz.

Doszliśmy już do czarnej, złowrogiej krypty.

– A co z tą straszną lejdi w środku? – spytałem.

– Ćśśś! – syknął Marcel, rozglądając się na boki. – Uważaj na słowa, gdy o niej mówisz – szepnął. – Ponoć ma jakieś niezwykłe moce, rzuca klątwy na złe trupy. Jest najstarszym trupem z nas wszystkich. Nigdy nie trafiłem do krypty, ale ponoć każdy, kto z niej wychodzi, zmienia się. Wiesz, ona karze za najgorsze przewinienia. Jest uosobieniem prawa karnego i cywilnego. Widziałem ją tylko trzy razy i to o trzy razy za dużo. Ma pełną jurysdykcję, rozumiesz?

Uuu, powiało grozą. Skostniałe, ponad wiekowe truchło łazi po cmentarzu i straszy, o matko! Już mnie denerwowała, chociaż jeszcze jej nie znałem. Wzruszyłem ramionami. Chyba byłem za żywy, by wierzyć w te bajki o jej niesamowitości. Mimo wszystko udzielił mi się niepokój Marcela, bo przeszedłem obok krypty na palcach.

Nim dotarliśmy do górnej bramy, wysłuchałem jeszcze opowieści o pewnym trupie, który jakieś trzy miesiące wcześniej wyszedł z trumny za dnia i pokazał się jakiejś starszej pani, która omal nie dostała zawału. Pani cmentarza wezwała tego trupa do siebie początkiem nocy; wyszedł o świcie, zamknął się w trumnie i popadł w trupią apatię, a zaraz potem umarł po raz drugi. Nikt się nie dowiedział, przez co takiego przeszedł tej nocy. Gdy zapytałem, skąd właściwie miał wiedzieć, że jest dzień, a nie noc, Marcel raczył mi przypomnieć, że każdy ma w grobie zegar i latarkę. Uznał ponadto, że trup wyczuwa, czy jest trzecia w nocy, czy popołudniu, poza tym zgodnie z zasadami zawsze należy najpierw nasłuchiwać, czy ktoś nie stoi nad grobem, a dopiero potem delikatnie się wychylić i obczaić sytuację. A jeśli ma się z tym problem, to zawsze można polegać na wybudzaczu, którym jest niejaka Ali, koleżanka Marcela, aktualnie zamknięta w trumnie i przechodząca kryzys wieku trupiego po drugiej śmierci dziadka.

Pełen przemyśleń i niepewności, czy poradzę sobie w tym trupim życiu, stanąłem w końcu przy kolejnych strażnikach. Te dwa mocno rozkładające się trupy ubrane w rozszarpane koszule chyba były tymi półgłówkami, o których mówił mój Mentor. Skupione tylko na tym, by uważać, kogo przepuszczają, ledwo potrafiły sklecić jakieś porządne zdanie. Tomek i Romek, bo tak mieli na imię (brakowało Tytusa do kolekcji), wydawali z siebie nieartykułowane dźwięki lub pojedyncze słowa, a było to tak żałosne, że aż zachichotałem. Wtedy oni też zaczęli głupkowacie chichotać. To ja zachichotałem jeszcze intensywniej. A oni zaczęli aż pluć ze śmiechu śliną z bliżej nieokreślonymi, czarnymi drobinami. To już zabawne nie było. Nagle pomyślałem, że spróbuję przejść za bramę. Zrobiłem krok do przodu, ale Romek wysunął natychmiast rękę i zagrodził mi drogę.

– A d-dokąd to? – wydukał, w sekundę poważniejąc.

– Ajajaj, nigdzie, tak tylko chciałem… – bąknąłem, po czym szybko się wycofałem.

Marcel, gdy już mnie dogonił, oczywiście mnie wyśmiał.

– Są głupi – przyznał – ale swoją fuchę pełnią jak trzeba, zgodnie z dziesiątą zasadą.

– Zapamiętam. – Założyłem ręce na piersiach i zrobiłem naburmuszoną minę. – Chyba już wolę tych z dołu.

Spojrzałem z góry na oświetlony zniczami cmentarz. Było tu naprawdę… ładnie. Nie zdążyłem jednak pokontemplować nad moim nowym domem, bo moją uwagę przykuł trup biegnący w naszą stronę. Spostrzegłem ogólny rumor, który zapanował na cmentarzu – trupy biegały, kryły się, jakieś donośne szepty roznosiły się echem po okolicy.

– Oho, znowu. – Marcel westchnął, wcale tym nieprzejęty. – Tu masz ogłaszaczkę.

– Uwaga! Człowiek! Człowiek na horyzoncie! – ogłaszała pełnym przejęcia, zawodzącym głosem spiesząca do nas ogłaszaczka. – Kryć się, komu drugie życie miłe!

Czytaj dalej –> Rozdział 6.