Rozdział 7.
7. Miłość, błoto i kro… kwarantanna
– Anastazja Nowicka?
– Jestem!
– A kamerka?
– Najmocniej przepraszam, ale mam problemy z połączeniem… W przyszłym tygodniu powinnam już to jakoś ogarnąć.
Oddelegowana, Anastazja wróciła do robienia porannych przysiadów. Nie miała nic przeciwko kamerce, ale za to miała wiele przeciwko marnowaniu czasu. A zajęcia z historii i społeczeństwa były ostatnią rzeczą, na jaką chciała go przeznaczyć, zwłaszcza że nie pisała z tego matury; nie zależało jej na dobrych ocenach, nie licząc jej przedmiotów do wyboru. Bycie incognito – to dopiero był plus zdalnych lekcji!
Zresztą pośladki same się nie zrobią.
Odkąd trzy dni temu „SI” przemówiła, wiele się podziało w społeczeństwie. Przede wszystkim rozpoczęły się protesty antySIdemowców, w większości internetowe, jednak wielu wbrew nakazom przemierzało ulice miast bez hełmów, za nic mając sobie mandaty policjantów. Niektórzy uważali, że to pierwszy punkt w wielkim planie SI – przejąć umysły tych nieinteligentnych za pomocą typowego Polaka, głosu ludu, któremu najłatwiej zaufać. Drudzy (w tym ona) sądzili natomiast, że Janusz mówił prawdę i że rządy państw, począwszy od Chin, wszystko to sobie świetnie zaplanowały i chcą tylko odwrócić uwagę od szemranej sieci 5G, natomiast wirus to jedynie zwykła mutacja grypy. Jeszcze inni byli przekonani, że głowy państw są w zmowie z Inteligencją, która działa na ich rozkazy. Słowem – paranoja.
Anastazja nie była przyzwyczajona do siedzenia w domu. Zdążyła już ponownie obejrzeć wszystkie sezony Przyjaciół, potem Sex education, wszystkie Indiany Jones, a do tego z dziesięć komedii romantycznych i filmów przyrodniczo-podróżniczych, aż w końcu doszła do wniosku, że ma dość siedzenia przed laptopem. Wtedy zaczęła uczyć się hiszpańskiego, ale i to jej się znudziło. Pomogła nawet tacie naprawić samochód – była w tym coraz lepsza – a prócz tego dzień w dzień bawiła się z Olą i robiła za nauczycielkę w domowym przedszkolu. Ale to wciąż było za mało! Potrzebowała świeżego powietrza, biegania, a nie…
– Anastazjo? Jesteś z nami?
Doskoczyła do laptopa i ledwo dysząc po ćwiczeniach, włączyła mikrofon.
– Tak, przepraszam, byłam w toalecie…
– Musiałaś się tam bardzo zmęczyć – uniosła ze złością brwi nauczycielka, a dziewczyna zobaczyła, jak kilku chłopaków za kamerką zaśmiało się z niej bezczelnie. – Pytałam cię o datę bitwy pod Termopilami.
Anastazja zaklęła w duchu. Nie pamiętała nawet, jaki okres teraz przerabiali.
– Eee… W czterysta siedemdziesiątym szóstym? – palnęła pierwszą lepszą datę.
– Czterysta osiemdziesiątym przed naszą erą – poprawiła ją nauczycielka, pewna, że dziewczyna pomyliła się tylko o cztery lata, a nie o osiem wieków.
Zauważyła, że Paulina uśmiecha się pod nosem. No tak, ona się pewnie domyśliła. Kilka dni po tym dziwnym incydencie pod jej domem Paulina napisała do niej z przeprosinami, ale Anastazja machnęła na to ręką. „Spoko, wszyscy teraz świrują” – odpisała jej. Nie miała w zwyczaju złościć się na kogoś długo. Mimo wszystko przestała pisać z Pauliną o sprawach wirusowej pandemii, jako że ich zdania na ten temat diametralnie się różniły. Wolała jej wysłać screena zdjęcia profilowego Wiktora, który był wręcz ucieleśnieniem jej marzeń. Te jego jasnoniebieskie oczy, mięśnie, uśmieszek, studia mechatroniki, status na Facebooku: wolny… A kilkanaście wiadomości od przyjaciółki w stylu „Bierz się za niego! <3” tylko utwierdziły ją w przekonaniu, że nie ma na co czekać.
