Rozdział VIII

Iroth siedział przy biurku w swojej komnacie, mając przed sobą wykaz zabitych Wakili z ostatniego tygodnia. Czterystu Sarmantów zabiło ponad dwieście sześćdziesiąt Wakili na terenie całej Europy. Nikt nie zginął. Dobry wynik. Ale mógłby być lepszy.

Niektórzy uważali, że polowanie na wroga jest niekończącą się, bezcelową farsą, a na ich czele stał Casimir. Wielokrotnie lamentował, że to tylko strata czasu, bo chociaż Wakil rozpływa się w powietrzu, nieraz widać, jak coś z niego jeszcze „wyparowuje”, coś, co strach było nazwać duszą; zdaniem Casimira to coś wracało z powrotem do Mortanu, by tam się zregenerować. Czy to było prawdą – nikt nie wiedział, jednak teoria wydawała się całkiem prawdopodobna. Trudno było bowiem uwierzyć, że te potwory mogą mnożyć się na taką skalę. Nigdy ich nie ubywało, a wręcz przeciwnie – Iroth, przeglądając statystyki, dochodził do wniosku, że ich liczba stopniowo wzrastała. Mimo to, w przeciwieństwie do Casimira, uważał, że połów Wakili, choćby i nieustannie się odradzających, ma sens, w końcu chodziło o ratowanie ludzi. Taka zresztą była rola Sarmantów – nieustanna walka z wrogiem i obrona kruchego człowieka. Bo inaczej jaki cel miałaby ich egzystencja…?

Stare księgi, które opowiadały o Mortanie i Wakilach, zaginęły ponad czterysta lat temu; zapiski mówiły, że ktoś prawdopodobnie je ukradł. Dlatego pism na temat wroga zostało niewiele i z pewnością nie wyjaśniały one kluczowych kwestii.

Casimir wiele lat szukał tych ksiąg, twierdząc, że tam znajdzie odpowiedź na odwieczne pytanie: jak naprawdę zabić wroga. Wielu już próbowało je znaleźć, ale Iroth nie widział w tym większego sensu; przypuszczał, że zostały po prostu zniszczone. Mimo to towarzyszył czasem kuzynowi w poszukiwaniach. Ale od jakiegoś czasu wyprawy kuzyna stały się jeszcze częstsze, a dowódca nie miał nic przeciwko jego ciągłym nieobecnościom. Powiedział kiedyś Irothowi, że Casimir, którego ojciec nie żyje, potrzebuje kogoś więcej niż tylko swojej matki, często cierpiącej mala-psychose. Że on wychowuje go jak syna, a Iroth powinien go traktować jak brata. Co czasem doprowadzało go do szału.

– Nad czym rozmyślasz?

Głos żony, choć spokojny, i tak sprawił, że Iroth aż się wzdrygnął, a wizja irytującego Casimira natychmiast się rozmazała. Zapomniał, że przecież od dłuższego czasu siedziała na miękkim fotelu i… robiła na drutach. Potrafiła tak przesiadywać godzinami w zupełnej ciszy, chcąc po prostu towarzyszyć mu w jego obowiązkach bądź czekając, aż być może na coś mu się przyda. W ten sposób powstały już liczne, bardzo eleganckie swetry i szale, które Iroth i Athenot zakładali zwłaszcza po to, by sprawić jej przyjemność.

– Myślę o Wakilach i innych ciężkich sprawach, moja droga – odparł Iroth, patrząc na Diathenę z czułością. – A tobie co chodzi po głowie?

– Nasz syn – odparła cicho.

Odłożyła a chwilę fragment swojej ręcznej robótki i podkuliła nogi, zaczesując palcami swoje długie, miękkie niczym puch włosy na lewą stronę. Jej blada, chuda twarz, równie blade usta i filigranowa sylwetka sprawiały, że prezentowała się niezwykle delikatnie. Iroth łapał się czasem na chęci noszenia jej na rękach, aby nie upadła na ziemię jak szmaciana lalka.

– Brakuje mi go – mówiła dalej, patrząc gdzieś w przestrzeń. – Kiedy wróci?

– Za kilka dni. Ale przecież nie ma go z nami może tydzień! – Iroth zmarszczył brwi. – Musi nauczyć się samodzielności.

– Wiem. Po prostu wolę, gdy jest tu przy mnie. Bezpieczny.

