Rozdział XIV
Eldy obudził się w ubraniu. Trochę zdziwiony tym faktem, a trochę nie, poczuł niespodziewany ścisk w żołądku. Zwlókł się więc z łóżka i prędko pobiegł do toalety. Gdy już znalazł się w kabinie i zdjął spodnie, poczuł, że coś mu wyleciało z majtek i bynajmniej nie było to owo „coś”, czego mógłby się spodziewać w takim miejscu. Odwrócił się natychmiast i uniósł brwi ze zdziwienia i jednocześnie wstydu, widząc, że to coś było kartką, aktualnie zamoczoną w wodzie klozetowej. Skąd wzięło się to w okolicach jego tyłka?!
Zaraz potem zauważył, że na kartce zostały zapisane jakieś słowa, rozmazujące się właśnie na jego oczach. Zatykając nos, z zażenowaniem nachylił się nad kiblem, próbując jeszcze przyjrzeć się wyrazom.
Glista, szukaj, a mule tura.
Eldy parsknął śmiechem. Ile wczoraj wypił, że napisał coś takiego i wsadził to sobie między pośladki? Zaraz, zaraz… A może to jakiś szyfr? Albo zagadka? Czego ma szukać glista i co mule robią z turem? Eldy powtórzył sobie pary razy te słowa w głowie, jednocześnie starając się dojrzeć coś na tonącej kartce. Chwilę później palnął się w łeb.
Lista. Szukają Amuletu Ra.
Ra? Czyli… no tak, Ramizaela. O co tu może chodzić?
Gdy zamyślony wrócił do pokoju, omal nie krzyknął, gdy usłyszał na wstępie:
– No ileż można srać?!
Na jego łóżku siedziała ubrana jak zwykle w ciemny fiolet Elvira z założonymi na piersi rękami. Minę miała zawziętą, a brwi ułożone w zgrabne półkola.
– Nie chcę z tobą rozmawiać, idź stąd! – zdenerwował się od razu Eldy.
– Nie. – Ułożyła się wygodniej. – Nie wyjdę stąd, dopóki mnie nie wysłuchasz. Mam dość tego ciągłego unikania.
– Nie chcę cię widzieć na oczy.
– A to mnie już nie interesuje. Wysłuchasz mnie, czy tego chcesz, czy nie!
– Idź sobie do męża, na pewno porozmawia z taką posłuszną żoną.
Był pewien, że matka zaraz się mu odgryzie. Ta jednak westchnęła ze smutkiem, a jej oczy zrobiły się szkliste.
– Nie, ja… Niczym sobie nie zasłużyłeś na tak okropną matkę jak ja…
No i co Eldy miał na to powiedzieć? Taktownie zaprzeczyć? Tak jak ona taktownie wyszła z pokoju w ten dzień? Przyznać jej rację i wydusić z siebie wszystko, co tłumi od tylu dni? Ostatecznie nie odezwał się wcale, niechętnie dając jej możliwość wypowiedzenia się.
– To wtedy… To nie powinno się wydarzyć. Ja… Nie mam prawa się tłumaczyć. Chcę ci tylko powiedzieć, że jest mi tak przykro, że nie było mnie przy tobie, gdy najbardziej tego potrzebowałeś… Przepraszam, syneczku. Przepraszam. Masz prawo mnie nienawidzić.
– Dlaczego? – zdołał wydusić z siebie Eldy. – Dlaczego mnie wtedy zostawiłaś?
Elvirze łzy zaczęły płynąć po policzku, ale Eldy nie miał w sobie współczucia. Stał w miejscu, czekając na wyjaśnienie.
– Życie z kimś takim jak Barly jest… trudne – odezwała się w końcu cicho. – On wymaga posłuszeństwa nie tylko od was, ale i ode mnie. Muszę akceptować jego pewne metody, bo inaczej…
– Bo inaczej co?! – wybuchnął Eldy. – Mamo! Masz ostrze, masz umiejętności. Czas najwyższy z nich skorzystać, gdy chce cię skrzywdzić, do jasnej cholery!
