Rozdział X

Była szósta rano, gdy Eldy w końcu wypełznął z pokoju, starając się złapać oddech, który powodował trudny do zniesienia ból. Gdyby tylko był po przemianie…

Miał całą noc na zastanowienie się, czy pójście do Odette to dobry pomysł i ostatecznie zdecydował, że nie. Prawdopodobnie nie zdołałby dojść na drugie piętro, poza tym uzdrowicielka, choć dyskretna, mogłaby w końcu zacząć zadawać pytania. A nikt nie mógł się dowiedzieć. Esteline i tak by mu nie pomogła w sposób, który teraz najbardziej potrzebował, a Everley… Everley nie musiał być na każde jego zawołanie; wczoraj wreszcie nie przyszedł mu z pomocą, z czego Eldy teoretycznie powinien się cieszyć. W praktyce jednak odkrył, że bez brata daleko nie zajdzie, co tylko go dobijało. Teraz pozostał mu jedynie Anael, dyskretny i mądry, który udowodnił mu już, że wie, jak używać Uroku Uzdrowienia; poza tym jego pokój znajdował się całkiem blisko, co na ten moment miało duże znaczenie.

Pochylony, wlokąc się wolno po opustoszałym korytarzu w stronę odpowiednich drzwi i walcząc o każdy oddech, Eldy nie mógł odpędzić od siebie pewnej myśli, która męczyła go przez ostatnie parę godzin, podczas których nie zmrużył nawet oka.

A gdyby tak ze sobą skończyć…?

Zrobił sobie nawet w głowie listę za i przeciw. Argumentów „za” znalazło się wiele: był nienadającym się do niczego zerem, które myśli tylko o sobie; które nie potrafi się obronić, bo ma napady paniki niczym słaby człowiek; którego rodzice są potworami; które bez przerwy musi uważać na Casimira, skłonnego torturować go i zabić, jeśli tylko sobie wszystko przypomni; które prawdopodobnie spowodowało zbliżający się bunt Avertona, niszcząc przez to życie Irotha; którego nikt nie bierze na poważnie i które do niczego się nie nadaje; i nareszcie, które nie potrafi nawet poprawnie trzymać ostrza i zapewne przejdzie przemianę w osiemnaste urodziny, jeśli nie później. Poza tym, kończąc ze sobą, zrobiłby na złość ojcu, który oszalałby na myśl, jak wielką hańbę jego rodzinie sprawił mu syn.

Choć punktów „przeciw” naliczył mniej, były konkretniejsze: ktoś jednak mógłby za nim zatęsknić, na przykład Everley i Esteline, pewnie też Anael oraz Cheryl. Bo matka zapewne odwróciłaby wzrok od tego czynu. Matka, która zraniła go bardziej niż ojciec. Poza tym Eldy zdradził Esteline całą gorzką prawdę i wiedział, że nie może zostawić jej z tym na pastwę losu Casimira, który prędzej czy później by ją dorwał. Prócz tego Eldy nigdy nie dowiedziałby się, jak to jest być w związku z dziewczyną, a dokładniej z Linet, której obraz co jakiś czas przewijał mu się przed oczami. Zresztą, gdy myślał o tym czynie na poważnie, odzywała się w nim głęboko ukryta sarmancka mentalność, która zapewniała go, że nie byłby w stanie dokonać tak godnego pożałowania czynu, który oznaczałby klęskę, pogodzenie się ze złem i brak zemsty, no chyba że zza grobu.

A zatem nie, nie mógłby tego zrobić. Ale co, jeśli będzie tylko gorzej i nie wytrzyma? Jak ma radzić sobie z tym wszystkim? Cóż, wypadałoby zacząć od zaparzenia ziółek od Burgsa.

W końcu zapukał głośno do pokoju Anaela, będąc pewnym, że chłopak pewnie śpi. Ten jednak, ubrany w niepasujący do niego luźny bezrękawnik, który odkrywał jego chude ręce, już po chwili otworzył mu drzwi, natychmiast wpuszczając go do środka; na biurku leżała otwarta sarmancka księga.

