Rozdział IX

Po tym, jak Eldy narzygał w pokoju Irotha i, przeżywszy najbardziej stresujące chwile w swoim życiu, sprzątnął to wszystko w niecałe pięć minut, był pewien, że nic gorszego już się w ten dzień nie wydarzy.

Oczywiście się mylił.

A zrozumiał to w trakcie leżenia w swoim łóżku, leczenia kaca i zastanawiania się, czy tak właśnie czułyby się jego zmięte i obrócone na lewą stronę spodnie, gdyby pędziły swój żywot. Bo dokładnie wtedy do pokoju wszedł bez pytania nie kto inny, jak jego ojciec. Eldy od razu wyskoczył z łóżka, przypłaciwszy za to kolejną falą mdłości.

Ojciec stanął z założonymi rękami i spytał groźnie:

– Czy ty się źle czujesz?

– Nie! – zawołał, jeszcze zanim ten skończył. Sarmant nie miał prawa źle się czuć i niemal każdy objaw był podejrzany.

– Bo wyglądasz, jakbyś… – zaczął Barly dość łagodnie, ale zaraz potem odchrząknął i dodał na powrót groźnym tonem: – No to sobie, synu, pogadamy. – Stanął blisko niego i zlustrował go uważnie wzrokiem, marszcząc swoje gęste brwi. – O tym, co zdarzyło się przedwczoraj.

Eldy poczuł, że trzęsą mu się ręce, a serce bije trzy razy szybciej. Ale tym razem nie pozwolił sobie na milczenie.

– Nie musiałeś mnie przepraszać, ojcze. Nie oczekuję od ciebie zupełnie niczego.

– Ale…

– Wiem, nie powinienem był wspominać matce…

– Nie przerywaj mi! – warknął Barly. – Nie o to mi chodzi. Mam na myśli to, co wydarzyło się potem.

Eldy znieruchomiał. Czyżby ojciec wiedział o Casimirze?

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Doskonale wiesz! To, co później zdarzyło się między nami…

– Słucham? – Eldy zrobił zdziwioną minę. A może chodziło mu o podglądanie w sali ćwiczeń? – Coś z Everley’em?

– Nie! – krzyknął natychmiast Barly, który dopiero teraz oderwał wzrok od jego oczu. – Dobra, nieważne. Leż dalej, dzieciaku. Ja idę poszukać mojego drugiego syna.

Mężczyzna odwrócił się zamaszystym ruchem i już miał wychodzić, gdy oświecony Eldy rzucił się na niego z pięściami.

– Everley, ty świnio! – wołał. – Chyba cię zabiję!

„Barly” przez chwilę próbował się wzbraniać, ale w końcu zrobił zbolałą minę i na oczach Eldy’ego zaczął przemieniać się w jego brata – niższego, ubranego w szarą koszulę bez muszki czy czarnej marynarki, łagodniejszego i na pewno bardziej przyjaznego.

– No, już przestań! – bronił się Everley, a gdy Eldy faktycznie dał mu spokój, spytał: – Dobra, czym się zdradziłem?

– Byłeś zbyt łagodny! Ojciec zresztą nie pozwoliłby sobie na przerywanie. I na pewno nie kazałby mi dalej spokojnie leżeć!

– Ech, muszę nad tym popracować – mruknął, niezadowolony z siebie. – A ty za to powinieneś przyjąć do świadomości, że ojciec czasem może być dla ciebie miły. – Eldy zaśmiał się bratu w twarz. – I przestań się tak trząść, gdy tylko podniesie głos – dodał Everley, nie zwracając na to uwagi. – A jakby chciał cię uderzyć, broń się, choćby i ostrzem.

– Taa… A ty nigdy więcej się w niego nie zamieniaj!

– Ależ powinienem. Może w ten sposób nauczę cię, jak sobie z nim radzić.

– Aktualnie przyszedłeś tylko po to, by wyciągnąć ode mnie informacje. Ża-łos-ne! Naprawdę sądziłeś, że ojciec użyłby na mnie Uroku Rozszczepienia? Że ktokolwiek by użył?

– Tak. – Everley spoważniał. – I wyciągnę od ciebie, kto to zrobił.

– Jasne.

Eldy przewrócił oczami, jednak powstrzymał się od jakiejś obraźliwej odzywki, przypominając sobie, co jego brat przeszedł z ojcem w sali ćwiczeń. On po prostu starał się dać z siebie wszystko, i to na każdym froncie.

