Mentor
Usiadłem sobie w kącie mojego dołu przy zniczach, chowając głowę w kolanach. A potem płakałem i płakałem, chyba pierwszy raz odkąd w dzieciństwie zmarła mi babcia, trupy zaś nieco niepewne poklepywały mnie po ramieniu. Co miałem do stracenia? Już nie było celu w ukrywaniu emocji, tak jak to robiłem przez całe życie, jak na artystę przystało. W końcu zacząłem wracać do nieżywej rzeczywistości, przypominając sobie, że właściwie to mam trochę większe zmartwienie niż klęska zawodowa.
– Już mi lepiej, dzięki – oznajmiłem. I nie kłamałem. Ten płacz był dla mnie swoistym katharsis. Szkoda, że nie praktykowałem tego za życia.
Gdy trupy odsunęły się na bok, stanął przede mną Mentor. Patrząc na niego, zapragnąłem nagle przejrzeć się w lusterku. Czy już się zacząłem rozkładać? O Boże…
– Tego, no, każdy przeżywa załamanie po swojej śmierci – powiedział, chyba trochę milszym głosem niż wcześniej. – Choć raczej nie z takiego powodu.
– To z jakiego?
– No, że się nie żyje, że się zostawiło swoich bliskich…
– Wielkie mi powody – mruknąłem.
Mentor odchrząknął głośno i gwałtownie, aż mu kawałek skóry odpadł z twarzy.
– A czy aby na pewno rozumiesz, Gustawie, że nie żyjesz…?
Chciałem od razu odpowiedzieć, że tak, ale zacząłem się zastanawiać.
– Chyba rozumiem – rzekłem z wolna – ale nie wiem, dlaczego się wybudziłem, jakim cudem w ogóle żyję, czy coś, i co to właściwie dla mnie oznacza…
Mentor zaczął ziewać. Wszystkie trupy spojrzały na niego z niepokojem. On, jakby ze wstydem, szybko zakrył usta niemal wyzbytą mięsa, kościstą ręką i znów odchrząknął.
– Czas, żebym oprowadził cię po cmentarzu i tego, no, opowiedział o trupim życiu – oznajmił szybko, po czym gestem wskazał, żebym wstał. – A wam na razie podziękuję – rzucił na odchodne do trupów, które wzruszyły ramionami, po czym zaczęły się rozchodzić.
Nagle przeszła mnie straszna myśl, że moja babcia też może właśnie chodzić sobie po cmentarzu w formie kościotrupa. To trochę tak, jakbym zobaczył ją nagą, ale tak doszczętnie nagą. Przełknąłem ślinę (hura, wciąż mam ślinę!) i ruszyłem za Mentorem.
Całkiem nieźle znałem ten cmentarz, to znaczy jego położenie i rozłożenie, bo że łażą tu nocą trupy, to nie wiedziałem. Chociaż nie powiem, słyszałem kilka razy, że coś tu straszy. Mieszkam, to znaczy mieszkałem całkiem niedaleko stąd. Łaziło się tu i tam, żeby poszukać weny… A zatem to oto miejsce niewiecznego spoczynku, całkiem zresztą duże, znajdowało się na łagodnym pagórku, groby zaś piętrzyły się ku górze, jedne wyższe, drugie niższe. Była nawet i jedna mroczna krypta na środku, której kiedyś trochę się bałem, do tego kilka drzewek i krzaków. Na szczycie pagórka znajdowała się kaplica, a pierwszy dom mieszkalny był z dobry kilometr stąd. Z lewej lasek, z prawej droga wiodąca ku górze, a dalej pola. Odludzie jak się patrzy. Właściwie to dziwne, że nie podejrzewałem, iż trupy wychodzą tu z trumien. Kto by nie skorzystał.
Mój grób, jako że nowy, był na dole, ale poniżej znajdowało się jeszcze sporo miejsca do spożytkowania. Lecz i tak znajdował się niemal przy samym płocie z prawej strony, a zatem i przy drodze. Sam nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle.
Dogoniłem Mentora, który kierował się z wolna ku górze. Miałem z tysiąc pytań, ale on sam zaczął swoją przemowę, jakby wyuczoną na pamięć, a mówił powoli, niczym mój osiemdziesięcioletni profesor z teorii literatury średniowiecznej.