Iroth westchnął. To nadopiekuńczość Diatheny sprawiła, że Athenot stał się taki kapryśny i pyszny. Iroth odnosił wrażenie, że przez to on sam oddalił się od syna. Przyłapywał niekiedy żonę na tym, jak szepcze Athenotowi coś do ucha tak, by on nie usłyszał. A gdy denerwował się o to na nią, ta często wpadała w szał i później musiał ją uspokajać. Patrząc teraz na zamglone spojrzenie Diatheny, poczuł w sobie narastającą złość.

– Athenot musi wyrosnąć na silnego, prawego dowódcę – odparł. – Nie pomożesz mu w tym, jeśli bez przerwy będziesz o niego zabiegać.

– Zrobiłabym dla niego wszystko – powiedziała stanowczo kobieta, patrząc mężowi w oczy. – I robię. Interesuję się nim, troszczę się o niego i dbam, by było mu jak najlepiej. A ty co dla niego robisz? Poza tym, że prawie z nim nie rozmawiasz?

– Ciekawe, kiedy mam poświęcić mu czas, gdy ciągle przy nim siedzisz.

– A co innego mi pozostało, skoro nawet nie pozwalasz mi iść z tobą na misję?

– Jak zwykle zmieniasz temat, gdy rozmawiamy o nim w ten sposób! I dobrze wiesz, że na misję jeszcze nie jesteś gotowa.

– To kiedy według ciebie będę?!

– Idzie ci coraz lepiej – przyznał Iroth. Miał na myśli samą walkę ostrzem, bo z kondycją psychiczną i strategią starcia była daleko w tyle. – Ale jeszcze trochę ćwiczeń dobrze ci zrobi.

– To samo mówiłeś jakieś pięć lat temu. Traktujesz mnie tak samo jak inni – jak tę niespełna rozumu. A później dziwisz się, że przebywam tyle z naszym synem. Który przynajmniej ma mnie za normalną Sarmantkę.

W oczach Diatheny błysnęła łza. Iroth natychmiast wstał, by się do niej dosiąść. Chciał ją objąć, ale ta odsunęła się na bok. Zerwała się prędko na nogi, chwiejąc się lekko, i bez słowa ruszyła w stronę drzwi.

– Diatheno… – zaczął Iroth, ale ta już wyszła na korytarz, trzaskając drzwiami.

Przewrócił oczami i ruszył za nią. Co miał poradzić na to, że jego żona nie może brać udział w misjach jak normalna Sarmantka? Co jeszcze mógł dla niej zrobić?

W momencie gdy nacisnął klamkę, usłyszał pukanie do drzwi. Otworzył je sekundę później i uniósł brwi, widząc stojącego tam Eldy’ego, który wciąż ze zdziwieniem trzymał piąstkę w górze.

– Panie Irothcie… – zaczął, kłaniając się lekko. – Przepraszam, że cię nachodzę, ale zdobyłem pewną ważną informację…

– Wejdź, Eldy.

Iroth z ulgą przyjął go do środka, ciesząc się, że ma pretekst, by nie iść za żoną. Usiadł na fotelu, gestem pokazując stojącemu na baczność chłopakowi, by do niego dołączył. Ten przysiadł na rogu sztywno, kładąc ręce na kolana.

– Wyglądasz dość niewyraźnie – zauważył Iroth, widząc jego bladą twarz i lekko podkrążone oczy. – Chyba mi tu nie zwymiotujesz?

– Ależ skąd – zapewnił go od razu Eldy, choć jego mina świadczyła o czymś innym.

– A zatem, co mi chciałeś powiedzieć?

Chłopak przełknął ślinę.

– Tak się złożyło, że byłem wczoraj w nocy w lesie koło dowództwa… – zaczął z wahaniem, a widząc, że Iroth jedynie uśmiecha się lekko na to dziwne wyznanie, kontynuował już pewniej. – I zupełnie przypadkiem zobaczyłem tam dwie osoby, które tkwiły w… miłosnym uścisku. Jak się domyślasz, panie przyszły dowódco, jedną z nich był Averton.

– A drugą? – Irothowi mocniej zabiło serce, gdy pomyślał, że może to być jego żona.

– A drugą była ludzka kobieta – wypalił po chwili ciszy Eldy.

Pierwsze, co pomyślał Iroth, to że można się było tego spodziewać – nic dziwnego w tym, że Averton kręci z ludzkimi damami. Ale zaraz później dotarł do niego sens tych słów.

