Rozdział VI

Eldy obudził się w łóżku ze wspaniałą, miękką pościelą. Jeszcze zanim otworzył oczy, doszedł do wniosku, że przecież on takiej nie ma. Pierwsze, co mu przyszło do głowy, to że Casimir znów go porwał. Zerwał się gwałtownie z żałosnym krzykiem, a gdy zaraz potem zorientował się, że przy łóżku siedzi zmartwiona Linet, a on sam jest w jej estetycznym, pełnym granatu i bieli pokoju z koronkowymi zasłonami, zakrył twarz ze wstydem.

– Ach, Eldy, jak się czujesz? – spytała od razu Linet; oświetlona promieniami słonecznymi zza okna wyglądała jak prawdziwy anioł.

– W tym momencie jak w niebie – wydukał. Właściwie powinien się cieszyć, że obudził się w jej łóżku i że byli sami w pokoju… Ale zaraz potem przypomniał sobie wszystko, co miało miejsce przed jego iście spektakularnym omdleniem. Aż zatrząsnął się cały, mając przez chwilę wrażenie, że jego ciało znów jest rozrywane od środka. – Jak długo tak leżałem?

– Jakieś dwadzieścia minut… Everley postanowił, że zaniesiemy cię do mnie. Nie chciał, żeby twoja matka wpadła w panikę.

– Dobry brat – powiedział bardziej do siebie niż do niej Eldy, siadając na łóżku koło Linet. Zmusił się jednak do wypowiedzenia tego, co absolutnie mu teraz wypadało. – Przepraszam cię za kłopot. To, co się stało koło windy, było idiotyczne. Już mnie tu nie ma…

– Ależ zostań – powiedziała łagodnie dziewczyna, kładąc na chwilę swoją ciepłą, delikatną dłoń na jego zimnej i spoconej. – Powiedz mi lepiej, co ci się stało…

Eldy wolałby teraz zrobić co innego, ale zamiast tego palnął:

– Zemdlało mi się, ale warto było, skoro jestem tu teraz z tobą!

Linet zaśmiała się cicho, a Eldy uznał, że nawet to potrafiła zrobić z gracją. Ale gdy zaraz potem przypomniał sobie, że widział ją, jak trzymała się z Everley’em za rękę, zmarszczył brwi.

– A gdzie jest mój brat? – zapytał podejrzliwie.

– On… – Linet zagryzła wargi. – Cóż, nie spodoba ci się to.

– Co?!

– Miałam ci nie mówić, no ale… Poszedł po mojego pradziadka Burgsa. Żeby cię zbadał. Uważa, że to nie robota dla Odette.

Burgs był jednym z Alchemików – tak nazywano siedmiu bardzo starych, mądrych i  doświadczonych Sarmantów, którzy większość swego czasu spędzali zamknięci w pracowni na szóstym piętrze, gdzie przeprowadzali dziwaczne eksperymenty i pracowali nad tajnymi sprawami, o których nikt nic nie wiedział. Wyprodukowali już wiele przydatnych przedmiotów dla Sarmantów, takich jak kula świetlna w zastępstwie za Urok Światła, która świeci tym jaśniej, im mocniej się ją chwyci, albo monokl, który podczas misji nie tylko ujawnia, w którym człowieku siedzi Wakil, ale i pokazuje, czy to Udur, czy też jakaś słabsza forma.

Poza linią dowódców byli najbardziej szanowanym gronem i to do nich chodziło się po pomoc w związku z niecodziennymi problemami. Zawsze mieli odpowiedź na wszystko.

Dlatego Eldy tym bardziej musiał uciec z tego pokoju.

Zerwał się na równe nogi, gotów wybiec na korytarz, jednak Linet go zatrzymała.

– Zaczekaj – powiedziała tylko, a on automatycznie wykonał polecenie. Może oprócz daru telekinezy potrafiła też wpływać na Sarmantów płci męskiej? – Nie chcesz dowiedzieć się, co ci dolega? Dobrze wiesz, że to nie jest normalne…

– Nie!

– Ale ja już tak. I Everley również. Martwimy się o ciebie…

Linet się o niego martwiła? Eldy uśmiechnął się pod nosem.

