Rozdział XV
– Panie Nathanie, panie Irothcie, reszto Sarmantów: ja, Jahard, któremu dowódca przydzielił obowiązek prowadzenia rozprawy, rozpoczynam sąd nad Avertonem. Avertonie, jesteś oskarżony o łamanie dwóch dewiz sarmanckich, które teraz przytoczę. Dewizy pierwszej w wersji zmienionej przez dowódcę Midiela czterysta pięćdziesiąt trzy lata temu: Ród Sarmantów bez wyjątków trzymać należy w tajemnicy przed ludzką rasą, a związki z ludźmi ograniczać do minimum, oraz dewizy czwartej w wersji oryginalnej: Każdy Sarmant powinien szanować najstarszych potomków Ramizaela, którzy dowodzić będą rodem przez wieki. Okoliczności są na tyle jawne, że żaden dodatkowy dowód nie jest w tym przypadku wymagany. Łamanie dewiz jest karalne, niemniej jednak każdy Sarmant ma prawo do obrony i wyjaśnień, z pomocą świadków lub bez. Jeśli nikt nie ma pytań, a dowódca nie chce nic dodać… W takim razie, Avertonie, oddaję ci głos.
Averton stał sam jak kołek przy czymś w rodzaju mównicy na środku jednej z największych sali w dowództwie; ławki były ustawione piętrowo w sześciu rzędach dookoła tak, że mogli się na nich pomieścić wszyscy Sarmanci. I tak też było, nie licząc tych pechowców, którzy nie wrócili z misji, oraz Alchemików, których to po prostu nie interesowało. Na honorowym miejscu na podwyższeniu siedział Nathan, po jego prawej stronie Iroth, a po lewej wyjątkowo oficjalny i poważny Jahard.
Averton spojrzał jeszcze na siedzącą nieopodal na ławeczce Rosalie, która głaskała spokojnie zadowolonego wilka, starając się nie zważać na to, że wszyscy bez przerwy się na nią gapią, po czym westchnął krótko i zaczął mówić, korzystając z Uroku Głosu.
– Moi drodzy Sarmanci! Jestem świadomy złamanych przeze mnie dewiz. Ale nie mam potrzeby się z nich tłumaczyć! Słyszałem kiedyś u ludzi powiedzonko, że to winny się tłumaczy. A ja do winnych nie należę. Ale za to z chęcią opowiem wam, i wreszcie też tobie, dowódco, co sądzę na temat aktualnej sytuacji w tym dowództwie. A sądzę, że jest do dupy! – Większość Sarmantów oburzyła się, natomiast Nathan uniósł tylko lekko brwi. – Zanim przejdę do kwestii tej oto wspaniałej kobiety, chciałbym was raz jeszcze spytać… Sarmanci, czy wy nie rozumiecie, że na każdym kroku jesteście ograniczani? Określona liczba wypadów, minimalna zapłata za ciężką pracę, ciągle tylko ćwiczenia, walka i Wakile. Mi zabroniono mieć własnego zwierzaka, ot tak, bo to nienormalne. I widzicie, co musiałem zrobić, żeby złamać ten zakaz – rewolucję! Zero wychyleń, wszystko ma działać jak w zegarku. A spróbuje to komuś nie pasować! Spróbuje ktoś wyrazić negatywne zdanie na temat autorytaryzmu! Skończy tak jak ja. Jak to jest, że my, Sarmanci, nie możemy o niczym decydować? Że uważamy dowódcę za nieomylnego i zgadzamy się na wszystko, co nam powie? Może powinniśmy się zastanowić, czy dziedziczność linii dowódców jest aby na pewno dobrym rozwiązaniem? Nie umiemy już myśleć za siebie. Walczymy od wieków z Wakilami, które chcą dobrać się do naszych głów, ale tak się składa, że już zrobił to za nich mechanizm autorstwa tej oto osoby – tu Averton dobitnie wskazał palcem na dowódcę.
– Czy ty chcesz nam po prostu powiedzieć – odezwał się po raz pierwszy Nathan względnie spokojnym głosem – że to tobie należy się władza? Po twoich słowach wnioskuję, iż uważasz się za wyśmienitego kandydata na przyszłego dowódcę. Buntujesz się z dnia na dzień i chcesz zmieniać kilkusetletnią tradycję, a twoim, że się tak wyrażę, programem wyborczym jest całkowita samowola w większości aspektów sarmanckiego życia?
– Ja nie… – zaczął Averton, ale Nathan nie dał mu dojść do słowa.
– Skoro tak, to według twojej metody zapytam teraz Sarmantów: kto pragnie, by jeszcze dziś to Averton stanął na czele dowództwa? Proszę, podnieście ręce. Głosujcie. – Nikt poza niewzruszoną niczym Rosalie nie chciał lub nie odważył się tego zrobić. – Nie rozumiesz, Avertonie, że to nie takie proste? Setki lat żyjemy według ściśle określonych zasad. Dyscyplina pozwala nam na uratowanie większej liczby ludzi przed Wakilami. A po to żyjemy. Ta twoja wolność doprowadziłaby do zmniejszenia efektywności. Tego byś chciał? Zmiany nie są wskazane, wszystko należałoby dogłębnie przemyśleć…
– Choć pewne reformy zawsze można wprowadzić – wtrącił się Iroth, nie zważając na morderczy wzrok ojca.
– Tradycja, zasady, o tym właśnie mówię! – zawołał Averton. – Ciągle tylko te dwa słowa. To one mają być odpowiedzią na wszystkie nasze wątpliwości. Tego uczy się nas od dziecka. Pozwól więc, dowódco, że zapytam się: po jaka cholerę? Z jakiej racji takie życie ma zwiększyć naszą efektywność? Skąd mamy mieć co do tego pewność, skoro nigdy w historii naszego rodu nie spróbowaliśmy żyć inaczej? Tradycja i zasady to bajeczki, których wyuczyli cię przodkowie, a które mają zapewnić ci kontrolę. Puste cytaty nijak się mają do ciągle zmieniającej się sytuacji w dowództwie i na świecie. Zaraz zaczniesz dyktować nam, kiedy mamy się, za przeproszeniem, wysrać! Nasza wyjątkowość stała się naszym przekleństwem, a winny temu jest autorytaryzm, który tutaj panuje. Myślisz, że nikt nie podniósł ręki z szacunku i podziwu do ciebie, dowódco, czy raczej ze strachu?
