Rozdział VII

– Osobiście uważam, że lekiem na zbyt długie siedzenie w tym zatęchłym dowództwie może być tylko Las Vegas, a wiem, co mówię!

– Wszystko, byleby trochę się rozerwać – przyznał ciotce Eldy, zapinając guziki swojego płaszcza pod samą szyję.

Był już wyjątkowo chłodny wieczór, a oni stali właśnie w ciemnościach przed dowództwem, czekając cierpliwie na Anaela i jego ojca. Eldy był przeszczęśliwy, gdy ciotka powiedziała mu, że koniecznie muszą zabrać ze sobą Simona, jej najlepszego przyjaciela. Dzięki temu miał podstawy ku temu, by namówić wreszcie swojego kumpla na wypad poza dowództwo. Ku jego zdziwieniu sam Simon dołączył się do namawiania Anaela na małą, wieczorną zabawę. „Musisz w końcu gdzieś wyjść – mówił – bo gdzie jak nie przy ludziach możesz sprawdzić, jak wiele się nauczyłeś, synu?”. Simon taki był – namawiał do „złego”, mając jednocześnie na uwadze dobro swojego niezbyt obytego i zasiedziałego syna. Przekonał go tym argumentem, a Eldy nie mógł przestać myśleć o tym, jak bardzo mężczyzna pasowałby do jego ciotki.

Jego ciotki… Cheryl była wyjątkową Sarmantką i to nie tylko przez wzgląd na swoją wystrzałowość – jako jedna z nielicznych właściwie nie musiała wybierać się na misje, a to dlatego, że miała inną ważną rzecz na głowie: pieniądze.

Każdy Sarmant po przemianie miał w przydziale określoną ilość gotówki miesięcznie, która mogła powiększyć się jedynie poprzez liczne nadprogramowe misje, gdzie słowo „liczne” było tu kluczowe. Gotówkę przeznaczało się na najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak ubrania, jakieś jedzenie podczas misji czy rekwizyty potrzebne do prawidłowego jej przebiegu. Nathan dbał o to, by Sarmantom nie starczyło pieniędzy „na ludzi”, których jawnie nazywał „kruchymi źdźbłami traw pośród nielicznych, okazałych róż”.

Niemniej jednak miesięczne stawki oznaczały nie mniej ni więcej, że dowództwo potrzebowało ogromnej sumy pieniędzy na samych Sarmantów, nie wliczając w to przecież codziennej dostawy pożywienia, kosztów wody, prądu (choć tu pomocnych okazało się dwóch Sarmantów o odpowiednim darze) i tym podobnych. I to właśnie Cheryl, wraz z kilkoma pomocnikami, tę kolosalną sumę dostarczała.

Dowódca nie pytał, jak to robi. To był jedyny przypadek, kiedy nie interesowały go bliższe czy dalsze znajomości z ludźmi, w tym niezliczone spotkania z ludzkimi przedstawicielami firm, z którymi dowództwo od lat utrzymywało kontakt. Nathan nie przejmował się tym, że Cheryl i kilku innych Sarmantów wiecznie nie ma w dowództwie. Liczył się dla niego rezultat – odpowiednia ilość monet w skarbcu na szóstym piętrze i zgodna z obliczeniami liczba cyferek na koncie bankowym. Oraz dyskrecja. Jak dotąd Cheryl go nie zawiodła.

Była w swoim fachu najlepsza nie tylko przez swój dar bilokacji, który pozwalał jej czynić cuda, ale i przez charyzmę, obrotność oraz, z czego każdy zdawał sobie sprawę, atrakcyjność. Jako trzydziestosześciolatka, miała doskonałą, pełną krągłości figurę, burzę długich, lekko kręconych włosów, a przede wszystkim piękny uśmiech, który zawsze uwydatniał jej równe, białe zęby. Cheryl wiedziała, do kogo mrugnąć, komu posłać uśmieszek, a z kim porozmawiać w odpowiedni sposób, by na koniec mieć z tego jakieś korzyści finansowe. Ale nie na tym poprzestała – szybko doszła do tego, że doskonałym dodatkowym zarobkiem jest… hazard. Hazard, który stał się jej ulubionym zajęciem w czasie wolnym. Hazard, z którego pozawalała sobie odpalać kilka procent dla siebie i najbliższych.

Hazard, bez którego nie potrafiła już żyć.

Gdyby Eldy miał określić ciotkę w dwóch wyrażeniach, brzmiałyby one „wolność” i „wieczna młodość”. Cheryl była wolnym strzelcem – zawsze mawiała, że na małżeństwo przyjdzie czas, a na razie trzeba bawić się do woli. Była tak diametralnie inna od Barly’ego, że chłopak zastanawiał się niekiedy, czy faktycznie są rodzeństwem. W każdym razie nienawidzili się i niemal ze sobą nie rozmawiali.

– Ten młody elegancik na pewno wie, dokąd idziemy? – wyrwała Eldy’ego z rozmyślań ciotka, wskazując na wychodzących właśnie z dowództwa dwóch towarzyszy.

Eldy zachichotał pod nosem, widząc Anaela w garniturze, z czarną muszką i dokładnie ułożoną fryzurą. I w tym przypadku zastanawiał się czasem, czy aby na pewno jest synem Simona, przeciwieństwa „bycia porządnym”. Ubrany w skórzaną kurtkę i schodzone spodnie, Simon szedł luźnym krokiem, a jego proste, niezbyt uczesane włosy i kilkudniowy zarost mówiły same przez siebie. Choć tak wiele ich różniło, niezaprzeczalnie łączyły ich dwie cechy – inteligentne spojrzenia i zgrabne, proste nosy. Jak dotąd Eldy nie doszukał się między nimi więcej podobieństw, co miał zamiar dziś nadrobić.

– Tak się młody czuje najlepiej – powiedział Simon, który z oddali nie mógł dosłyszeć jej pytania, ale teraz domyślił się go po rozbawionemu spojrzeniu Cheryl. – Prezentuje się iście dostojnie!

– Wyglądasz świetnie, stary! – Eldy poklepał zdenerwowanego Anaela po plecach.

– Bo się zaraz rozmyślę – odburknął chłopak. – Miejmy to już za sobą.

– A dokąd dokładnie zmierzamy? – spytał Simon.

– Doskonale wiesz, dokąd. – Cheryl uśmiechnęła się z błyskiem w oku.