– Ja… nie chciałem o takiej porze… – zaczął Eldy już w progu, starając się nie stękać, a gdy przyjaciel zamknął za nim drzwi, dokończył: – Ale nie miałem do kogo się udać…

– Na Ramizaela, przepraszam, ale wyglądasz okropnie! – nie wytrzymał Anael. – Połóż się na moim łóżku.

– Wolałbym nie – mruknął Eldy, stanowczo preferując pozycję półsiedzącą. – Posłuchaj – zaczął. – Nie chcę, żeby ktokolwiek…

– Trudno się nie domyślić, skoro przychodzisz do mnie – westchnął Anael. – Rany, Eldy, jeśli go jakoś nie powstrzymasz, to w końcu cię zabije, tak na dobre…

– No co ty, cholera, nie powiesz – pokiwał głową Eldy. – Na razie zajmij się tym, wiem, że umiesz… Chociaż spróbuj. Cokolwiek. Błagam.

– To podbite oko powinno szybko…

– Nie o nie chodzi.

Eldy powoli podwinął swoją koszulkę. Anael, zobaczywszy jego spuchnięte, fioletowe żebra, zamknął na chwilę oczy i zrobił parę głębokich wdechów. Gdy je otworzył, bez słowa zbliżył swoje ręce nad jego klatkę piersiową i ze skupieniem wpatrywał się w nią przez chwilę.

– Cztery złamane żebra, te górne, pewnie temu tak źle ci się oddycha… Nie wspominając nawet o makabrycznych stłuczeniach. Czytałem o tym kiedyś, to może być niebezpieczne, zwłaszcza dla twojego wciąż ludzkiego organizmu… Na Ramizaela, Eldy, nie jestem w stanie poskładać ci do kupy czterech kości! Potrzebujesz szybkiej pomocy. Nie chcę, żebyś mi tu wyzionął ducha, bo już nigdy nie zasnę spokojnie!

– Jakoś poradziłem sobie przez noc – wystękał Eldy. – Wytrzymam jeszcze trochę, także możesz mi pomóc… Nie spiesz się najwyżej.

– Może chociaż zawołam twoją matkę? Bo Everley’a lepiej nie…

– Moją matkę?! – krzyknął Eldy, nie zwracając uwagi na wzmiankę o bracie. – O nie, przyjacielu. Z matką moje stosunki właśnie się skończyły.

Skrzywił się, gdy jego ciałem wstrząsnął silny, gwałtowny dreszcz. Anael spojrzał na niego swoim inteligentnym wzrokiem i Eldy już wiedział, że właśnie przeprowadza szybką, skrajnie racjonalną analizę, co nigdy nie wróżyło nic dobrego.

– Nie kombinuj, mogę ci wszystko opowiedzieć, nawet teraz! – zawołał od razu Eldy, chcąc go tu zatrzymać, ale jego przyjaciel już podjął decyzję.

– Później. A teraz się prześpisz. Przepraszam, ale muszę…

*

Gdy Eldy się obudził, pierwsze, co do niego dotarło, to że żebra bolą go dwa razy mniej. Drugą myślą było pytanie, kiedy, do cholery, Anael zdążył nauczyć się Uroku Snu.

Powoli otworzył oczy, a gdy zobaczył nad sobą Odette z wyciągniętymi rękami, zawołał:

– Anael, zginiesz marnie!

– Leż spokojnie, kochanieńki – uspokoiła go od razu uzdrowicielka, starsza kobieta, która mogłaby być jego nieżyjącą babcią. – Dobrze, że ten uroczy chłopiec przyprowadził mnie do ciebie. Już trochę cię zreperowałam, ale będę cię oczekiwała u siebie jeszcze co najmniej dwa razy na przegląd tych poturbowanych żeber. Czy nie rozumiesz, że ścianka wspinaczkowa jest dla Sarmantów po przemianie? Nie możesz ot tak sobie po niej skakać…

Eldy poczuł upokorzenie połączone z ulgą. Udał, że robi zawstydzoną minę.

– Wiem, głupi byłem. Cały ja, ha, ha.