– Popiłeś wczoraj z Cheryl? – spytał po chwili ciszy Everley, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

Usiedli na łóżku, a Eldy opowiedział bratu o wypadnie, później zaś wysłuchał jego opowieści o wczorajszej misji na południu Francji. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo brakowało mu rozmowy z bratem. Ale gdy tak gawędzili, nagle uderzyła go pewna myśl, a raczej osoba, o której zapomniał – Linet.

– Zaraz, zaraz – powiedział. – A co z Linet?

– Jak to, co z Linet? – Mina Everley’a wyrażała irytujące niezrozumienie.

– Chodzisz z nią? Czy co?

– Na Ramizaela, jestem nią zainteresowany, a ona mną, ale to nie oznacza, że po tych paru dniach to miłość na zawsze! Rozmawiaj z nią, próbuj. To od niej zależy, z kim się zwiąże.

– No dobra, trzymam cię za słowo – odparł Eldy, któremu przypadła do gustu tak postawiona sprawa. Zyskawszy w tym momencie większe chęci do życia, dodał: – Może poćwiczymy dzisiaj walkę wieczorem, jak już dojdę do siebie?

– No, i to mi się podoba! Spróbujmy w sali ćwiczeń, może ojciec odpuści sobie dzisiaj walkę. A jak nie, to go wygonię. To co, o dwudziestej?

Eldy skinął głową z wdzięcznością, a Everley obdarzył go jeszcze uśmiechem połączonym z braterską miłością i wyszedł z pokoju.

Gdy chłopak został sam, postanowił się trochę zdrzemnąć, ale zanim zasnął, jak zwykle napadł go natłok myśli. Pozytywnych, takich jak Anael, który czuł się dzisiaj dwa razy gorzej niż on, choć przynajmniej cieszył się z odkrycia daru, oraz mama, która musiała późno wrócić z misji, bo nie przyłapała go wczoraj po pijaku, rano natomiast, niczego nieświadoma, zrobiła mu herbatę z santee na problemy z żołądkiem. I znacznie więcej myśli negatywnych: doniesienie na Avertona i w pewien sposób zdradzenie go, brak odzewu ze strony Esteline, Casimir w całej swej okazałości, a zwłaszcza ludzie i to, jak Eldy się na nich zawiódł.

Cheryl tłumaczyła mu jeszcze, że nie wszyscy tacy są, że trafił na najgorszych zbirów, że ludzi łatwo sprowokować do różnych czynów. Wierzył jej, ale na razie i tak nie chciał widzieć żadnego człowieka na oczy. A przynajmniej do czasu, aż przejdzie przemianę i będzie umiał się bronić. Nigdy nie sądził, że można w ogóle bać się ludzi, a tu proszę! Może Sarmanci wcale nie są tacy źli?

Późnym popołudniem z niechęcią wykonał swój dyżur wycierania kurzów w bibliotece i mycia podłóg w łazienkach na drugim piętrze. Później posiedział trochę z Anaelem, który bez przerwy wypróbowywał nowe materie, przez które mógł przechodzić, i skrzętnie zapisywał wyniki w swoim dzienniczku.

Ale w końcu Eldy nie wytrzymał. Musiał, po prostu musiał porozmawiać wreszcie z Esteline! Życzył powodzenia Anaelowi, próbującemu właśnie przełożyć rękę przez własny płaszcz, po czym, obmyślając w głowie plan działania, ruszył raźnym krokiem przez korytarz na trzecim piętrze.

Choć pokój Esteline znajdował się niemal na samym końcu, Eldy zatrzymał się już w połowie, usłyszawszy zza drzwi obok dość niepokojący dźwięk przewracającej się szklanej flaszki i syku przekleństwa, którego nie przystoi używać Sarmantom.

Eldy przełknął głośno ślinę. Wiedział już, czyj to pokój. I choć chciał stąd uciec jak najszybciej, wyrzuty sumienia nie pozwalały mu przejść obok obojętnie. Z niepewną miną zapukał zatem do drzwi, a gdy usłyszał wołanie: „Avertona nie ma!”, pociągnął za klamkę i wszedł do środka.

– Mówiłem, że… – zaczął zgarbiony na krześle Averton, ale gdy zobaczył, kto wszedł, uśmiechnął się szeroko, zbyt szeroko. – O, proszę, proszę! Mój uczeń! Chodź no tu.