– Znów kasyno?!

– Jakoś muszę zarobić na drinki dla nas! Zresztą jest tam też bilard, muzyka, jedzenie, taniec… Nie no, może bez tańca…

Anael zrobił przerażoną minę na samo słowo „taniec” i już zaczął się wycofywać, gdy Simon chwycił go szybko za ramię, skinął głową na Cheryl i już ich nie było.

Eldy i Cheryl zostali na chwilę sami. Razem trochę lepiej dobrali się pod kątem ubrań – on miał na sobie intensywnie bordową koszulę, a ona tegoż koloru sukienkę. Dodatkowo Eldy, pod kierownictwem zachwyconej ciotki, pozwolił sobie zaczesać włosy w tył, przez co wyglądał znacznie poważniej.

– No, Eldy – odezwała się Cheryl, tak jak Simon kładąc rękę na jego ramieniu. – Dzisiejszy wieczór należy do ciebie. Mamusia nie będzie patrzeć, durny ojciec nie będzie sypać równie durnymi komentarzami, a ciocia nie piśnie ani słówka. Oczywiście będę cię pilnować! Postaraj się tylko nie narobić jakichś większych głupot. Aha, i udawaj, że masz z dwa lata więcej, bo i tak jako Sarmant wyglądasz na starszego. Byłeś już na dłużej przy ludziach, oczywiście poza tymi paroma razami ze mną, tak? Rozmawiałeś z nimi?

– Jasne, dużo razy! – skłamał gładko Eldy. Tak naprawdę, nie licząc wypadów podczas zajęć z Wiedzy o ludziach, przez ostatni czas rzadko wybywał z dowództwa: parę razy z mamą, która chciała mu kupić nowe ubrania, dwa razy z bratem, który pragnął go trochę obyć ze światem, i raz z Simonem, który zabrał go na wielką wyżerkę do jakiegoś baru.

– Wspaniale. – Ciotka zakasała ręce. – No, to znikamy, skarbie!

*

Eldy nie wiedział, kiedy to się stało, ale już siedział ze swoimi trzema towarzyszami przy czteroosobowym stoliku w przestrzennym barze, popijając różnobarwnego, palącego w gardło drinka, którego zamówiła dla niego ciotka. Alkohol pił może raz w życiu i to tylko na spróbowanie; odnosił silne wrażenie, że nie skończy się to dobrze. Sarmanci nie pijali. Przynajmniej nie oficjalnie.

Nie mógł przestać rozglądać się dookoła. W całym pomieszczeniu było dość ciemno; nikłe oświetlenie stanowiły jedynie wystające zewsząd lampki z różnokolorowymi kloszami. Na całej długości jednej ze ścian znajdował się bar z ogromną ilością różnych trunków; w tle grała dość monotonna, choć przyjemna muzyka, której Eldy jeszcze nigdy nie słyszał. Ale nic nie przykuwało jego uwagi tak bardzo jak siedzący zewsząd ludzie.

Byli tak różnorodni! Od rudych, przez blondynki z tapirowanymi włosami, po siwych starców, siedzących na krzesełkach przy barze; każdy człowiek miał na sobie ubranie w kolorach, jakie Eldy’emu nawet się nie śniły. Poza tym wszyscy wydawali się głośni, weseli i rozluźnieni, w przeciwieństwie do dumnych i sztywnych Sarmantów. Eldy nigdy też nie widział tylu różnych gier w jednym miejscu – może i nie skusiłby się na pokera czy ruletkę, ale migoczące automaty, wydające całkiem interesujące dźwięki, bardzo go zaciekawiły.

Żałował, że Esteline nie może tego zobaczyć. Obiecał sobie, że kiedyś z nią tu przyjdzie.

– Przestań się tak gapić, Eldy – upomniał go Simon, który pił już drugie piwo.

– Może chcesz w coś zagrać? – zasugerowała Cheryl. – Nauczyłabym cię pokera…

– Pokera to naucz ale Anaela, ciociu – odparł Eldy, spoglądając na przyjaciela, który nie mógł oderwać oczu od siedzących nieopodal czterech graczy i ich kart. – Kto wie, stary, może masz też talent do kart?

– Z tego, co widzę, zasady są proste – powiedział z niezwykłą powagą chłopak – ale ci tam oszukują. Naprawdę. Przed chwilą zobaczyłem, jak ten w kurtce jeansowej wyjął ukradkiem kartę z rękawa. Przyznam, że czuję się nieco zażenowany…

Cheryl na to jego oświadczenie zaczęła śmiać się głośno, a rozbawiony Simon rozczochrał mu ułożone wcześniej włosy.

– Naprawdę nie zasługuję na tak dobrego syna – powiedział, na co ten jeszcze bardziej się zdenerwował. Wypił duży łyk niemal nienapoczętego trunku, krzywiąc się przy tym mocno.

– Ile to ma w sobie coli, a ile alkoholu? – spytał podejrzliwie.

Eldy stłumił śmiech; widział, jak Simon prosi o specjalnego drinka dla syna. Taki ojciec to jest coś…!

– Wszystkiego jest na tyle, by niebawem zachciało ci się zagrać w tego pokera, przystojniaku – odparła Cheryl, puszczając mu oko.

– Czytałem w ludzkich gazetach o dość dziwacznych historiach z alkoholem…

– A ja czytałem, że Sarmant po przemianie musi się upić, żeby odkryć, jaki ma dar – powiedział z powagą Eldy.

– Co za bzdura…! – oburzył się Anael, ale zanim zdążył coś dodać, ktoś zaczął wołać głośno w ich stronę. Po chwili trzech facetów wstało ze stolika z drugiego końca sali i ruszyło prosto na nich. Jeden, najgrubszy i najstarszy, wyglądał na szefa; dwaj pozostali – bliźniacy – od razu zainteresowali Eldy’ego: nie dość, że mieli brązowe oczy, piegi i zielono-żółto-czerwone swetry, to ich włosy były tak intensywnie rude, że nie mógł oderwać od nich oczu.

– O nie – szepnęła spłoszona Cheryl, poprawiając włosy. – Nie spodziewałam się ich tutaj! To znaczy, to mnie właściwie nie powinno tu być…

– Kto tu zawitał! Julie we własnej osobie! – powiedział oskarżycielskim tonem szef, którego łysina i dwa podbródki wyjątkowo rozbawiły Eldy’ego. – Przyszłaś z rodzinką bawić się za pieniądze, które podstępem mi ukradłaś?

