Rozdział XI

Eldy pił już drugą z rzędu herbatę z ziół od Burgsa i czuł się tak spokojny, że zaczął zastanawiać się, czy wszystko z nim w porządku. Zamiast udać się na ćwiczenia walki ostrzem, musiał pojawić się u Odette, która znów ulżyła mu trochę w bólu żeber. Później matka parę razy próbowała go namówić na rozmowę, ale choć zaczęła przy nim płakać, Eldy i tak nie chciał na nią patrzeć. Po prostu nie dał rady. Ta w końcu dała mu spokój i zamknęła się w pokoju.

Leżał teraz na swoim łóżku i czytał Frankensteina.

„W mojej duszy dzieje się coś, czego nie rozumiem”.

W chwili gdy uznał, że właściwie to całkiem lubi ożywione monstrum, usłyszał pukanie do drzwi. Zanim zdążył coś powiedzieć, do środka wszedł jak gdyby nigdy nic Everley w wyśmienitym humorze.

– Co tam, braciszku? – rzucił na wstępie, siadając obok niego na łóżku. – Nie chciało ci się wczoraj przyjść, co? Nie powinieneś być teraz na szkoleniu? Ja właśnie wracam z jednego.

Eldy, położony do niego bokiem, nie odwracał się na razie w jego stronę, chcąc ukryć wciąż nie najpiękniej wyglądające oko.

– Linet się spisała? – spytał, nie mogąc się powstrzymać.

– Że co? – parsknął Everley. – O co ci chodzi? Czy nie mogę mieć choć raz naprawdę dobrego humoru, w przeciwieństwie do tych twoich codziennych nerwów?

– Och, ależ możesz – mruknął Eldy.

– Na Ramizaela, bracie, znów masz zamiar się na mnie obrazić?

– Nie tym razem – przyznał Eldy. – Rób sobie co chcesz, i z Linet, i z ojcem. Może powalczycie dzisiaj wspólnie?

– Co się stało? – spytał natychmiast Everley, poważniejąc.

– Musiałeś mieć wspaniałą noc oraz poranek, skoro o niczym nie wiesz.

– Eldy, bo zaraz ci przywalę – zdenerwował się nie na żarty starszy brat.

– Spoko, czemu by nie? – Eldy odwrócił się w jego stronę. – Zaczyna mi się to podobać.

Everley wstał gwałtownie, a w jego oczach pojawił się niepokojący błysk.

– Wiedziałem… Mam tego dość! Ojciec jest nienormalny… Co jeszcze ci zrobił?

– Nic takiego – machnął ręką Eldy, dla którego po dwóch uspokajających naparach wydawało się to dość błahe.

– Spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że nie użył na tobie Uroku Rozszczepienia – powiedział śmiertelnie poważnym tonem Everley.

– Nie użył, do cholery – zdenerwował się Eldy, a widząc, że brat jest teraz w nastroju do wypytywania go o wszystko, zwłaszcza o kwestię tego nieszczęsnego uroku, zwlekł się z łóżka, wzdychając cicho z bólu. – Idę się przejść. I bardzo cię proszę, nie napadaj na ojca. Poradziłem sobie, serio. Choć raz chcę udowodnić, że dam radę bez twojej pomocy. Obiecaj, dobra?

Everley patrzył i patrzył na niego, aż w końcu spytał ze szczerym smutkiem:

– Dlaczego nie chcesz ze mną porozmawiać? O tym i o wszystkim innym?

– Ale o czym innym? – udał zdziwionego Eldy. – No, to obiecujesz?

Everley przytaknął, ale z tak zbolałą miną, że Eldy’emu zrobiło się go szkoda. Mimo to podziękował i ruszył w stronę wyjścia.

– Hej, bracie – zatrzymał go jeszcze Everley, gdy ten był już w drzwiach. – Jeśli działoby się coś złego, powiedziałbyś mi, prawda?