Eldy zamknął za sobą drzwi, ale szybko tego pożałował: jego oczom ukazała się śmierdząca alkoholem, na wpół pełna flaszka przezroczystego płynu, z którego ledwo zdołał się wyleczyć. Powstrzymał odruch wymiotny.

– Przyszedłem… – zaczął, właściwie nie wiedząc, co powiedzieć, ale szybko się ogarnął. – Przyszedłem zapytać o sprawę z Diatheną.

– A, ona… – Averton machnął ręką. Zaczął przekręcać na boki czapkę z daszkiem, którą nie wiadomo czemu miał na głowie. – Niczego się od niej nie dowiedziałem. Błagała mnie tylko, bym nie wspominał o niczym jej mężowi, że to jej sprawa, że sobie z tym poradzi i takie tam… A później zaczęła wrzeszczeć, ha! Biedna kobieta… Chyba naprawdę nie powinniśmy o niczym mówić Irothowi. Wyczyściłem jej potem pamięć. Ach, chłopcze, mogliby już mnie skazać na śmierć na sądzie Jaharda za to wszystko! Ale chyba na mnie nie doniesiesz, co?

Averton wstał chwiejnie i, ciągle coś paplając, wskazał Eldy’emu krzesło koło stolika, sam zaś zaczął energicznie grzebać w jednej ze swoich szafek. Jego pokój, niewielki jak u reszty Sarmantów, wypełniony był przeróżnymi ludzkimi przedmiotami, a niektóre z nich Eldy pierwszy raz widział na oczy. Podszedł do jednej z półek i chwycił z ciekawością do ręki jakiś pełen przycisków elektroniczny przedmiot z napisem walkman, od którego wystawały jakieś kabelki z dziwnymi zakończeniami.

Averton, który zdążył już położyć poszukiwany przedmiot – szklankę – na stół i nalać trochę alkoholu, wyszczerzył się na widok zachwyconego gadżetem „ucznia”.

– To jest, mój kochany Sarmanciku, odtwarzacz muzyczny! Włóż te słuchawki do uszu, a zobaczysz, co się stanie.

– Odtwarzacz? – zdziwił się Eldy, ale posłusznie wykonał polecenie, a gdy mężczyzna nacisnął odpowiednie przyciski, aż krzyknął ze zdziwienia, słysząc nagle w głowie skoczne dźwięki i po chwili jakiś śpiewający głos. Tak mu się to spodobało, że nawet nie zorientował się, kiedy jego nogi zaczęły rytmicznie tupać.

– No, widzę, że masz gust, skoro ci się podoba – powiedział do niego Averton, gdy w końcu zdjął słuchawki. – To Beatlesi, i jak słyszysz, ich Twist and shout potrafi natychmiastowo poprawić humor! Tylko dlatego teraz się tak cieszę, wiesz? A, no i dzięki tobie, że tu jesteś.

Eldy wiedział, że wypada zapytać, dlaczego wcześniej się tak nie cieszył. A najbardziej przerażało go, że znał na to pytanie odpowiedź.

– A dlaczego wcześniej nie miałeś humoru, panie Avertonie?

– Odpowiem ci tylko wtedy, gdy przejdziesz przez kolejną lekcję.

Mężczyzna podał mu do ręki szklankę z płynem, wypełnionym blisko do połowy.

– Nie, błagam… – jęknął Eldy.

– Musisz! – nalegał Averton. – To jest wódka. A ty, jako mój uczeń, który chce poznać ludzi, jesteś zobowiązany, by ją wypić. Na raz. No, jesteś facetem czy nie?

Eldy miał ochotę się rozpłakać. Mógłby uciec, ale z drugiej strony pijany Averton stwarzał idealną okazję do tego, by go o wszystko wypytać. A Iroth na pewno wciąż czekał na kolejne informacje. Fakt, czuł się jak podstępny zdrajca, zwłaszcza gdy patrzył na dogłębnie zranionego towarzysza, ale syn dowódcy wybrał właśnie jego i Eldy nie miał zamiaru go zawieść. Po chwili rozmyślań wziął szklankę i z miną męczennika wypił całość jednym haustem. Wódka rozpaliła mu gardło tak, że przez parę przerażających sekund miał wrażenie, że chyba dogorywa. Ale gdy Averton podał mu santee do popicia, to uczucie szybko przeszło.

– Dobra – wychrypiał, siadając gwałtownie na krześle. – Zamieniam się w słuch.