– Ty bezczelny, arogancki idioto! – Dowódca, cały czerwony ze złości, w końcu nie wytrzymał. – Wszystko, co robię, robię dla dobra tego dowództwa, ale ty wolisz wymyślać teorie spiskowe na temat tego, jakim to nie jestem potworem! I nie, nie siedzę całymi dniami, obijając się i licząc pieniądze. Ciężko pracuje przez pełną dobę, upewniając się, że następnego dnia każdy z was będzie miał pełny brzuch i odpowiednie zaopatrzenie do misji. Że dowództwo jest bezpieczne. Czy ty naprawdę sądzisz, że nic tylko napawam się władzą i kontroluję Sarmantów? Gdyby naprawdę tak było, już dawno dowiedziałbym się o tobie i o tej kobiecie.
– Właśnie, wytłumacz się wreszcie, co ona tu robi! – wtrącił się któryś Sarmant.
– Dlaczego wpuszczono człowieka do naszego dowództwa? – podchwycił ktoś inny, a później dołączyło się do niego jeszcze dziesięć innych głosów.
Averton wyprostował się dumnie.
– A żebyście wiedzieli, że się wytłumaczę!
Tu zaczął swoją tkliwą opowieść o zakochaniu się w Rosalie i wyczyszczeniu pamięci przez Irotha, o czym wspominał już podczas ostatniej debaty, choć nie tak szczegółowo. Rosalie zaś założyła ręce na piersi i zmarszczyła gniewnie brwi. Iroth siedział przez cały ten czas z zażenowaną miną, co rusz kiwając ostentacyjnie głową i wzdychając głośno.
– I co, panie Nathanie? – powiedział Averton na koniec wyzywającym tonem. – Wtrącisz mnie do lochu, bo zakochałem się w człowieku?
– Każę cię ściąć, bo złamałeś podstawową dewizę, dewiancie! – wybuchnął dowódca, wykrzywiając twarz.
– Okrutne… – Averton zakrył usta dłonią, udając przerażonego. – Przyprowadziłem tu człowieka i… i… I nic się nie stało! Dowództwo wciąż stoi. Co to będzie?
– Na Ramizaela, czego ty chcesz?! – nie wytrzymał Iroth. Wstał, poprawiając przy okazji czarny surdut. – Czego? Żebyśmy zamieszkali z ludźmi? Może powinniśmy rozbudować dowództwo, żeby dla każdego starczyło miejsca? Albo byśmy wszyscy rozproszyli się po świecie i żyli osobno, każdy z jakimś człowiekiem? Czy o to ci chodzi?
– Chcę, żebyśmy przestali świrować na punkcie naszego rodu! Mamy się za nie wiadomo kogo. Traktujemy ludzi jako tych gorszych. Bo co, bo nie mają uroków, darów? Bo nie potrafią sami się bronić? To nie ich wina! Nie są gorsi od nas, choć wmawia się nam to od dziecka. Mamy prawie dwudziesty pierwszy wiek, a w dowództwie dalej uczy się rasizmu. Siedemset lat temu jakoś potrafiliśmy z nimi żyć i nie było katastrofy.
– Byliśmy do tego zmuszeni – warknął dowódca, marszcząc ze złością brwi. – Inaczej nasz ród by się nie rozrósł. Najwyraźniej brak ci podstawowych informacji, skoro nie wiesz, jakie problemy nam to przysporzyło. Chyba nie pamiętasz czasów, kiedy to Sarmanci bez większej potrzeby wchodzili w związki z ludźmi, a kobiety w różnych krajach nie raz i nie dwa ginęły podczas porodu, dając na świat dzieci, dzieci niechorujące i miewające pewne dziwne, nadludzkie przejawy… Ilu to młodych Sarmantów zabito za rzekome uprawianie magii? Ilu dzieciom odbieraliśmy dotychczasowe życie, zabierając je do dowództwa, a ilu nie zdążyliśmy pomóc i zostały zabite lub porwane przez Wakile? Jak wielu ludziom trzeba było niepotrzebnie czyścić pamięć przez takie sytuacje? Sarmantki też nieraz zachodziły w ciążę z ludźmi, a dzieci z czasem coraz częściej rodziły się z ludzkimi schorzeniami…
Averton przewrócił ostentacyjnie oczami, ale Nathan nie zwrócił na to uwagi.
– Dopiero dowódca Midian zareagował, zmieniając treść pierwszej dewizy. Od tego czasu kłopoty zmalały niemal do zera. To działa, Avertonie. Wiem o tym ja i wiedzą o tym Sarmanci. Gdyby tak nie było, co rusz mielibyśmy na karku niekrytych pierścieniem Sarmantów po przemianie! Może i nie jestem w stanie kontrolować nikogo, kto wyjdzie poza dowództwo, ale ufam, że każdy Sarmant chce dbać o nasze dobro. Nie śmiej więc podważać podstawowej zasady naszego rodu! Nie żyjemy z ludźmi nie tylko dla naszego dobra, ale przede wszystkim dla ich dobra. Nie wspominam już nawet o panice, jaką mogłaby wywołać wieść o Wakilach, które wysysają z nich życie…
– Znowu te cholerne zasady! – oburzył się Averton. – Gdybyś wystawił nos poza dowództwo, wiedziałbyś, panie Nathanie, że ludzie już od dawna nie wierzą w takie rzeczy jak magia, a palenie na stosie stało się równie archaiczne co to miejsce. Ludzkość nie musi się o nas dowiedzieć. Ale nie ma przeciwskazań, żebyśmy przyjmowali do naszej społeczności jednostki, jednocześnie zachowując anonimowość przed resztą ich świata. Wystarczyłyby odpowiednie grupy zajmujące się tym tematem, badające sprawy ludzi aspirujących na mieszkańców dowództwa i…
– Ludzie mieszkający z nami tutaj? – przerwał mu Iroth, po czym zaśmiał się. – Po co? Oni prowadzą zupełnie inny tryb życia niż my! Poza tym na jakiej podstawie chcesz orzekać, kto może żyć z człowiekiem? I z jakiej racji twoja kobieta miałaby być tym wyjątkiem?