– Zaraz, zaraz… Chcesz mi powiedzieć, że Averton przyprowadził człowieka tuż pod dowództwo?! – Zmieszany Eldy kiwnął głową. – To oznacza, że musiał się z nią tu przenieść! Że zobaczyła dowództwo! Że… o nas wie!

Irothowi nie mieściło się to w głowie. Był tak wściekły, że dopiero po chwili zorientował się, iż dzierży w ręku kulę ognia. Zgasił ją zaraz ku uldze chłopaka i spojrzał mu w oczy.

– Jesteś tego pewny, Eldy?

– Tak, nawet w ciemnościach dostrzegłem jej… ognistorude włosy – odparł, po czym chwycił się za usta, jakby go naciągało. – Ale proszę mu nie mówić, że to ja go podglądnąłem…

– Bez obaw. Dobra robota. – Iroth, całkiem z niego dumny, poklepał go po plecach i już wstawał, by udać się prosto do ojca. – W razie czego bądź gotów na kolejne zadania.

Szybkim krokiem wyszedł, zostawiając go samego, ale tuż za drzwiami usłyszał dość niepokojący odgłos wymiotowania. Wyjrzał jeszcze zza drzwi, ale zobaczył tylko wyszczerzonego do niego Eldy’ego. Machnął ręką, uznając, że mu się przesłyszało, i ruszył w głąb korytarza.

Miał taki mętlik w głowie, że aż zrobiło mu się słabo. Co Averton sobie wyobrażał? Jaki miał cel w złamaniu fundamentalnej, pierwszej dewizy rodu Sarmantów? Czy to jego droga do zdobycia władzy – skryty bunt przeciwko tradycji sarmanckiej?!

Gdy stanął przed najbardziej zdobionymi drzwiami w całym dowództwie, poczuł pewną wątpliwość. Może powinien najpierw porozmawiać z dawnym przyjacielem, być może w obecności Isidora, przy którym ten nie mógłby skłamać?

Nie, to zbyt poważna sprawa, by w ogóle z tym zwlekać.

Uchylił lekko drzwi do przedsionka wielkiej komnaty rodziców, ale zanim wszedł dalej do środka, usłyszał głos ojca.

– Dobrze, a zatem jeszcze dwóch Sarmantów. Ale ani jednego więcej. Wiesz, co w związku z tym zrobić. A teraz idź już. I nie zawiedź mnie!

Co znowu? Do kogo ojciec kieruje te słowa? Iroth nie miał zamiaru udawać, że tego nie usłyszał. Wszedł raźnie do komnaty, a gdy zobaczył stojącego przed siedzącym na „tronie” dowódcą Casimira, uniósł wysoko brwi.

– Czy mogę dowiedzieć się, o co tu chodzi? – powiedział chłodnym tonem.

– A czy mogę dowiedzieć się, kiedy nauczyłem cię nie pukać do drzwi i podsłuchiwać? – zdenerwował się Nathan, patrząc na niego z naganą.

– Spokojnie, wujku. – Casimir odwrócił się do Irotha i uśmiechnął się lekko, jakby przepraszająco. – To nic dziwnego, że przyszły dowódca interesuje się sprawami naszego rodu. Rozmawialiśmy właśnie o liczbie Sarmantów, jaką trzeba wysłać na trudniejszą misję w okolicach Rzymu. Sam się tam wybieram i wolę mieć przy sobie nieco więcej ostrz, chyba rozumiesz.

Iroth skinął głową, czując w duchu lekki wstyd. Nie powinien być tak podejrzliwy. Zresztą, podejrzliwy o co? Teraz właściwie sam już nie wiedział. Lecz choć słowa Casimira go uspokoiły, to wbite w ziemię spojrzenie ojca z powrotem wlało w jego serce niepokój. Dowódca rzadko spuszczał wzrok, a gdy już to robił… Iroth zacisnął usta.

– Wybacz, Casimirze – odparł tylko, nie spuszczając wzroku z ojca. – Masz rację, zbyt duża liczba Sarmantów na pewno nie zaszkodzi.

Ten tylko wzruszył ramionami, pożegnał się z nimi i wyszedł, a na jego twarzy błąkał się lekki uśmieszek. Iroth, na powrót zdenerwowany, spojrzał w stronę ojca; zdążył zauważyć, jak ten chowa prędko jakąś kartkę do szafki pod biurkiem. Z daleka wyglądało to na jakąś listę. Co to mogło być?