*

– Ja ją kocham, przyjacielu, kocham, jest wspaniała, muszę do niej wrócić – mamrotał Averton, który dopił właśnie ostatni łyk wódki prosto z gwintu. Siedział wyłożony na krześle z głową w górze i czapką zakrywającą mu oczy. – Chyba znów się we mnie zakocha, nie? Da się mnie pokochać, co, uczniu? Kto mógł nas tak bezczelnie podglądnąć?

– Chyba jakiś Sarmant z problemami! – zawołał Eldy, który wypił jeszcze jedną kolejkę. Choć czuł się mocno podpity i nieustannie go naciągało, to bez przerwy powtarzał sobie w myślach, że robi to dla Irotha. – Ale nie warto go szukać, tak myślę. To mógł być każdy.

– Wiem, wiem, cholera jasna, na Ramizaela, na santee święte, niech to Wakile pochłoną!

– Ale, panie Avertonie, co masz zamiar teraz zrobić? – Eldy powiedział to tonem dość błahym, ale nadstawił ucha.

– Ech, nie wiem. – Averton chwiał się na krześle, patrząc ze szczerym smutkiem na pustą flaszkę. – Właściwie mam już w dupie to dowództwo i Nathana. Ja chcę mieć ludzką kobietę. I wilka, oswojonego, własnego. I nie interesuje mnie, że mi tego zakazują! Niech to szlag, jak możemy mieć określoną liczbę wypadów w tygodniu, co? To nienormalne! A Isidore zawsze się dowie. I tak już biedak przymyka oko na moje występki… Co radzisz, mój najlepszy uczniu? Bo naprawdę, Eldy, lepszego ucznia nie miałem. W ogóle zresztą nie miałem. Mógłbyś być moim synem, wiesz?

– Cóż… – zawstydził się Eldy, któremu kręciło się w głowie. Na chwilę zapomniał o synu dowódcy, a widząc Avertona, który wyglądał jak wrak Sarmanta, odparł: – Ja osobiście bym się wkurzył. A przynajmniej na pewno nie siedziałbym tu i nie pił. Coś trzeba zrobić!

– Ale co? – zmartwił się Averton.

– Nie wiem… Może jednak nic…

– Masz rację! Trzeba wszcząć bunt!

– Ja nic takiego…

– Ależ tak! Wyczytałem to z twojej twarzy. Eldy, jesteś genialny!

Averton wstał i przytulił go mocno.

– Co ja bym bez ciebie zrobił? Trzeba wyzwać na pojedynek wielmożnego pana Nathana i jego konserwatywne rządy! A Irothowi też ktoś wreszcie musi utrzeć nosa.

Eldy pobladł.

– Nie sądzę, żeby to było…

– Ale ja tak. Zacznę głosić moje tezy, a nuż ktoś się do mnie przyłączy! Gretta na pewno. A później… A później zobaczymy!

Eldy wstał. Musiał natychmiast stąd wyjść.

– A ty dokąd? – Averton zerwał się na równe nogi. – Zaczekaj! Weź go na parę dni w podzięce za wszystko. – Podał mu walkmana. – Tylko później mi go zwróć. Nie mam zamiaru oszczędzać na nowego przez kolejne pół roku. Nasz szczodry, wspaniały dowódca nie lubi nam dogadzać, cham jeden… Co masz taką obolałą minę, synu? Dzięki tobie wreszcie wprowadzimy sprawiedliwość w tym skostniałym dowództwie!

Podłamany do granic możliwości Eldy mruknął tylko coś pod nosem, włożył walkmana do kieszeni spodni i już go nie było. Biegł do końca korytarza, nie zwracając uwagi na patrzących na niego Sarmantów.

Esteline. Ona była teraz celem. Wpadł do jej pokoju bez pukania, zastawszy ją na siedzeniu ze Slavią, która, ujrzawszy go, wybuchła głośnym na pół dowództwa śmiechem.

– Pijany Eldy! Dobre! – zawołała. – Co, czyżbyś już nie dawał sobie rady bez Esty?

– Idź stąd! – walnął prosto z mostu Eldy. – Muszę pogadać z przyjaciółką na tematy na skalę naszego rodu!

Slavia prychnęła głośno. Esteline natomiast patrzyła tylko na niego z uniesionymi brwiami i miną trochę wściekłą, trochę rozbawioną, a trochę zaciekawioną.