– Bo jestem w ciąży! – zawołała niespodziewanie Rosalie, wstając.
Sarmanci zaczęli szeptać między sobą z przejęciem, Iroth i Nathan niemal jednocześnie zakryli twarze dłońmi, a Averton omal się nie przewrócił
– Na Ramizaela! – wymsknęło mu się. – Ale jaja! To wspaniale! Słyszycie, Sarmanci? Będę ojcem! Ha! No to masz odpowiedź na pytanie, Irothcie.
– Teraz ja chcę zabrać głos – dodała Rosalie, poprawiając swoje długie, rude włosy i podchodząc do Avertona, który objął ją krótko. Wyglądała na zestresowaną, ale tylko trochę.
– To niezgodne z procedurą – oznajmił natychmiast Jahard. – Teraz wypowiada się oskarżony i ci, którzy go oskarżają. Świadkowie potem!
– Na ten moment nie mam nic do dodania – odparł nieustannie uśmiechnięty Averton – dlatego wzywam pierwszego świadka, Rosalie!
– Niech tak będzie – westchnął Jahard. – Jeszcze tylko Urok Głosu. Gotowe. Oddaję głos pierwszemu świadkowi.
– Tyle tu mówicie o ludziach – rozbrzmiał lekko zachrypnięty głos Rosalie w języku holenderskim – a właściwie nawet nie znacie naszego zdania. Osobiście zszokowała mnie informacja o tych całych Wakilach, to prawda. Ale razem z Avertonem jakoś przez to przebrnęłam i przynajmniej jestem świadoma zagrożenia. O istotach jak wy czytałam jedynie w książkach albo oglądałam parę takich filmów. Jesteście niezwykli, naprawdę. Ale… – Rozejrzała się niepewnie po sali, jakby nie była pewna, na ile może sobie pozwolić. – Ale niemożliwe zacofani. Moim zdaniem powinniście wziąć trochę na wstrzymanie, jeśli chodzi o ludzi. Nie jesteśmy tak głupi, jak sobie myślicie. Oczywiście nie wszyscy by was zaakceptowali, ale chyba… chyba nie powinniście tak świrować, gdy jeden człowiek się o was dowiedział! Żeby nie było, nie mam zamiaru nikomu o was mówić. Chciałabym po prostu, żeby moje dziecko było szczęśliwie, skoro już jest skazane na bycie Sarmantem. Jeśli chcecie, mogę nawet przefarbować włosy na czarno. Ale wychowam syna razem z Avertonem, czy się wam to podoba, czy nie. To chyba tyle…
Usiadła z powrotem na ławce z całkiem zadowoloną miną, a Averton jej zaklaskał.
– Lekkomyślność ludzka nie zna granic – skomentował to z pogardą Nathan. – Twoje pojęcie o życiu, kobieto, jest przerażająco wąskie… Ach, miejmy już to za sobą. Jahardzie?
– Avertonie, czy wzywasz jeszcze jakiegoś świadka?
– Tak! Niech pomyślę… Tak. Grettę. Zawsze dzieliła się ze mną poglądami i zawsze stała po mojej stronie. Na pewno z chęcią się wypowie. Prawda?
Wszyscy zaczęli rozglądać się za wywołaną; siedziała gdzieś na szarym (albo raczej czarnym) końcu, zakrywając twarz rękami, a gdy zauważyła, że wszyscy na nią patrzą, tylko pokiwała gwałtownie głową, coś mrucząc pod nosem.
– Co za kompromitacja… – dało się słyszeć mruknięcie Irotha. – Lepiej dajcie spokój mojej kuzynce, bo się nam tu zaraz rozpłacze z bezradności.
– Cóż… – Jahard odchrząknął. – Czy chciałbyś wezwać jeszcze kogoś, Avertonie?
– Ja… – Averton, zbity z tropu, nie bardzo wiedział, co powiedzieć, ale nagle jakby go olśniło. – Pewnie, że chcę. Jakże mógłbym nie! Eldy, przyjacielu! Zapraszam! Powiedz im!
Eldy obserwował całą dyskusję z zapartym tchem. Najwięcej przyglądał się Irothowi, który wiele ostatnio przeżył, a teraz wyraźnie robił wszystko, by nie podpalić swojemu przyjacielowi-zdrajcy jego niebieskiej kurtki z kapturem. Z tyłu głowy Eldy ciągle słyszał nieprzyjemny głosik, powtarzający mu, że to wszystko jego cholerna wina. Gdyby nie ta nieszczęsna, pijacka rozmowa… A może prędzej czy później i tak by do tego doszło? Tak czy siak nie to najbardziej go męczyło. Mimo tego, co zdążył już usłyszeć, wciąż nie wiedział, po czyjej stronie stoi. Ale starał się tym nie przejmować. W końcu, kogo obchodzi jego zdanie?
Dlatego prawie spadł z ławki, gdy usłyszał ostatnie słowa Avertona.
– Ja nic nie wiem… – zaczął się jąkać, poklepywany lekko przez nieco zdziwioną Esteline. Co ona w ogóle pamiętała?
– Opanuj się, wołają cię, idź tam! – szeptała do niego przyjaciółka, z poklepywania przechodząc w potrząsanie. – Przyjaciół nie opuszcza się w biedzie!
Wstał. Mając na sobie wzrok wszystkich, a zwłaszcza wściekłego Barly’ego i spanikowanej Elviry, wolnym krokiem podszedł do uśmiechającego się do niego Avertona, który objął go jak syna.