Najchętniej zaprosiłaby go do znajomych, ale to mogłoby wyjść nieco dziwne. Musieli się najpierw jakoś spotkać. Napisałaby od razu do Kornelii, ale to też nie wchodziło w grę; nie znała jej na tyle dobrze, by prosić ją o zapoznanie z jej bratem. Pozostała ostatnia opcja.
Chyba cię pojebało.
Odpowiedź Eryka mogła ją zniechęcić. Ale nie zniechęciła. A wręcz zachęciła. Dzięki jej uporowi Eryk napisał jej z nienawistną kropką, żeby przyszła do niego o szesnastej. Tyle że później otrzymała wiadomość od Daniela, który napisał podobnie jak Eryk na początku, tylko ładniejszymi słowami. Wyjaśnił jej, że Eryk nienawidzi Wiktora, i chyba ze wzajemnością, a do tego Wiktor jest ponoć agresywnym i chamskim gnojkiem. I że ma sobie darować.
Anastazja chcąc nie chcąc zaczęła się zastanawiać, czy nie odwołać tego spotkania, ale kolejne wiadomości od Pauliny sprawiły, że pozostała przy swoim. „No weź nie panikuj, raz się żyje. Sama musisz zdecydować, jaki jest”. Ano właśnie. Będzie co będzie. Jak nie wypali, to trudno. Ale Eryk nie może jej mieć tego za złe! A Daniel to już w ogóle, prawnik jeden bogaty, pan na włościach. Nieważne. Byleby się wreszcie ruszyć z tego domu.
Ubrana w kolorową bluzę i obcisłe jeansy, nałożyła podkład, zakrywając wszelkie zaczerwienienia, podkreśliła swoje ciemnoniebieskie oczy czarną kreską najlepiej, jak umiała (jak zwykle wyszło nierówno), pomalowała usta ciemnoróżową pomadką i rozpuściła włosy, które sięgały jej już do ramion. Teraz, gdy ciągle siedziała w domu w dresie, rzadko kiedy się malowała, dlatego zrobienie makijażu sprawiło jej sporą przyjemność. Cyknęła sobie jeszcze selfie i dodała w relacji na Instagrama, po czym zeszła na parter, czując się jak Miss Polonii.
– Masz jakiegoś kawalera, że się tak, Anastasiu, wystroiłaś? – spytała ją siedząca w salonie i robiąca na drutach babcia, która dzisiaj spędzała czas na dole.
– Nie, ale może jakiegoś poznam.
– Miałaś nigdzie nie wychodzić, bo cię ten wirus dorwie.
– Babciu, tego wirusa nie ma się co tak bać, w naszym mieście są tylko dwa przypadki…
– Właśnie, dokąd się wybierasz? – Mama stanęła w progi drzwi, zakładając ręce na piersiach. – Zakupy zrobione, do apteki też nie trzeba iść.
– Idę do Eryka, ma mi pomóc z jednym zadaniem – wzruszyła niewinnie ramionami Anastazja. Kobieta popatrzyła na nią podejrzliwie. – No co, chyba nie myślisz, że idę na jakieś antySIdemowe protesty? Może i nie wierzę w to wszystko, ale mandatu nie chcę dostać.
– Ana idzie na randkę, Ana idzie na randkę! – zaśpiewała Olka, która nie wiadomo kiedy znalazła się w salonie. Anastazja miała ochotę kopnąć ją w tyłek.
– Nie idzie, tylko ją podwiozę – dołączył się do rozmowy brudny od smaru tata. Klienci przyjeżdżali teraz z zepsutymi samochodami prosto do niego.
– Przecież założę hełm… – zaczęła Anastazja, ale ojciec spojrzał na nią znacząco. – No mówię, że założę, rany. Robicie jakieś wielkie halo z tego, że idę do Eryka.
– Nie idziesz, tylko tata cię podwozi! – zawołała z triumfem Ola.