– No, chyba nie rzucisz teraz wszystkiego dla niego? – spytała Slavia, a widząc minę przyjaciółki, westchnęła ostentacyjnie. – No wiesz ty co…

– Skoro chce pogadać, to niech pogada! – odparła Esteline. – Może zechce mi w końcu wyjaśnić parę spraw. Przepraszam, ale jeśli możesz…

– Idę, idę, do cholery. – Slavia wstała ze złością z krzesła, a przechodząc koło Eldy’ego, mruknęła ostrzegawczo: – Uważaj sobie, kochasiu!

W końcu wyszła. Esteline spojrzała na niego groźnie.

– Mam nadzieję, że to było warte… – zaczęła, wstając od biurka, ale w tym samym momencie rozemocjonowany Eldy wpadł w jej ramiona.

– Przepraszam, przepraszam, przepraszam! – wołał. – Powinienem był powiedzieć ci o wszystkim od razu…

– Oczywiste, że powinieneś! – oznajmiła stanowczo Esteline, która, nasłuchawszy się jego jęków, w końcu odepchnęła go lekko, przyglądając mu się z bliska. Dostrzegłszy jego kręcącą się w oku łezkę, rozkojarzone spojrzenie i brwi ułożone w dziwnym łuku, niczym u Elviry, nie wytrzymała i zaśmiała się pod nosem. – Widzę, że sytuacja jest poważna. Dlatego im szybciej zaczniesz, tym lepiej dla ciebie.

Usiedli i rozochocony Eldy zaczął jej opowiadać. Esteline słuchała go uważnie i przerywała mu jedynie wtedy, gdy nie mogła powstrzymać się od słów wyrażających szok lub niedowierzanie. Gdy skończył mówić, odczekała chwilę z zadumą, aż w końcu zawołała:

– Na Ramizaela! Wplątałeś się, bez dwóch zdań, w niezłe bagno. Nigdy więcej nie waż się nie mówić mi o tak ważnych sprawach! Gdybym wiedziała o Casimirze, na pewno nie puściłabym cię wtedy po tym dramatycznym pocałunku prosto w jego łapska… Eldy, przecież wiesz, że nie zdradzę nikomu twoich sekretów. Ale na pewno mogę spróbować ci jakoś pomóc.

Eldy skwapliwie pokiwał głową, przyprawiając się jednocześnie o lekkie zawroty. Zarumieniona Esteline, której oczy błyszczały jasno, a spięte w luźny kok puszyste włosy uwydatniały jej owalną, drobną twarz, jeszcze nigdy nie wydawała mu się tak mądra, władcza i urocza jednocześnie.

– Nie wiem, czy z tej sytuacji jest jakiekolwiek wyjście… – jęknął, licząc na to, że ona mimo wszystko jakieś znajdzie.

– Najrozsądniej byłoby wyznać dowódcy, że Casimir użył zakazanego uroku i że stanowi zagrożenie – zastanawiała się na głos Esteline. – Bo kto wie, ile razy torturował już w ten sposób innych lub ile razy jeszcze zamierza… Ale z drugiej strony, nie obeszłoby się bez wyjaśnienia całej sprawy, a to nie wchodzi w grę. Zresztą wszyscy wiedzą, jak bardzo pan Nathan uwielbia swojego siostrzeńca… Casimir jest właściwie bezkarny. Averton naprawdę zamierza zostawić tę sprawę? On jest tym dorosłym, powinien to jakoś rozwiązać!

– Teraz nie będzie myślał o niczym innym tylko o buncie – westchnął ciężko załamany Eldy, ale po chwili zaśmiał się z lekką histerią, dodając: – Wiesz, że nazwał mnie swoim synem? A ja… a ja mógłbym dostać odznakę w kategorii „Sarmant – zdrajca roku”!

– Robisz to dla samego syna dowódcy, więc siedź cicho.

– Ale jego właściwie też zdradziłem, w końcu to przeze mnie Averton planuje bunt…

– Tego już Iroth wiedzieć nie musi – wzruszyła ramionami Esteline. – Kto wie, może i tak by do tego doszło, a ty to tylko przyspieszyłeś… No, ale wracając do tematu: ktoś jeszcze, ktoś dorosły, musi się o tym dowiedzieć. Może moi rodzice…

– Nie żartuj sobie – przerwał jej natychmiast Eldy. – Nie zasługują na to, by przejmować moje monstrualne problemy na siebie. Nikt na to nie zasługuje.

– A ja już tak! – zaśmiała się Esteline, ale widząc, jak jej przyjaciel blednie, dodała szybko: – Bo rzecz jasna sama tego chciałam i gdybyś tego nie zrobił, już nigdy bym się do ciebie nie odezwała.