– Powiedz im, Eldy – zachęcał go z podekscytowaniem. – Dasz radę! Jeszcze urok…
– Ale co mam powiedzieć? – bąknął chłopak, a gdy usłyszał swój głos rozchodzący się po całej sali, omal nie schował się pod najbliższą ławkę.
– O ludziach rzecz jasna! I o całej reszcie.
Iroth spoglądał na niego tak, jakby wiedział, że zaraz palnie jakąś głupotę. Ale gdy ich spojrzenia się spotkały, pokiwał głową z uśmiechem, dodając mu otuchy. Eldy, przypominając sobie jego rady, wyprostował się i wciągnął głośno powietrze. Jak być idiotą, to na całego.
– No to dzień dobry wszystkim – zaczął, starając się nie myśleć o kilkuset istotach, które w ciszy czekają na jego mądrości. – Wygląda na to, że ja też mam coś do powiedzenia. Zacznę od tego, że… Ogólnie ludzie są fajni. Podziwiam ich za różnorodność, której nam trochę brakuje. Bo spójrzmy tylko na siebie – różnimy się jedynie kształtem twarzy, posturą, umiejętnościami, ewentualnie kolorem skóry… Nieważne. Liczy się to, że ludzie panują nad maszynami do transportu. Mają urządzenie, które odtwarza samoistnie muzykę, a nawet komórkę telefonową, która sprawia, że można sobie porozmawiać z kimś z innego kraju. No i nieźle gotują. A z tego, co ostatnio zaobserwowałem, sporo piją i uprawiają hazard. Mają też nowoczesne toalety, na pewno lepsze od naszych. Tak jak mówił Averton, wiele potrafią!
Spojrzał na Esteline, która, cała czerwona, patrzyła na niego przez palce. Cholera, po co wspominał o tych toaletach?! Zamilkł na chwilę.
– Przebywałeś ostatnio wśród ludzi? – pomógł mu Averton. – Jacy jeszcze ci się wydali?
– Interesujący!
– Czyli?
– No… Tyle w nich tkwi siły…
– W jakim sensie?
– No, siły, którą koniecznie chcą udowodnić…
– A skąd ci to przyszło do głowy?
– Bo chyba mnie chcieli zastrzelić… Ale to raczej typowe u nich?
– Zaraz, zaraz. Zastrzelić?!
– Właściwie to nie! Nie zrobili tego. Tylko mi dokopali, spokojnie…
– Dokopali?!
– Ale nie tak jak mój ojciec! Sarmant! Więc są chyba lepsi.
– Eldy? Czy coś się dzieje?
Sarmanci zaczęli szeptać, a niektórzy nawet chichotać. Averton patrzył na niego z rozpaczą wymalowaną na twarzy, Iroth jakby skurczył się w sobie, Nathan chyba się trochę uśmiechnął z politowaniem, Esteline trzęsła się ze śmiechu i robiła smutną minę na przemian, Everley schował twarz w dłoniach, Elvira zbladła, a Barly wyglądał jak przyszły morderca. I jeszcze Athenot, siedzący poniżej ojca. On jeden uśmiechał się bezczelnie i złośliwie.
Eldy zastanawiał się, czy warto by teraz po prostu wyjść z sali i spłukać się w kiblu. Zamiast tego postanowił wziąć się w garść.
– Posłuchajcie! – zawołał. – To nie tak. Ludzie są w porządku, przynajmniej w większości. Nie wiem, jak by nam się z nimi żyło. To byłaby szokująca dawka nowych kolorów… Z pewnością nie wszyscy by tego chcieli. Dlatego sądzę, że brakuje nam złotego środka. Trzeba jakoś pogodzić te dwie strony, tak żeby żadna nie ucierpiała, ale też żeby każda wyciągnęła z tego jakieś wnioski! Bo wszyscy mają trochę racji. Jedni mniej, drudzy więcej…
– A czy pytanie nie brzmi: kto ma więcej, a kto mniej, drogi młodzieńcze? – odezwał się Nathan ni to poważnie, ni żartem.
– To pytanie z wyższej półki… – bąknął spłoszony Eldy, widząc wyczekujące spojrzenie zarówno Avertona, jak i Irotha. – Ja znam rzecz jasna odpowiedź i chyba każdy wie, jak ona brzmi, ale czymże jest moje zdanie w obliczu sądu Jaharda? Pozostało mi tylko usunąć się w cień… Dziękuję za uwagę!
Chłopak niemalże pobiegł w stronę ławki, a gdy usiadł, nawet nie spojrzał na Esteline, by jeszcze bardziej się nie załamać. Z tyłu zaczepił go Everley, nachylając się do niego.
– Kto, na Ramizaela, chciał cię zastrzelić?! – zapytał półgłosem, ale on tylko machnął ręką. Koniec gadania na dziś!
Tymczasem Jahard, udając, że to wszystko nie miało miejsca, przewrócił jakąś stronę w swoich notatkach i oznajmił:
– Możesz wezwać jeszcze jednego świadka, Avertonie.
– Już wystarczy – mruknął niepocieszony Averton, przeczesując nerwowo loki.
– W takim razie teraz może rozpocząć się swobodna dyskusja na temat oskarżonego, mogąca, ale niemusząca wpłynąć na decyzję dowódcy co do całej sprawy. Każdy, kto chce się wypowiedzieć, powinien użyć Uroku Głosu. Rozmowy uważam za rozpoczęte.