Jednak gdy spojrzał uzdrowicielce prosto w oczy, dostrzegł w nich błysk niedowierzania.

– Za głupotę się płaci! – zawołała Esteline, a Eldy omal nie krzyknął ze zdziwienia.

– A ty tu co robisz?!

– A raczej, co ja bym tu miała nie robić? – odburknęła przyjaciółka, zakładając ręce na piersi. Miała na sobie zapięty niedbale czarny sweterek z kolorową apaszką i wyglądała na kompletnie niewyspaną, co wywołało u Eldy’ego wyrzuty sumienia. Nie chciał, by wszyscy zajmowali się nim niczym chorym i nieporadnym dzieciakiem, który nie umie o siebie zadbać.

Westchnął i znów zamknął oczy. Usłyszał, jak Odette mówi mu, że jeszcze piętnaście minut i na dzisiaj skończy, ale że brzydki wygląd żeber i ślad siniaka na oku jeszcze pozostaną.

Potem znów zasnął. Gdy się obudził, uzdrowicielki już nie było.

– Poszła jakieś pół godziny temu – odpowiedziała na jego niewypowiedziane pytanie Esteline. – Bardzo dobrze, że przyszła. Jeszcze byś nam tutaj zszedł.

– Anael, niech to szlag! Zabiję cię – warknął Eldy, choć w głębi duszy był mu wdzięczny, bo ulga, jaką teraz czuł, była warta wszystkiego. – Odette na pewno coś podejrzewa!

– A nawet gdyby, to co? – żachnął się Anael. – Nic w związku z tym nie zrobi, jeśli ty nie będziesz chciał. Dałem jej to delikatnie do zrozumienia.

– Naprawdę życie ci tak niemiłe? – jęknęła Esteline, a wymowna cisza sprawiła, że sposępniała. – Dobra, opowiedz nam, co się stało.

– Nie chcę o tym gadać – mruknął Eldy, zerkając na swoją odpychającą klatkę piersiową. Linet na pewno już go nie zechce… Ale gdy zobaczył ich ponaglające spojrzenia i gdy pomyślał, jak bardzo ciąży mu to wszystko, nie wytrzymał. Westchnął głęboko, co sprawiło mu nieprzyjemny ból. – A zresztą. Tylko nie rozczulcie się zbytnio nad tkliwością moich rodziców.

Opowiedział im zatem wszystko, szczędząc kilka nieprzyjemnych szczegółów zwłaszcza przez wzgląd na Anaela, przy którym wciąż trochę wstydził się mówić o swojej dennej egzystencji. Gdy skończył, przyjaciel milczał, Esteline natomiast burzyła się przez co najmniej pięć minut, pomstując na Barly’ego i używając pewnych ekspresywnych słów względem Elviry, a ostatecznie dochodząc do wniosku, że tak dłużej być nie może.

– Jeśli ty nic nie zrobisz, to ja coś wymyślę! – oznajmiła dobitnie, zakładając ręce na piersi. – A zresztą, dlaczego, na Ramizaela, Everley ci nie pomógł? Nic nie usłyszał?

– Nie może pomagać mi na każdym kroku, Est – mruknął Eldy. – Wcale zresztą tego nie chcę. Muszę w końcu sam się ogarnąć, rozumiesz? Dobrze zrobił, że się w to nie mieszał.

– Ale mimo wszystko… – zaczęła dziewczyna, jednak Anael jej przerwał.

– Cóż, wiem, czemu ci nie pomógł. – Spuścił wzrok, kładąc złożone ręce na kolanach i lekko się czerwieniąc. – Tak się składa, że właśnie wracałem z nauki uroków, gdy zauważyłem, że twój ojciec stoi w drzwiach do sali ćwiczeń i coś tam krzyczy ze złością, wymawiając twoje imię. Po chwili poszedł w stronę windy, a ja nie wiedziałem, o co chodzi, więc zerknąłem zza drzwi do sali ćwiczeń, żeby sprawdzić, czy cię tam nie ma. I wtedy… No cóż… W sensie, na początku tylko trzymali się za ręce i już miałem uciec, gdy ona, no, ona… Pocałowała go. Więcej nic nie widziałem oczywiście, ale…

– Kto? – nie wytrzymał Eldy.