Eldy’ego na ten moment usatysfakcjonowało to wytłumaczenie. Mimo wszystko czuł się w pewien sposób samolubny, wplątując ją w tę sprawę. Jeśli jakoś przez niego ucierpi… Aktualnie cieszył się, że nie jest trzeźwy. Ale niepokojący natłok czarnych myśli zbliżał się nieubłagalnie. Czy upora się z nimi sam ze sobą? Szybko zapomniał o tej ponurej refleksji, gdy po chwili ciszy Esteline wykrzyknęła:

– To oczywiste, do kogo powinniśmy się zwrócić! – Wstała gwałtownie z krzesła, zaczynając przechadzać się wte i wewte. – Potrzeba nam przecież osoby, która nie jest nastawiona emocjonalnie do sytuacji, która na pewno zachowałaby tajemnicę, ale mimo wszystko spróbowała jakoś rozwiązać sprawę. I która zna się na rozstrzyganiu sporów. Nikt nie nadaje się do tego lepiej niż Jahard!

Jahard był bardzo szanowanym Sarmantem, który zajmował się rozwiązywaniem konfliktów bądź prowadzeniem przesłuchań, gdy chodziło o poważniejsze sprawy. Jeśli Nathan nie mieszał się w spory, a tak zazwyczaj było, wymiar sprawiedliwości należał właśnie do Jaharda, który słynął ze swojej bezstronności i racjonalnych rad.

– I to jest myśl! – wykrzyknął Eldy. – Ale co, jeśli Jahard o tym komuś powie?

– No, chyba nie może, co nie? – Esteline przystanęła w końcu. – Chyba obowiązuje go jakaś tajemnica, tak sądzę.

– Skoro ty tak sądzisz, to tak właśnie jest – wyszczerzył się Eldy, a jego przyjaciółka pacnęła go po głowie.

– Ty już lepiej idź spać. Pogadamy jutro. Na trzeźwo!

Eldy jak na zawołanie ziewnął głęboko, teraz marząc już tylko o swoim łóżku i o tym, by nie zdążyć wytrzeźwieć przed snem. Wówczas nie zmrużyłby oka do rana.

– Ale chyba nie masz zamiaru powtórzyć teraz wszystkiego tej twojej dziwnej Slavii? – zapytał, próbując utrzymać równowagę po szybkim wstaniu.

– Nie jest dziwna! – zaprzeczyła ze złością Esteline. – I nie, nie mam zamiaru. Ona i tak nie chce o tobie słyszeć.

– Bo jest dziwna – zawyrokował Eldy. Nie dając dojść do słowa przyjaciółce, przytulił się do niej krótko i mocno, tak że aż jęknęła z bólu. – Dzięki, dzięki i jeszcze raz dzięki! Za wszystko. Nie zasługuję na tak wspaniałą przyjaciółkę jak ty.

– Ano nie zasługujesz – odparła Esteline, choć się zarumieniła. – Trafisz do siebie? Lepiej, żeby rodzice nie widzieli cię w takim stanie.

– Spokojna głowa, poradzę sobie – machnął ręką Eldy, po czym wyszedł na korytarz, lekko chwiejnym krokiem ruszając po schodach na piętro wyżej.

W połowie drogi niepokój zaczął wkradać się do jego ciała, niczym trucizna infekując po kolei każdy jego członek. Bunt, przez niego? Esteline narażona na niebezpieczeństwo? Czyhający gdzieś w ciemności Casimir? Eldy nagle zorientował się, że przecież ani razu nie zaparzył sobie jeszcze ziół od Burgsa. Zaczął oddychać płytko. Szybciej! – ponaglił się w myślach. Prosto do łóżka!

Przeszedł na palcach koło pokoju rodziców; gdy uchylił drzwi, ze zgrozą zorientował się, że jego ciemna lampka przy łóżku już się świeci. Po wejściu do środka całkowicie go zamurowało. Ktoś siedział na jego sofie!

Nie ktoś, tylko Barly we własnej osobie, słabo widoczny w tak mętnym świetle. Eldy’ego natchnęły w tym momencie dwie myśli: wspomnienie przemienionego Everley’a z rana oraz to, że całkowicie zapomniał o ich wspólnej wieczornej walce. Dlatego gdy połączył te fakty, pierwsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy, brzmiało:

– Everley, czy to ty?