Eldy chciałby mu teraz wyznać wszystko. Począwszy od niezbyt udanej tajnej misji Irotha, poprzez nakrycie Casimira na dziwnej zdradzie, a skończywszy na użyciu Uroku Rozszczepienia i prawdopodobnym buncie Avertona. Ale nie. Jedną najważniejszą osobę w życiu już naraził na niebezpieczeństwo związane z zakazaną wiedzą. Drugiej tego nie zrobi.

Nie chcąc kłamać, po prostu wyszedł na korytarz, zostawiając go samego. Poszedł na chwilę do Anaela, który pokazywał właśnie swojej siostrze Camille jak przechodzi przez ścianę. Pośmiał się z niego trochę, sugerując, że teraz będzie mógł podglądać Sarmantki (lub Sarmantów) podczas kąpieli; uśmiechnął się też półgębkiem, słysząc, że Simon po raz kolejny wybył z dowództwa „w tajemniczych okolicznościach”. W końcu gdy zegar pokazał godzinę siedemnastą, udał się w stronę windy, parę razy sprawdzając, czy nikt go nie śledzi.

Na szóstym piętrze już czekała na niego Esteline.

– Jak żebra? – spytała od razu.

– Nieźle – odparł, co właściwie było zgodne z prawdą, jeśli by porównać do bólu „po fakcie”. – Dzięki, że idziesz tam ze mną, serio.

– To oczywiste, że idę z tobą – prychnęła. – Pomoże nam, zobaczysz.

Eldy był w gabinecie Jaharda po raz pierwszy. Uśmiechnął się na widok licznych obrazów związanych z wymiarem sprawiedliwości – parę wag malowała sama Esteline. Jahard, poważny pięćdziesięcioletni Sarmant o bystrym spojrzeniu i trójkątnej twarzy z równiutkim przedziałkiem na boku głowy, siedział za pokaźnym biurkiem, odsuwając na bok stertę książek i spoglądając na nich z lekkim zdziwieniem.

– Dzień dobry, dzieciaki – odpowiedział im grzecznie na przywitanie, zatrzymując wzrok na podbitym oku Eldy’ego. – No, opowiadajcie, co też się takiego wam przydarzyło?

Eldy już wiedział, że Jahard nie bierze ich na poważnie. Choć podziwiał go za ogromną wiedzę na temat zarówno sarmanckiego, jak i ludzkiego prawa oraz wiele słyszał o jego bezstronności, teraz zaczynał żałować, że w ogóle do niego przyszedł.

– Sprawa jest niecierpiąca zwłoki. – Esteline podeszła bliżej biurka, patrząc na Jaharda ze zmarszczonymi brwiami. – I musisz wiedzieć, panie Jahardzie, że nie chodzi nam o byle bójkę. W dowództwie dzieje się coś niedobrego, ale sprawa jest tak zawiła, że sami sobie nie poradzimy. Eldy musi ci wszystko opowiedzieć.

Mężczyzna musiał dostrzec coś w jej oczach, po chwili bowiem skinął z powagą głową i wskazał im krzesła przed biurkiem.

– Zamieniam się w słuch.

Eldy, wciąż niepewny, usiadł na skraju i oznajmił z wahaniem, starając się patrzeć w przenikliwe oczy Jaharda:

– To, o czym chcę powiedzieć, to kwestia naprawdę delikatna i… i groźna zarazem, do tego dotycząca, cóż… samego pana Irotha. – Jahard zachował kamienny wyraz twarzy, choć zmrużył lekko oczy. – Dlatego muszę mieć pewność, panie Jahardzie, że zachowasz to w największej tajemnicy. Nie chcę, by ktokolwiek się o tym dowiedział, ale z drugiej strony nie mogę tak tego zostawić… Dlatego właśnie potrzebuję twojej rady.

– Każdą sytuację da się rozwiązać – odparł Jahard. – I chyba nie wierzysz, chłopcze, w moją dyskrecję zawodową, skoro myślisz, że mógłbym komuś wygadać bez potrzeby twoje zwierzenia. – Mężczyzna położył łokieć na biurku, podpierając dwoma palcami podbródek. – Dobrze, a zatem wyduś to wszystko z siebie. Problemy są po to, by je niwelować.