– No to tak, Gustawie. Musisz wiedzieć, że na tym cmentarzu wybudzanie trwa już od dawien dawna, czyli od ponad wieku, lecz uprzedzając pytanie, nie mamy pojęcia, czy gdzieś indziej też są cmentarze tak wyjątkowe jak nasz. Wiemy natomiast z całą pewnością, że jako pierwsza wybudziła się aktualna pani cmentarza, później zaś niektóre trupy pochowane po niej. Owe trupy nie mogły wychodzić z trumien, gdyż ziemia nie pozwalała im na otwarcie wieka. Lecz to najpierw pani cmentarza, która została pochowana w krypcie, zdołała swoimi krzykami przywołać kopiących obok grób o świecie grabarzy. Ponoć ci panowie omal nie padli trupem ze strachu. Uciekli. Gdy pochowali kolejnego zmarłego, a dzień później usłyszeli jego krzyki, wiedzieli, że poprzednie odgłosy to nie był tylko zły sen. Przyszli zatem w nocy i tego, no, wyswobodzili z grobu panią cmentarza, a potem owego świeższego denata. Szybko się zorientowali, że są to trupy całkiem rozmowne oraz rozumne i że nie mają do czynienia ze zwykłym cmentarzem. Wiedzieli też, że jeśli tak dalej pójdzie, trupów nie będzie się dało ot tak, no, powstrzymać, w końcu one nad tym nie panują, przynajmniej nie na początku. Zaczęli więc, w konsultacji z panią cmentarza, którą oczywiście grzecznie przeprosili, pracować nad tym, jak by tu umożliwić trupom humanitarne wychodzenie na zewnątrz nocami. Oszczędzę ci teraz historii ewoluowania drogi wyjścia spod ziemi, gdyż jestem na to zbyt zmęczony, choć zapewniam, że jest fascynująca. Musisz wiedzieć tyle, Gustawie, że aktualne rozwiązania z wysuwanymi płytami, czy to tymi z ziemią, czy granitowymi, są rozwiązaniami jakże wygodnymi i komfortowymi.
Mentor, ziewnąwszy, zrobił chwilę przerwy, machając przy okazji jakiemuś ubranemu w poszarpaną sukienkę i kapelusik trupowi, czy może raczej pani trup, która siedziała sobie boczkiem na swoim nagrobku i gawędziła z inną trupią sąsiadką. Obie panie, z twarzami rodem z koszmarów, zlustrowały mnie od stóp do głów i zachichotały niemal dziewczęco, a potem zaczęły szeptać między sobą, zerkając na mnie zza ramienia. Przeszły mnie ciarki (hura, mam ciarki pośmiertne!) i prędko odwróciłem głowę. Mimo miłosnych nawyków za życia takich panien jakoś nie miałem ochoty uwodzić. Dotarło też do mnie, że mimo wszechobecnej zgnilizny niczego nie czuję. Pociągnąłem nosem – i nic. Czyli straciłem węch. To chyba dobrze… Mentor tymczasem kontynuował swój wywód.
– To właśnie dzięki wyrozumiałości grabarzy, którzy do dziś z pokolenia na pokolenie przekazują sobie tajemnicę o tym cmentarzu, my, trupy, mamy się tak dobrze. Lecz nie każdy trup się wybudza i nie każdy decyduje się na życie cmentarne. Zapewne interesuje cię, od czego to wszystko zależy. No cóż, nie wiem niczego na pewno. Lecz z mojego ponad trzydziestoletniego doświadczenia w byciu mentorem – tu znów ziewnął przeciągle – mogę wysunąć pewne wnioski. Po pierwsze najczęściej budzą się ci, którzy umarli młodo i mają w sobie wolę życia. Tacy są najgorsi. – Spojrzał na mnie z ukosa podejrzliwie. – Po drugie ci, którzy umarli niespodziewanie i przy życiu trzymają ich jakieś niedokończone sprawy. Ja, jako mentor, często pomagam im te sprawy rozwiązać. Po trzecie ci, których śmierć w ogóle pozwala im na wybudzenie. Najgorzej mają się zmiażdżeni lub bezgłowi. Nie wspominając już o skremowanych. Tak, śmierć jest bardzo istotna i poniekąd rzutuje na życie pośmiertne. Niektóre trupy budzą się szalone, niektóre wciąż myślą, że żyją, a jeszcze inne stopniowo tracą zmysły. Tak między nami, Gustawie… znacznie więcej tu tych, no, półgłówków niż tych mądrych. A propos… a ty jak umarłeś?