– Chyba sobie, kurwa, żartujesz – usłyszał w odpowiedzi i już wiedział, że właśnie nastał jego koniec.

Widząc swojego ojca, jego dokładnie zaczesane w tył włosy, wykrzywione w pogardzie usta i zmarszczone czoło, doszedł do wniosku, że ma trzy wyjścia. Może odwrócić się i uciec, zdać się na łaskę i niełaskę Barly’ego lub postawić mu się. Alkohol we krwi i poranne słowa Everley’a o samoobronie same wybrały za niego ostatnią opcję.

– Wyjdź z mojego pokoju – powiedział stanowczo, opanowując drżenie głosu.

– Powiedz mi, Eldy – cedził słowa Barly – czy ty naprawdę jesteś taki pomylony, czy tylko udajesz?

– O co ci znowu chodzi? – warknął chłopak.

– Czy omijanie treningów, nawet ze swoim doskonale wyszkolonym bratem, sprawia ci jakąś chorą satysfakcję?

– Po prostu zapomniałem o tym i… – zaczął się tłumaczyć, ale zaraz przestał, robiąc groźną minę. – A zresztą, co cię to, do cholery, obchodzi? To sprawa między mną a Everley’em!

– Przynosisz mi wstyd, a swoją postawą hańbisz ród Sarmantów! – zawołał wściekle Barly, wstając. – Nie rozumiesz, gówniarzu, że z twoim lekceważącym podejściem do życia nigdy nie przejdziesz przemiany? Wszyscy ci pobłażają, nawet ja się przedwczoraj zniżyłem do twojego poziomu, ale do takiego śmiecia jak ty potrzeba twardej ręki, inaczej nigdy nic z ciebie nie wyrośnie. A ja nie pozwolę sobie na takie upokorzenie! I to kolejne! Wspomnieć ci może, w jakim stanie zastałem cię dwa lata temu?

Eldy trzymał się twardo. Na tyle, że przełykając łzy, krzyknął mu prosto w twarz:

– Nie! Upokorzeniem jest dla mnie, że mam takiego ojca jak ty!

– Chwila. – Barly wykrzywił twarz w przeraźliwym grymasie. – Czy ty piłeś?

Zanim Eldy zdążył odpowiedzieć, dostał w twarz ze zdwojoną sarmancką siłą. Przewrócił się z impetem, a z kieszeni wypadł mu walkman od Avertona, o którym całkiem zapomniał. Rzucił się po niego, ale Barly był szybszy. Chwycił go z obrzydzeniem dwoma palcami, przyglądając mu się z pewnej odległości, po czym wycedził z pogardą:

– A zatem to robisz w czasie, który powinieneś wykorzystać na zdobywanie umiejętności? Chlejesz i zabawiasz się jakimiś żałosnymi wymysłami ludzkimi, które pewnie komuś ukradłeś?

Eldy, zerwawszy się na równe nogi, skoczył w stronę ojca, próbując wyrwać mu walkmana z ręki, ten jednak z łatwością go odepchnął, cisnął gadżet na ziemię i przydeptał gwałtownie butem. W pokoju dało się słyszeć przykry dla ucha trzask. Eldy patrzył jak wryty na szczątki drogocennego walkmana Avertona, czując, że robi mu się słabo. Ale gniew wziął górę nas strachem.

– Ty potworze! – wrzasnął i z całych swoich sił popchnął ojca, ale ten ani drgnął, zapewne używając swojego daru. Zamiast tego zaczął chichotać, szyderczo i nie do zniesienia. – Nienawidzę cię, nienawidzę! – wołał dalej Eldy, próbując go uderzyć.

Właśnie wtedy do pokoju wpadła spanikowana Elvira.

– Niech nas Ramizael chroni, co tu się dzieje?! – zawołała, stając między nimi, a temperatura gwałtownie wzrosła. Miała na sobie fioletowy szlafrok, jej włosy zaś były jeszcze mokre po myciu.

– To się dzieje, że twój syn jest napruty i właśnie próbuje mnie pobić! – Barly nie przestawał się śmiać, a Eldy czuł, że zaraz go udusi.

– Eldy, co ty sobie wyobrażasz, na santee święte? – Brwi matki ułożyły się w trudnym do wyjaśnienia łuku. Jeśli zauważyła przypuchnięty policzek syna, nie dała tego po sobie poznać. – Skąd ty wziąłeś alkohol? Wiesz, że nie powinieneś pić przed przemianą!