Anastazja była przyzwyczajona do tego, że wszyscy tu wszystko o sobie wiedzą, dlatego poczuła satysfakcję, że przynajmniej nie znają prawdziwego celu jej wypadu.
Dziesięć minut później jechała już z tatą w stronę centrum miasta, nie ściągając hełmu nawet w samochodzie.
– Ja już cię dobrze znam. Nie usiedzisz za długo w jednym miejscu – mówił z lekką przekorą tata, jadąc spokojnie pustą uliczką. – Choćbyśmy cię przywiązali.
– Ta kwarantanna to jakaś porażka! – wybuchła dziewczyna. – Nikt pewnie nie wytrzyma, zwłaszcza po tym, co odwalił ten cały Janusz…
– Mama i ja też nie bardzo wierzymy w SI, ale jeśli istnieje choćby cień szansy, że to prawda, to trzeba dmuchać na zimne. – Zrobił poważniejszą minę. – Dla…
– Dla babci, wiem.
Wreszcie dojechali pod mały dom z zapuszczonym ogrodem. Anastazja, która była u Eryka może trzy razy, pamiętała swój zachwyt nad ogródkiem obok. Teraz właśnie uzmysłowiła sobie, że to posiadłość Kornelii. No i Wiktora. Uuu, najs.
– Zadzwoń, to przyjadę po ciebie z powrotem – powiedział tata, po czym dodał na odchodne, unosząc brwi: – I grzecznie mi tam.
– Nie wierzę! – zawołała dziewczyna i trzasnęła drzwiami. Mimo to uśmiechnęła się jeszcze do ojca, który pomachał do niej przez szybę i odjechał.
Już teraz postała chwilę na widoku, udając, że robi coś na telefonie i przy okazji zerkając na okna pięknego domu o idealnie białych ścianach. W końcu, nie chcąc wyjść na idiotkę, przeszła przez zardzewiałą, zarośniętą bluszczem bramkę do ogrodu Eryka tuż koło przepełnionego kosza. Ścieżka prowadząca do drzwi była jedynie zasypana żwirkiem, przez co jej nowe Adidasy powitało na wstępie paskudne błoto po porannym deszczu. Niezrażona tym Anastazja zaczęła robić większe lub mniejsze kroki, by ominąć najbardziej zabłocone fragmenty; przy okazji wdepnęła w kretowinę, omal nie przepadła przez leżący na środku spory kamień, a do tego efektownie zdeptała jedyny ładny element przy ścieżce, czyli przebiśniegi.
„Komu by się chciało dbać o ogród, zwłaszcza teraz, w tych hełmach…” – przyznała w duchu, choć tak czy siak poczuła się tu dość niekomfortowo. Wreszcie zostawiła za sobą ścieżkę, kupę starych, przemokłych liści i ponure, nieprzycięte drzewka, by w końcu stanąć na względnie czystym wybetonowanym tarasie.
Eryk otworzył jej chwilę po dzwonku, odsuwając się trzy metry w tył, by uniknąć potencjalnej SI czającej się przy drzwiach, tak jak to było zalecane. Chciał zrobić złą i groźną minę powitalną, jednak jej wielki, niewinny wyszczerz sprawił, że nie wytrzymał i parsknął cicho śmiechem, kiwając przy tym głową i wprawiając w ruch burzę swoje gęste włosy. Miał na sobie ciemnozieloną bluzę z podwiniętymi rękawami, co uwydatniało jego chude ręce.
– Zabić cię to mało – westchnął, niedbałym ruchem głowy zapraszając ją do środka.
– Też cię miło widzieć – odparła wesoło.
Gdy po zamknięciu drzwi zdjęła z ulgą hełm i zaczęła też ściągać ubłocone buty, podszedł do nich ojciec Eryka – kościsty, jak zwykle zmęczony pan Piotr Gajda.
– Cześć, młoda. Przepraszam za ten stan ogrodu, ale jakoś nigdy nie mam czasu, żeby się za to zabrać… Zawsze robiła to płeć piękna, ale teraz nie ma ani żony, ani córki.