Chłopak nie zrozumiałby ani słowa, grubas mówił bowiem po angielsku, a on naturalnie porozumiewał się po francusku. Na szczęście Anael rzucił na niego Urok Języków, dzięki któremu przez najbliższą dobę mógłby nawet wygłosić wszystkie dewizy sarmanckie na przemian w języku niemieckim, japońskim i rosyjskim, gdyby jeszcze je umiał.

– Ach, Johny! – zawołała Cheryl ze słodkim uśmiechem. – Nie ukradłam, a wygrałam w uczciwej grze, skarbie, a to różnica.

– Nie wierzę i nie uwierzę, podstępna lisico!

– Lisico? – zdziwił się Anael, a Simon przewrócił dyskretnie oczami. Zaraz potem, wchodząc w rolę męża, zawołał:

– Nie będziesz się tak wyrażać do mojej kobiety, szubrawcze!

– Szubrawcze? – zdumiał się tym razem Eldy, a Cheryl posłała mu mordercze spojrzenie.

– Czy twoje dzieciaki są upośledzone? – spytał Johny z zażenowaniem, na co jeden z bliźniaków zarechotał. Drugi natomiast patrzył ze złością na Eldy’ego, który naprawdę był zafascynowany jego włosami i bez przerwy przyglądał mu się z lekkim uśmiechem.

– Nie są, w przeciwieństwie do was trzech, którzy nie potraficie pogodzić się z przegraną i nachodzicie mnie i moich bliskich! – Rudzi już się napięli, ale Cheryl dodała zaraz: – Ale dobrze, niech będzie, że pójdę z wami na układ. Zagramy raz jeszcze, a gdy przyłapiecie mnie na oszukiwaniu, oddam wam tamte pieniądze.

– Brzmi nieźle…

– Ale jeśli ja wygram, oddacie mi wszystko, co macie, łączenie z żetonami.

– Czy wy to słyszycie, koledzy? – zaczął naśmiewać się mężczyzna, wyjmując z kieszeni zapalniczkę oraz coś długiego i białego, co musiało być papierosem, którego Eldy widział w gazetach. Dwóch rudzielców nie śmiało się wcale, spoglądając spode łba na Simona, który wstał gwałtownie, odsuwając głośno krzesło.

– Zrobicie tak jak mówi – warknął, podwijając rękawy kurtki i obdarzając ich groźnym wzrokiem. – Bo jak nie, to was wypatroszę, dziwki!

Zaraz potem wyrwał Johny’emu ledwo co zapalonego papierosa i zaciągnął się mocno.

– Eee, spokojnie, mężusiu! – bąknął mężczyzna, cofając się delikatnie o jeden krok. – Niech ci będzie, Julie, ale nie masz szans przy nas trzech! Czekamy przy tamtym stole.

To powiedziawszy, szepnął coś szybko do swoich towarzyszy i odwrócił się w drugą stronę. Ów zezłoszczony rudzielec obdarzył jeszcze Eldy’ego nienawistnym spojrzeniem, po czym odszedł z bratem za szefem.

– Ja tam tylko go podziwiałem… – mruknął bardziej do siebie Eldy, zdziwiony złym nastawieniem rudego.

Zbity z tropu, przeniósł wreszcie wzrok na Cheryl i Simona, którzy aż trzęśli się ze śmiechu, próbując robić to możliwie jak najciszej. Sam zaczął chichotać, orientując się, że przez cały ten czas świetnie się bawili, choć według niego wyglądało to dość poważnie. Anael natomiast zmarszczył brwi, patrząc za odchodzącymi.

– Nie wyglądają na przyzwoitych – mruknął.

– A ja wyglądam? – Cheryl zrobiła niewinną minę.

– Nie – przyznał Anael, a później jakby go olśniło. – Tato, co ty właściwie palisz? Śmierdzi od tego okropnie. Aha, już wiem, co to… I znam statystyki!

Simon natychmiast wypluł z ust papierosa, którego wypalił już do połowy.

– To dla niepoznaki – wytłumaczył się od razu, a Eldy z triumfem zauważył kolejne podobieństwo między nim a synem – obaj szybko wpadali w zakłopotanie.

– No dobra, zostawiam was, chłopcy i dziewczęta – powiedziała Cheryl, dopijając drinka. Choć było ciepło, założyła na siebie swój czarny, pełen schowków płaszczyk, którego zawsze nazywała „czarodziejskim” i bez którego, jak kiedyś przyznała, nie odważyłaby się uprawiać hazard. – Jeśli chcecie, kupcie sobie coś, później wyrównam rachunki. Lepiej, żeby wszystko poszło z mojej ukrytej kieszeni niż z waszych marnych oszczędności sarmanckich.

– Dowódca nas nie rozpieszcza – wzruszył ramionami Simon, dopijając piwo.

– A teraz mamcia idzie zarobić trochę pieniędzy! – rzuciła Cheryl na odchodne, dając jeszcze Eldy’emu parę drobniaków na zapoznanie się z automatami.

– No więc jak, chłopcy? – Simon popatrzył na nich nieco zmroczonym wzrokiem. – Trzeba skorzystać, gdy dają się nam za darmo napić! Przyniosę wam po piwie, bo jest najtańsze, a nie chcecie chyba żerować na Cheryl. Nas, biednych Sarmantów, nie stać na luksusy ludzkiego świata… A gdy wrócę, wasze cholerne szklanki mają być puste! Takie wypady mają miejsce tak rzadko, że grzech byłoby z nich nie skorzystać. A później… a później zagramy!

W co – nie powiedział, po prostu poszedł nonszalanckim krokiem w stronę baru.

– Ten twój tatuś jest jedyny i niezastąpiony – powiedział od razu Eldy.

– Ty masz za to fenomenalną ciotkę – przyznał Anael, ściągając z ciepła marynarkę i zostając w samej białej koszuli z muszką.

– Jaki z tego wniosek? – zapytał rozbawiony Eldy.

– Sugerujesz, że powinni być razem?

– Ty chyba faktycznie jesteś taki mądry, jak niektórzy mówią!

– Naprawdę sądzisz, że mojemu ojcu w głowie są nowe kobiety? – powiedział śmiertelnie poważnym tonem Anael. – A mi nowa matka?