*

– To niemożliwe. Cóż za informacja… – mruczał pod nosem Jahard, od paru minut przechadzając się wte i wewte. – Muszę pomyśleć…

Wysłuchał uważnie każdego słowa Eldy’ego, a jego mina, gdy usłyszał o użyciu przez Casimira Uroku Rozszczepienia, była bardziej zszokowana, niż chłopak mógłby przypuszczać. Tak jakby mężczyzna wiedział coś więcej.

Esteline patrzyła w napięciu to na Jaharda, to na stłamszonego wspomnieniami Eldy’ego, aż w końcu nie wytrzymała.

– To może przyjdziemy jutro – zasugerowała – gdy już wszystko przemyślisz?

Ten, jakby przypominając sobie o ich istnieniu, usiadł z powrotem na swoim krześle i wbił w nich wzrok.

– Czas wyłożyć santee na ławę – oznajmił, uderzając płaską dłonią w biurko. – Powiem wprost – mam od czasu do czasu do czynienia z Casimirem, ale nigdy nie sądziłem, że może posunąć się do czegoś takiego! Sytuacja jest wyjątkowa, dlatego wymaga podjęcia przez nas wyjątkowych środków. Co do Diatheny – najlepszym rozwiązaniem jest śledzenie ich podczas jednej ze schadzek i zorientowanie się, czy Casimir nie robi jej krzywdy. Natomiast co do użycia Uroku Rozszczepienia… Zajmę się tym osobiście. Porozmawiam z Casimirem i spróbuję co nieco od niego wyciągnąć, a jeśli ten przypomniałby sobie zdarzenia sprzed paru dni – trudno, wyczyszczę mu pamięć. Tylko że, chłopcze, aby wszystko poszło sprawnie, będę musiał zatrudnić paru Sarmantów do pomocy, między innymi Isidora, który sprawdzi, czy Casimir mówi prawdę. Pozostali to będą moi… wspólnicy, ręczę za nich. Jednak nikomu nic nie powiem bez twojej zgody.

Mężczyzna popatrzył znacząco na Eldy’ego, który poruszył się niespokojnie na krześle.

– Casimir jest niebezpieczny – dodał Jahard – dlatego trzeba sprawdzić, do czego mógł lub dopiero może się posunąć. A należy to zrobić możliwie jak najciszej. Sam sobie nie poradzę. To jak? Ty wyjawiłeś to wszystko swojej zaufanej osobie – wskazał na Esteline – dlatego pozwól mi zrobić to samo, oczywiście dla twojego dobra. Dla waszego dobra.

Dziewczyna spojrzała ponaglającym wzrokiem na Eldy’ego, który czuł dziwny niepokój. W końcu, orientując się, że nie ma wyjścia, kiwnął głową.

– Dziękuję. – Jahard pozwolił sobie na lekki uśmiech. – I za zgodę, i za zaufanie. Jakoś sobie z tym poradzimy, dzieciaki.

– A nie możemy jakoś pomóc? – spytała Esteline, mężczyzna jednak pokiwał od razu przecząco głową.

– Najlepiej, żebyście trzymali się jak najdalej Casimira. Zwłaszcza ty, Eldy. Urok Zapomnienia może nie działać na Sarmata z taką samą łatwością jak na człowieka. Przykro mi, ale od teraz już zawsze będziesz w niebezpieczeństwie, chyba sam rozumiesz. Najlepiej byłoby, żebyś nie przechadzał się samotnie na zewnątrz. I nie ubieraj już się w ten sam zestaw ubrań co wtedy. Wiele czynników może spowodować przywrócenie pamięci.

– Postaram się. A Averton…

– Averton sobie poradzi – odparł od razu Jahard. – Chwała mu za to, że wtedy cię uratował. Sam nie wiem, czy powinien mieszać w głowie Diathenie, ale już trudno.