Dziewczyna była jedynaczką i choć jej rodzice nie należeli do najmilszych, wręcz przeciwnie – byli wyniośli i dość oschli – to i tak od małego spełniali różne jej zachcianki, jakby w rekompensacie za brak czułości. Linet przyzwyczaiła się zatem do tego, że ma wszystko, czego zapragnie. Ciągle chwalona i doceniana za swoją urodę i wdzięk, przez pewien czas była tak zapatrzona w siebie, że większość rozmów z nią opierała się właśnie na jej osobie. Jej życie było idealne, a ona sama nie miała żadnych problemów; dużo czasu zajęła jej nauka dostrzegania takowych u innych. Eldy wiedział, jak bardzo starała się nie skupiać na sobie, i musiał przyznać, że od jakiegoś czasu wychodziło jej to naprawdę dobrze. Cieszył się na każdy przejaw zainteresowania z jej strony.

Mimo wszystko zawsze miał wrażenie, że choć pozornie jej życie jest doskonałe, ona wcale nie czuje się szczęśliwa. Jakieś pół roku temu, gdy podczas jednej z ich nielicznych rozmów w cztery oczy siedzieli na ławeczce przed dowództwem, Linet, mocno zamyślona, powiedziała mu coś niepokojącego.

„Czuję taką pustkę, Eldy, tak wielką…”.

Chłopak próbował dopytać, co miała na myśli, ale ona, wyrwawszy się od razu z rozmyślań, pokiwała tylko głową, posyłając mu swój najwspanialszy, delikatny uśmiech i prędko zmieniła temat. Eldy do dziś żałował, że nie był bardziej dociekliwy. Jego zdaniem Linet potrzebowała nie setki adoratorów, a tego jednego jedynego Sarmanta, który nie tylko by jej schlebiał, ale i okazał należytą czułość, której zawsze jej brakowało; wypełnił na stałe ową pustkę, która ją dręczyła. Eldy, rzecz jasna, był gotów na takie poświęcenie! Ale kto wie, czy przez to zwlekanie jego miejsca nie zajmie Everley? A może już zajął?

Na razie Eldy nie myślał jednak o bracie, tylko o natychmiastowej ucieczce przed Burgsem, mimo że oczywiście wolałby zostać tu z martwiącą się o niego Linet.

– Nic mi nie było, nie jest i nie będzie – oznajmił. – Przekaż twemu pradziadkowi, że ozdrowiałem i ze szczęścia wybiegłem w podskokach z pokoju.

– Ale Eldy…!

W momencie gdy otworzył drzwi, w progu już stali Everley i Burgs.

– O! Dzień dobry… –  bąknął, nie mając teraz odwagi zwiać. W myślach dodał kilka przykrych przekleństw.

Starzec wszedł bez słowa do pokoju, a Everley zamknął za nimi drzwi.

– Cześć, pradziadku – uśmiechnęła się Linet, a ten tylko skinął na nią głową.

Był małomówny jak wszyscy Alchemicy; jego wiek zdradzały liczne zmarszczki na twarzy i lekko zamglone oczy, jednak poza tym Burgs trzymał się świetnie – miał długie, oczywiście wciąż czarne włosy i wyprostowaną, choć wyjątkowo chudą posturę, co uwydatniał długi do kostek płaszcz.

Starzec ruchem ręki wskazał, by Eldy siadł na łóżku, sam zaś stanął przed nim.

– Powiedz, co się stało – polecił tylko lekko chropowatym głosem, mierząc go beznamiętnym wzrokiem.

– Zupełnie nic! – zawołał chłopak, ale widząc miażdżące spojrzenie brata, dodał poirytowany, nie patrząc Burgsowi w oczy: – Tak jakoś straciłem przytomność. Jestem niemal pewien, że z przemęczenia. Tyle. Nic strasznego.

– Nic strasznego! – prychnął Everley. – A co robiłeś wcześniej? Może ktoś coś ci zrobił?

Miał na myśli ojca, to było pewne. Alchemik jednak od razu pokiwał przecząco głową.