– Nie, po prostu… – Eldy, nie wiedząc, jak z tego wybrnąć, palnął: – Chciałbym się dowiedzieć, jak zginęła twoja mama pięć lat temu. Ponoć to był wypadek. Co się wtedy stało? Dotąd pamiętam, jak nie wychodziłeś przez tydzień z pokoju.

– A po co ci to wiedzieć, co? – Anael napiął się cały. – Na twoim miejscu zająłbym się własną rodziną.

Nastała chwila nieprzyjemnej ciszy, podczas której obaj paroma łykami dopili w zakłopotaniu swoje drinki. Eldy’emu było głupio, że mógł w jakiś sposób urazić przyjaciela. Chyba tylko do tego się nadawał.

– Przep… – zaczął, ale Anael mu przerwał.

– Nie, ja przepraszam. Jakoś nigdy nie rozmawiałem o tym potem z moim ojcem, on chyba też nikomu o tym nie mówił. Podobnie Camille. Może ostatnio dopiero tata coś wspomniał. W każdym razie w trójkę zamknęliśmy się na ten temat.

Eldy taktownie milczał, czekając na więcej, a Anael, zapewne z pomocą alkoholu, w końcu zaczął opowiadać, nieustannie wpatrując się w obracaną w palcach pustą szklankę.

– Mało kto o tym wiedział, ale mama miała bzika na punkcie Amuletu Ramizaela.

– Eee…

– Było o tym na jednych z pierwszych zajęć z historii! – Anael pokiwał głową i wyjaśnił: – Powinieneś wiedzieć, że to artefakt stworzony na początku naszej historii. Razmel, najmłodszy syn Ramizaela, miał jako jedyny, aż do teraz zresztą, dar tworzenia uroków i dzięki niemu zyskaliśmy naszą Księgę Uroków, o tym chyba wiesz! W każdym razie Ramizael uznał, że pragnie dla każdego Sarmanta amuletu, który omamiałby Wakile, tak jak one omamiają nas. Gdy Razmel spełnił prośbę, a Ramizael zaczął nosić go na próbę, okazało się, że wywiera on również wpływ na samych Sarmantów, kompletnie mieszając im w głowach, i to chyba dość mocno. Chwała Ramizaelowi, że nie zostawił dla siebie tego amuletu, tylko postanowił go schować. Gdzie – oczywiście nie wiadomo. A pomysł z amuletem ewoluował ostatecznie w pierścienie, które po prostu kryją nas przed wrogiem.

– Dzięki za tę lekcję historii, ale jak się to ma do śmierci twojej matki? – spytał prosto z mostu Eldy.

– Ciągle miewała te swoje przeczucia, dreszcze… Jak tylko poczytała w księdze o amulecie i zobaczyła jego szkic, wpadła w panikę. Mówiła, że musi go odnaleźć, żeby zapobiec jakiejś masakrze. Że nie spocznie, póki nie zniszczy artefaktu. Który być może nawet nie istnieje. Ciągle wybywała z dowództwa ku wściekłości Nathana i nic nie mogło jej powstrzymać. I nagle zjawiła się u nas z obłędem w oczach. Powiedziała, że musi nam coś pokazać, że to sprawa życia i śmierci. Ojciec chciał mnie i Camille zostawić, ale ona nie pozwoliła. Zabrała nas nad gdzieś w górzysty teren, nad wysoką przepaść. Pokazywała nam palcem gdzieś w dół i powtarzała ciągle, że Amulet Ramizaela tam jest, że ją wzywa. Płakała przy tym ze szczęścia. Mówiła wciąż, że to jest właśnie dowód na to, że nie oszalała. Że nie chce, abyśmy my i ktokolwiek inny myśleli o niej jak o tej, co straciła zmysły. Że pragnie, abym tak jak ona uratował kiedyś Sarmantów i zawsze wybierał dobro. Że marzy o tym, aby jej śliczna Camille roztropnie wybrała sobie męża. Że chce, aby Simon dobrze się nami opiekował i by nauczył się rozróżniać dobro od zła. Nie wiem, o co jej chodziło z tymi morałami. W każdym razie wtedy to zrobiła. Wyrwała się w sekundę tacie, który cały czas ją trzymał, i z uśmiechem na twarzy runęła plecami w przepaść. Ojciec natychmiast przeniósł się na dół, żeby ją przychwycić. I tak nie zdążył. Rozmiażdżyła się o skały tuż obok niego, na jego oczach. I na naszych, bo patrzyliśmy z góry.

Eldy wpatrywał się z otwartymi ustami w pozornie spokojnego Anaela, nie mogąc nic z siebie wykrztusić. Bo co miał powiedzieć? Że rozumie? Że to straszne? Że mu przykro? Żadne słowa nie wydawały mu się odpowiednie do tak traumatycznej historii.

– Nie wiem, czy jestem w stanie zrozumieć, co czułeś, ale to straszne i naprawdę mi przykro – powiedział w końcu, czując się jak palant.

– Nie musisz mnie pocieszać – odparł zaraz Anael. – Opowiedziałem ci o tym, ale nie chcę o tym rozmawiać, dobra? No, i nie mów nikomu.

– No dobra – odparł zmieszany Eldy. – A jeśli mogę spytać… Szukaliście tam tego amuletu?

– Tak. Ale oczywiście niczego tam nie było. Matka po prostu oszalała. I tyle.

Nastała chwila ciężkiej ciszy.

– Wy to potraficie się bawić, chłopcy! – krzyknął nad nimi Simon, zaraz potem stawiając z hukiem na stole trzy kufle piwa. – I podczas palenia zwłok mojej babki było weselej!

– Tato! – oburzył się Anael, ale nie wytrzymał i zaśmiał się cicho.

– Chwała! Mojego syna coś rozbawiło – wyszczerzył się Simon. Nie dosiadł się do nich, tylko wziął swoje piwo do ręki.

– Mieliśmy się w coś zabawić – przypomniał mu Eldy, starając się nie myśleć o tym, o czym opowiadał mu Anael.

– Właśnie – przyznał gorliwie mężczyzna, zaglądając gdzieś w okolice wyjścia. – Zabawa polega na tym, że ja was zostawię w środku, a sam wyjdę na zewnątrz. Podoba wam się ta gra?

– Skomplikowane zasady, chyba sobie nie poradzimy – mruknął Anael.