Nathan, który patrzył mu już twardo w oczy, kręcił z niezadowoleniem głową.

– Poniżasz się takim zachowaniem – rzekł ze złością. – Mam nadzieję, że chociaż jako dowódca nie będziesz nadużywać władzy, wchodząc gdzie popadnie i nadstawiając ucha.

– Władzy? – Iroth nienawidził tego słowa. – Dowodzenie to nie władza.

– Czyżby? – Nathan westchnął, gładząc dłonią pozłacaną poręcz siedzenia. – Wciąż marzy ci się wizja patronatu? Wszechojca? Tak może i było kiedyś. Ale teraz, jeśli nie zauważyłeś, Sarmantów jest znacznie więcej. Trzeba ich trzymać w ryzach. Wystarczy chwila nieuwagi i pójdą w świat, zapominając, po co żyją. A żyją dla ludzi, nie z ludźmi!

Iroth ledwo powstrzymał się od tego, by nie wybuchnąć. Ograniczył się jedynie do wzruszenia ramionami.

– Cóż, po co przyszedłeś? – Nathan wstał, podchodząc do niego bliżej. – Czyżbyś zdobył wreszcie jakieś informacje dotyczącego naszego niewinnego buntownika?

Patrzył przez chwilę na oznaczoną zmarszczkami, surową twarz ojca. Ojca, który prawdopodobnie coś przed nim ukrywał. Ojca, który wolał siostrzeńca od syna. Ojca, któremu władza zaczęła uderzać do głowy. Patrzył, aż w końcu powiedział:

– Na razie nic nie wiem. Ale dowiem się. Przyszedłem… – Dowódca spoglądał na niego wyczekująco. – Przyszedłem do matki, chciałbym z nią porozmawiać.

Nathan odwrócił głowę, podchodząc do stołu i nalewając sobie pół kieliszka czerwonego wytrawnego wina.

– Wyszła – mruknął w tym czasie. – Dość często ostatnio wychodzi. Wiesz coś o tym?

Iroth mógł się tylko domyślać. Przypuszczał, że Tatiana, zawsze starająca się być posłuszną w stosunku do męża i udająca przed nim, że wszystko jest w porządku, powoli ma dość jego temperamentu. Kto by nie miał…

– Nie – odparł tylko ojcu krótko.

– No tak… – Nathan uniósł karafkę wina. – Napijesz się chociaż?

– Niestety – mruknął z nutką żalu w głosie. – Teraz muszę załatwić pewną sprawę.

Miał iść prosto po Avertona, ale idąc korytarzem uznał, że zajrzy do sali sądów i obrad. Poza zgromadzeniami w określonym celu mało kto kiedy tu przebywał. I właśnie dlatego Tatiana lubiła zaszyć się w to miejsce, by odpocząć od męża i poczytać trochę w samotności. Zajrzał do środka monstrualnej sali, ale nikogo nie zauważył. Gdy się odwrócił, jego matka stała w drzwiach.

– Szukałeś mnie? – spytała.

– Mam sprawę – skinął głową Iroth.

Tatiana zamknęła za sobą drzwi. Jej elegancka sukienka i włosy spięte w schludny kok doskonale odzwierciedlały jej siłę i czasem niezwykle irytujący pedantyzm. Choć może i nie potrafiła najlepiej wyrażać uczuć, była dobrą matką. Ale jeszcze lepszym szpiegiem.

– Nie tylko ja zauważam, że mój mąż a twój ojciec od jakiegoś czasu zaczyna szaleć, czyż nie? – domyśliła się od razu.

– Niestety. Musisz coś dla mnie zrobić – przyznał Iroth, mimowolnie ściszając głos.

– Jeśli chodzi ci znów o Casimira, to…

– Nie tym razem. Może trochę.

Tatiana uśmiechnęła się leciutko, uwydatniając pojawiające się powoli na jej twarzy zmarszczki. Robiła to tak rzadko, że Iroth nauczył się doceniać każdy jeden uśmiech.

– Casimir rozmawiał z ojcem o czymś, o czym ja najwyraźniej wiedzieć nie mogę. Ale mniejsza o to. Gdy wyszedł, ojciec ukradkiem schował jakąś listę do szafki.

– Której?

– Tej pod biurkiem.