Mentor podrapał się po głowie, a między palcami został mu spory kawałek mięsa, który niedbale pstryknął w dal, prosto na nagrobek, którego płyta właśnie się odsuwała. Spod niej wysunęła się z gracją dłoń zadziwiająco smukła i iście ludzka, z kilkoma pierścionkami na palcach. Przyznam, że zaintrygowałem się tą dłonią, ale teraz miałem inne rzeczy na głowie.
– Metalowa rurka przebiła mi serce – odparłem, mimowolnie krzywiąc się na to wspomnienie. – To dobrze czy źle?
– Doskonale, Gustawie. Serce i tak ci się na nic nie przyda, bo nie bije.
No tak, zorientowałem się, że właściwie nawet nie oddycham. Gdy spróbowałem, owszem, nabrałem powietrza do płuc, ale nie czułem, że jest mi to do czegoś potrzebne. Spoko.
– O, czyli gdy powiem komuś, że nie mam serca z nim rozmawiać, to nie będę chamski, tylko szczery? – powiedziałem, zadowolony ze swojego żartu, ale poważna mina Mentora sprawiła, że spuściłem wzrok.
– Gorzej, gdybyś uszkodził mózg – mówił, jak gdyby mnie nie usłyszał – na przykład dostając tą rurką w głowę. Możliwe, że wcale byś się nie wybudził. Albo byłbyś jednym z tych, no, półgłówków, o których wspominałem. Ty jednak jesteś swój trup.
– Ale na jakiej podstawie my w ogóle chodzimy i mówimy? – spytałem, orientując się przy okazji, że całkiem nieźle radzę sobie w balansowaniu między nagrobkami w nikłym świetle niewielu zapalonych zniczy i wyłaniającego się czasem zza chmur księżyca. Trupy muszą nieźle widzieć w ciemności. W dechę!
– Tego nie wiedzą nawet najstarsi grabarze. – Znów ziew, a potem wstrętne mlaskanie. – Wszystko kręci się wokół mózgu. On jakimś sposobem nadal działa. Ale bólu nie czujemy, tak samo zimna czy ciepła. – Chciałem zadać kolejne pytanie, lecz Mentor wyraźnie wolał formę wykładową. – Bardzo istotna jest kwestia rozkładania, ponieważ to, jak szybko staniesz się gnijącym ochłapem mięsa i kości, zależy tylko od ciebie. Po latach wybudzania nasi poprzednicy odkryli, co wpływa na rozkład ciała. Sen. Albo inaczej: trupia apatia. Trudno byłoby leżeć całymi dniami w trumnach i czekać na to, aż cmentarz opustoszeje, by rozruszać kości. Niektórym trupom łatwo przychodzi tak zwane głębokie zamyślenie, które jest taką jakby formą pośrednią i też poniekąd przyspiesza czas, ale to trudna sztuka, tylko dla trupów z bujną wyobraźnią. Za cmentarz też za daleko nie odejdziesz, bo ten, no, nie da się po prostu. A złota zasada brzmi: nie daj się zauważyć śmiertelnikowi. Na szczęście, jak mówiłem, każdy trup może zapaść w trupią apatię, czyli w błogą nieświadomość. Wówczas mózg zostaje, że tak powiem, wyłączony. A to przyspiesza rozkład. Może nie tak od razu, ale im dłużej śpisz, tym szybciej i intensywniej się rozkładasz. Zaś gdy jesteś świadomy i no, tego, żywy… to mózg działa, a rozkład zostaje zatrzymany. Niektóre trupy od razu decydują się na ten stan i w ten sposób śpią aż do swojej drugiej, prawdziwej śmierci, która następuje raz szybciej, raz wolniej.
