Prolog

Było tak: szedłem sobie chodnikiem, wielce rozkojarzony i wielce nieszczęśliwy, choć owo nieszczęście przykrywała aktualnie cieplutka płachta tak zwanej nadziei. Wracałem do akademika z okropnej pracy na dziale serów, rozmyślając o wysłaniu wydawcom mojej świeżo napisanej książki, o potencjalnym sukcesie, który odmieni mój zły los i uczyni mnie najsławniejszym pisarzem na świecie, no, czy tam choćby w samej Polsce.

Wtedy to dostałem SMS-a od Sońki, pamiętam go jak dziś: „Skarbie, już trzy dni nie odpisujesz, co się dzieje?!?!!!”. Matko, co za idiotka. Uznałem, że muszę z nią zerwać, natychmiast, bez zwłoki. Łzy zakręciły mi się w oczach, i to bynajmniej nie przez nią. Nawet nie wiem czemu, szczerze powiedziawszy. Chyba z chronicznej beznadziei. Zacząłem więc pisać w przypływie emocji, nie patrząc na drogę: „Księżniczko, to się nie uda. Chcę się zająć moją książką, którą ty i tak masz w dupie. A do tego kocham Oli…”. Stop, stop! Chciałem usunąć ostatnie zdanie. No przecież nikt się nie może dowiedzieć o mojej wielkiej miłości do Oliwii, w tym Oliwia, a już zwłaszcza ja sam. Ręce trzęsły mi się okropnie i nie mogłem natrafić na przycisk usuwania.

A wtedy…

Wszedłem na czerwonym świetle na pasy. Ot tak, głupi student-niedoszły-pisarz zagapiony w telefon. To był moment. Zdążyłem tylko zanotować samochód z metalowymi rurkami na dachu, na moje nieszczęście (lub szczęście) przypiętymi niewystarczająco mocno. Pisk opon, głośny jak cholera, czyjś wrzask, a potem…

Jedna z rurek przebiła mi serce na wylot.

He, he.

 

Czytaj dalej —> rozdział 1.