– To może być ciężko. Zamyka ją na klucz, który bierze ze sobą. – Tatiana, zamiast się zniechęcić, tylko się ożywiła.

– Czyli dasz radę?

– Pytasz Wakila, czy lubi neurony?

– Dziękuję. Jesteś niezastąpiona. – Iroth posłał jej jeszcze uśmiech, ale ta już go nie odwzajemniła. Cóż, zawsze warto było spróbować.

*

Averton popijał herbatę z santee, z ciepła podwijając rękawy swojego zielonego swetra. Siedział w dużym salonie tuż przy okazałym kominku, w którym trzaskał ogień, i planował właśnie dołączyć się do gry w bilard. Na razie musiał jednak zadowolić się pogawędką z Grettą, która od jakiegoś czasu coraz częściej z nim rozmawiała. Nie przepadał za nią, ale ta lubiła ponarzekać sobie na władzę w dowództwie, choć, o ironio!, była kuzynką Irotha od strony matki. A Averton po kryjomu zawsze liczył na jakieś nowe plotki na temat dowódcy.

Tym razem nie doczekał się niczego nowego, ale zawsze dobrze było posłuchać narzekań, z którymi rzadko kiedy się spotykał. Był pewien, że Sarmanci po prostu boją się wyrażać swoje zdanie na głos.

– Gdyby częściej do nas wychodził, może dałby się polubić – mówiła z wyrzutem w głosie Gretta – a tymczasem nawet ja prawie nie mam z nim kontaktu od dobrych dwóch lat…

– Jak widać, władza zmienia ludzi – wzruszył ramionami Averton, spoglądając na chudą, lisią twarz kobiety. Gdyby jej kuzyn ją usłyszał… Trochę przykra sprawa. Nie! Psiakrew z nim, sam staje się taki jak ojciec!

Averton od jakiegoś czasu czytywał trochę o ludzkiej demokracji i doszedł teraz do wniosku, że Gretta, poważna i surowa, pasowałaby na wysoko postawionego urzędnika, który zajmowałby się wymarzaniem kar czy czymś podobnym. Ważne, że mogłaby choć częściowo uczestniczyć w sprawowaniu władzy, o czym tutaj absolutnie nie było mowy.

– A ty? Chciałabyś sobie trochę porządzić? – spytał ją ni to niedbale, ni z powagą.

– Nie potrafiłabym – spłoszyła się od razu. – Co by nie było, dowódca ma tyle na głowie… Wcale nie sądzę, że byłabym lepsza od pana Nathana, ja tylko…

– Przykro mi, ale muszę donieść na ciebie, Gretto, bo twoja postawa jest oburzająca – przerwał jej Averton, a widząc jej przerażoną minę, wybuchnął głośnym śmiechem, zwracając na siebie uwagę innych Sarmantów. Zauważywszy to, dodał głośniej niż wcześniej: – Co w tym dziwnego, że nie podoba ci się coś w szanownym panu Nathanie? To, że jest dowódcą, nie oznacza, że musisz się z nim zgadzać! Nie rozumiem, dlaczego przyjęło się, że linia dowódców jest nietykalna. Jeśli coś nam się nie podoba, mówmy o tym na głos! Ja na przykład mam wiele obiekcji, ale któżby mnie wysłuchał? Prędzej Ramizael wstałby z grobu, niż pan Nathan przyjął krytykę od zwykłego, blado-czarnego Sarmanta!

Gdy to powiedział, nastała idealna cisza. Averton westchnął, uznawszy, że takie słowa to dla Sarmantów najwyraźniej zbyt duży szok, ale gdy wstał i odwrócił się tyłem do kominka, zrozumiał, o co im chodziło.

– Jeśli faktycznie masz jakieś obiekcje, możesz o nich porozmawiać ze mną – odezwał się oschle Iroth, a Averton odniósł wrażenie, że w jego oczach pojawiły się ogniki. – A teraz chodź, proszę, ze mną na słówko.

To powiedziawszy, syn dowódcy odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia zamaszystym krokiem. Averton rozłożył bezradnie ręce, robiąc przed spiętymi Sarmantami minę przyłapanego na gorącym uczynku dziecka, po czym ruszył za nim, przygotowując się w duchu na wielką kłótnię. Obiecał sobie, że zrobi wszystko, by jej uniknąć.