– A co się dzieje po niej? – spytałem automatycznie.
– No, tego też nie wiedzą nawet najstarsi grabarze. Niebo, piekło albo jeszcze co innego.
– Czyli co, teraz mam szansę na odkupienie?
– Nie wiem, Gustawie. Zadajesz zbyt trudne pytania tak staremu trupowi jak ja.
Podczas gdy Mentor ziewał, wyjmując z ucha jakiegoś robaka, ja zwróciłem uwagę na ową średniej wielkości kryptę, która znajdowała się na środku cmentarza.
– Od tej krypty trzymaj się z daleka – powiedział Mentor, widząc, dokąd zmierza mój wzrok. – To ta, o której ci opowiadałem. I to tam bytuje wielka pani cmentarza, najstarsza z nas wszystkich. Pierwsza. To ona ustala zasady oraz wymierza kary. Jest surowa i, no… wzbudza powszechne przerażenie. Czasem robi obchody, a wtedy trzeba naprawdę uważać!
– O matko, strach się bać – mruknąłem z lekką ironią. Ależ ona musi być stara, rozłożona i brzydka. – Poza tym myślałem, że po śmierci można robić, co się zechce. A zasady? Kary? Brzmi jak… pośmiertne ograniczenie.
– Bo tak właśnie jest – powiedział Mentor tonem tak poważnym i głębokim, że aż oblizałem nerwowo wargi. – Mamy tu całą listę zasad, które określają, co możesz, a czego nie, jak działa ten cmentarz i jakie funkcje pełnią poszczególne trupy. Życie po śmierci też wiąże się z zasadami, młody chłopcze.
A zasady są po to, żeby je łamać, chciałem powiedzieć, ale się nie odważyłem. Zwłaszcza że Mentor przystanął nagle. Byliśmy całkiem niedaleko od kaplicy u szczytu pagórka.
– O proszę, oto mój grób. Klawy, nie? – Mentor oparł się o nagrobek sennie, a kolejny kawałek mięsa odleciał z jego dłoni i upadł na ziemię. Przeczytałem napis: Ś.P. Władysław Łomecki, ur. 10.01.1919, zm. 01.10.1974. Naprawdę był stary. – Wiesz, Gustawie, bycie mentorem jest męczące, trzeba być ciągle na chodzie, w razie gdyby ktoś umarł, poza tym słuchanie trupich lamentów, szukanie sposobów na ich wieczny spoczynek… Zmęczyłem się. Muszę się przespać.
– Już? Ale ja nadal nic nie wiem! – wykrzyknąłem, czując nagle ścisk w żołądku (hura, wciąż mnie ściska!) w obawie, że zostanę pozostawiony na pastwę innych trupów.
– Tak, wiem, musisz się jeszcze wiele nauczyć, zwłaszcza wykuć na pamięć zasady cmentarza, ale… – ziewnięcie – opowiem ci o nich następnej nocy.
Mentor kucnął, kości strzeliły przeraźliwie, a potem odchylił swoją szarą płytę.
– Co ja mam zrobić? Wejść do trumny i przeczekać dzień? Nie chcę zapadać w tę apatię…
– Kilka godzin snu ci nie zaszkodzi – mamrotał Mentor, gramoląc się pod ziemię. – Albo spróbuj zapaść w głębokie zamyślenie. Decyzja należy do ciebie. Myliłem się wcześniej – jesteś bardzo żywym, bardzo ludzkim oraz bardzo samoświadomym trupem. I nie przejmuj się tą niewydaną książką, Gustawie. Jeśli poprosisz grabarzy o notes i długopis, to też będziesz mógł coś napisać.
– Naprawdę? – zdziwiłem się, czując przypływ nadziei niczym tuż przed śmiercią, choć teraz jakoś tak szczerzej. – Trupy mogą pisać książkę?
Nie usłyszałem, co Mentor mruknął pod nosem, bo właśnie zaczął zasuwać za sobą płytę.
– Dobranoc, Gustawie. Tego, no, do jutra.
– Nawet nie wiem, jak trafić z powrotem do mojego grobu! – zawołałem jeszcze.
– Prosto po trupach do celu – odparł spod ziemi Mentor, znikając już na dobre.