– Cheryl będzie was miała na oku – dodał Simon, jakby go nie usłyszał. – Lepiej nie patrz, jak gra, synu, bo się zgorszysz.

I już go nie było.

– Niech sobie pali – wzruszył ramionami Anael. – A ja zastanawiałem się ostatnio, dlaczego tak często przebywa poza dowództwem… Razem z Jahardem. Jahard też pali? Chyba że to… Muszę to sprawdzić…

Eldy miał już taki mętlik w głowie, że nie nadążał za tokiem myślenia przyjaciela. Zmienił temat, a do rozmowy o jego matce już nie wrócił.

Puste kufle stanęły przed nimi szybciej, niż się spodziewali. Obaj mieli teraz wyśmienite humory, przy czym Anaelowi zachciało się spać, a Eldy miał coraz większą ochotę na działanie, w szerokim tego słowa znaczeniu. Zanim zdążył coś zaproponować przyjacielowi, podeszła do nich drobniutka kelnerka, zabierając na tacę puste kufle.

– Poprosimy o dokładkę – powiedział z powagą Eldy. – Dokładnie tego samego, modemoiselle. Na koszt mojej ciotki Cheryl, to znaczy Julie, o tej tam.

– Jasne – skinęła głową kelnerka, po czym schyliła się do nich i wskazała na dwie dziewczyny siedzące nieopodal. – Te panie kazały panów pozdrowić.

– Niech mnie santee ściśnie – wyrwało się Eldy’emu. – Co to znaczy, że nas pozdrawiają?

– Wpadliście im w oko – odparła zdezorientowana kelnerka, po czym odeszła szybko.

– Wpaść w oko? Co to za zwrot? – zdziwił się Anael. – Zaraz, co ty robisz? To są ludzie

Eldy machał do tychże dwóch atrakcyjnych dziewczyn, szczerząc się jak głupi.

– Nie rozumiesz, że to doskonała okazja, żeby w końcu porozmawiać z jakimś człowiekiem? – Eldy, patrząc na zmieszanego Anaela, wpadł na pewien pomysł. – A ty co? Gdzie twoja kultura osobista? Dobre wychowanie? Mrugnij do nich!

– Co? Po co?

– Pokaż im, że zauważyłeś ich zaloty i dziękujesz za zainteresowanie.

– Nie przesadzaj – mruknął oburzony Anael. – Nie będę podrywać jakichś dziewczyn.

Eldy zbliżył się do niego i szepnął cichutko:

– Bo wolisz chłopców?

– Nie! Nie jestem gejem! – zawołał na tyle głośno, że dziewczyny musiały to usłyszeć, bo zachichotały cichutko.

– Udowodnij.

Anael westchnął i po chwili mrugnął do nich dziwacznie. Eldy wybuchnął śmiechem.

Mnie nawet zaczarowałeś! – zawołał. Podekscytowany, dodał: – Dobra, nie ma na co czekać. Dosiądziemy się do nich.

– Nie. Nie, nie, nie! Nie mam zamiaru! – Anael wyglądał na przerażonego.

– Ja idę. Jak chcesz, to zostań.

– Tak zrobię. Przesada…

– Ale stawiam, że do minuty jakaś mademoiselle się do ciebie dosiądzie. A czy sam jej podołasz? Być może… Chociaż… No nic, okaże się.

– Niech cię Udur napadnie, Eldy! – jęknął Anael, wstając.

– Będzie dobrze, stary – klepnął go po plecach rozochocony Eldy, gdy szli w stronę dziewczyn. – Popraw muszkę, uśmiechnij się i pokaż im, kto mu ma największy mózg!

– Wielkość mózgu nie ma nic do…

– Cześć i czołem! – przerwał mu Eldy, uśmiechając się szeroko do dwóch panienek. – Jestem Eldy, a to mój… brat Anael.

– Hmm, dzień dobry…? – bąknął Anael, a uśmiech, który próbował z siebie wykrzesać, wyglądał jak grymas kogoś, kto koniecznie potrzebuje udać się do toalety. Zawstydzony tą nieudaną próbą, dodał zachęcającym tonem: – Uznaliśmy za adekwatne dosiąść się do was, by porozmawiać z wami jak… człowiek z człowiekiem.

Dziewczyny znów zachichotały. Pierwsza, która przedstawiła się jako Amanda, była mulatką i miała czarne jak oni loki oraz tegoż koloru top, przez co Eldy przez chwilę zastanawiał się, czy nie jest aby Sarmantką z Afryki; jej niebieskie oczy szybko rozwiały jego wątpliwości. Druga natomiast – Jennifer – która znacznie bardziej zwróciła jego uwagę, miała puszyste, kasztanowe włosy, czerwoną szminkę na wydatnych ustach i żółtą, niebezpiecznie rozpiętą koszulę.

– Wy nie stąd, prawda? – spytała Jennifer, popijając z wolna drinka z colą, a Eldy od razu doszedł do wniosku, że kogoś mu przypomina. – Francuzi?

– Skąd wiecie? – zdziwił się.

– Akcent, drodzy, akcent – uśmiechnęła się zalotnie Amanda.

– Uważacie, że zdradza nas akcent? – zdenerwował się nagle Anael. Nie lubił, gdy ktoś śmiał nie doceniać jego umiejętności. – A co, jeśli powiem wam, że ich weiß langt flere
hơn tibi duo, aptal persone
?

Każde z tych słów podkreślił odpowiednim akcentem i był przy tym tak przekonujący, że sam Eldy się zdziwił.

– Ach, poliglota! – Amanda, ku zgrozie Anaela, wyglądała na zauroczoną. Automatycznie się do niego przybliżyła, a on automatycznie się oddalił. Gdy w tym samym momencie kelnerka postawiła przed nimi dwa piwa, chłopak od razu zrobił trzy duże łyki.

– A zatem jesteście ludźmi… – zaczął Eldy, zapatrzony w ich kolory. – To znaczy, tak jak my! – dodał zaraz, widząc minę Jennifer. – Ale my nie jesteśmy takimi fajnymi ludźmi jak wy. Dlatego może powiecie nam coś o waszym fajnym życiu?

– A co chcecie wiedzieć? – spytała z wolna Jennifer, a Eldy ze zgrozą zorientował się, że przypomina mu Esteline i Linet jednocześnie.