Wyszli na zewnątrz, skinąwszy na strażników. Gdy tak szli bez słowa brukowanym dziedzińcem, Averton zaciągnął się mocno świeżym, rześkim powietrzem, automatycznie wyczuwając w pobliskim lesie śpiewające wesoło ptaki, budujące kopiec mrówki, a nawet, hen daleko, błąkającą się samotnie sarnę. Tak chciałby mieć swojego wilka… Ale trzymanie takich zwierząt w dowództwie było oczywiście zabronione. Kolejny powód, by narzekać na władzę.

Iroth zatrzymał się dopiero wśród gęstej, jasnozielonej trawy na skraju lasu, czyli tam, gdzie byli już się poza zasięgiem innych Sarmantów spacerujących po dziedzińcu. Averton, widząc śmiertelnie poważną minę swojego dawnego przyjaciela, jego uniesioną lekko głowę, szlachetne loki, które poruszały się na wietrze, i doskonale skrojony surdut, poczuł wyrzuty sumienia. W końcu Iroth został wychowany na dowódcę i nic dziwnego, że denerwował się na wszelaką krytykę władzy. Dlatego Averton postanowił, że przeprosi.

– Słuchaj, panie krętowłosy – zaczął pokornie. – Nie powinienem się w ogóle odzywać w tym salonie. Jak czasem coś palnę… Muszę nauczyć się trzymać język za zębami. I wiedz, że trochę mi głupio, dlatego przepraszam. No, już, ukorzyłem się. To jak, wygłosisz mi teraz kazanie o moralności i między nami zgoda?

Uśmiechnął się szeroko, ale jego mina szybko zrzedła, gdy zobaczył zażenowany wyraz twarzy Irotha. Tak, zażenowany! Parsknął głośno.

– No tak, powinienem raczej przyklęknąć, żeby twoje szlachetne usta były w stanie wykrzywić się w pojednawczym uśmiechu!

– Zaprowadź mnie natychmiast do ludzkiej kobiety, którą zeszłej nocy tu przyprowadziłeś – powiedział względnie spokojnie Iroth, a Averton aż zachwiał się na nogach.

– Ja nie… – zaczął, ale towarzysz mu przerwał.

– Widziano cię z nią wczoraj w lesie. Nie próbuj nawet kłamać, bo zażądam przesłuchania i na oczach wszystkich, w tym Isidora i mojego ojca, przyznasz się do złamania pierwszej dewizy sarmanckiej.

– Kto…? – Averton aż się zatrząsnął.

– To nie ma znaczenia, kto. Nie rozumiesz, Avertonie, że wyświadczam ci przysługę, chcąc załatwić sprawę na boku?

– Rosalie nie wie o Sarmantach! – zawołał Averton, czując coraz większy niepokój; to nie mogło skończyć się dobrze. – Pokazałem jej tylko parę trików. A zresztą ona nie zdradziłaby naszej tajemnicy! Spotykam się z nią od… roku i chociaż co nieco już widziała, nie pisnęła ani słówka. A wczoraj chciałem jej tylko pokazać, gdzie mieszkam… Cholera, co z tego, że jest człowiekiem? Dla mnie liczy się, że to wspaniała osoba, która ma w sobie jakieś inne wartości niż zabijanie Wakili i szlifowanie walki!

Iroth wyraźnie starał się zachować kontrolę, ale jego mina wyrażała jedynie chęć spalenia Avertona żywcem. Zamknął na chwilę oczy, a gdy je otworzył, powiedział przerażająco spokojnym, wypełnionym nienawiścią głosem:

– Albo natychmiast mnie do niej zaprowadzisz, albo spełnię swój obowiązek i powiadomię o wszystkim dowódcę, a ty staniesz przed sądem Jaharda.

Averton nigdy nie czuł się tak bezsilny i wzburzony. Z jednej strony chciał pobić Irotha do nieprzytomności, a z drugiej wiedział, że przecież by nie potrafił – w końcu syn dowódcy i tak nagiął dla niego zasady, chcąc załatwić sprawę po cichu. Mimo wszystko Averton też wiele dla niego zrobił przez ostatnie dwa dni! A może… A może powinien powiedzieć mu o Casimirze w zamian za dotrzymanie tajemnicy?