Eldy nie wspomniał oczywiście Jahardowi nic o swojej tajnej misji, jednak o Avertonie musiał napomknąć. Mężczyzna jednak nie bardzo przejął się jego rolą w tym wszystkim; zdawał się całkowicie pochłonięty chorym zachowaniem Casimira, co oczywiście było zrozumiałe. Ale Eldy’emu i tak wydawało się to nieco dziwne.

Esteline nie podzieliła jego obaw.

– Dlaczego miałbyś nie ufać Jahardowi? – dziwiła się, gdy już wracali. – Zajmie się całą sprawą najlepiej, jak tylko będzie mógł.

– Wiem, wiem, tylko…

– Tylko co?

Eldy westchnął, przecierając dłońmi zaspane oczy.

– Nic, plotę głupoty. Chyba muszę się zdrzemnąć.

– Czas najwyższy – przyznała Esteline. – Zrobię dla ciebie notatki ze szkolenia.

– Jesteś dla mnie zbyt dobra – stwierdził ni to z powagą, ni śmiechem Eldy, gdy zjeżdżali windą. – Jak przejdziesz przemianę i ja w końcu też, no i jak dostanę pierwszą wypłatę za misję, zabiorę cię na jakieś ludzkie, tłuste jedzenie! Chyba że dbasz o linię…

– A co, nie widać? – zirytowała się Esteline. – Nie tylko Linet ma świetną figurę!

– Spokojnie, ty też niczego sobie – wyszczerzył się Eldy. – No dobra, to może zabiorę cię do klubu, spróbujesz jakiegoś drinka, a może nawet zatańczymy do ludzkiej muzyki! Albo w ogóle znajdę jakieś super miejsce, żebyś miała natchnienie do malowania. Co ty na to?

– W ostateczności może się zgodzę – powiedziała obojętnie Esteline, ale uśmiechnęła się na tę propozycję. Eldy powstrzymał się od dodania, że przyjaciółka zapewne trochę sobie jeszcze poczeka na jego przemianę. – A co z tą rudą farbą? – dodała na odchodne z błyskiem w oku. – Bo chyba wiem, gdzie mogłabym…

– Żadnego rudego! Żadnego! – zawołał, wychodząc z windy.

Gdy znalazł się w swoim pokoju, ledwo tylko położył głowę na poduszkę, a już zasnął.

Obudziła go czyjaś obecność w pokoju. Wiedział, że ktoś na niego patrzy. Przez chwilę był pewien, że ojciec. Ale gdy otworzył oczy, uznał, że nadal śni.

– Linet? – zdziwił się. Dziewczyna, nieco speszona, zagryzła nerwowo wargi.

– Cześć, Eldy, chciałam z tobą porozmawiać… Pukałam do drzwi, ale nie odpowiadałeś, dlatego weszłam, żeby sprawdzić, czy nic ci nie jest.

Eldy’emu serce podskoczyło do gardła. W ogóle nie był na to przygotowany! Jak on wygląda? Czy aby nie spał z otwartą gębą? Próbując ją jakoś zagadać, wyskoczył z łóżka, przeczesując na szybko palcami włosy, i podstawił jej krzesło, samemu siadając na drugim.

Dziewczyna przycupnęła, zakładając nogę na nogę, założyła za ucho niesforny kosmyk włosów i spojrzała na Eldy’ego ze smutkiem.

– Coś się stało? – spytał, choć już przypuszczał, o co może chodzić.

– Słyszałam o tym, co wydarzyło się dzisiaj rano, no a przez to też wczoraj wieczorem… I przyszłam trochę usprawiedliwić twojego brata. Ćwiczyłam z nim wtedy i gdy przyszedł Barly… Wiesz, ja nie sądziłam, że twój ojciec jest… aż taki. Everley chciał za nim pójść, ale to ja machnęłam na to ręką, mówiąc mu, że nic ci nie będzie, że przecież sobie poradzisz. A potem jakoś o tym zapomnieliśmy. Eldy, ja przepraszam…

Eldy poczuł się teraz jak najgorsza ofiara losu, jak nieudacznik, który z niczym nie może sobie poradzić. Podłamany, odparł:

– Przestań, nic się przecież nie stało! Nie zrobiłaś nic złego. Everley nie może mnie bronić na każdym kroku. A to, że tak się dałem ojcu jak skończony głupek, to inna sprawa… Zapomnij o tym, naprawdę. Nie ma się co mną przejmować.