– Ja chciałbym wiedzieć, jakie jest wasze ustosunkowanie do sklonowania owcy? – spytał z powagą Anael, starając się skupić uciekający mu wzrok na dziewczynach. – Bo choć jestem człowiekiem, to nie mam swojego zdania na ten temat.

– Ja nawet o tym nie słyszałam… – Amanda zrobiła smutną minkę i jeszcze bardziej przybliżyła się do Anaela, który zmarszczył z zażenowaniem brwi.

– A ja sądzę, że to chore i nienaturalne – wzruszyła ramionami zniesmaczona Jennifer. – Uważam też, że chyba mamy lepsze tematy do rozmowy! Co was sprowadza do tego klubu? Lubicie hazard? Czy też coś innego…?

– Och tak, mój brat lubi ryzyko – wypalił od razu Eldy. – Zna się doskonale na grach. Wszystkich. Jest naprawdę bardzo mądry!

– Mam nadzieję, że jeszcze dzisiaj w coś ze mną zagrasz – szepnęła do Anaela Amanda, a ten wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. – A teraz powiedz do mnie coś po francusku…

Merde – bąknął Anael, a gdy ta chciała mu dać buziaka, szybko wziął kufel do ust.

Jennifer natomiast zajęła się Eldym, którego piwo znikało stanowczo zbyt szybko.

– Studiuję medycynę – powiedziała do niego ponętnym głosem – i trochę się znam na anatomii mężczyzny… Może chcesz dowiedzieć się czegoś ode mnie…?

Eldy poczuł, że się czerwieni.

– Cóż, chciałbym się dowiedzieć, dlaczego bolał mnie brzuch, gdy kiedyś zjadłem cztery hot dogi z rzędu.

– Jesteś taki zabawny! – zaśmiała się aż nazbyt wesoło, choć Eldy pytał na poważnie. – I naprawdę atrakcyjny… Może będziesz chciał odwieźć mnie do domu?

– Odwieźć? – Eldy wiedział, że to słowo odnosi się do samochodu. Samochodu! Zaczęło kręcić mu się w głowie. – Że niby… pojazdem?

– Pewnie nie jeździsz po alkoholu… Dobry chłopczyk…

– Nie, ja po prostu…

Jennifer nie dała mu dokończyć – dotknęła jego uda, nachylając się tak, że dostrzegł jej koronkowy stanik. Była naprawdę ładna… Jak Linet. I jak Esteline. Esteline? Eldy’emu zakręciło się w głowie. Dlaczego pomyślał o niej w ten sposób?

Czuł, że ma ochotę pocałować Jennifer. Co z tego, że była człowiekiem? Tym lepiej! Ale z drugiej strony… Tak od razu? Nie wypada! Zerknął w stronę Anaela, który naprawdę wyglądał tak, jakby się miał rozpłakać. W tym samym momencie Jennifer chwyciła jego twarz i przybliżyła do swojej, muskając jego usta czerwoną szminką. Jej dłoń powędrowała dalej, a Eldy, zamiast pozwolić jej na to, odepchnął ją delikatnie. Nie, nie tego chciał. Nie od razu. Czy ludzie naprawdę pragną jednego? A gdzie w tym wszystkim pierwszy spacer, romantyczne patrzenie w księżyc czy choćby szczera rozmowa?

Oddalił się od niej.

– Dziwna jest ta wasza miłość – bąknął, biorąc do ręki piwo.

– Czy zrobiłam coś nie tak? – zmarszczyła brwi Jennifer.

– Nie, po prostu… Muszę iść do toalety.

W trakcie mówienia zorientował się, że to prawda. Paroma dużymi łykami dopił trunek.

– Idę, stary, zaraz wrócę – powiedział do Anaela, czując, że plącze mu się język.

– Błagam, na Ramizaela, nie zostawiaj mnie, Eldy! – jęknął Anael.

– Opowiedz dziewczynom o tym, co ostatnio przeczytałeś w gazecie.

Anaelowi jakoś od razu poprawił się humor. Rozbawiony Eldy ruszył w poszukiwaniu toalety, a świat wokół niego zawirował. Czuł, że zaraz się na kogoś przewróci, ale wcale się tym nie przejmował. Niczym się nie przejmował. Nagle ktoś wziął go pod rękę.

– Ktoś tu niedomaga! – zaśmiała się Cheryl. – Dokąd niosą cię te koślawe nogi?

– Chcę się odlać, ciociu. I chcę uciec od Jennifer!

– Ludzie lubią Sarmantów – mówiła Cheryl, prowadząc go na drugi koniec baru. – Chyba trochę ich przyciągamy. Nie masz co się dziwić, skarbie, że jakaś panna się do ciebie zalecała. Ludzie często są dość konkretni, w przeciwieństwie do nas.

– Ciężkie to życie… – mruknął Eldy, po czym spytał: – Wygrałaś chociaż?

– A czy Simon podpala na boku papierosy?

– Eee… tak?

– No właśnie! Dlatego możesz jeszcze wypić tyle drinków, ile zapragniesz. Ten grubas dostał szału, gdy odkryłam ostatnie karty. Nie, żebym wcześniej znalazła się na chwileczkę tuż za nim, wyjmując mu ukradkiem asa z rękawa…

– Bilokacja. Jesteś najlepsza.

– Wiem, wiem. – Cheryl uśmiechnęła się, wskazując Eldy’emu drzwi. – Działaj!

Chłopak wszedł do zadbanej toalety, wyłożonej białymi kafelkami. Szybko załatwił sprawę, a gdy mył ręce, chlusnął sobie zimną wodą w twarz, chcąc się trochę opamiętać. Jakiś elegancki mężczyzna również wyszedł z kabiny, stając przy umywalce. Eldy zmrużył oczy, próbując skupić na nim wzrok.

– Czy ty też dobierasz się do dziewczyn, zanim w ogóle z nimi porozmawiasz? – spytał z powagą. Mężczyzna popatrzył na niego tak, jakby zastanawiał się, czy mu nie przywalić.

– Pieprz się – powiedział w końcu z zażenowaniem, wychodząc szybko.

Eldy westchnął ciężko i też wyszedł, czując się trochę lepiej. Chciałby, żeby była tu Esteline, która na pewno wysłuchałaby jego lamentów. Chciałby, żeby była tu Linet – z nią to dopiero mógłby się teraz pocałować! Zamiast tego czekała na niego Cheryl, jego wystrzałowa ciotka. Też fajnie! Eldy wyszczerzył się do niej, a ona zaczęła ciągnąć go z powrotem w stronę ich stolika, powtarzając, że koniecznie musi coś zobaczyć. Przechadzali się między licznymi ludźmi, a on uśmiechał się wesoło do każdego, kto wydał mu się przyjazny. Zaczął też dochodzić do wniosku, że ta konkretna miłość chyba wcale nie jest taka zła.