– To nie moja sprawa – mruknął, za co Eldy chciał go wycałować.

Zaraz potem starzec dotknął opuszkami palców czoła chłopaka, na co ten wystraszył się nie na żarty. Słyszał, że dary Alchemików są potężne. Co, jeśli Burgs potrafi przejrzeć jego umysł i dowiedzieć się o Casimirze?

Alchemik po parunastu sekundach zabrał rękę i Eldy zauważył, że jego źrenice powiększyły się znacznie. Powiedział jednak tylko:

– Potrzebujesz odpoczynku. Przyjdź do mnie jutro, coś dla ciebie przygotuję. To wszystko.

Everley bardzo dokładnie przyglądał się Burgsowi, gdy wypowiadał te słowa.

– I tyle? – spytał podejrzliwie.

Starzec wzruszył ramionami. I choć Linet zaczęła go prosić, by powiedział coś więcej, ten wyszedł bez słowa z pokoju.

– Milusi… – prychnęła cicho.

– Bracie – powiedział od razu z powagą Everley. – Musimy porozmawiać.

– Nie chcę! – zawołał zły na cały świat Eldy. – Nie traktuj mnie jak dzieciaka, który ciągle potrzebuje opieki.

Everley westchnął i spojrzał na zdezorientowaną Linet.

– Nie obraź się, ale… muszę porozmawiać z bratem sam na sam. Sprawy rodzinne…

Jeszcze gdy to mówił, Eldy już był za drzwiami, chcąc uciec jak najdalej. Często zwierzał się bratu. Bratu i Esteline, czasem też Anaelowi. Ale teraz nie mógł! Nikt nie mógł dowiedzieć się o misji od Irotha ani o Casimirze. Nikt!

– Zaczekaj, do stu Udurów! – zawołał za nim wściekle Everley, próbując go dogonić. Wreszcie złapał go za rękaw i szarpnął w swoją stronę, ciągnąc za najbliższy róg, gdzie było ciemniej niż na głównym korytarzu, oświetlonym licznymi żyrandolami. Dopiero teraz Eldy zobaczył niebezpieczny błysk w oku brata. Błysk, który nigdy nie świadczył o niczym dobrym. – Nie wymigasz się od tego. Myślisz, że nie wiem, po czym Sarmanci mdleli jakieś pięćset lat temu, zanim stworzono Czarną Listę? Wszystko jest zapisane w starych księgach, a ja lubię je czytać. Powiedz mi zatem prawdę. I spójrz mi, na Ramizaela, w oczy! Czy ktoś użył na tobie któregoś z zakazanych uroków?

Eldy wystraszył się nie na żarty. Zapomniał, że jego brat jest tak bystry. Że przecież to najszlachetniejszy z szlachetnych strażnik zasad sarmanckich rodu zaszczytnego, obrońca i mściciel. Zaklął w duchu. Nie powinien tak o nim myśleć. Everley robił co mógł, by Eldy był bezpieczny. Dlatego teraz to on musi sprawić, by starszemu bratu nic nie groziło.

– Nie – powiedział z największą powagą i pewnością, na jaką było go stać. – Stary, czy nie możesz zrozumieć, że naprawdę źle się dzisiaj czułem? I że marnie spałem w nocy? Wiem, o co zaraz zapytasz. I odpowiem zgodnie z prawdą. Tak, ojciec doprowadza mnie do ciężkich stanów, stresuję się przez niego. Może to i miało jakiś wpływ na to moje omdlenie. Ale dzisiaj przeprosił mnie razem z mamą. Tak, zrobił to! Pewnie go do tego zmusiła, ale jednak. Dlatego na razie mam go po prostu gdzieś i się nim nie przejmuję. Hej, Everley, jest dobrze! Dzięki za troskę i tak dalej. Jesteś super bratem, nie żartuję.

Najchętniej dodałby na koniec, że Linet się o niego martwi, co go uzdrawia, ale widząc dziwnie przygnębioną minę brata, wolał się już nie odzywać.