Nie trzeba było długo czekać, aż pierwszy głos zabrał Demidion, broniąc linii dowódców. Później poparł go dumnie Athenot, a następnie Tatiana, ale wtedy swoje racje zaczęła wykrzykiwać matka Slavii, obrażając przy tym Irotha za bezduszność. Wówczas w grę wkroczyła Diathena, stanowczo jak na nią broniąc męża. Dołączył się do tego Casimir, dłuższą przemową szydząc z poglądów Avertona, ale przerwał mu Barly, śmiało krytykując system władzy w dowództwie. Wtedy w sprzeczkę wszedł z nim Everley, ale do Barly’ego dołączyło się paru innych Sarmantów, którzy zaczęli wspominać o ludziach, których całkiem lubią. Poparła ich Cheryl, choć zapewniła, że stoi po stronie dowódcy. Później wypowiedział się nawet Anael, korygując błędy historyczne, które popełniło paru Sarmantów. Dało się słyszeć coraz więcej głosów, a dyskusja przeszła w wielką kłótnię. Dlatego w końcu Jahard głośnym krzykiem zarządził koniec debaty. Ale po raz pierwszy w historii jego kariery nikt go nie posłuchał. Zaczął się robić coraz większy chaos, na który dowódca nie reagował, spoglądając tylko z lekkim niezadowoleniem na speszonego Jaharda. Dopiero gdy nastał ogłuszający huk, wszyscy ucichli, rozglądając się za jego źródłem.
A huk doszedł prosto z lufy pistoletu, który Rosalie trzymała w górze.
– Jak ludzie – mruknęła tylko, siadając z powrotem na ławce.
Oszołomienie użyciem broni palnej trwałoby i trwało, gdyby nie odezwał się Jahard.
– Tak jak mówiłem – koniec dyskusji. Gdzie wasza klasa, Sarmanci? – Westchnął ostentacyjnie i znów przewrócił jakąś kartkę. – Teraz przyszedł czas na mój werdykt, który, zważywszy na obecność wielmożnego dowódcy, jest jedynie pomocniczy, tak jak werdykt pana Irotha. Sytuacja jest wyjątkowa, dlatego uważam, że trzeba do niej podejść od innej strony niż zazwyczaj. Averton nikomu nie zrobił krzywdy, a jego czyny nie spowodowały żadnej szkody. Niemniej jednak złamał dwie ważne dewizy sarmanckie i nie poczuwa się do winy. Mój werdykt – dożywotnie wygnanie z dowództwa, razem ze swoją ludzką kobietą. I wilkiem. Raz w miesiącu będzie musiał zdawać raport Isidorowi, który będzie kontrolował jego życie wśród ludzi, wciąż zgodne z dewizami. Dziecko zaś w odpowiednim wieku trafi do dowództwa, by móc szkolić się na prawowitego Sarmanta. Tak brzmi mój wyrok.
Większość Sarmantów kiwała zgodnie głowami, Averton zaś kiwał głową na znak, że Jahard może wypchać się takim werdyktem. Teraz przyszła kolej na Irotha.
– Zgadzam się z Jahardem, ale sądzę też, że do Avertona powinni się dołączyć Sarmanci, którzy popierają jego poglądy. Na tych samych zasadach. Wówczas każdy byłby zadowolony. Pytanie, czy miałbyś im, Avertonie, coś do zaoferowania.
– Jahardzie, jeśli mogę – wtrącił się „nielegalnie” Averton. – Dziękuję ci, Irothcie, że poruszyłeś ten temat. Tak, Sarmanci, mam wam wiele do zaoferowania! Podczas mojej nieobecności załatwiłem nam spory kawałek ziemi z własnym hotelem. Nawet trochę na odludziu, tak jak lubicie. Stworzylibyśmy wspólnie własną strukturę, razem zaczęlibyśmy nowe życie, wolne od ciągłej presji, ale wciąż sarmanckie. Nie zrezygnowalibyśmy z łowów na Wakile, treningów i ćwiczeń. Moglibyśmy nawet dostarczać dowództwu comiesięczne raporty. Ale sami zarabialibyśmy sobie na życie, nie martwiąc się, ile monet tym razem poskąpi nam dowódca! Co do kwestii związku z człowiekiem… Sądzę, że indywidualnie rozpatrywalibyśmy każdy przypadek. Wszystko jest do dogadania. Co będzie później – nie wiem. Ale mam pewność, że razem jakoś sobie poradzimy!
– Brzmi w miarę poprawnie – przyznał niechętnie Iroth po chwili milczenia.
– To teraz czas na ostateczny werdykt – powiedział Jahard z pokerową miną. – Dowódco?
Nathan wyprostował się na krześle, obiegł wzrokiem po zebranych, a zatrzymawszy się na Avertonie, rzekł nienaturalnie spokojnym głosem:
– Tak jak już wspomniałem wcześniej, Averton zasługuje na śmierć. Jest nieobliczalny. Wyrok – ścięcie ostrzem.
Po sali dało się słyszeć liczne „Co?!”. Wilk zawarczał groźnie i w paru susach znalazł się nieopodal dowódcy, gotując się do skoku. Averton musiał go zatrzymać, ten bowiem stanął w miejscu, nie przestając pokazywać zębów i warczeć cicho. Żeby tego było mało, Rosalie wycelowała pistolet prosto w głowę Nathana.
– Lepiej się pan wycofaj z tego werdyktu – warknęła niemal tak jak wilk – bo nie zawaham się tego użyć! Liczę do trzech…
Demidion niemal natychmiast wyrwał jej pistolet z ręki dzięki Urokowi Telekinezy, chwytając go dwoma palcami z obrzydzeniem. I tak skończyło się parę sekund sławy Rosalie.
Ale wielu Sarmantów zaczęło głośno protestować.
– To moja ostateczna i niepodważalna decyzja – oznajmił niewzruszenie dowódca. – Nie pozwolę na to, żeby niespełna rozumu Sarmant dewastował podstawowe zasady naszego rodu i pałętał się wśród ludzi, narażając nas na niebezpieczeństwo!