Po chwili skrył się z ciotką tuż za wydającym zachęcające dźwięki automatem, dołączając do skręcającego się ze śmiechu Simona. Eldy szybko zorientował się, co go tak bawi. Sam parsknął głośno śmiechem, gdy wyglądając dyskretnie zza automatu, zauważył Anaela z miną męczennika, obok którego siedziały coraz to bardziej zbliżające się Amanda i Jennifer.

– Eureka! Jak dobrze było się upewnić, że moja linia ma szanse na przedłużenie – zawołał Simon, dysząc ciężko w przerwie od śmiechu. – Przed chwilą dał się pocałować tej mulatce! Ale teraz zestresował się przez tę drugą…

– Jennifer! Ona zalecała się do mnie, a tu proszę – zdenerwował się Eldy. – Oto, kim są ludzkie kobiety.

Ale szybko zapomniał o złości, gdy zauważył, że aktualnie obie dziewczyny chcą Anaelowi dać buziaka.

– Chłopak zaraz spadnie z krzesła – powiedziała Cheryl. – Żeby nie przyszło mu do głowy użyć Uroku Spowolnienia… Ale właściwie nie powinien go nawet jeszcze umieć.

– A czego mój syn nie umie, moja droga, piękna Cheryl? Po nim wszystkiego można się spodziewać – chichotał Simon, a Eldy’emu serce podskoczyło ze szczęścia na użyty przez niego przydomek „piękna”. I tak powinna rozwijać się miłość – powoli i z czułością!

Anael zaczął przechylać się niebezpiecznie w tył, patrząc to na Amandę, to na Jennifer; wyraźnie szukał drogi ucieczki. I nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał.

Chłopak zniknął i po chwili coś huknęło. A krzesło zostało na swoim miejscu.

– Co jest… – zaczął Eldy, ale zaraz potem zauważył, że jego przyjaciel leży tuż za krzesłem na ziemi, zupełnie zdezorientowany. Dziewczyny patrzyły na niego tak, jakby zobaczyły ducha.

Putain! – wymsknęło się Simonowi, który z wrażenia (i z upicia) omal się nie przewrócił. – No to już wiemy, jaki mój syn ma dar. Idealny moment!

– Te panienki zaraz zaczną krzyczeć – wystraszyła się Cheryl. – Czy tylko one to widziały? Trzeba będzie wyczyścić im pamięć! Niech to szlag trafi… Eldy, zaczekaj tu!

– A więc Anael potrafi przenikać przez przedmioty? – Do Eldy’ego dopiero teraz to dotarło. – Stary, jesteś moim mistrzem!

Po chwili zorientował się, że mówi sam do siebie – Simon i Cheryl błyskawicznie zajęli się sprawą. Eldy wiedział, że lepiej będzie, jeśli faktycznie poczeka, aż zrobią, co trzeba, ale za ten czas koniecznie musi coś robić. Nie może przecież stać w miejscu! Przeniósł wzrok na automat, głośny i pełen neonowych kolorów. Uśmiechnął się wesoło. Czas zagrać w to coś!

Wyjął z kieszeni kilka drobniaków od ciotki i próbował włożyć je do odpowiedniego wąskiego otworu, który rozdwajał mu się w oczach. Przeklął pod nosem, orientując się po czasie, że chyba próbuje wkładać do tego „drugiego”. Zaraz potem wszystkie drobniaki spadły mu na ziemię. Westchnął jak męczennik i schylił się po nie. Gdy wstał, zorientował się, że jakiś człowiek stoi po jego prawej stronie. I ten sam po lewej. Znów ma zwidy?

– Cześć, głąbie – warknął ten po prawej.

– Już po tobie – dodał ten po lewej.

O kurde, rude bliźniaki – pomyślał. Ale czego oni…

Trzecia osoba wykręciła mu boleśnie ręce w tył i szybko poprowadziła w stronę drzwi.

– Zachowuj się normalnie, bo inaczej skręcę ci nadgarstki – szepnął do niego zza pleców Johny, a z jego ust czuć było ohydny zapach alkoholu. – Myślisz, chłoptasiu, że pozwolę twojej mamuśce ze mną pogrywać? Może zacznie cię szukać i dokona stosownej wymiany! Zresztą moi towarzysze też mają ci coś do przekazania.

Bojąc się krzyknąć, Eldy zaczął się chociaż wyrywać, ale nikt nie zwracał na niego uwagi, a uścisk grubasa niebezpiecznie wzrósł. To są chyba jakieś żarty! – pomyślał ze zgrozą.

Po chwili wyszli w zimną, deszczową noc. Dwóch ochroniarzy odwróciło głowy w drugą stronę, dostając do ręki parę banknotów.

– Ludzie, co jest z wami nie tak?! – krzyknął wreszcie Eldy, odzyskując głos. Trząsł się z zimna, a deszcz nieprzyjemnie kąsał go po twarzy. – Zostawcie mnie, nic wam nie zrobiłem!

– A ładnie to tak śmiać się z rudych włosów, kundlu? – warknął jeden z bliźniaków.

Eldy był w szoku. Właśnie weszli w ciemny zaułek za budynkiem, gdzie znajdował się jedynie kontener na śmieci, od którego cuchnęło niemiłosiernie. To przypomniało Eldy’emu jego traumatyczne przeżycia sprzed dwóch lat, dlatego tym bardziej się przeraził.

– Przecież ja sam chciałbym mieć takie włosy! – zawołał. – Cholera! Czy wy, ludzie, nie potraficie odróżnić zachwytu od wyśmiania?

W odpowiedzi został rzucony o ścianę. Stracił na chwilę oddech. Czuł też krew w ustach. Dlaczego nie mógł już być po przemianie? Dlaczego nie miał ze sobą ostrza? Poczuł się tak samo bezbronny jak dzień wcześniej, gdy złapał go Casimir. I jak czasem stawał przed ojcem.

Teraz zdążył zrobić unik przed silnym kopniakiem. Spróbował szybko wstać, ale zawroty głowy i śliski od deszczu bruk mu na to nie pozwoliły.

