Rozdział 14.

14. Policja! Policja!

Gdy Daniel usłyszał od Eryka, że Wiktor może być tak zwanym gestapowcem i że już dwa razy wybrał się gdzieś na dwie godziny, i to rowerem, incognito, a nie swoim samochodem, wiedział już, co trzeba zrobić. I bynajmniej nie obchodził go durny zakaz przemieszczania się przed osiemnastką. Między innymi dlatego postanowił zaproponować Erykowi przeprowadzenie małego śledztwa w celu zebrania odpowiedniego dowodu. Przyjaciel był jeszcze bardziej chętny od niego.

– Przyłapmy wreszcie tego gnoja na gorącym uczynku – oznajmił mu przez Skypa.

Daniel był tego samego zdania. Nienawidził Wiktora chyba tak samo jak on, zwłaszcza przez wzgląd na czasy sprzed choroby jego matki, kiedy to wiecznie nabuzowany Wiktor z ADHD wymalowanym na czole znęcał się nad dużo słabszym sąsiadem. A tego Daniel nienawidził najbardziej. Nigdy nie miał okazji dokopać Wiktorowi, a swego czasu tylko o tym marzył. Teraz mógł zrobić coś równie dobrego – zamknąć go w izolatce. Sama Kornelia wspomniała mu dwa dni temu, że gdyby przyłapała brata na „gestapowaniu”, to chyba by go zgłosiła. On powiedział jej to samo. Więc w razie czego wiedziała.

Anastazja równie mogła się wkurzyć, ale trudno, to również dla jej dobra. Zresztą napakowany brat Kornelii był ponoć dla niej tylko chwilową odskocznią. Daniel zastanawiał się, od kogo, bo na pewno nie od Eryka. Do teraz nie zdołał wydusić z niej, o co się z nim pokłóciła. Eryk był jeszcze bardziej wylewny. Daniel miał nadzieję, że uda mu się dzisiaj czegoś dowiedzieć. Może zrobi przy okazji niespodziankę Kornelii i do niej wpadnie?

Tata podwiózł go pod dom Eryka, zwolniwszy już przy jej domu.

– Łał. Nagle zapragnąłem poznać jej mamusię – przyznał.

Daniel przewrócił oczami. Chwilę później Audi zatrzymało się koło ogródka Eryka.

– Ech, ten Gajda… On się chyba już nigdy nie wyzbiera po śmierci żony – mruknął tata. Chciał się podrapać po głowie, ale natrafił na hełm, przez co zaklął pod nosem. – Pieprzone hełmy, oszaleć można. No nic, pozdrów ich ode mnie.

 – Taa – mruknął Daniel, wiedząc, że i tak zapomni.

Dziesięć minut później już czyhali przy oknie Eryka na „wyjście smoka”.

– Myślałem, że chcecie się polewać wodą w śmigusa-dyngusa czy coś – powiedział pan Gajda, wchodząc do pokoju. – A tak serio, to co wy robicie?

– Chcemy udupić Wiktora – odparł jak gdyby nigdy nic Eryk.

– To znaczy mamy zamiast przyłapać go na gestapowaniu, żeby móc go oficjalnie zgłosić – sprostował Daniel.

– Powodzenia, ale jeśli chcecie wyjść, to błagam, nie dajcie się złapać policji – odparł błagalnym tonem mężczyzna. – Bo nie chce mi się płacić mandatu w Wielkanoc.

– Niech się pan o to nie martwi – uśmiechnął się zawadiacko Daniel, co paradoksalnie uspokoiło pana Gajdę. Dobrze było mieć znajomego w sądzie okręgowym.

Jak na oko Daniela mężczyzna wyglądał całkiem nieźle, na pewno lepiej, niż gdy był tu ostatnio, jeszcze przed SIdemią. Jakieś dwa lata temu, gdy robił z Erykiem projekt z fizyki do późna, jego tata pił w salonie whisky, oglądając bezmyślnie telewizję. Od czasu do czasu dało się słyszeć jego szlochanie. Eryk z całych sił starał się wówczas udawać, że nic nie słyszy. Jednak w pewnym momencie do ich uszu dotarł dźwięk tłuczonego szkła i głośne przekleństwo, czego nie dało się już zignorować. Podczas gdy Daniel sprzątał szkło z ziemi, Eryk kładł ledwo przytomnego ojca do łóżka. Chłopak nigdy jeszcze nie widział tak zażenowanego przyjaciela, któremu łzy złości i upokorzenia cisnęły się do oczu. Mimo że Daniel zapewniał go, że nic się nie stało, ten długo jeszcze wstydził się go zaprosić do siebie.

