
Tłum(ie)nie
Pewien lider w pewnym mieście
przejął główne stanowisko.
Zaraz potem w dobrym geście
zlecił ludziom tłumić wszystko.
Każdy miał być sympatyczny
mimo niezadowolenia.
Gdyby ton ktoś miał krytyczny,
wnet by poszedł do więzienia.
Tłum się zatem zebrał tłumnie,
by przegadać to tłumienie.
Gdy ktoś krzyknął, lider dumnie
zaserwował mu więzienie.
Lider wszystko widział, słyszał.
Nawet gdy ktoś zaklął w domu,
straż go brała. Potem cisza.
W pace było ich od gromu.
Kiedy miasta już połowa
poznikała za kratkami,
każda jedna z tłumu głowa
język skryła za zębami.
Tak minęły trzy miesiące:
cicho, miło i przyjaźnie.
Nawet to palące słońce
zaświeciło jakoś raźniej.
Tłumił wszelkie tłum urazy
i tłumaczył sobie tłumnie,
że potrzebne te zakazy,
lider myśli zaś rozumnie.
Po pół roku do miasteczka
przyszło jury na inspekcję.
Poobserwowało z deczka.
Drobne były ich obiekcje.
Gratulując liderowi,
nagrodziły go za wyczyn.
Miłe miasto, co się zowie!
Tak daleko mu do dziczy!
Jury poszło. Tłum zaklaskał.
Lider skłonił się niziutko.
Teczkę z kasą swą pogłaskał,
po czym odszedł. „Żegnaj, trzódko!”.
Tłum odczekał tak z minutę.
Potem przestał tłumić żale.
Wrzeszcząc pod brutalną nutę,
pozabijał się nawzajem.