– Nie mnie, a was! – zawołała rozpaczliwie Elvira. – Krył się z tym, a ja dopiero niedawno zaczęłam dostrzegać pewne kwestie. Ilekroć próbowałam mu przemówić do rozsądku, mówił, żebym nawet nie próbowała, bo dopiero zobaczę, co to znaczy surowe wychowanie, że on doskonale wie, co robi i zgodnie z dewizami ma ku temu słuszność. Przysiągł mi, że jeśli dalej będę cię bronić, przeniesie cię gdzieś, gdzie cię nie znajdę, i zostawi tam na parę dni bez wody i jedzenia, żebyś zmężniał bez niańczącej cię ciągle mamy… – Tu zaczęła szlochać. – Nie chciałam tego! Tak się o ciebie boję! Dlatego przymykałam na wszystko oko. Ale ostatnim razem ojciec przeszedł samego siebie… Chciałam do ciebie przyjść rano, ale mi zabronił, mówił, że nic ci nie jest, ale że coś ci się dopiero może stać… Kochanie, tak cię przepraszam…
Eldy zaczął się trząść. Chciał usiąść koło matki, objąć ją, powiedzieć, że się nie gniewa, że to nie jej wina. Chciał. Ale nie potrafił.
– Mogłaś to zgłosić choćby Jahardowi – wyszeptał drżąco. – Mogłaś mi powiedzieć wcześniej… Mogłaś stanąć w obronie dzieci, jesteś doskonale wytrenowaną Sarmantką! Mogłaś… Możesz odejść od ojca! Ale ty nawet nie kiwnęłaś palcem. Tak jest ci po prostu wygodnie.
– Nie rozumiesz? Boję się! – jęknęła przeraźliwie Elvira. – To nie takie proste jak myślisz! Tak bardzo cię kocham, ciebie i Everley’a, a ojciec na swój sposób też was kocha, ciebie… Pragnie, żebyś wyrósł na dobrego Sarmanta. Tylko dąży do tego w fatalny sposób. Chcę, żeby to się zmieniło. Porozmawiam z nim. Przekonam go. Postaram się bardziej.
Eldy patrzył na mamę i patrzył, aż w końcu zrozumiał. Ona taka jest. Nie zmieni się. Chce dobrze i robi co może na swój chory sposób. Nie powinien mieć do niej wyrzutu. Nie powinien jej nienawidzić. Ale i nie musi jej współczuć. Westchnął i usiadł koło niej.
– No, już, spokojnie, mamo – mówił pustym głosem, chwytając ją za dłonie. – Jest dobrze. Nie martw się o mnie, poradzę sobie. Robisz co możesz.
– Będzie lepiej, obiecuję… – powtarzała Elvira.
Eldy przytakiwał automatycznie. Ale i tak już jej nie słuchał. Czuł się wyprany od środka. Jej słowa nie robiły na nim żadnego wrażenia.
Gdy w końcu sobie poszła, położył się na łóżku, rozmyślając. Przypomniał sobie, jak kiedyś był z nią w Paryżu na zakupach. Bawili się wtedy naprawdę świetnie – nie było nikogo, kto mógłby im przeszkodzić, zwłaszcza ojca. Matka wzięła go nawet na kręgle, a później tylko się denerwowała, bo wszystko przegrała i przez to, wedle obietnicy, musiała wziąć syna na hot doga XXL i deser lodowy. Oboje nie chcieli jeszcze wracać do dowództwa, dlatego wieczorem wybrali się pieszo na wieżę Eiffla, podziwiając miasto z góry.
To był jeden z lepszych dnia w życiu Eldy’ego. Ale to już nigdy się nie powtórzyło. Później z dnia na dzień pojawiało się coraz większe rozczarowanie.