– Pamiętaj, że w tym dowództwie jest Sarmant, który rozpoznaje prawdę i kłamstwo – mruknął cicho lecz groźnie Everley. Miał na myśli Isidora, budzącego oczywisty respekt Sarmanta, który odgrywał kluczową rolę w przesłuchaniach, a czasem i rozprawach. Był też głównym strażnikiem wejścia do dowództwa.

– Grozisz mi, gówniarzu? – odparował zgrubionym tonem Eldy, naśladując ojca, po czym zaśmiał się głośno i poklepał brata po ramieniu. – Pan lekarz kazał odpocząć, więc grzeczny pacjent idzie dostosować się do jego zaleceń! Spadam. Powodzenia na najbliższej misji. Aha, i nie mów nic mamie, wiadomo.

Odszedł swoim typowym, luźnym krokiem, choć tak naprawdę wciąż był bardzo spięty.

Resztę dnia spędził niezbyt ciekawie. Odbył dość nudne szkolenie dotyczące szczegółów życia Sarmantów i ludzi w epoce baroku, a później zmusił się do pójścia na kolejne ćwiczenia walki z Demidionem, ale po raz pierwszy od dawna nie ćwiczył z Esteline, która nie obdarzyła go nawet spojrzeniem. Slavia specjalnie przyszła na zajęcia, by być jej partnerką w walce; nie szczędziła sobie groźnych spojrzeń w jego stronę. Eldy ćwiczył z Camille, siostrą Anaela. Była ponad dwa lata od niego starsza i przeszła już przemianę, mimo to przychodziła czasem na treningi. Chłopak nie poświęcał jej jednak należytej uwagi, zmartwiony obrażoną na niego Esteline i zły na siebie za ten nieszczęsny pocałunek. Wiedział, że dopóki nie wyjaśni jej wszystkiego, ona nie będzie się do niego odzywać.

Po treningu chciał do niej podejść, ale Slavia, mimo wyraźnej jej dezaprobaty, łypnęła na niego gniewnie.

– Obrończyni się znalazła! – nie wytrzymał Eldy, przewracając oczami.

– Niby przed kim? Gościem, co ma na sobie bokserki w serduszka? – odparowała Slavia.

Oczywiście nie było wokół Sarmanta, który by tego nie usłyszał.

Zażenowany Eldy mruknął pod nosem coś typu: „Jak można mieć w ogóle tak żenujący dar…?”, po czym włożył ręce do kieszeni i wyszedł z sali.

Do końca dnia, ciesząc się z czas wolnego, zdążył przebiec lasem kilka kilometrów dla rozluźnienia i poćwiczyć trochę na siłowni z kilkoma nudnymi znajomymi z treningu. Na kolację zszedł dopiero około dwudziestej trzeciej; przez brak apetytu i tak musiał zmusić się do przełknięcia najzwyklejszej kromki chleba z wędliną.

Gdy wlókł się później schodami na górę, rozmyślając o wszystkim, co mu się dzisiaj przytrafiło, w głębi korytarza na pierwszym piętrze zauważył Everley’a, który wchodził do sali ćwiczeń. No tak, Król Ostrza musi mieć spokój, by szlifować walkę do perfekcji! Zdecydował się pójść za nim.

Choć zawsze naśmiewał się z jego typowo sarmanckiego nastawienia, brat tak naprawdę był dla niego autorytetem. Eldy lubił patrzeć na jego wspaniałą walkę, na jego skupienie, szybkość i doskonale wymierzone ruchy. Zawsze pragnął być taki jak on, zawsze pragnął być nim. Ale nie mógł, więc na ten moment musiał zadowolić się podglądaniem.

Podszedł na palcach pod wielkie drzwi do sali ćwiczeń i spojrzał przez dziurkę od klucza. Everley stał na środku, trzymając w ręku ostrze. Ale nie był sam. Rozmawiał z kimś i choć Eldy nie widział, z kim, od razu się domyślił. Przyłożył ucho do drzwi, nasłuchując.

– …Pokażesz, czy naprawdę ćwiczyłeś tak dużo, jak twierdzisz – mówił Barly tonem na pewno milszym, niż gdy odzywał się do niego. – Całe noce, powiadasz?

– Tak, ojcze. Sądzę, że doszedłem do perfekcji.