– Ależ to nic – machnęła szybko ręką dziewczyna. – Chętnie pomogę przy ogrodzie, jak trzeba będzie. Chociaż teraz nawet wyjście do własnego ogrodu może być niebezpieczne.
– Otóż to – przytaknął mężczyzna, przecierając twarz. – Napijesz się kawy? Albo herbaty? Czy co tam wy, młodzi, teraz pijecie? Byle nic z procentami – zaśmiał się niezręcznie.
– Wystarczy herbata, jeśli można. Bardzo dziękuję!
Odetchnęła, gdy już znaleźli się w pokoiku Eryka. Pokoju, w którym panował niepodobny do niego porządek; nawet łóżko było zaścielone, a puszki po tanich energolach leżały w koszu. Eryk wziął dla siebie taboret, a jej polecił usiąść na fotelu przy komputerze.
– Pokój jak nowy – przyznała Anastazja. – Tylko mógłbyś jeszcze odsłonić rolety, bo ciemno tu jak w dupie.
– O Boooże… – mruknął z niezadowoleniem chłopak, ale posłusznie wykonał „polecenie” i otworzył nawet okno, jako że miał już zamontowane od zewnętrznej strony antySIdemową siatkę filtrującą, która nie przepuszczała SI. Był dość spięty jak na niego. I zbyt miły.
– Ogólnie to sorry, ale nie wiedziałam, że ty aż tak nienawidzisz tego Wiktora – walnęła prosto z mostu. Widząc jego pytającą minę, dodała zaraz: – Daniel mi powiedział.
– Sama się przekonasz, jaki to debil, i już – wzruszył ramionami Eryk, po czym wskazał na ekran komputera. – A do tego czasu pokażę ci chociaż tego nowego Dooma Eternala…
– A skąd ty już masz Eternala? – zdziwiła się Anastazja, ale jego łobuzerski uśmiech mówił sam przez się.
Nie minęła chwila, gdy ojciec zawołał go po herbatę.
– Skrót jest na pulpicie, włącz już – rzucił Eryk i wyszedł z pokoju.
Anastazja zaczęła przeszukiwać wypełniony po brzegi ikonami pulpit z potężnym Lich Kingiem na tapecie, gdy nagle jej uwagę przykuł folder o nazwie „Głupstwa”. Co to mogło być, memy, screeny? Jego zdjęcia? Wiedziała, że nie zdoła się powstrzymać. Kliknęła w folder, później w kolejny o tej samej nazwie i kolejny. I znów. Już miała zrezygnować, gdy w końcu dotarła do końca. Był tam tylko jeden program z ikoną w formie napisu „rap” oraz taką samą nazwą. Dziewczyna mogłaby to tak zostawić, ale kto normalny kryje w ten sposób coś związanego z muzyką? Usłyszała kroki Eryka. Bez zastanowienia kliknęła w ikonę. Zanim chłopak otworzył drzwi, niosąc na tacy dwa kubki herbaty i ciastka marki Lewiatan, Anastazja zdążyła zauważyć pewną grafikę i jedno słowo, które sprawiło, że poczuła ucisk w brzuchu. Zestresowana, zaczęła na szybko wszystko wyłączać, ale chłopak na szczęście był zbyt przejęty tym, by nie wylać, niż by patrzeć na jej poczynania. Chciała go zapytać wprost o to, co zobaczyła, ale szybko doszła do wniosku, że to zły pomysł.
To trzeba na spokojnie usiąść i pomyśleć.
Po dwóch godzinach gry, podczas której nie bardzo mogła się skupić, Anastazja w końcu napisała do Kornelii z zapytaniem, czy jest w domu, bo akurat siedzi obok u Eryka. Miała w planach porozmawiać na chwilę przez bramkę, licząc na to, że gdzieś tam w tle pojawi się Wiktor. Nie spodziewała się jednak, że Kornelia zaprosi ją do siebie z Erykiem. Anastazja oczywiście ucieszyła się z okazji, ale chłopak tym razem odmówił tak stanowczo i gwałtownie, że aż uniosła brwi.
– Dobra, powiedz: o co się pokłóciliście? – spytała, ale on tylko pokiwał głową.