Teraz doszedł do wniosku, że koniecznie musi napić się naparu od Burgsa, a przy okazji porozmawiać z Esteline na temat kartki, którą niemalże dosłownie wyjął sobie z tyłka.
Ale zioła się skończyły.
Nie zwlekając ani chwili wyjechał windą na szóste piętro i zapukał do drzwi Alchemików. Zestresowany, że nikogo nie ma w środku, czekał dobre pięć minut, aż w końcu któryś ze starców do niego wyszedł.
– Ja do pana Burgsa – powiedział od razu. – To pilne.
Mężczyzna obdarzył go niezbyt przychylnym wzrokiem i z powrotem trzasnął przed nim drzwiami, ale chwilę później ze środka wypełzł Burgs, patrząc na niego spode łba.
– Już po zioła? – Skrzywił się, uwydatniając siatkę zmarszczek na wysuszonej twarzy. – Chyba cię poniosło, dzieciaku. Nie dostaniesz.
– A to dlaczego? – wybuchnął Eldy. – Miałem dostać, gdy mi się skończą!
– Nie dostaniesz.
– Dużo się ostatnio działo, tak sądzę… – Eldy właściwie nie pamiętał, co się ostatnio działo. – Potrzebuję ich.
Burgs obdarzył go badawczym, choć jednocześnie nieprzychylnym spojrzeniem, po czym dotknął dłonią jego czoła dokładnie jak wtedy, gdy… Nie, nigdy tak nie zrobił. Może Eldy widział, jak tak komuś robi. Tak, na pewno tak było.
Tymczasem starzec zrobił wściekłą minę. Co znowu?
– Nie potrzebujesz już ziół, chłopcze – niemalże warknął. – Zmądrzałeś. Uspokoiłeś się. Na razie są ci zbędne. Na razie, bo ten stan tak łatwo nie przechodzi.
– Eee… Chyba że tak. To świetnie tak właściwie! – przyznał ze zdziwieniem Eldy. – I właśnie dlatego musisz patrzeć na mnie tak, jakbyś chciał mi zepsuć humor, panie Burgsie?
– Sarmanci schodzą na ludzi – burkną cicho starzec, marszcząc swoje krzaczaste brwi. – Znów użyto uroku z Czarnej Listy.
– Znów? Jak to?
– Wymazano ci pamięć, dzieciaku.
– Niemożliwe! Ja nic…
– Nic nie pamiętasz? Nie rób z siebie głupca. – Starzec pokiwał ze złością głową i popchnął go w głąb korytarza. – Idziemy.
Zdezorientowany Eldy dopytywał, o co mu chodzi, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi, dlatego szedł dalej, z konsternacją wspominając sobie o tajemniczej kartce. W końcu Burgs stanął przed drzwiami do gabinetu Irotha i zapukał dwa razy.
– Bez przesady! – oburzył się Eldy. – Po co mam tam wchodzić?
Alchemik milczał. Chwilę później Iroth otworzył drzwi.
– Dzień dobry, cóż się stało? – spytał, unosząc brwi. – Jestem nieco… zajęty.
– Dzieciak musi coś wyznać, teraz – powiedział niezbyt przyjaźnie Burgs. – To tyle.
I już go nie było.
– Ja… – zaczął Eldy, a gdy zobaczył, kto wygląda zza ramienia Irotha, przeklął w myślach. – A ten już tu?
– No proszę, Eldy, na szóstym piętrze, w eskorcie Alchemika! To będzie dobre.
Czyli wrócił. Chudy i wysoki jak tyczka, osiemnastoletni Athenot, chluba dowództwa i jednocześnie zadra na dupie. Miał szlachetnie długie do ramion włosy, aktualnie spięte w koczek, którego Eldy zawsze uwielbiał rozwalać, szlachetnie gładką i symetryczną twarz z ostrymi rysami, już mniej szlachetnie, a bardziej nonszalancko niedopiętą białą koszulę pod szmaragdową marynarką oraz wcale szlachetnie, a całkowicie idiotycznie wygięte usta w półuśmieszku.