– Linet. W sensie, ona Everley’a… – Anael zaczął wiercić się nie spokojnie, speszony do granic możliwości. – Przepraszam, miałem ci nie mówić, nie teraz, no tylko…

– No i co w tym dziwnego? – palnęła Esteline. – Myślę, że Eldy ma teraz poważniejsze problemy niż sprawy miłosne związane z tą słodziutką su… Sarmantką.

– No, nie do końca o to mi chodziło… – zaczął załamany Anael, ale Eldy, który siedział pochylony, opierając się na łokciach i kryjąc głowę w dłoniach, przerwał mu z rozdrażnieniem.

– Cholera, wiadomo, o co ci chodziło! O to, że Everley doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ojciec pójdzie prosto do mojego pokoju, ale nawet nie zainteresował się, czemu nie przyszedłem, tylko wolał podrywać moją Linet! I co z tego, że tak spytam? Nic mnie już nie zdziwi. Mam już wszystko w dupie. A właściwie to z chęcią poczekam, aż znów mnie coś pogrąży. Zaczyna się z tego robić świetna zabawa.

– Pociesz się tym, że gorzej już być nie może – oznajmił Anael. – A przynajmniej nie powinno. Odkryłem, że gdy Sarmant znajdzie się na dnie, rzadko kiedy pozostaje w nim już na zawsze. No, chyba że ma mala-psychose, bo wtedy najczęściej wszystko kończy się samobójstwem. A ty się chyba nam nie zabijesz. Co oznacza, że w twoim przypadku wszystko powinno dążyć ku lepszemu. Właśnie cię pocieszam, rozumiesz chyba.

– Niemal się wzruszyłem.

– Zresztą, jakbyś nie zauważył, wciąż masz nas – dodała z lekkim oburzeniem Esteline. – Pomożemy ci. Razem jakoś damy radę, słyszysz?

Eldy nawet teraz chciał powiedzieć, że i to ma w dupie, ale szybko się opamiętał. Przytaknął i spróbował się do nich uśmiechnąć, choć irytował go baczny wzrok analizującego jego zachowanie Anaela i przejętej, zarumienionej Esteline. Wstał powoli.

– Jeśli pozwolicie, pójdę się odlać.

Tak naprawdę wcale mu się nie chciało, ale zbierało mu się na płacz i musiał natychmiast się przed nimi schować. Wyszedł i ze zirytowaniem stwierdził, że idą za nim. Nie oglądając się za siebie, wparował do znajdującej się tuż obok toalety z pięcioma kabinami, zamknął się w jednej, usiadł na sedesie i uronił parę łez, które za wszelką cenę próbował powstrzymać. Po raz setny wszystko co złe stanęło mu przed oczami. Poczuł gwałtowne szarpnięcie ciałem; musiał jakoś opanować panikę. Przełknął ślinę, czując gulę w gardle, pooddychał głębiej (a przy okazji boleśniej) i w końcu ruszył się z miejsca, stając przed lustrem. Podbite oko nie wyglądało gorzej niż po bójce z Athenotem sprzed paru lat; oczywiście wnuk dowódcy wyszedł z tego incydentu w znacznie gorszym stanie, ku szczęściu a zarazem nieszczęściu Eldy’ego.

Aktualnie prezentował się blado, marnie i tak, jakby nie spał od paru dni, co poniekąd było prawdą. Obmył twarz, przetarł oczy i spróbował poprawić sterczące w każdą stronę włosy. Gdy spojrzał na efekt ogólny, pokiwał głową ze zniechęceniem i mruknął do swojego odbicia:

– Należy ci się takie traktowanie, nie rozumiesz, dzieciaczku?

Nie chcąc dłużej się sobie przyglądać, odwrócił wzrok, próbując się nieco rozluźnić. Gdy w końcu uchylił drzwi i zobaczył na korytarzu stojących tuż obok przyjaciół, jęknął głośno:

– Nie musicie warować pod kiblem, to jedyne miejsce, gdzie nie potrzebuję niczyjej pomocy!