– Muszę sobie to przemyśleć – oznajmił z największym opanowaniem, na jakie było go stać. – Daj mi na to chociaż godzinę, przecież nie pobiegnę do niej od razu…

– Nie! – krzyknął wściekle Iroth, a Averton aż podskoczył. Tym razem źrenice towarzysza bez wątpienia wypełniły się ogniem. – To jest szaleństwo! Ludziom nie można ufać w tej kwestii. Ta kobieta w każdej chwili może nas narazić na niebezpieczeństwo, a ty za nic masz sobie dobro naszego rodu, skoro pozwalałeś na to tak długo! Gdy ludzie się dowiedzą… Doskonale wiesz, jakie mogą nas czekać konsekwencje.

– Nie miej nas za nie wiadomo co, aż tak rozpoznawalni nie jesteśmy… Poza tym nie pozwoliłbym jej na to! Ach, Irothcie, gdybyś ją poznał… Gdyby Sarmanci ją poznali… Zrozumielibyście, że nie ma się o co martwić! Mogłaby być wyjątkiem…

– Tego już za wiele! – zawołał Iroth, po czym zbliżył się do niego i warknął: – Daję ci ostatnią szansę. Zabierz mnie do niej, a postaram się zapomnieć o całej sprawie. Choć moje rozczarowanie twoją postawą zapewne nie zniknie tak łatwo.

– W dupie mam twoje rozczarowanie, w dupie mam też całe to żałosne dowództwo – prychnął Averton, który wiedział już, że przegrał. Na razie nie miał wyjścia, ale to wcale nie oznaczało końca walki. Ba, raczej początek. – Proszę bardzo, Rosalie zapomni o wszystkim, co związane z Sarmantami. Ale sam się tym zajmę. Nie będziesz mieszać w głowie mojej kobiecie!

– Ja tu dyktuję warunki – odparł władczym tonem Iroth. – I to ja wyczyszczę jej pamięć.

Averton spodziewał się takiej odpowiedzi. Zastanawiał się teraz przez chwilę, czy nie zabrać syna dowódcy w inne miejsce i udać, że Rosalie nie ma w domu. Ale wiedział, że ten nie dałby mu spokoju tak długo, dopóki by jej nie odnaleźli. Dlatego doszedł do innego wniosku – zabierze Irotha do ukochanej, pozwoli mu wyczyścić jej pamięć, ale sam dalej będzie się z nią w tajemnicy spotykać, nie wspominając jej już o Sarmantach! Ich związek aż tak na tym nie ucierpi. A on sam dostanie nauczkę, że trzeba bardziej uważać, bo najwyraźniej bezczelnych podglądaczy nie brakuje.

Chwycił więc niechętnie Irotha za ramię i przeniósł prosto w okolice holenderskich plaży, gdzie Rosalie wynajmowała aktualnie mieszkanie. Gdy znaleźli się na werandzie białego, podwójnego domku, uderzył ich chłodny, morski wiatr i nieprzyjemny deszcz. Przez parę sekund patrzyli na wyłaniające się zza pagórków i kilku drzew morze, którego wściekłe fale wprawiły Avertona w jeszcze większy niepokój. Spojrzał ze śmiertelną powagą w oczy towarzysza i rzekł:

– Tylko wspomnienia związane z Sarmantami. Tylko. Chcę, żeby mnie pamiętała.

Iroth wytrzymał spojrzenie i po chwili kiwnął lekko głową. Averton westchnął ciężko. Nie zwlekając, zadzwonił do odpowiednich drzwi, licząc na to, że Rosalie nie będzie w domu. Obaj w tym czasie wywołali Urok Języków.

Kobieta otworzyła im po dłuższej chwili, a jej luźny dres, brak makijażu i mokre włosy świadczyły o tym, że nie spodziewała się gości. Mimo to Averton jak zwykle wpadł w zachwyt, widząc jej nieziemską, na swój sposób dziką urodę, począwszy od kształtnej sylwetki, a skończywszy na dużych, piwnych oczach i licznych piegach.

– Avertonie? Cóż za niespodziewana wizyta – oświadczyła po holendersku swoim pozornie słodkim głosikiem, spoglądając ze zdziwieniem na Irotha. – Przepraszam za mój wygląd… Czy to twój brat?

– Daleki krewny, mademoiselle – odparł Iroth, który ukłonił się lekko, nie spuszczając z niej wzroku. Podali sobie ręce i wymienili się imionami, oboje ze sztucznymi uśmiechami.

Averton przestępował w tym czasie z nogi na nogę. Gdy weszli do środka, zauważył, że jego towarzysz wzdrygnął się lekko na nieporządek, który tu panował, a za który Rosalie przeprosiła z trzy razy.