Życie bywało naprawdę niesprawiedliwe.

Przez następną godzinę nic się nie działo i nieco znudzony Daniel zaproponował, żeby pograli na zmianę w Skyrima, podczas gdy jeden będzie stał przy oknie. Jak znał Eryka, ten zawsze rozluźniał się podczas grania, a to mogło stworzyć idealne podłoże do…

– Jak tam z Nastką?

– A jak by miało być? – mruknął pod nosem Eryk, skupiając się na nadlatującym smoku.

– No nie wiem, ponoć ostatnio z tobą gadała…

– Ale coś nam nie wyszło. Zapomnij o tym. I dup, Fus Ro Dah! 

– Mnie mówiła coś innego.

Eryk nagle się spiął. Mimo to grał dalej.

– Co takiego ci wielce powiedziała? – spytał tylko obojętnym tonem.

Daniel puścił roletę, którą odchylał, zerkając na prześwity w płocie. Podszedł do przyjaciela i przystawił sobie skrzypiące krzesło pod biurko.

– Stary, ona jest na ciebie wściekła. I nie chce mi powiedzieć, o co chodzi.

– I dobrze. Mam iść pod okno?

– Serio? Nawet swojemu kumplowi nie powiesz?

Eryk wreszcie zastopował grę. Spojrzał na niego beznamiętnie.

– A może to pula tematów, o których nie chcę z tobą rozmawiać?

– Chodzi o kasę?

– Nie.

– To o co?

– O… – Eryk zawahał się. – O Wiktora. Nie podoba mi się, że Anastazja na niego leci. A do tego boję się, że debil zarazi Kornelię. Lepiej?

– I co to to ma do tej puli tematów? – prychnął Daniel.

– Dużo.

– Kłamiesz. Albo nie mówisz mi wszystkiego.

– Nie zesraj się.

– Co ty odwalasz? – Daniel pokręcił głową, nie mogąc w to uwierzyć. – Czy ty… czy ty jesteś na mnie zły, że kręcę z Kornelią? – palnął nagle.

– A czemu miałbym być? – spytał spokojnie Eryk.

– No nie wiem, bo jednak to ona ci się podoba?

– Co? Serio? – Chłopak zaśmiał się drwiąco. – Stary, już ci się w głowie miesza od tych bab. Albo to one mieszają w głowie tobie.

Może i Eryk był opanowany, ale jego ciągle spięte ciało całkowicie go zdradzało.

– Wiesz co? Zachowujesz się ostatnio jak skończony debil – warknął Daniel. – Albo mi powiesz, o co ci chodzi, albo olewam tę sprawę z Wiktorem i idę do domu. O, albo do Kornelii.

– A proszę bardzo .– Eryk wzruszył ramionami i wrócił do gry. – Poradzę sobie sam.

Daniel wahał się między wściekłością a próbą zawalczenia o Eryka. Jego rozważania przerwało jednak wejście do pokoju pana Gajdy.

– Nie wiem, na co czekacie, bo Wiktor właśnie wziął rower i gdzieś pojechał.

Eryk i Daniel popatrzyli na siebie. Wzrok przyjaciela był pytający. Daniel westchnął i sięgnął po rzuconą na łóżko brązową, sztruksową kurtkę.

– Załatwmy go – powiedział tylko. Zdążył jeszcze dostrzec pełne ulgi spojrzenie Eryka.

Pięć minut później jechali już w zawrotnym tempie bocznymi uliczkami, mając nadzieję dogonić Wiktora. Kierowali się w stronę sklepu, za którym Eryk ostatnio go widział. Danielowi dziwnie jechało się na starym rowerze pana Gajdy, a jeszcze dziwniej z hełmem na głowie, który niby najlepszej jakości, a jednak wcale nie ułatwiał mu szybszego oddychania po wysiłku (choć nie tak bardzo jak kiepski hełm przyjaciela).

Na ulicach kręciły się rodziny z dziećmi i psami, które korzystały z ładnej pogody i z prawdopodobnie ostatnich dwóch dni przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego. Bo choć zasady w większości miały pozostać podobne, to jednak przebywanie na zewnątrz bez powodu będzie mogło grozić mandatem, i to zgodnym z prawem, a wojsko, które ma kontrolować ulice, nie będzie się litować nad pijącą w parku młodzieżą czy spacerkami bez celu. Nie mówiąc już o godzinie policyjnej, a nawet o kontrolowaniu ogrodów (Kornelia miała rację). Zniesienie jakichkolwiek obostrzeń miało być możliwe dopiero wtedy, gdy do Polski dotrze wystarczająca liczba tabletek zatrzymujących SI. Jednak jaka to liczba i kiedy dotrą – nikt nie wiedział.