– Chodź, Eldy – zaprosił go do środka Iroth. Wszedł, nie przestając patrzeć w oczy Athenotowi. – Co się stało, że sam Burgs cię tu przyprowadził?
– Zabiłeś kogoś przypadkiem podczas wymachiwania ostrzem w każdą stronę? – spytał niewinnie Athenot, nie zważając na surowy wzrok ojca.
Eldy postanowił się nie dać.
– Stało się coś na tyle ważnego, że nie sądzę, żebyś mógł o tym usłyszeć. Więc wynocha.
– A do tego dwa razy santee? Lecę! – Athenot zaśmiał się z typową dla siebie pewnością.
– Synu, wyjdź. – Iroth stanął po stronie Eldy’ego, dosłownie i w przenośni.
– Że co?!
– Wyrażaj się. I usłyszałeś – wyjdź. Skoro to tak ważne, wolę porozmawiać o tym z Eldym na osobności.
Athenot wyglądał tak, jakby go właśnie uderzono. Zacisnął pięści, mruknął coś pod nosem, wspominając imię matki, i wyszedł, Eldy zaś miał ochotę rzucić się Irothowi na szyję.
– Chyba jestem zaszczycony – oznajmił, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu.
– No, już przestań, sytuacja jest poważna. – Iroth zmarszczył gniewnie brwi, choć kącik ust lekko uciekał mu w górę. – Dowiedziałeś się czegoś o liście? I dlaczego Alchemik…?
– Liście? – Eldy nic nie rozumiał. – Przepraszam, panie Irothcie, ale coś tu nie gra. Chyba… chyba wyczyszczono mi pamięć…
Mężczyzna aż się zachwiał.
– Na jakiej podstawie…? Ach, Burgs! Zajrzał ci do umysłu? Po co by miał… Nieważne. To oburzające! To poniżej sarmanckiej godności!
– Naprawdę chciałbym wiedzieć, co ktoś mógłby mi wymazać, ale… nie pamiętam! – jęknął Eldy. – Da się jakoś tę pamięć przywrócić?
– Poniekąd. Zazwyczaj częściowo, to zależy. – Iroth westchnął i wskazał mu miejsce na fotelu. – Usiądź. Czeka nas długa rozmowa.
Po godzinie Eldy pamiętał już wiele. Może i Cheryl chciała dla niego „dobrze” i wymazała mu pamięć dotyczącą nawet tego, co zrobił mu Casimir, ale nie miała pojęcia o tym, że wszystko zaczęło się już od Irotha i że co nieco wiedział też Burgs. Gdy Eldy połączył wszystkie informacje i dodał do tego parę słów z kartki, wszystko zaczęło układać się w miażdżącą rzeczywistość.
Przypomniał sobie mianowicie, że Sarmanci z listy wychodzą z dowództwa kiedy chcą, ponieważ poszukują Amuletu Ramizaela na zlecenie dowódcy, że kieruje nimi Casimir i że z bliżej nieokreślonego powodu cała grupa miała wczoraj w nocy spotkanie, i to bez Casimira. O tym Irothowi powiedział. Nie wspomniał mu już jednak, że dowiedział się tego wszystkiego dzięki swoim przyjaciołom, że pamięć wyczyściła mu nieobecna na liście ciotka i że nie tylko ona złamała urok z Czarnej Listy.
Odnosił wrażenie, że coś mu umyka, ale mimo wysiłków nie był w stanie przypomnieć sobie niczego więcej. Zastanawiał się przez chwilę, czy w związku z tym nie uświadomić i Anaela, bohatera wczorajszego wieczoru (mógłby sobie z niego żartować przez następne sto lat za tę kartkę), ale szybko przegnał tę myśl z głowy. Dość narażania innych. I tak zbyt dużo osób się dowiedziało. I choć już czuł się osamotniony z takim natłokiem informacji, wiedział, że wszystko wróciło teraz do przykrej normy.