– Herbaty? Kawy? – dopytywała się, próbując przesunąć na bok nogą parę ubrań z ziemi i jednocześnie zrobić na stole trochę miejsca.

– Nie, dziękujemy – odparł od razu Iroth, siląc się na miły ton, co nie wyszło mu najlepiej. – My tylko na chwilę.

Rosalie przystanęła, wyczuwając w jego głosie ponaglającą nutę.

– Avertonie, czy coś się stało? – spytała tym tonem, który wymagał natychmiastowej odpowiedzi. Założyła ręce na biodra i przekrzywiła głowę.

Avertonowi serce krajało się na jej widok i na to, co miało za chwilę nastąpić. Wciąż pamiętał radosne iskierki w oczach ukochanej, gdy sprawił, że usiadło na jej dłoniach kilka barwnych motyli, które trzepotały skrzydełkami na jego polecenie. Albo jak za pomocą uroku zapalił w jej kominku. Była zachwycona. A jak się później odwdzięczyła… Ale przecież częściowe wymazanie pamięci to jeszcze nie koniec!

Chcąc mieć już to z głowy, Averton bez zbędnych ceregieli podszedł do niej, objął ją, całując namiętnie, po czym chwycił za ręce i spojrzał jej w oczy, które wyrażały teraz niepokój.

– Nie martw się tym, co się zaraz stanie – szepnął. – Wrócę do ciebie niebawem.

Choć Rosalie zaczęła głośno upominać się o wyjaśnienia, Averton odsunął się od niej, robiąc miejsce Irothowi. Ani na sekundę nie oderwał później od niego wzroku; widział, jak jego towarzysz z wprawą chwyta jego płomiennorudą piękność za skronie, sprawiając, że ta nieruchomieje, jak delikatnie sadza ją na sofie i bezgłośnie szepcze słowa uroku.

Po jakiejś minucie, gdy Rosalie oparła się bezwładnie o oparcie, tracąc na jakiś czas przytomność, Iroth wstał i ze zdeterminowaniem ruszył w stronę wyjścia.

– Zrobiłeś wszystko jak trzeba? – zapytał ostro Averton, torując mu drogę do drzwi.

– Zrobiłem dokładnie to, co musiałem – odparł sucho Iroth. – A teraz wracajmy do dowództwa. Nie pozwolę ci już z nią rozmawiać.

– Chcę się z nią pożegnać! – oznajmił Averton, ciesząc się, że czyszczenie pamięci nie jest równoznaczne z przywoływaniem obrazów konkretnych wspomnień.

Iroth milczał przez chwilę, bijąc się z myślami.

– Przykro mi – rzekł w końcu stanowczo – ale ona nie wie już, kim jesteś. Tak będzie lepiej zarówno dla niej, jak i dla ciebie.

Averton aż zachwiał się na nogach.

– Co? Jak mogłeś?! Okłamałeś mnie, gnojku! – krzyknął, mocno popychając Irotha w tył. – Czy ty masz w sobie jeszcze choć resztki honoru?!

U Irotha w dłoni momentalnie pojawił się spory język ognia.

– Pchnij mnie jeszcze raz – syknął – a podpalę ci twarz. – Po tych słowach ogień zniknął, a on dodał nieco łagodniejszym, choć wciąż zdenerwowanym tonem: – Nie rozumiesz, że w ten sposób wciąż cię chronię? Może teraz odechce ci się utrzymywać z nią kontakt i uratujesz swoją skórę przed wygnaniem albo czymś jeszcze gorszym. Na Ramizaela, musisz zacząć myśleć trzeźwo, Avertonie! Nie mamy już po szesnaście lat!

Ale Averton go nie słuchał. W mgnieniu oka znalazł się drzwiami, nie mogąc dłużej tego słuchać. Co z tego, że będzie pamiętać cały ostatni rok, najpiękniejszy w jego życiu, jeśli Rosalie nie wie nawet, kim on jest? Czy zdoła wywołać w niej uczucie na nowo? A może tak faktycznie jest lepiej dla nich obojga…?

Jeszcze gdy się przenosił – z dala od dowództwa – poczuł coś dziwnego na twarzy. Coś, czego nie doświadczył już od dawien dawna. Co uważał za dość prymitywną kwestię. I co na pewno nie było deszczem.

Poczuł łzy.

Czytaj dalej –> Rozdział 9.