– Ależ proszę, zabij mnie, idioto! – prychnął głośno Averton. – Myślisz, że w ten sposób coś zakończysz? A może po drodze ukatrupisz każdego, kto mnie poprze? Czystka, co? Może…
I wtedy Averton niespodziewanie zamilkł. Nie minęła chwila, a zaczął robić się purpurowy na twarzy; wyraźnie próbował zakaszleć, ale mu to nie wychodziło. Wilk już znalazł się przy nim, skomląc rozpaczliwie. Ale zanim Rosalie zdążyła do niego dobiec, ten, oszołomiony, złapał łapczywie oddech, odchrząkując parę razy głośno, wilk zaś się uspokoił, ocierając się o swojego pana. Stało się to na tyle szybko, że większość Sarmantów nie zrozumiała, co tu zaszło. Ale Eldy wiedział doskonale.
Ani na sekundę nie oderwał wzroku od dowódcy i jego syna. Nathan próbował utopić Avertona na oczach wszystkich! I zapewne by to zrobił, gdyby nie Iroth. Nie wiadomo, czy to dyskretne podpalenie jego spodni pod stołem, czy też parę słów wyszeptanych przez niego na ucho sprawiło, że dowódca zrobił wystraszoną minę i natychmiast wycofał się z morderczych planów. Co więcej, Eldy był niemal pewien, że wie, co takiego Iroth, który właśnie odkrył największą tajemnicę ojca na temat amuletu, mógł mu powiedzieć.
– Co tu się od… – zaczął Averton, ale Iroth nie dał mu dojść do słowa.
– Cisza! Teraz mówię ja! – zawołał donośnie, wstając z pewną siebie miną. – Złość mojego ojca jest zrozumiała, ale wiem, że nie podjął tej decyzji świadomie. Averton nie zostanie stracony. Prawda, ojcze? – Nathan aż się trząsł. Po paru długich sekundach kiwnął sztywno głową. – Tak jak mówiłem wcześniej, Averton odejdzie z tymi, którzy go poprą. Od tej decyzji nie będzie już odwrotu. Za chwilę Jahard przejdzie do odpowiedniej procedury głosowania. Od siebie pragnę jeszcze dodać, że ta sytuacja nie przejdzie w dowództwie bez echa. Wiele ważnych spraw zostało poruszonych. Choć większość z nich odrzucam, zwłaszcza te absurdy na temat ludzi, niektóre kwestie skłaniają mnie do myślenia. Dlatego wstępnie chciałbym zaznaczyć, że i u nas pojawią się pewne zmiany. Na dobry początek proponuję więcej dozwolonych wypadów w celach rozrywkowych. W ramach rekompensaty zwiększymy też liczbę misji w związku z naglącym tematem Wakili, o których nie było tu dziś mowy. I sprawimy, by do waszych kieszeni wpadało trochę więcej franków. Wiem, że dowódca weźmie te zmiany pod uwagę, rozmawialiśmy już o nich nie raz. Czyż nie, ojcze?
Sarmanci byli tym pomysłem zachwyceni, w przeciwieństwie do Nathana, który wyglądał tak, jakby miał zamiar udusić syna gołymi rękami. Ale te były potrzebne, zwłaszcza teraz, przed głosowaniem, i dowódca doskonale o tym wiedział. Ku uldze wszystkich schował dumę do kieszeni i przytaknął, dodając, że może i coś z tego będzie.
– Dobry z ciebie Sarmant, Irothcie – odezwał się Averton ze szczerym uśmiechem. –Myliłem się co do ciebie. Będziesz dobrym dowódcą.
– Lepiej już zamilcz. – Iroth przewrócił oczami, ale takie słowa wypowiedziane na forum wszystkich Sarmantów musiały mu sprawić niemałą satysfakcję, zwłaszcza przy ojcu.
– W takim razie nie zostało nam nic innego – powiedział w końcu wciąż śmiertelnie poważny Jahard – jak tylko przejść do nietypowej procedury głosowania. Niech wstaną ci, którzy chcą podążyć za Avertonem, w pełni świadomi konsekwencji, jakie to za sobą niesie.
Nastała pełna napięcia cisza. Co rusz każdy spoglądał na dowódcę, jakby bał się, że ten zabije na miejscu tego, kto się odważy. I tak, pierwsi wstali rodzice Slavii, a później sama dziewczyna, co Eldy skwitował szerokim uśmiechem. Za ich przykładem wstało paru kolejnych Sarmantów, później następnych i jeszcze kilku, w tym jedna kobieta w ciąży, patrząca z sympatią na Rosalie. Iroth i dowódca obserwowali tę scenę w napięciu, a ich twarze drgały przy każdym kolejnym buntowniku. Najbardziej dotknął ich widok podnoszącej się nieśmiało Gretty, która robiła wszystko, byleby tylko nie spojrzeć im w oczy. Eldy obejrzał się za swoimi bliskimi – nikt z nich nie ruszał się z miejsca. Tylko Simon dyskutował zawzięcie szeptem z Anaelem i Camille, którzy powstrzymywali go od dołączenia się do odważnych.
W końcu, gdy od dłuższego czasu nikt nie ruszył się z miejsca, Jahard oznajmił:
– Mam rozumieć, że to wszyscy chętni? Dobrze. A zatem doliczyłem się czterdziestu siedmiu Sarmantów.
Dość dużo. Wiedział to Eldy i na pewno wiedzieli to dowódca z synem, którzy w milczeniu przypatrywali się twarzom zdrajców dowództwa.
– Jeśli nikt nie chce się wycofać, proszę, aby… – zaczął Jahard, ale dowódca mu przerwał.
– Zaraz, zaraz. Ilekolwiek by ich – wypowiedział to słowo z istnym obrzydzeniem – nie było, nie pozwolę, by ot tak, bez żadnej kontroli ze strony dowództwa, pałętali się wśród ludzi i żyli wedle upodobania. Sarmant na zawsze pozostaje Sarmantem i żadne poglądy tego nie zmienią. Potrzeba kogoś, kto wyruszy razem z Avertonem i będzie pilnować, czy żadna dewiza sarmancka nie została złamana. I czy ten pożałowania godny osobnik – tu wskazał na drapiącego się za uchem Avertona – nie zaczyna przekraczać pewnych granic. Wszystko musi być pod kontrolą, nawet tak zuchwałe posunięcie. Więc kto? – spytał na koniec krótko.