– Hej, Eldy. – Linet pochyliła się nieco, próbując znaleźć jego wbity w ziemię wzrok. – A niby jak miałbyś sobie poradzić z tym katem? Jesteś przed przemianą. Co byś nie zrobił, on i tak miałby nad tobą przewagę. To nic dziwnego, że starszy brat jest ci potrzebny! Ja… przyznam, że chciałam, żeby Everley został ze mną w sali. Zatrzymałam go. Gdybym tylko wiedziała, do czego ten Barly jest zdolny…

Eldy machnął ręką, choć chciało mu się zapłakać.

– Jakoś sobie poradziłem, aż taką ofermą nie jestem. Dzięki, Linet, ale…

Przerwał, dziewczyna bowiem chwyciła go za rękę i ścisnęła mocno.

– Wcale nie jesteś ofermą – powiedziała twardo. – Dla mnie jesteś najdzielniejszym ze wszystkich Sarmantów. Nie narzekałeś po tym strasznym omdleniu, za czymkolwiek ono stało, i nie narzekasz teraz. Radzisz sobie jak możesz. Jesteś wspaniały, Eldy.

– Nie, ja… – zająkał się oszołomiony Eldy. – No co ty…

Linet wstała i pocałowała go w policzek, na co Eldy’ego aż przeszły ciarki.

– Muszę już iść – powiedziała. – Ale obiecaj mi, że w końcu choć trochę w siebie uwierzysz. Nie możesz mieć o sobie takiego złego zdania!

– No nie wiem…

– Proszę, Eldy, zrób to dla mnie. Obiecaj.

– Obiecuję – wydusił z siebie.

Linet uśmiechnęła się do niego pięknie, uwydatniając dołeczki na policzkach, pożegnała się i wyszła, zamykając za sobą cicho drzwi. Eldy siedział przez chwilę zdruzgotany, a gdy dotarło do niego, co właśnie się stało, uśmiechnął się tak szeroko, że aż zabolała go szczęka. I choć miał z tyłu głowy wzmiankę Linet o Everley’u, teraz się tym nie przejmował. Jest w jej oczach kimś więcej niż tylko głupim dzieciakiem! Nagle wszystko stało się możliwe. Wszystko się ułoży, trzeba tylko trochę się nacierpieć i cierpliwie czekać!

Eldy doszedł do wniosku, że musi opowiedzieć o tym Esteline. Wyszedł w wyśmienitym humorze na korytarz, nie przestając się szczerzyć. Dopiero gdy schodził po schodach, przemknęła mu przez głowę pewna myśl. A może nie powinien się tym chwalić przyjaciółce? Może to głupio? Zatrzymał się, mając mętlik w głowie. Ale właściwie dlaczego miałoby być głupio? Zawsze opowiadał jej o wszystkim, a ten nieszczęsny pocałunek był zupełnie nic nieznaczący! Przecież nic między nimi nie ma! Ruszył się z miejsca, ganiąc się w myślach za te absurdalne pomysły.

A jednak pierwszy raz czuł się jakoś nieswojo.

Zaklął, gdy spotkał na zakręcie Slavię. Ta spojrzała na niego tak, jakby zobaczyła ducha.

– I to jest co najmniej dziwne – oznajmiła ni z tego ni z owego. – Chyba że…

– Nie mam czasu na twoje głupie gadanie – zaczął zirytowany Eldy, ale do niej jakby coś dotarło. Wybuchła donośnym, okropnym śmiechem.

– Idź, idź do Esty! Tylko się nie przestrasz!

– Zaraz, o co chodzi? – spytał ją z niepokojem Eldy.