– O nic. To po prostu debil i tyle. Więc kiepsko z twojej strony, że chcesz się za niego zabierać. Choćby przez wzgląd na to, że proszę cię o to, żebyś tego nie robiła.
– Co to za gadanie, masakra! – oburzyła się Anastazja. Mimo wszystko zrobiło jej się głupio. – Ale wiesz co? Właściwie to za kogo ty mnie masz? Skoro jest taki zły, to raczej jak go poznam, to mi się nie spodoba, nie?
– Ale dla bab może być normalny – warknął Eryk.
– A może tylko dla ciebie jest nienormalny, co?
Chłopak mruknął coś pod nosem w odpowiedzi, po czym z wściekłą miną odwrócił się od niej ostentacyjnie i kontynuował zastopowaną przez nich grę. Anastazja nie wytrzymała.
– Przepraszam, no! Patrz, zrobię to dla ciebie.
Na jego oczach napisała wiadomość Kornelii, że jednak coś jej wypadło i nie przyjdzie. Eryk nieco się rozluźnił, ale i tak powiedział z kwaśną miną:
– Teraz będzie na mnie, że jestem ten zły, jak zwykle.
– Nawet mnie nie denerwuj.
Anastazja założyła mu kaptur na głowę i trzepnęła w ramię.
– W takim razie jest mi niezmiernie szybko, że tak się wypiękniłaś na darmo – odparł z uśmieszkiem Eryk, oddając jej uderzenie.
– Przyjmuję to jako komplement.
Pograli jeszcze chwilę, jednak żeby nie wyszło głupio, dziewczyna zadzwoniła po tatę; i tak już nie miała humoru, czego starała się nie okazywać. Jeszcze zanim ojciec po nią przyjechał, wyszła w hełmie na zewnątrz, żegnając się z Erykiem. Było już prawie ciemno, a najbliższa latarnia nawet nie sięgała ogrodu chłopaka.
I wtedy właśnie stało się to, czego wcześniej udało jej się uniknąć.
Przepadła przez ów stojący na środku kamień, spadając prosto w zabłoconą trawę. Jeśli całą kurtkę miała w błocie, nie była nawet w stanie tego zobaczyć, bo przód hełmu z przezroczystego stał się brązowy. Miała ochotę wrzasnąć na całą okolicę z poczucia żałosności, ale zamiast tego odwróciła się szybko, sprawdzając, czy Eryk aby tego nie widział. Drogę za bramkę przebiegła sprintem, byleby nie dać chłopakowi powodów do radości przez najbliższy rok. Uśmiechnęła się na nadjeżdżający z dala samochód. Wszystko sprawnie i bez publiki!
Stanęła bliżej drogi w świetle latarni i pomachała do taty. Który jednak nie okazał się tatą. Samochód zatrzymał się nieco wcześniej, przy bramie Kornelii, a ze środka wyszedł…
„Niech to cholera jasna strzeli, Chryste, kurwa mać”.
Wiktor – diabelski anioł męskości na ziemi – spojrzał na nią i zaśmiał się dość niegrzecznie.
– Byłaś u tego tam? To się nie ma co dziwić – rzucił, otwierając bramę.
– Ee, nie, to raczej ja jestem taka niedorobiona – palnęła, czując, że robi jej się gorąco. Chłopak zaśmiał się. Już miał wsiadać do samochodu, by wjechać na plac, gdy dodała jeszcze: – Wiktor, tak? Pozdrów Kornelię! Miałam dzisiaj do niej wpaść.
Wiktor zdziwił się, ale zasalutował z zabójczym uśmiechem. Szarpnął autem, dodając gazu do dechy podczas wjazdu.
Chwilę później przyjechał po nią tata. Nie mógł się nadziwić, że mimo wytaplania w błocie (które swoją drogą ubrudziło jego niedawno wymyte, ukochane autko) jego córka uśmiechała się szeroko.
Przez Wiktora Anastazja niemal zapomniała, co zobaczyła w komputerze Eryka. I że jego przyjaciel jest prawdopodobnie piekielnie dobrym hakerem.