Ale nie dla Irotha.
*
Gdy Eldy poszedł, Iroth miał dwie opcje – opanować gniew i wszystko sobie na spokojnie przemyśleć albo natychmiast udać się do ojca.
Po drodze naszła go myśl, że to może zły pomysł.
Gdy wparował do jego królewskiej komnaty, zastał jego i matkę siedzących sobie spokojnie przy stoliku i popijających wino.
Jakże przykro byłoby rozwiać tę jakże rodzinną atmosferę!
– I znów bez pu… – zaczął dowódca, ale Iroth już posłał w jego stronę ognistą kulę, którą zatrzymał parę centymetrów od jego twarzy. – Co to ma znaczyć?!
Nathan próbował stłamsić ogień wodą, ale wściekłość Irotha podwajała moc daru.
– Ile lat już mnie okłamujesz? – zawołał. – Myślałeś, że się nie dowiem?
– O czym znów?
– O Amulecie Ramizaela! Naprawdę sądziłeś, że nie dostrzegę tego, że za moimi plecami próbujesz go zdobyć? I to łapskami Casimira? Nie wystarczy ci już, że trzymasz wszystkich Sarmantów w ryzach, czyż nie? Musisz mieć jakiś konkret! Na przykład przedmiot, który pozwoli ci zawładnąć ich umysłami. Władza całkowicie wyżarła ci mózg!
Tatiana nie wiadomo kiedy znalazła się koło niego i chwyciła go delikatnie za rękę, którą panował nad ognistą kulą. Odpuścił dopiero wtedy, gdy spojrzał jej w oczy i zobaczył błagalny wzrok, mówiący: „Naprawdę chcesz go zranić?”. Odpowiedź brzmiała: tak, ale jeśli matka nie chciała, to nie mógłby tego zrobić. Przez wzgląd na nią.
Gdy płomienie zniknęły, Nathan wstał gwałtownie z miną przyszłego mordercy, rzucił się na syna i chwycił go mocno za fraki.
– Skąd o tym wiesz? – wycedził mu w twarz.
– Zobaczyłem twoją listę – odparł Iroth przez zęby. – Później już łatwo poszło.
– W jaki sposób ją zdobyłeś?!
– Ot, tak. Nie było to takie trudne, zważywszy na twoją pogłębiającą się tępotę!
– Kłamiesz! Pożałujesz tego…
– Puść go natychmiast – powiedziała Tatiana stanowczym głosem z nutką groźby. – Owszem, kłamie. Bo to ja zdobyłam dla niego listę.
Dowódca puścił go i spojrzał z niedowierzaniem na żonę.
– Tatiano? Ty przeciwko mnie?
– Ja przeciwko twoim ciągłym sekretom i szaleństwom, które niszczą to małżeństwo. Jak mam z tobą żyć w ten sposób? – spytała Tatiana, wykrzywiając twarz w grymasie niezadowolenia.
Miała to do siebie, że nie wypowiadała się często, lecz gdy już to robiła, jej słowa zawsze wywierały silne wrażenie na wielu Sarmantach. A zwłaszcza na mężu i synu.
Nathan musiał to od niej usłyszeć po raz pierwszy. Dlatego patrzył na nią jakiś czas wzrokiem pełnym różnych emocji, by po chwili usiąść bez słowa na sofie i nalać sobie kolejny kieliszek wina.
– Dowódca nie powinien tak zaciekle żądać władzy – odezwał się znów Iroth, mrużąc ze złości oczy. – Dlatego mi nie powiedziałeś, tak? Wiedziałeś, że mi się to nie spodoba!
– Dlatego, że tak reagujesz – powiedział Nathan całkiem opanowanym tonem. – Gniewem. Choć tak naprawdę niczego nie rozumiesz.
– A ty może reagujesz spokojnie? – prychnął Iroth.