– Jeśli chcecie, zajmijcie się nim – polecił spowity cieniem Johny – ale tylko trochę. Co by nie było, to jeszcze dzieciak.

– Zaraz, zaraz, zaraz! – zawołał Eldy, machając rękami. Napastnicy mienili mu się przed oczami, dlatego wycelował palcem gdzieś pośrodku nich i oznajmił dobitnie: – Chcę tylko powiedzieć, że jesteście jedynie kupą gnoju, gorszą od wszystkich Wakili razem wziętych, i że zawiodłem się na was, ludzie. I wiecie co? Rude włosy są beznadziejne!

Długo nie żałował tych słów. Nie żałował, gdy dwóch rudych zaczęło kopać go w brzuch i plecy. Gdy wpadł głową w brudną kałużę. Gdy zwymiotował krwią. Pożałował dopiero wtedy, gdy postawili go na nogi i przystawili mu coś do głowy.

– Masz nam coś jeszcze do powiedzenia, sukinsynu? Czy wreszcie zamkniesz tę mordę?

– Czy to jest broń palna? – spytał, krzywiąc się z bólu wszechobecnego.

– Nie, zabawka na plastikowe kulki, wiesz?

– Uf, już się bałem – odetchnął z ulgą, na co ci, ku jego zdziwieniu, wściekli się jeszcze bardziej. Jeden z rudzielców już zamachiwał się do kolejnego uderzenia, celując prosto w twarz Eldy’ego, gdy nagle ktoś chwycił go za fraki i jedną ręką rzucił w stronę kosza.

– Nie żyjecie, ludzkie skurwysyny!

Eldy, mimo pulsującego bólu, uśmiechnął się szeroko na widok rozjuszonego Simona, który wsadził głowę jednego z rudych prosto do śmierdzącego kosza, a drugiego,  nie zważając na zasady Sarmantów, uraczył wielkim bąblem wodnym, który sprawił, że jego ofiara zaczęła się dusić. Tymczasem Cheryl zajęła się przerażonym Johnym, który był bliski omdlenia, gdy nagle zobaczył przed sobą jej sobowtóra, przywalającego mu mocno w szczękę.

Obolały Eldy przyglądał się tym scenom przez chwilę, po czym zsunął się na ziemię, nie mając siły dłużej się utrzymać. Zaraz potem znalazł się przy nim Anael.

– Przepraszam, przepraszam! – powtarzał ciągle. – To przeze mnie i przez mój nowy, głupi dar! To znaczy chyba całkiem niezły… Ale spokojnie! Chwila i będziesz czuł się dobrze.

Zaczął mruczeć pod nosem Urok Uzdrowienia, a Eldy poczuł natychmiastową ulgę. Zamknął w zadowoleniu oczy, czując, jakby ktoś smarował go ciepłym balsamem, który natychmiastowo leczy siniaki i stłuczenia. Musiało mu się na minutę zdrzemnąć, bo gdy znów otworzył oczy, prawie nic go nie bolało, a Cheryl, Simon i Anael schylali się nad nim, przyglądając mu się badawczo.

– Wszystko dobrze, skarbie? – spytała z troską Cheryl. – Tak mi przykro, że do tego doszło…

– Czuję się wspaniale, kochani – przyznał Eldy, orientując się, że alkohol wciąż na niego działa. – Dałem się im idiotycznie podejść… Co z nimi?

– Leżą nieprzytomni – odparł wciąż zdenerwowany Simon. – Jak się obudzą, wyczyszczę sukinsynom pamięć. Prawdopodobnie…

– Ludzie są gorsi od Udurów – mruknął  Eldy, wstając. Spojrzał na Anaela z uśmiechem. – Dzięki za pomoc. I wam też dzięki, że mnie uratowaliście od tych bydlaków.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł Simon. – Zmykaj z nim, Cheryl. Ja zajmę się nimi i wrócę z Anaelem. Impreza skończona. Chociaż spuściłbym jeszcze komuś łomot…

Cheryl przewróciła oczami, obejmując Eldy’ego.

– Następnym razem będę cię lepiej pilnować – rzekła ze smutkiem i wstydem w głosie. – Może w ogóle nie powinnam cię zabierać, jesteś przed przemianą…

– Przestań – oburzył się Eldy. – Potrzebowałem tego wszystkiego. Po prostu. Jesteś najlepszą ciotką pod słońcem!

Cheryl uśmiechnęła się, odliczyła do trzech i przeniosła go przed dowództwo. Ta nagła zmiana otoczenia sprawiła, że Eldy od razu poczuł się lepiej.

– Nie ma to jak dowództwo – przyznał niechętnie, patrząc na masywny budynek, który migotał mu przed oczami. Nagle poczuł, że znów ma pełny pęcherz; stres musiał zrobić swoje. Dochodząc do wniosku, że nie zdąży dobiec do dowództwa, powiedział szybko: – Przepraszam, znów muszę się odlać! Możesz już wrócić.

– O nie, poczekam tu na ciebie. Żeby cię znów ktoś nie porwał.

Zestresowany Eldy pobiegł chwiejnie w stronę lasku, a mając świadomość tego, że Cheryl patrzy, biegł i biegł, aż przestał ją widzieć. Przez całą tę drogę czuł, że ciężkie myśli niczym trucizna zaczynają zalewać jego umysł. Szaleniec Casimir, tyran ojciec, obrażona Esteline, niedosięgła Linet, zdrajca Everley, głupi i żałosny on…

Dopiero opróżnianie pęcherza sprawiło, że trochę się wyciszył.

Nagle zdało mu się, że coś słyszy. Nie mógł nic zobaczyć z powodu wszechogarniających ciemności, dlatego zapiął rozporek i nadstawił ucha. Po chwili już wszystko wiedział. Jakieś dwie osoby w środku nocy całowały się potajemnie, i to w lesie! Kto to taki?

Ciekawość sprawiła, że Eldy instynktownie zaczął skradać się bliżej mlaskających dźwięków. Będąc już naprawdę blisko, wyjrzał zza drzewa i omal nie krzyknął. Ale że tu? Przy dowództwie? Zszokowany, ukradkiem się wycofał i pobiegł w stronę Cheryl.

To, kogo zobaczył, zmieniało postać rzeczy.

Czytaj dalej –> Rozdział 8.