Eldy przeczuwał, że to się wydarzy. Ale i tak omal nie dostał zawału, gdy to jego ojciec, siedzący nieopodal niego, z miną żołnierza wstał i powiedział i zgłosił swoją kandydaturę.
– Serio? – jęknął Averton, Barly jednak nie zwrócił na niego uwagi.
– Chociaż szczerze szanuję to dowództwo za tradycję, walkę i dewizy, to mdli mnie na samą myśl o panującym tu systemie władzy. Nie chcę żyć w takim gównie, gdzie moja rola kończy się na zaliczeniu paru misji tygodniowo bez możliwości osiągnięcia czegoś więcej. – Tego potrzebował – pokazać swoją wyższość i zmieszać z błotem linię dowódców. Eldy widział w jego oczach chorą satysfakcję. – Dlatego z miłą chęcią spełnię prośbę i się stąd wyniosę…
– No wreszcie – wtrącił się Iroth ze złością pomieszaną z ulgą.
– …Razem z moją żoną i dwoma synami oczywiście – dodał.
Eldy uświadomił to sobie dopiero wtedy, gdy Barly wypowiedział te słowa na głos. Aż zrobiło mu się słabo. Elvira coś tam pomruczała pod nosem, ale przytaknęła. Eldy złapał wzrok Everley’a i dostrzegł w jego oczach ten niepokojący błysk. Czyżby on…?
– Nie zgadzam się – oznajmił twardo Everley, a zaraz potem powtórzył to, używając Uroku Głosu. – Nie mam zamiaru się stąd ruszać.
– Synu – wycedził przez zęby Barly – obowiązki to obowiązki. Nie tego cię nauczyłem!
– Zostaję.
– Beze mnie nie poradzisz sobie w walce o tytuł Króla Ostrza – warknął Barly, nie zważając na to, że paręset Sarmantów słucha tej kłótni. – Beze mnie jesteś nikim!
Everley uniósł wysoko głowę, wyraźnie starając się nie przejmować tym, co usłyszał.
– Zostaję – powtórzył tylko i usiadł na miejsce, najpierw spoglądając z przykrością na łkającą Elvirę, a później na oszołomionego Eldy’ego. Jakby zachęcał go do tego samego.
– A zostań sobie! – prychnął Barly. Eldy widział, jak bardzo go to dotknęło i czuł w duchu ogromną satysfakcję. – Zobaczymy, jak prędko pożałujesz tych słów! – Ojciec spojrzał na Eldy’ego z zażenowaniem. – No cóż, w takim razie muszę zadowolić się ochłapami.
– A idź się wysraj! – zawołał chłopak, zaraz potem czerwieniejąc – zapomniał, że wciąż działa na niego Urok Głosu. Zakaszlał. – Zostaję z Everley’em.
Barly zaczął się paskudnie śmiać. Eldy’ego zmroziło. Ten śmiech zawsze przypominał mu to, co zdarzyło się rok wcześniej. Zaczął wpadać w panikę, gdy usłyszał pierwsze słowa ojca, przerywane szyderczym chichotem.
– Myślisz, że ktoś cię tu chce? Masz ochotę, żebym zdradził wszystkim naszą małą tajemnicę? Czy dla własnego dobra przymkniesz gębę i darujesz sobie ten teatrzyk? Nie rozumiesz, że wszystkim ulży, gdy wreszcie się stąd wyniesiesz?
Eldy miał dwie opcje – zgodzić się z ojcem i nie narobić sobie wstydu lub wypowiedzieć na głos słowa, które od dawna mu ciążyły i przy okazji zrobić z siebie debila roku. Ale przy tym utrzeć ojcu nosa. Wiedział, co musi zrobić.
– Mam tego dość! – oznajmił dobitnie, spoglądając na Irotha, który pokiwał głową z dumą, tak samo Everley. Jeszcze nie wiedzieli, co usłyszą. – Ciągle tylko straszysz mnie, że powiesz komuś o tym, co się zdarzyło. Więc dobrze, niech się wszyscy dowiedzą!
Esteline patrzyła na niego z niemałym zdziwieniem, podobnie zresztą inni Sarmanci. Eldy nie mógł już się wycofać, dlatego zszedł paroma schodkami na dół, stając niedaleko Avertona, i zaczął opowiadać.
– To idiotyczna historia. – Już po tych słowach poczuł, że ręce zaczynają mu się trząść, a niepokój zaczyna zalewać jego ciało. Wziął głęboki oddech. – Ale mam to gdzieś. Większego kretyna i tak już z siebie nie zrobię. To tak: dwa lata temu był taki jeden wypad zapoznawczy Sarmantów przed przemianą po Paryżu. Tak się złożyło, że mój ojciec był wtedy jednym z naszych opiekunów. W połowie wycieczki, jako że wypiłem dużo tej cola-coli, czy jak to się zwie, musiałem zrobić swoje. Więc ukradkiem odłączyłem się od grupy, a gdy wyszedłem z toalety, okazało się, że reszta jest już na tyle daleko, że straciłem ich z oczu.
Winę ponosił Athenot, który obiecał Eldy’emu, że przekaże reszcie, by na niego poczekali, ale że w razie czego ma się kierować w lewą stronę. Nie dość, że nie przekazał, to jeszcze okazało się, że wszyscy szli w prawo. Ponoć chciał się tym odpłacić za zamknięcie go w kiblu. Parszywa świnia – denerwował się Eldy, widząc teraz jego uśmieszek.