– Obaj jesteście tacy sami – podsumowała Tatiana z goryczą. – Ale nasz syn ma tym razem powód do złości. Ja też. Co to wszystko ma znaczyć, Nathanie?
– Szukam Amuletu Ramizaela – powiedział po dłuższej chwili ciszy dowódca – bo sądzę, że jest niebezpieczny i że powinien być w ukryciu, w dowództwie. Czy to zbrodnia?
– Skoro to nic takiego, to dlaczego ukrywasz to przed Sarmantami, przed nami? – Iroth nie wierzył w ani jedno słowo ojca.
– Właśnie dlatego! Nikt by nie uwierzył w moje czyste intencje. Nawet żona i syn.
– A siostrzeniec już tak? – spytał gniewnie Iroth.
– On interesował się amuletem już od dawna – odparł Nathan, siadając na swoim „tronie”. – I na pewno o nic mnie nie podejrzewa. Dlatego uznałem, że będzie lepszym… wspólnikiem. Pozwoliłem mu zebrać grupę paru odpowiednich i zaufanych Sarmantów. Jak na razie nie osiągnęli większych sukcesów. – Po chwili dodał: – Może chciałbyś się dołączyć?
– Jeszcze śmiesz mi coś takiego proponować? – Iroth obdarzył ojca pogardliwym wzrokiem. – Wolałeś zaufać siostrzeńcowi zamiast synowi, przyszłemu dowódcy, bojąc się, że dostrzeże prawdę. Teraz zaś boisz się, że się wygadam i chcesz, żebym dołączył do tego godnego pożałowania planu. Wiesz co? Szukaj sobie tego amuletu i spełniał swoje chore ambicje. Nikomu nie powiem. Nie chcę już całkowicie zrujnować opinii o naszej linii. Ale ustalmy pewne zasady. Po pierwsze, Casimir nie wie, że ja wiem. Nikt z tej listy nie wie. I niech tak pozostanie. Po drugie, wiedz, że gdy już znajdzie się amulet, a ty zechcesz użyć go do innych celów niż jedynie do ukrycia go w bezpiecznym miejscu, nie zawaham się cię… powstrzymać. Po trzecie, nie waż się tknąć matki za to, że znalazła dla mnie listę. Gdy choćby podniesiesz na nią głos, dowiem się o tym. Lepiej uszanuj ją za to, że tyle z tobą wytrzymuje.
Tatiana patrzyła na Irotha z dumą; dawno nie przeciwstawił się w ten sposób ojcu. Dowódca natomiast jakby bił się z myślami, nie wiedząc, czy znów się na niego rzucić, zmieszać go z błotem, czy też całkowicie dać sobie spokój. W końcu powiedział tylko:
– Tak mało wiesz, a tyle masz do powiedzenia… Może i nie spisuję się ostatnio jako dowódca, ale ty w ogóle się na niego nie nadajesz.
Irotha te słowa jakoś dziwnie zaniepokoiły. Potrzebował stąd wyjść. Potrzebował spokoju. Obdarzył ojca ostatnim nienawistnym spojrzeniem, skinął głową na matkę i wrócił na korytarz. Krew wciąż w nim buzowała. Dlatego gdy zobaczył mknących w jego stronę Athenota i Diathenę, tylko się zdenerwował na myśl, że jego syn zapewne od razu pobiegł poskarżyć się matce na to, że zły ojciec nie dopuszcza go do ważnych rozmów.
– Tato, musisz zejść na dół, i to szybko! – zawołał już z dalsza Athenot.
– Nie uwierzysz…! – dodała Diathena.
Iroth był na skraju powiedzenia im, że ma ich w tym momencie gdzieś, gdy usłyszał:
– Averton tym razem przesadził!
– Chyba go spalę żywcem – warknął do siebie pod nosem, choć nawet nie wiedział jeszcze, o co chodzi.
Po drodze wysłuchał, co dzieje się u wejścia do dowództwa, ale nie mógł w to uwierzyć. Musiał to zobaczyć na własne oczy.