– Ja tam miałam nie wchodzić, żeby nie przeszkadzać w poważnej rozmowie. Ciekawe, czy ciebie wpuści!

Eldy próbował ją jeszcze o coś dopytać, ale dziewczyna zostawiła go samego, ciągle śmiejąc się pod nosem. Pełen obaw, przyspieszył kroku. O co mogło chodzić tej dziwaczce?

Gdy znalazł się pod odpowiednimi drzwiami, zamiast wpaść od razu, zerknął przez dziurkę od klucza. Zobaczył tylko Esteline, która, przejęta, rozmawiała z kimś, kto chyba musiał siedzieć całkiem blisko. Czyżby jakiś chłopak? Może nie powinien wchodzić? No, ale jaki chłopak? Esteline miała tylko jego! Ale może to jakiś adorator? Kochanek, o którym mu nie powiedziała? Eldy z jakiegoś dziwnego powodu zdenerwował się. Jest jej najlepszym przyjacielem i ma prawo wiedzieć o niej wszystko, tak jak ona wie wszystko o nim!

Nie zważając na nic, otworzył gwałtownie drzwi, robiąc od razu dwa kroki do środka. Stanął jak wryty.

– Co, do chuja? – nie wytrzymał, czując, że zaraz wydarzy się tu coś złego.

On sam, a raczej jego sobowtór, siedział tak blisko zarumienionej Esteline, że ich kolana lekko się stykały. Był totalnie zmieszany, podobnie jak dziewczyna, która patrzyła na niego ni to z zakłopotaniem, ni zdumieniem. Oczywiście gdy Eldy tylko wpadł do pokoju, odskoczyli od siebie, ale swoje zobaczył.

Esteline spojrzała najpierw na niego, później na jego sobowtóra i aż krzyknęła.

– Everley, nie żyjesz! – ryknął Eldy, który rzucił się natychmiast na brata, powracającego właśnie do swojej postaci. Powalił go na ziemię i zaczął okładać pięściami. Ten spróbował go odepchnąć, ale jemu ani śniło się przestać.

– Jesteś nienormalny, nienormalny! – wołał.

– Przestań już, no! – wydusił Everley, w końcu się od niego uwalniając. – Byłem tu tylko przez chwilę, myślałem, że śpisz! Chciałem po prostu dowiedzieć się wszystkiego, żeby…

– Żeby mnie obronić?! – Eldy znów szarpnął brata. – Dlaczego chcesz wiedzieć o mnie wszystko? I w ogóle nie wyglądało na to, jakbyście ot tak rozmawiali. Co za chora sytuacja!

– Masz prawo się denerwować. Ale opanuj się choć trochę, nic się takiego nie stało.

– Myślisz, że wszystko ci wolno? Że bezkarnie możesz zamieniać się w kogo chcesz dla własnych celów?

– Wszystko, co robię, robię dla ciebie, do cholery!

– Chyba dla zaspokojenia swoich chorych potrzeb! Zawsze musisz doprowadzić wszystko do końca. Nigdy sobie nie darujesz, co?

– Dobra, Eldy, spokojnie – zawołała Esteline, która wcześniej siedziała oszołomiona na krześle, a teraz jakby się ocknęła. – Gadaliśmy może dziesięć minut. Co ty myślisz, że się tu całowaliśmy? A swoją drogą, Everley, jesteś świnią jakich mało.

– Przepraszam, Esteline, ale wiem, że nie powiedziałabyś mi nic, gdybym przyszedł osobiście…

– A skąd masz tę pewność?

– No wiesz co, Est! – zdenerwował się Eldy. – Serio byś mu coś powiedziała?

– No nie… – odparła.

– Widzisz? – Everley zrobił triumfalną minę. – To była jedyna opcja. Eldy, przepraszam, ale czuję, że to mój obowiązek: wiedzieć, co się z tobą dzieje! Obiecałem ci, że nie pójdę do ojca, matka siedzi zamknięta w pokoju, a ja jako jedyny nie mam pojęcia, co zaszło. Ty oczywiście nie chcesz mi nic mówić. Dlaczego, co? Naprawdę tak mało dla ciebie znaczę, że masz mnie tylko za natrętnego, wkurzającego brata z przerostem ambicji?