Jeszcze gdy kończył wypowiadać ostatnie słowo, zastygnął, czując, że zaraz zapadnie się pod ziemię.

– Eee, dzień dobry, panie Irothcie…

Ukłonił się do pasa, byleby jak najdłużej nie zajrzeć mu w oczy, choć sprawiło mu to niemały ból. Esteline zachichotała cicho pod nosem.

– Dzień dobry, Eldy, właśnie cię szukałem i akurat napotkałem twoich znajomych – oznajmił pogodnie ubrany dostojnie Iroth, udając, że wcale nie usłyszał niczego dziwnego. Lecz gdy Eldy się wyprostował, na jego twarzy pojawiła się mieszanka zdziwienia, oburzenia i troski jednocześnie. – Na Ramizaela, chłopcze, co z twoim okiem?

– Bójki to nie moja mocna strona – odparł natychmiast Eldy, spuszczając głowę. – Przepraszam… Powinienem najpierw doprowadzić się do porządku.

– Z kim się znów pobiłeś, co? Mój syn jeszcze nie wrócił. – Iroth, nie otrzymawszy odpowiedzi, spojrzał na Anaela i Esteline. – Wiecie coś na ten temat?

Eldy posłał im ukradkiem ostrzegawcze spojrzenie. Anael zaczął się jąkać, zapewne przeraźliwie nie chcąc kłamać samemu synowi dowódcy, ale i nie mając zamiaru zdradzić przyjaciela, Esteline natomiast wyraźnie biła się z myślami. I po chwili zrobiła coś, za co Eldy najchętniej ukatrupiłby ją na miejscu. Szybkim ruchem podniosła mu koszulkę, tak by jego zmasakrowane żebra były doskonale widoczne. Choć wyrwał się jej najszybciej jak potrafił, Iroth i tak zobaczył swoje.

– Ktoś musiał włożyć naprawdę dużo miłości w to, żeby połamać mu tyle kości – oznajmiła dobitnie Esteline, patrząc na syna dowódcy, który, jakby mógł, chyba zionąłby w tym momencie ogniem, a tak przynajmniej pomyślał sobie Eldy.

– To… To już jest przekroczenie wszelkich granic przyzwoitości! – zawołał wściekle Iroth. – Dosyć! Nie będę tolerował przejawu takiego okrucieństwa. Żaden Sarmant nie będzie tak traktował drugiego Sarmanta, zwłaszcza jeśli mowa o relacji ojca z synem! Nie pozwolę na to, by w tym dowództwie ktoś podniósł rękę na niewinnego członka naszego rodu, który nie przeszedł nawet przemiany i nie jest w stanie się bronić. Przykro mi, Eldy, że w ogóle doszło do takiej sytuacji… To poniżej sarmanckiego poziomu!

Eldy był pewny, że Iroth celowo wypowiadał te słowa głośno i wyraźnie, tak by jak najwięcej Sarmantów go usłyszało. Kilku już wyszło na korytarz, by sprawdzić, co się dzieje. I na Barly’ego nie trzeba było długo czekać.

– Co tu się znowu dzieje, do stu Udurów? Robota czeka, nie mam czasu na głupoty – warknął, idąc w ich stronę zamaszystym krokiem i zapinając na szybko guziki swojej hebanowej marynarki. – A co to, czyżby moje dziecko przyszło się wypłakać samemu synowi dowódcy? No nie wierzę! Chyba się porzygam.

Iroth odwrócił się w stronę Barly’ego, ściskając pięści tak, jakby próbował powstrzymać wymykający się z nich ogień. Gdy mężczyzna w końcu do niego podszedł, Iroth powiedział apodyktycznym tonem, parząc na niego z odrazą:

– Posłuchaj mnie uważnie, Barly: jeśli jeszcze raz tkniesz swojego syna, osobiście zatroszczę się o to, byś stanął przed sądem Jaharda. I by nie skończyło się to dla ciebie dobrze.

Eldy, który wstrzymał oddech ze strachu, był pewien, że ojciec zaraz wyjawi wszystko Irothowi. Ten jednak zmarszczył swoje gęste brwi mocno i stanął blisko rozmówcy, przyglądając mu się z wściekłością.