– To się dopiero okaże.

Byli tak skupieni na sobie, że Eldy pozwolił sobie uchylić lekko drzwi, by mieć lepszy widok. Teraz widział dokładnie, jak Barly z założonymi rękami i zmarszczonymi brwiami przygląda się Everley’owi, który wykonuje jakieś skomplikowane i szybkie ruchy oraz piruety, wywijając przy tym ostrzem. Eldy nie mógł oderwać od niego wzroku, zafascynowany jego umiejętnościami. Nie znał drugiego Sarmanta, który walczyłby tak uważnie i starannie jak on.

– I tyle? – mruknął wyraźnie niezadowolony Barly, gdy jego syn już skończył.

– Tyle – odparł Everley, oddychając ciężko. – Lepiej nie będzie.

– Że co?! – zawołał rozgoryczony ojciec. – Sądzisz, że tylko na tyle cię stać?

– Co ci nie pasowało w tym układzie? Jest długi i trudny.

– Szybciej! Musisz go robić szybciej, do cholery! Jak dziesięć Udurów rzuci się  na ciebie, a będziesz sam, nie poradzisz sobie w tym tempie! Poza tym mógłbyś też popracować nad układem nóg. Dwa razy odniosłem wrażenie, że zaraz się potkniesz. Żałosne… Nie możesz sobie pozwalać na takie uchybienia.

– Chyba najważniejsze, że ja jestem z siebie zadowolony. Ćwiczyłem jak kazałeś, zrobiłem, co mogłem, a teraz przez jakiś czas chcę powalczyć dla siebie, nie dla ciebie.

– Widzę, że udzielił ci się buntowniczy nastrój twojego dziecinnego brata… Wiesz, że nie dam ci spokoju, synu, dopóki nie osiągniesz perfekcji. To ja sprawiłem, że zaczynają nazywać cię Królem Ostrza, chociaż nie wiadomo nawet, czy przejdziesz przez eliminacje. Ośmiu Sarmantów z całego dowództwa, tylko ośmiu! Dzięki mnie masz niemal pewność, że ci się uda. Więc to ja decyduję, jaki będzie twój następny ruch.

– Nie muszę się ciebie słuchać!

Barly zaczął się śmiać. Parszywie i złośliwie.

– Już wiem, o co ci chodzi – zawołał, nie przestając chichotać. – Widziałem cię ostatnio z tą ślicznotką, jak jej tam… Linet! Pewnie szkoda ci czasu na treningi, skoro możesz się za nią uganiać, co? Za tą puszczalską, zdradliwą, przygłupią smarkulą, która…

Nie zdążył dokończyć. Everley rzucił się na niego. Ten jakby tylko na to czekał – wyjął zza pazuchy swoje ostrze i zaczął się bronić, a z jego twarzy nie znikał szyderczy uśmiech.

– Dalej! – wołał. – Pokaż, jak się denerwujesz!

Tego Eldy się nie spodziewał. Nie miał pojęcia, jak zareagować – rzucić się na ojca za to, co powiedział o Linet, stanąć w obronie brata, tak jak ten zawsze stawał w obronie jego, uciec, czy czekać, aż sytuacja się rozwinie. Nie minęła chwila, a na jego oczach Barly powalił syna na ziemię, a gdy ten natychmiast spróbował się podnieść, kopnął go w brzuch tak mocno, że ten aż skulił się, powstrzymując odruch wymiotny.

– Tak jak mówiłem, walczysz za wolno – powiedział Barly, a uśmiech zniknął z jego twarzy. – Nie rozumiesz, że chcę dla ciebie dobrze? Że tylko w ten sposób mogę nauczyć się prawdziwej walki? Nie możesz przestać! Nie możesz się rozpraszać! Jesteś dla mnie najważniejszy, dlatego zrobię wszystko, żebyś wziął udział w turnieju za rok i go wygrał. Wtedy docenisz moje starania. Ja sam też startowałem w turnieju w tak młodym wieku, ale mi się nie udało. Dopiero za trzecim razem zdobyłem tytuł. Wierzę, ba!, wiem, że tobie uda się już w pierwszej próbie. A teraz idź odpocząć. Jutro nasza kolej na połów Wakili.