– To trochę sobie jeszcze poczeka – rechotał ojciec. – Skoro nie chcesz walczyć, nawet z bratem, to pamiętaj, że ktoś musi też czyścić kible w tym dowództwie. Może chociaż do tego byś się nadał. Ale niczego nie obiecuję!

Elvira obdarzyła męża zażenowanym spojrzeniem, przewracając oczami, jednak nie skomentowała jego słów, a zamiast tego zaczęła trajkotać z przejęciem:

– Musisz wziąć się w garść, Eldy, przecież jesteś zdolny, wszystko przed tobą, ale musisz w końcu zacząć traktować życie Sarmanta na poważnie, rozumiesz? Po przemianie będzie już łatwiej, ale dojrzałość sarmancka nie przychodzi ot tak, trzeba sobie na nią zapracować i psychicznie, i fizycznie! Ciężka praca nad sobą, ot co! Ach, ale jesteś ostatnio taki rozkojarzony, czy coś się stało? Może jakaś Sarmantka ci wpadła w oko, co? Pamiętaj, kochanie, możesz mi powiedzieć o wszystkim, jak nie teraz, to kiedy indziej. No, ale co się tak trzęsiesz, coś ci się dzieje?

Eldy starał się, ale nie wytrzymał. Miał dość.

– Wynoście się z mojego pokoju i zostawcie mnie w spokoju, nie mogę już na was patrzeć! Niszczycie mi życie! Odwalcie się ode mnie raz na zawsze! – zawołał z przejmującym gniewem. Rodzice spojrzeli na niego zszokowani, choć obaj w nieco inny sposób.

– Co? Jak ty się do nas właśnie wyraziłeś? – warknął groźnie Barly. – Powtórz to!

– On jest podpity, on nie mówi poważnie… – próbowała go bronić dotknięta dogłębnie Elvira. Zrobiło się chłodniej. – Eldy, jak to, przecież chcemy dla ciebie jak najlepiej…

– Powtórz! – ryknął znów ojciec.

Eldy już miał to zrobić, ale widząc łezkę kręcącą się w oku matki, do której pierwszy raz zwrócił się tym tonem, zmiękł, a alkohol jakby całkiem z niego wyparował. Pozostała tylko gorycz, lęk i chęć zniknięcia z tego świata.

– Teraz już nie jesteś taki odważny, co? – prychnął Barly, widząc, że milczy.

– Idź lepiej spać, synku, i przemyśl swoje zachowanie – westchnęła matka, która już zrobiła krok w stronę drzwi, patrząc na męża. – Chodźmy stąd.

– Idź – machnął na nią ręką Barly. – Ja chcę jeszcze z synem… porozmawiać.

Eldy zesztywniał i poczuł, że traci oddech.

– Zostaw już go – poleciła Elvira.

– Powiedziałem: chcę z nim porozmawiać – powtórzył głośniej i wyraźniej ojciec.

– Ale…

– Czy nie wyraziłem się, kurwa, jasno?

Matka znieruchomiała, bijąc się z myślami. Chłód się pogłębiał. Eldy’emu serce podskoczyło do gardła, gdy patrzył jej z oczekiwaniem w oczy. „Błagam, zostań, nie pozwól mu, nie rób mi tego!” – chciał zawołać, ale nie odezwał się ani słowem. Wszystko zależało od niej. Cisza przedłużała się, a oczy Elviry stawały się coraz bardziej szkliste. I gdy Eldy był pewien, że faktycznie stanie w jego obronie, że zachowa się jak na mamę przystało, ta niespodziewanie skinęła głową w stronę męża i ze wzrokiem wbitym w ziemię w szybkim tempie opuściła pokój.

Dla Eldy’ego był to cios poniżej pasa. Poczuł przerażającą panikę. Nie mógł oddychać. Usilnie próbując wciągnąć powietrze do płuc, chwycił się za klatkę piersiową, czując w niej ogromy ucisk. Tak osłabł, nie mógł już dłużej ustać na nogach. Padł na krzesło, a potem zsunął się na ziemię. Czuł się tak, jakby jakiś wielki ocean pochłaniał go na dno, chcąc zabrać go do swych najgłębszych i najciemniejszych czeluści, z których nie byłoby już powrotu.

A gdy zobaczył nad sobą obserwującego go ojca, który trząsł się z niemego śmiechu, odniósł wrażenie, że właśnie dotknął boleśnie tego dna.

Czytaj dalej –> Rozdział 10.