– Jak śmiesz wtrącać się do moich relacji z synem? – wysapał. – Nie znasz dewiz sarmanckich? Nie wiesz, że ojciec może, a wręcz powinien, utemperować swojego potomka, jeśli widzi, że ten za nic ma sobie podstawowe wartości naszego rodu?

– Nie zapominaj, z kim rozmawiasz – ostrzegł go groźnie Iroth. – Nie będę tolerował torturowania Sarmanta, który nie jest jeszcze w stanie się obronić! Wstyd – znęcać się nad dzieckiem, które nie przeszło nawet przemiany! Czuję się zażenowany i rozczarowany twoim zachowaniem, Barly. A raczej – sadysto.

– Sadysto! Patrzcie go, kurwa! – zawołał Barly, parsknąwszy śmiechem. – Uważasz, panie przyszły dowódco, że podniosłem rękę na mojego syna, bo miałem taki kaprys? Bo lubię to robić? Jeśli ktoś w końcu nie doprowadzi go do porządku, to nic z niego nie wyrośnie. Co ty o nim wiesz, żeby decydować za mnie, jak mam wychować dziecko?

Coraz więcej Sarmantów przysłuchiwało się tej rozmowie; Eldy zauważył, że jego matka też zbliża się do rosnącej grupki, nie był jednak w stanie spojrzeć jej w oczy.

– Myślisz, że nie dochodzą mnie słuchy, jak go traktujesz? Myślisz, że nie widzę, jak bardzo jest przez ciebie stłamszony i poniżony? – skrzywił się Iroth. – Jeśli sądzisz, że połamanie paru żeber przed przemianą to dobry sposób na wychowanie syna, to nie śmiej nigdy nazywać się prawowitym Sarmantem!

– Połamanie żeber? Czy ty aby nie przesadzasz, panie Irothcie? – wtrąciła się Elvira, marszcząc dziwacznie brwi.

– Nasz syn zapewne jak zawsze przeinaczył całą sprawę na swoją korzyść, robiąc z siebie ofiarę – odparł natychmiast Barly. – Nie to co Everley. On jakoś potrafił poradzić sobie z surowym wychowaniem i chyba wszyscy wiecie, że wyszło mu to na dobre!

W dłoniach Irotha pojawił się płomień ognia, na co niektórzy Sarmanci aż się cofnęli. Eldy odważył się lekko i na krótko chwycić syna dowódcy za ramię, by spróbować go uspokoić. Ten, widząc jego błagalny wzrok, zawahał się, westchnął ciężko, opanował ogień i rzekł w końcu tonem, który mógłby zabić:

– Jeszcze raz podniesiesz rękę na tego chłopaka, a pożałujesz.

– Czy ty mi grozisz? – Na ustach Barly’ego pojawił się paskudny uśmiech. – Sądzisz, że jako przyszły dowódca wszystko ci wolno?

Iroth wyprostował się, uniósł lekko głowę do góry i zmrużył oczy.

– Tak się składa, że tak. W porównaniu z tobą, mam możliwość ingerowania w życie mojego rodu. I z chęcią wykorzystam swoją pozycję, by dopilnować, żeby Sarmanci byli bezpieczni. Nie waż się więcej podważać mojego autorytetu, bo skończy się to dla ciebie gorzej, niż myślisz. Brzydzę się Sarmantami twojego pokroju. Powtarzam zatem: tylko spróbuj zrobić mu krzywdę!

Barly zmierzył go piekielnym spojrzeniem, zaklął pod nosem, ale nie odezwał się ani słowem. Eldy wiedział, że to nie koniec. Jego ojciec musiał mieć ostatnie słowo, zwłaszcza gdy chodziło o kwestię władzy w dowództwie.

Tymczasem Iroth powiedział do niego już ciszej:

– Chodź, chłopcze. Chciałbym z tobą zamienić słówko.

Gdy ten skinął głową i ruszył za nim w stronę windy, matka chwyciła go za rękę.