Barly podał Everley’owi rękę, ale ten wstał o własnych siłach, nawet na niego nie patrząc. Jeśli coś go bolało, doskonale to ukrywał. Minął ojca i z wściekłą miną ruszył do drzwi. Eldy odskoczył od nich jak oparzony, uciekając w stronę schodów. Choć wiedział, że powinien porozmawiać z bratem, rozsądek kazał mu zejść mu z drogi.

Gdy już znalazł się w łóżku (Elvira oczywiście czekała na niego przed pokojem, pytając, gdzie się tyle włóczył), gdy już zaczął analizować to, co właśnie zobaczył, uderzyła go pewna myśl. Jak często Everley tak dostawał od ojca? Jak często krył ból, nie spał nocami, ćwicząc, był wyzywany i wyśmiewany? Eldy wiedział, że ciężko pracuje na zaspokajanie wygórowanych wymagań ojca, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest tak źle. Everley jednak nigdy jakoś nie narzekał, nie robił z siebie ofiary, nie wyżalał się na prawo i lewo. W przeciwieństwie do niego. Eldy zawsze myślał, że tylko jego Barly tak traktuje. Zazdrościł bratu, że jest pupilkiem ojca, że ten tak go kocha. Najwyraźniej się mylił.

Jestem nikim – uznał z goryczą, przesuwając się z boku na bok.

Ostatecznie nie zmrużył nawet oka.

Rano, jedząc śniadanie z Anaelem, jego siostrą i kilkoma innymi Sarmantami, pozwolił sobie wypić santee, by trochę ożyć. Prawdziwym pobudzeniem okazał się widok wchodzącego na stołówkę Casimira, ale mężczyzna nawet na niego nie spojrzał. Eldy mógł tylko zastanawiać się, jak długo urok Avertona zadziała. Chciał z nim później porozmawiać, nie zapominając ani na chwilę o zleceniu od Irotha, ale okazało się, że i on dzisiaj wybrał się na misję.

Sarmanci mieli bowiem wyznaczony harmonogram – w każdy dzień inna grupa udawała się na łowy, a dzisiaj „zaszczyt” ten przypadał między innymi rodzinie Eldy’ego i Avertona. Poza tym dorośli Sarmanci mieli też przydzielone dni i godziny, w których musieli udawać się na zwiady w różne części Europy, a także sprawdzać, jak ma się sytuacja na posterunku amerykańskim. Prócz tego każdy miał przydzielone godzinowo różne robótki w samym dowództwie, związane ze sprzątaniem, gotowaniem, praniem i masą innych spraw. Ciągle było coś do roboty. Nieco lepiej mieli się Sarmanci, którzy jeszcze nie przeszli przemiany lub dopiero co po niej byli – oni, poza drobnymi robótkami, mieli skupiać się zwłaszcza na różnych szkoleniach, na ćwiczeniu walki oraz podstawowych uroków.

Zawsze w te dni, gdy nie było ojca, Eldy ćwiczył walkę razem z Esteline lub Everley’em. Teraz jego przyjaciółka wciąż się do niego nie odzywała. Nie spodziewał się, że aż tak będzie mu jej brakować, a minął dopiero jeden dzień, odkąd nie rozmawiali.

W związku z tym Eldy, po porannych zajęciach dotyczących nauki o urokach, potowarzyszył tym razem Anaelowi w ćwiczeniu Uroku Ognia – odpowiednika daru Irotha – zachwycając się łatwością, z jaką przychodziła mu nauka. Odnosił wrażenie, że każdy wokół jest w czymś dobry oprócz niego.

Zrezygnowany udał się o piętnastej na kolejne szkolenie dotyczące wiedzy o Sarmantach.

– Zanim przejdziemy do tematu rodowodów – mówiła prowadząca Sarmantka – krótkie przypomnienie z wiedzy ogólnej. W którym roku i gdzie dokładnie rozbił się statek Ramizaela?

– Na Morzu Śródziemnym w czerwcu tysiąc dwieście czterdziestego dziewiątego roku, za panowania Ludwika IX podczas krucjaty na Egipt.