Daniela wszystkie te sprawy przerażały. Czuł, ze z dnia na dzień traci kontrolę nad swoim życiem. Czy będzie jeszcze kiedyś normalnie? I czy zostanie zamknięty w domu już na zawsze?

Wreszcie dotarli wąskim, zarośniętym przejściem przy rzeczce do zakrętu, za którym znajdowały się parking i sklep. Postawili rowery przy krzakach, ciesząc się, że najbliższy dom jest pół kilometra za nimi.

– Chyba umieram – wymamrotał Eryk, który dysząc jak oszalały, padł na ziemię. – Zero kondycji. Jak zaraz nie zdejmę… tego hełmu… to chyba… oszaleję.

– To zdejmij na chwilę, tu cię nikt nie zobaczy – powiedział Daniel, rozglądając się bacznie dookoła. Eryk jednak tego nie zrobił. – Jak tak będziesz sapał, to Wiktor nas usłyszy.

– Na pewno nas stąd usłyszy! Mówię ci…  werbuje gestapowców… za sklepem.

– Dobra, w takim razie pilnuj rowerów, a ja idę tam sprawdzić.

– Nie, ja tam idę!

– To trzeba zrobić szybko, bo zaraz może sobie stamtąd pójść – nalegał Daniel. – Ciebie pozna w kilka sekund, a usłyszy jeszcze szybciej. Obserwuj lepiej okolicę. A zresztą puszczę ci sygnała, jak faktycznie tam będzie. No, i jak mnie wcześniej nie zauważy.

Eryk zaczął się sprzeczać, ale Daniel miał to gdzieś. Trzymając telefon w pogotowiu, by w każdej chwili móc zrobić zdjęcie lub nagrać filmik, zaczął iść ostrożnie brzegiem parkingu. Był pełen ekscytacji – nie dość, że czuł się jak detektyw podczas niebezpiecznego śledztwa, to jeszcze miał szansę odegrać się na wrogu przyjaciela, który zagrażał wszystkim wokół. To jak Batman, który broni Gotham przed zbirami.

Zza sklepu nie dobiegały żadne odgłosy. Może na kogoś czeka? Daniel zaczął skradać się wzdłuż ściany małego budynku, patrząc pod nogi. Ale intuicja podpowiadała mu, że niepotrzebnie jest taki ostrożny. Tak jak przypuszczał – gdy wychylił głowę za sklep, nikogo tam nie zastał, nie licząc sterty puszek po piwach i licznych niedopałkach papierosów. Albo się pomylili, albo Wiktor wybrał sobie inne miejsce na zbieranie sojuszników. A może już grasuje po mieście i korzysta z naiwności rodzin z nietykalnymi „bombelkami”?

A może…

Daniel wyszedł szybko zza sklepu i wrócił na parking, czując nagły niepokój. Będąc w połowie drogi do Eryka, usłyszał nagle jego głośne przekleństwo. Przeszedł do biegu. Jeszcze zanim wybiegł za zakręt, wiedział już po odgłosach, co tam zobaczy.

A jednak i tak jego wściekłość sięgnęła zenitu, gdy zobaczył słaniającego się nogach przyjaciela, który trzymał się kurczowo za brzuch, bliski zwymiotowania. I Wiktora.

– Nie żyjesz! – zawołał Daniel, gotów rzucić się na niego i rozszarpać go na strzępy, albo przynajmniej wrzucić do lodowatej rzeczki. Ten jednak uniósł ręce w geście obronnym.

– Spokojnie, do ciebie nic nie mam, a uwierz, nie chcesz się ze mną bić – powiedział, uśmiechając się przy tym półgębkiem zza hełmu. – Po prostu zastanawiam się, po jakiego chuja mnie śledzicie i czemu ten patus zatrudnił sobie ochroniarza.

Daniel nie wiedział, jak długo wytrzyma. Chęć skopania mu tej gładkiej buźki była trudna do poskromienia. A jednak Eryk, który z bólem na twarzy zdołał się wyprostować, pokiwał nieznacznie głową na znak, by się opanował.

– A skąd w ogóle pomysł, że cię śledziliśmy? – warknął Daniel. – Chyba coś musi być na rzeczy, skoro aż przywaliłeś Erykowi, żeby odreagować.

– Było słychać was stąd na kilometr – prychnął Wiktor. 