– Hej, Eldy – szepnęła – chodź, muszę z tobą porozmawiać, przeprosić cię… Ojciec na pewno też pragnie się wytłumaczyć, pewnie wypił wczoraj trochę wina. No chodź.

Eldy wyrwał się gwałtownie, ledwo powstrzymując łzy.

– Nie chcę cię widzieć na oczy – powiedział tylko i ruszył szybkim, w miarę możliwości, krokiem za Irothem, który na ten moment był mu bliższy niż oboje rodziców.

W windzie znajdowało się kilku Sarmantów, dlatego ostatecznie zaczęli rozmowę dopiero wtedy, gdy usiedli na kanapie w komnacie syna dowódcy.

– Dziękuję, panie Irothcie – bąknął wreszcie Eldy, patrząc w ziemię. – Jeszcze nigdy nikt nie wstawił się za mną w ten sposób. Ja… nie wiem nawet, co powiedzieć.

– Eldy, spójrz na mnie – powiedział Iroth stanowczym tonem, spoglądając mu w oczy. – Jesteś wspaniałym Sarmantem. To moja wina, że zareagowałem dopiero teraz, gdy ojciec doprowadził cię do takiego stanu. Zapamiętaj: nigdy, ale to przenigdy nie wierz w jego słowa, te dotyczące twojej przyszłości. Wyrośniesz na silnego i pierwszorzędnego Sarmanta, jestem pewien. Zatroszczę się o to, by ten godny pożałowania sadysta nareszcie dał ci spokój. Cieszę się, że to właśnie tobie powierzyłem misję związaną z Avertonem. Kto inny tak by się starał dla dobra naszego rodu?

Eldy chciał się rozpłakać na te słowa.

– Dziękuję, ja… Ja rozmawiałem wczoraj z Avertonem – powiedział cichutko.

– Głośniej, chłopcze! Musisz być pewny swoich słów. Nie daj się nigdy nikomu przekrzyczeć, rozumiesz?

Chłopak przytaknął, biorąc sobie te słowa do serca.

– A zatem: pogadałem wczoraj co nieco z Avertonem – powtórzył donośnie.

– No, to rozumiem! Właściwie miałem cię o to prosić dopiero dzisiaj. I czego się dowiedziałeś?

– Averton planuje chyba wszcząć bunt… Był trochę pijany i przyznał mi się, że chce rozpocząć walkę z autorytaryzmem. Stanąć przeciwko dowódcy i… przeciwko tobie, panie Irothcie. Przepraszam, mam wrażenie, że…

– Kolejna rada: nie przepraszaj tak często! – przerwał mu Iroth, który mocno przejął się jego słowami dotyczącymi Avertona. – Na święte santee… Nie sądziłem, że może do tego dojść. Co za parszywy, zdradziecki, fałszywy… Ach, nieważne. Nie teraz. Muszę go powstrzymać, zanim zacznie robić z siebie głupca na forum… Muszę też wreszcie powiedzieć o tym mojemu ojcu. Dziękuję ci, chłopcze, bez ciebie bym sobie nie poradził.

– Raczej ja bez ciebie, panie Irothcie.

Troska, z którą spojrzał na niego syn dowódcy, wzruszyła Eldy’ego dogłębnie.

– Pamiętaj, że zawsze jestem do twojej dyspozycji. A wiesz, że mogę więcej niż inni. Ale teraz muszę zająć się Avertonem…

– Mówił też, że musi sobie wszystko przemyśleć – dodał Eldy, aktualnie nie przejmując się tym, że zdradza swojego nowego dorosłego kumpla. – Nie wiem, ile mu to zajmie…

– Dobrze. Dziękuję raz jeszcze, Eldy. No, a teraz zmykaj, odpocznij trochę. I nie przejmuj się ojcem. Zasługujesz na więcej.

Gdy Eldy kierował się w stronę windy, w jego umyśle po raz pierwszy od dłuższego czasu pojawiła myśl, że może wcale nie jest takim zerem. I że czas najwyższy wziąć się w garść. W końcu trzeba będzie jakoś zarobić na nowy walkman dla Avertona.

Czytaj dalej –> Rozdział 11.