– Dobrze, Esteline. A Ramizael…

– Wojownik, należał do stanu drugiego, a dokładniej do szlachty miecza. Ramizael  Charmant, stąd nazwa naszego rodu.  Miał osiemnaście lat, gdy statek zatonął. Woda wyrzuciła ich na niewielką wysepkę, ukrytą między skałami. Tam znalazł wejście do jaskini, w której odkrył schowane między skałami źródło santee. Spragniony, spróbował zielonego napoju, przez co przeszedł przemianę. A uciekając przed Wakilami, które się na niego rzuciły, przeniósł się do swojego domu we Francji. Zrozumiał, że otrzymał dar teleportacji, który my odziedziczyliśmy po nim jako po pierwszym Sarmancie.

– Dobrze, a potem…

– Ród się rozrastał, a Sarmanci zaczęli walczyć z Wakilami. Najstarszy syn zostawał przywódcą pozostałych. Trzy wieki później jeden z nich postanowił wybudować dowództwo, by oddalić się od ludzi i skupić na szkoleniach. Wtedy też część przeniosła się do Afryki i Azji.

– Na razie wystarczy, Esteline, niech też ktoś inny się wypowie. Cofnijmy się jeszcze. Eldy, skoro tak ci się nudzi, to może opowiesz nam, co stało się po przemianie Ramizaela?

– A o czym była mowa?

– Właśnie powiedziałam.

– Nie wiem.

– Jak to: nie wiesz?

– Nie pamiętam, co było wtedy. Chyba użyto Uroku Ochrony na wejście do jaskini, żeby żaden człowiek już tam nie wszedł.

– Czy ty siebie słyszysz, chłopcze? Jak mógłby użyć uroku, skoro uroki zaczął tworzyć dopiero jego syn Razmel? Wstyd, żeby Sarmant tak się pomylił! Kto powie…?

– Ramizael, ledwo uciekając przed Wakilami, zdobył santee i podał swojej siostrze, która umarła po dwóch dniach. Tak właśnie dowiedział się, że nikt więcej Sarmantem nie zostanie. Gdy urodził synów, a oni również przeszli przemianę, zrozumiał, że tylko drogą dziedziczną może sprawić, że ród się rozrośnie.

– Tak, tak, Esteline, mądra z ciebie Sarmantka. Dlaczego nikt inny się nie odzywa? Yvonne? Lisa? Nieważne. A ty, Eldy, lepiej to sobie zapamiętaj.

– Nie śmiałbym nie.

Eldy wiedział, że on i Esteline są mało lubiani – ona przez to, że nigdy nie dawała nikomu dojść do słowa, a on, że miał wszystko gdzieś. A teraz nawet nie mogli się trzymać razem!

Gdy szkolenie się skończyło, zniechęcony wszystkim Eldy uznał, że nie pozostało mu nic innego, jak tylko udać się do Alchemików. Na szóstym piętrze był zaledwie kilka razy; czuł, że to miejsce z wyższych sfer, w którym nie wypada mu przebywać. Cieszył się, że przynajmniej nie ma w dowództwie rozpieszczonego Athenota, który, przechadzając się dumnie po swoim szlachetnym piętrze, wyśmiałby go głośno i złośliwie.

W końcu Eldy wysiadł z windy i ruszył korytarzem, który różnił się od tych na dole – pozłacane ściany urozmaicone były wspaniałymi płaskorzeźbami, a świecące jasno złote żyrandole błyszczały wspaniałymi diamencikami, oczywiście prawdziwymi. I po co ten przepych? – zastanawiał się Eldy. Ile pieniędzy można by było zaoszczędzić, kupując najzwyklejsze lampy? Odłożone grosze można by było wydać na nowy sprzęt do przedpotopowej siłowni. Ale Eldy nie miał nic do gadania, jak każdy inny Sarmant.