– Czyli musiałeś siedzieć w ukryciu, żeby nas podsłuchać. Drugi dzień świąt jak co roku, nie? – Tym razem to Daniel posłał mu uśmiech, widząc jego źle skrywane zakłopotanie.

– Pochwal się, ile osób zdążyłeś już zarazić? – odezwał się przez zęby Eryk.

– Ty tak na serio? – Wiktor zaśmiał się drwiąco. – Zabierasz swojego jedynego kolegę, który jakimś cudem jest w stanie cię zdzierżyć, żeby udowodnić, że jestem gestapo? W dupie ci się poprzewracało! Jak śmiesz mnie o to oskarżać? Kurwa, to chyba podlega pod nękanie. Jesteś jeszcze większą ciotą, niż myślałem.

W Danielu się zagotowało. Już miał zamiar wyjaśnić, co to jest nękanie, ale poprzez użycie rękoczynu, jednak Eryk chwycił go mocno za ramię.

– Nie warto, stary – mruknął. Ale Daniel wiedział, że nie wytrzyma. – Bo jak mu dowalisz, to tatuś za karę, że ci się dał, dowali mu razy dwa.

Przesadził. Do tego samego wniosku musiał dojść Wiktor, bo wykrzywił twarz w paskudnym grymasie i dosłownie rzucił się na Eryka. Ale Daniel był pierwszy. Zdołał szarpnąć go za skórzaną kurtkę i pociągnąć w swoją stronę, tak że Wiktor nie zdążył uderzyć jego przyjaciela. Może i był niższy, ale na pewno bardziej napakowany. Drżący z długo wstrzymywanej wściekłości Daniel już unosił pięść, gdy Eryk nagle odepchnął ich mocno na bok i warknął ostrzegawczo:

– Kurwa, policja, suńcie się!

Ale było już za późno. Policjanci, którzy zaparkowali koło sklepu, już szli w ich stronę. Jak mogli ich wcześniej nie usłyszeć? Wiktor był wściekły, że ktoś śmiał przerwać mu bójkę, Eryk zbladł jeszcze bardziej, a Daniel poczuł panikę. Ale tylko przez kilka pierwszych sekund. Potem dosłownie wyszedł im naprzeciw, nie mając zamiaru kryć się w krzakach. Dwóch policjantów o wyjątkowo niezadowolonych z życia minach było już kilka metrów od nich. Daniel ocenił, że raczej nie cieszą się z obchodu w święta. I dobrze.

– Dzień dobry – powiedział na wstępie z uśmiechem. – Panowie też szukają gestapowca?

Uznał, że lepiej będzie przedstawić sprawę prosto z mostu z perspektywy naiwnego chłopca-bohatera (co wcale nie było prawdą!), niż dojść do tego, że prawie się pobili.

– Taa, bawimy się z nim w chowanego – mruknął jeden z nich, ten grubszy, przy okazji odsłaniając swoją odznakę. – Ile macie lat i co tak naprawdę tu robicie?

– A to wiek ma jakieś znaczenie? – udał głupiego Daniel. – No… Tak jak mówiłem, widzieliśmy tu ostatnio gestapowca i chcieliśmy go nakryć na gorącym uczynku.

– Doprawdy? – Drugi policjant z pokaźnym wąsem uniósł brwi. – To jak wygląda?

– Jak on – warknął Eryk, wskazując palcem na Wiktora, a Daniel pomyślał, że chyba go zamorduje.

– Wy dwaj, pokażcie mi wasze legitymacje szkolne – westchnął Gruby.

– Mamy po szesnaście lat – przyznał zaraz Daniel – ale Wiktor szuka z nami jako opiekun.

Spojrzał na niego ostentacyjnie. Wiktor zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią, wyjmując portfel z kieszeni. Policjanci patrzyli na niego sceptycznie.

– Ja, proszę panów, jeszcze dwa dni mogę chodzić, gdzie chcę i kiedy chcę – powiedział w końcu, pokazując im dowód. – Ale tych dwóch nie znam. Przypałętali się tu, uznając, że jestem tym całym gestapowcem. Widać nudzi im się w święta albo mają problemy w domu.

– Bo on jest ges… – zaczął Eryk, ale Wąsacz podniósł rękę.

– Wystarczy. Nie, panie Adamczyk, nie może pan wychodzić, kiedy się panu podoba. Obostrzenia to obostrzenia. Ale jako że dzieciaki uprzykrzały panu życie, a są święta, może pan iść, najlepiej prosto do domu.