Ledwo przecisnął się przez tłum Sarmantów, którzy pchali się do wyjścia. Na zewnątrz, przy zachmurzonej pogodzie, już zebrała się spora grupa obserwująca poczynania Avertona.
– Tak, spalę go – powiedział do siebie Iroth, widząc, co się dzieje.
Averton, ze stylową czapką z daszkiem na głowie, stał parę metrów od wejścia do dowództwa, kłócąc się zawzięcie z dwoma strażnikami. Ale nie był sam. Po jednej jego stronie stała ubrana w moro ruda Rosalie z czarną przepaską na czole i pistoletem za pasem, po drugiej zaś prezentował się okazały wilk, który stroszył szarą sierść, pokazując przy tym pokaźne zęby. Na domiar tego w oddali czekało posłusznie całe stado wszelakich zwierząt – od niedźwiedzi, przez dziki, po rysie i lisy.
Iroth zamaszystym krokiem podszedł do kłócących się i wyjął zza pazuchy ostrze. Wilk od razu schylił się do pozycji bojowej, a Rosalie położyła rękę na pistolecie.
– O, wreszcie jesteś! – zawołał Averton z wyraźną ulgą. – Isidore i Timéo nic nie rozumieją. Po twojej minie wnoszę, że ty już się domyślasz.
– To trudna do zdefiniowania sytuacja… – zaczął tłumaczyć Isidore, ale Iroth uciszył go ręką.
– Czy ty zupełnie postradałeś zmysły? – syknął. – Prosisz się o śmierć. Jeden krok, a ci ją zapewnię!
– Super, ale najpierw rozprawa – powiedział jak gdyby nigdy nic Averton. – Sam mówiłeś, że stanę przed sądem Jaharda. Chciałem się więc trochę przygotować. Spokojnie, Rosalie nie ma ci za złe, co z nią zrobiłeś. Tak, to on, kochanie. Rosalie wie już, jakie panują tu zasady. I chce mi towarzyszyć w walce o swoje.
Kobieta przytaknęła na te słowa, patrząc bez mrugnięcia Irothowi w oczy.
– Naprawdę sądzisz, że ktoś wpuści cię z nią do środa? – warknął Iroth.
– I z wilkiem!
– Prędzej podpalę ci ten zakuty łeb…
Zwierzęta z tyłu podeszły trochę do przodu, wydając z siebie groźne warki.
– Na twoim miejscu bym nie próbował. Radzę się zgodzić, bo te przyjemniaczki nie odpuszczą. Ani dziś, ani przez następny tydzień. Zresztą ja też.
Iroth chwycił mocniej za rękojeść ostrza.
– Daj spokój – powiedział Averton, ściszając głos. – Dobrze wiesz, że to nigdy się nie skończy. Sarmanci tak łatwo nie zapomną. Wielu się ze mną zgadza. Sytuację prędzej czy później trzeba będzie rozwiązać. Pomyśl: nie lepiej po prostu wpuścić nas do środka, tak, razem z wilkiem, i przeprowadzić kulturalną dyskusję pod kierownictwem Jaharda, jak na nasz ród przystało?
To, co najbardziej irytowało Irotha, to że ten idiota miał rację.
– Nie ode mnie to zależy, tylko od mojego ojca – powiedział chłodno.
– No, to chyba się go nie doczekam – zaśmiał się Averton. – Nie sądzę, by się tu pofatygował… Lepiej już po niego idź, bo…
Zamilkł, rozdziawiając usta. Nie on jeden. Wszyscy patrzyli zszokowani na Nathana we własnej osobie, który wyszedł na zewnątrz, ogarniając wzrokiem sytuację. Za nim szedł Demidion, którego Iroth minął po drodze, a który najwyraźniej postanowił od razu poinformować dowódcę o całej sprawie. Nastała cisza, którą dowódca przerwał zaledwie paroma słowami.
– Zapraszam do środka. Zaczniemy rozprawę już teraz.