– A może właśnie znaczysz dla mnie tak dużo, że wolałem ci nie mówić? – warknął Eldy.

– Ożeż ty! – zawołała Esteline, niby żartem, ale jednak z wyrzutem. – Czyli ja jestem dla ciebie tylko kimś do wygadania się?

Eldy czuł, że zaraz eksploduje.

– Nie o to chodzi! – jęknął, czując, że głos zaczyna mu drżeć. – Nie powinienem nikomu o tym mówić, żeby was chronić! Ale ty byś się do mnie już więcej nie odezwała, a ja jestem na tyle samolubny, że postanowiłem to naprawić… Więc gdy już ty się dowiedziałaś, to chciałem chociaż uchronić od tego Everley’a.

Nastała nieprzyjemna cisza.

– To co ten Casimir zrobił? – spytał w końcu delikatnie Everley.

– Powiedziałaś mu o nim?! – nie mógł uwierzyć Eldy.

– Nie jemu, tobie przecież! Skąd mogłam wiedzieć? – burzyła się Esteline. – Everley był naprawdę przekonujący.

– A co, podrywałeś ją? – warknął Eldy, a gdy ci oboje się zaśmiali, zdenerwował się jeszcze bardziej. – Przesadzacie…

– Teraz już musisz mi wyznać wszystko, bracie. Czyżby Casimir…

Nagle stała się kolejna dziwna rzecz. Wszyscy aż podskoczyli, gdy przez ścianę wpadł do nich nagle Anael.

– Esteline, nie uwierzysz, prze co…! Och, cześć, ja tylko… – Chłopak speszył się na widok wszystkich, ale nie wytrzymując, dodał: – Dobrze usłyszałem, że Casimir coś zrobił? Mogę posłuchać, o co chodzi? Czy mnie tu nie chcecie? Po twojej minie wnioskuję…

– Że cię tu nie chcemy! – dokończył za niego Eldy.

– Ty nie chcesz – sprostowała Esteline, na co Anael ośmielił się na lekki uśmiech.

– Est. – Eldy ściszył głos, choć i tak wiedział, że każdy go słyszy. – Dobrze wiesz, że im mniej o tym wie, tym lepiej. Po co, do cholery, miałbym im mówić? Żeby narazić więcej osób?

– Naprawdę sądzisz, że po tym, co już tu usłyszeli, dadzą sobie spokój? – odparła. – Poza tym obaj są po przemianie, może nam jakoś pomogą? Anael jest mądry, zawsze na coś wpadnie.

– A co jeszcze można zdziałać? Sama mówiłaś, że Jahard zrobi, co w jego mocy.

– Jahard? Wiedziałem, że jest w coś zamieszany – wtrącił się podekscytowany Anael.

– Też wiedziałem! – zawołał oburzony Eldy, na co Esteline się zaśmiała.

– No, teraz to już nie masz wyjścia!

– Robię się coraz bardziej ciekawy – przyznał Everley, który rozsiadł się na niewielkim fotelu w rogu, zakładając splecione ręce za głowę. – Dobra, bracie, wszyscy cię słuchamy.

Eldy zastanawiał się, czy nie warto po prostu nie wyjść z pokoju i zamknąć za sobą drzwi. Albo czy jeszcze raz nie przywalić Everley’owi. Albo nie wyrzucić Anaela za drzwi czy tam przez drzwi. Albo nawrzeszczeć na Esteline, że dała się nabrać. Ale czy miał jeszcze na to siłę?

W końcu zwalił się zmęczony na łóżko, łapiąc się za bolące żebra. Poczuł, że z jakiegoś powodu niewielki uśmieszek błąka się mu po twarzy. Nie był już sam.

Czytaj dalej –> Rozdział 12.