– Jak się domyślacie – kontynuował, próbując opanować stres – szybko zabłądziłem. Zamiast czekać na miejscu, uznałem, że poszukam reszty. Wtedy już robiło się ciemno, no i przez przypadek zboczyłem w jakąś uliczkę. Dopiero gdy doszedłem do jej końca, gdzie były wielkie, przebrane kosze na śmieci, zorientowałem się, że dalej nie przejdę. Tyle że gdy już się odwróciłem i miałem wrócić na główną drogę… Ja naprawdę byłem pewien, że to Udur! Jakiś cień zataczał się to w jedną, to w drugą stronę, co najmniej jakby szukał jakiegoś Sarmanta, którego mógłby sobie zabić albo porwać do Mortanu. Co z tego, że znalazł się tam tylko jakiś bezdomny pijak, który nawet mnie nie zauważył. Dla czternastoletniego mnie był to Wakil, który czyha na moje życie. Serio, tak wtedy spanikowałem, że schowałem się za koszami, między tymi śmierdzącymi śmieciami, walającymi się wokół, i nie ruszałem się przez dobrą godzinę. Pijakowi chyba się przysnęło, a ja byłem pewny, że Udur cierpliwie tam na mnie czeka. – Eldy zatrząsnął się przeraźliwie. – Wiecie, ja ani nie drgnąłem… Byłem pewien, że ruch go sprowokuje. Porażka… Nie wiem, ile bym tam siedział, gdyby nie ojciec, który mnie tam znalazł. Zastał mnie wystraszonego w tym smrodzie i syfie, po czym oznajmił dobitnie, że nie ma tam żadnego Wakila. – Chłopak zamilkł na chwilę, z grozą wspominając sobie gwałtowną reakcję ojca. – Wiedział, jakie ze mnie zero i nie chciał, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział. Ja też nie chciałem. Jako że byłem brudny i cuchnący przez te śmieci, na szybko kupił mi czyste ubrania. Potem dołączyliśmy do reszty, oznajmiając tylko, że nieszczęśliwie zabłądziłem. Oto, co się stało. Oto, co gnębi mnie już od dwóch lat! Tak, zachowałem się jak strachliwy dzieciak. Nienawidziłem się za to. Od tego momentu wmawiałem sobie, że nie nadaję się do walki ani do misji. Ech, mam po prostu nadzieję, że będzie ze mną tylko lepiej! Przepraszam, że musieliście to słyszeć. No trudno. To tyle… Skończyłem.
Eldy czuł maksymalne zażenowanie, a ręce wciąż mu się trzęsły, ale odetchnął z ulgą. W końcu to z siebie wydusił. Co z tego, że teraz jest zapewne uznany za skazę na nieskalanej historii dorastających Sarmantów. Ważne, że wyrzucił z siebie ciążący mu niesłychanie balast.
Do dziś nie mógł ścierpieć Athenota. W końcu poniekąd to on był odpowiedzialny za najbardziej traumatyczne zdarzenie w jego marnym życiu. Teraz chyba zrobiło mu się głupio, bo bez uśmieszku wpatrywał się tępo w podłogę. Nastała chwila ciszy, w której Eldy również wbił wzrok w swoje buty. Gdy powiedział o tym na głos, nie brzmiało to tak poważnie, jak mu się wydawało.
– Cokolwiek się tam nie wydarzyło… To, że przyznałeś się teraz przed wszystkimi, młodzieńcze, świadczy tylko o tym, że już nie jesteś tchórzem. – Czy dowódca naprawdę wypowiedział te słowa? – Każdy Sarmant może mieć chwilę słabości, nawet tak wielką. Możesz z nami zostać jeśli chcesz. Twoi rodzice z pewnością poradzą sobie z Avertonem.
To były jedne z najlepszych słów, jakie Eldy w życiu usłyszał. Humor poprawił mu się jeszcze bardziej, gdy zobaczył pełną dumy minę Irotha. Jedynie Averton wyglądał na zasmuconego.
– Na pewno nie chcesz się ze mną wybrać, przyjacielu? – spytał.
– Chyba rozumiesz, panie Avertonie… – Eldy kiwnął głową w stronę ojca. – Ale będę cię odwiedzał, jak już przejdę przemianę! No, jeśli będę mógł tam…
Przerwał, widząc cień złości na twarzy Avertona, który patrzył gdzieś za nim. Eldy odwrócił się i zobaczył, jak jego ojciec idzie prosto na niego, składając dłonie w pięści.
– Dość tego, kurwa! – warknął, wykrzywiając twarz w strasznym grymasie. – Wychodzimy stąd. Musimy sobie pogadać! Nie będziesz upokarzać więcej naszej rodziny!
Gdy znalazł się już blisko, wydarzyło się parę rzeczy na raz. Z jednej strony zerwała się Elvira, wymachując gorączkowo rękami, oraz Everley, który już ruszał mu na pomoc. Z drugiej nadchodził wilk, strosząc sierść. Z oddali wyskoczył z miejsca Iroth, trzymając w ręku kulę ognia. Ale na nic się to wszystko zdało.
Eldy po raz pierwszy w życiu nie potrzebował pomocy.
Wystawił tylko ręce w obronnym geście, nie chcąc dostać w łeb. Lecz gdy miało nadejść uderzenie, nic się nie stało. Eldy usłyszał tylko zdziwione, ale i pełne podziwu głosy Sarmantów. Gdy spojrzał zza dłoni, aż krzyknął, widząc, że ojciec, z przekrwionymi oczami i wykrzywionymi ustami, porusza się w jego stronę tak wolno, że aż ledwo zauważalnie. Eldy opuścił rękę, nie wiedząc, co się dzieje, i wtedy Barly runął z impetem przed siebie, padając na twarz.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że właśnie dostał swój dar. Dar spowalniania.
A później poczuł silne drgawki. Stracił chwilowo słuch. Potem wzrok. Następnie padł na ziemię, czując, jak jakaś zimna, dość nieprzyjemna substancja zaczyna rozlewać mu się po żyłach. Większość jego zmysłów przestała działać, dlatego doskonale mógł skupić się na sile, która przychodziła razem z nieprzyjemnym chłodem. Czuł, że jego skóra robi się twardsza, wytrzymalsza, czuł też, jak w głowie otwierają mu się nowe zakamarki, które wcześniej były schowane. Wszystko zaczęło robić się takie jasne i oczywiste! Jak mógł bez tego żyć?
Przechodził przemianę.
Przechodził przemianę!