– Oczywiście, panie władzo – skinął głową Wiktor. Jednak zanim się odwrócił, obdarzył ich, a zwłaszcza Eryka, dzikim spojrzeniem, które wyrażało jedno: chęć zemsty. 

– Co do was – kontynuował Wąsacz – podajcie mi numery do waszych rodziców.

– Ale proszę pana, my po prostu chcieliśmy spróbować jakoś zawalczyć o lepszy świat. –Daniel spróbował jeszcze patosu. – Jak mam puścić starszą o dwa lata siostrę do sklepu, skoro w każdej chwili może zostać napadnięta przez jakiegoś szalonego gestapo?

– Takie sprawy zostaw nam – powiedział Gruby. – Też go szukamy. A raczej ich. A teraz dawaj numer do twojego tatuśka. Na pewno się ucieszy, gdy usłyszy, gdzie się szwendasz w poniedziałek wielkanocny. I jaki mandat mu zafundowałeś.

Eryk, który większość czasu siedział cicho, teraz tylko spuścił głowę. Serio?

– Oj, proszę pana. – Daniel westchnął, unosząc brwi. – Pan nie ma prawa wystawić nam mandatu. Jeszcze nie. Sprawa trafiłaby do sądu szybciej, niż pan myśli.

Zanim któryś z rozeźlonych policjantów zdążył jakoś zareagować, Daniel wyciągnął z kieszeni profesjonalną wizytówkę ojca. Tak jak przypuszczał, ich miny zaraz zrzedły.

– Nie chcemy się w to bawić – warknął Wąsacz. – Po prostu bierzcie rowery i zabierajcie się do domu. Ale jeśli jeszcze raz was zobaczę, żadna wizytówka mnie nie powstrzyma.

Nie trzeba było im dwa razy powtarzać. Minutę później już jechali wzdłuż uliczki. Daniel śmiał się jak głupi, nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Poradził sobie z dwójką policjantów! Eryk jednak był wyjątkowo markotny. Jakieś sto metrów przed jego domem Daniel poprosił go, żeby resztę drogi przeszli pieszo. Musiał z nim jeszcze chwilę porozmawiać. Ten zsiadł z roweru, ściskając mocno kierownicę.

– Jezu, sorry, stary, nawet nie spytałem o twój brzuch… – zaczął Daniel.

– Co? A, to, nie boli przecież – odparł od razu Eryk, po czym spojrzał mu w oczy. Wyglądał na wystraszonego i wyczerpanego, zwłaszcza psychicznie. – Już po mnie, Daniel. On na pewno się za to odegra. Spieprzyliśmy sprawę. Może już jest u mojego taty?

– Porąbało cię? Nie rób z niego takiego degenerata. Tym razem serio przesadzasz.

Eryk nie odpowiedział. Zaczęli prowadzić rowery.

– Żałuję, że poszedłem za ten sklep – odezwał się Daniel. – Może Wiktor nie zdążyłby ci dołożyć. Za to ja go nawet nie tknąłem. Posłuchaj, jak tylko cokolwiek będzie się działo, masz po mnie zadzwonić, to może wreszcie mu skopię ten ryj.

– Nie rób z siebie jakiegoś obrońcy – pokiwał głową Eryk, ale zaraz dodał: – To dzisiaj starczy na co najmniej rok. Ten, no… Dzięki, że mnie broniłeś. I że tam ze mną byłeś.

– Nic nie zrobiłem – uznał Daniel.

– Nie wiem, co będzie, czy skończę na izolatce, czy nie, ale coś ci powiem – odezwał po chwili jego przyjaciel, robiąc iście męczeńską minę. Daniel by się z tego zaśmiał, gdyby nie to, co usłyszał. – Po pierwsze, spytaj Kornelię o sprawę jej ojca. Powiedz, że ja ci kazałem. I uważaj na nią, jest taka… bezbronna i… i naiwna, ale chce dobrze. I tak, chyba mi się, kurwa, podoba. A po drugie, zanim Anastazja ci się wygada: odkryła, że zarabiam jako haker. Wprowadzam wirusy, blokuję komputery, kradnę kompromitujące zdjęcia, łamię hasła, wszystko na zlecenie. Tak, Daniel, zarobiłem już dziesięć koła na crackingu, za co mógłbym iść siedzieć, chyba, nie znam się. Może po prostu trafiłbym do poprawczaka. Sorry, że ci się nie przyznałem, Danny. A teraz ani słowa, bo zaraz będziemy u mnie.

Zdruzgotany Daniel i tak nie byłby w stanie wydobyć z siebie ani jednego dźwięku.

Czytaj dalej –> Rozdział 15.