Po chwili stanął naprzeciwko jedynych w dowództwie metalowych drzwi, które prowadziły do warsztatu Alchemików. Nie zdążył nawet podnieść ręki, by w nie zapukać, jako że te natychmiast się przed nim otworzyły, ukazując szacowne oblicze Burgsa. Eldy już chciał wejść do środka, ale to Alchemik wymknął się na korytarz, zamykając za sobą bezgłośnie drzwi. No tak, w końcu nikt nie miał wstępu do środka.

– Dzień dobry – bąknął Eldy, nie wiedząc, co właściwie powiedzieć.

– Czekałem na ciebie – mruknął Burgs. Jego zamglone oczy rozglądały się bacznie dookoła; wyraźnie nie chciał, by ktokolwiek ich podsłuchał. – Mam tu coś dla ciebie.

Trzymał w swoich szponowatych palcach jakieś zawiniątko.

– Eee… Dziękuję? – bąknął Eldy, nie rozumiejąc, co właśnie od niego otrzymał.

– Tak jak mówiłem, musisz odpocząć – rzekł bez większych emocji, choć z powagą, Burgs. – Stres i napięcie, które zrodziły się w twoim umyśle, są tak głębokie, że oddziałują na twoje ciało. Jeśli nad tym nie zapanujesz, to…

– To co? – ponaglił go poddenerwowany Eldy.

– Prawdopodobnie umrzesz – wzruszył ramionami Alchemik. – Stan tak silnego niepokoju to rzadkość. Możliwe, że w końcu doprowadzi do mala-psychose. A w twoim przypadku to będzie koniec.

– Aha. – Chłopak nie wiedział, jak inaczej miałby skomentować słowa Burgsa.

– Zaparzaj te zioła dwa razy dziennie od teraz. I zrelaksuj się. Powinno pomóc.

– Dziękuję, panie Burgsie – odparł zgnębiony i już miał się oddalić, gdy Alchemik chwycił go niespodziewanie za przedramię. – Coś jeszcze? Powinienem jakoś zapłacić?

– Powinieneś przyznać się, kto użył na tobie Uroku Rozszczepienia – szepnął starzec tak cicho, że wystraszony Eldy zastanawiał się, czy przypadkiem się nie przesłyszał.

– Nikt go na mnie nie użył! – odparł od razu ze złością, ale Alchemik szarpnął go tylko mocno, mrużąc przy tym oczy i zaciskając popękane usta.

– Urok Rozszczepienia powoduje omdlenie i wie to każdy bardziej wyedukowany Sarmant – warknął. – Myślisz, że inaczej przyszedłbym wczoraj do ciebie osobiście? Ktokolwiek to zrobił, świadczy to tylko o degeneracji, która powoli postępuje w tym dowództwie. Ostrzegałem już dowódcę, ale nie chce mnie słuchać. Nie wiem, jak długo zniosę pracę pośród tego, co się tu dzieje.

Eldy patrzył na niego z szeroko otwartymi oczami, nie mając pojęcia, co powiedzieć.

– Lepiej przyznaj się przed dowódcą lub przed jego synem, chłopcze, kto miał czelność wywołać taki urok na Sarmancie. Chcesz, żeby ten ktoś dalej bezkarnie łamał zakazy z Czarnej Listy? A teraz zejdź mi już z oczu. I wróć tu, gdy skończą ci się zioła.

Tuż po wypowiedzeniu tych słów Burgs odwrócił się i wszedł do swojej pracowni, trzaskając za sobą głośno drzwiami.

– Noż jasna cholera! – skomentował głośno Eldy, dodając w duchu, że czas najwyższy, aby wszyscy się od niego odwalili.

Ruszył zamaszystym krokiem w stronę windy. Z buntowniczą miną zjechał na parter, mając zamiar pójść na stołówkę i wyjeść ze spiżarni wszystkie produkty, które mają w sobie choć trochę czekolady. Gdy drzwi się przed nim otworzyły, zrobił wielki krok przed siebie i przepadł przez próg, przez co runął na ziemię jak długi. Klnąc pod nosem, zebrał się na kolana, a wtedy ze zdziwieniem zobaczył koło siebie chętną do pomocy dłoń. Podniósł wzrok i uśmiechnął się szeroko. Stała nad nim jego ukochana ciotka Cheryl, która wreszcie od tak długiego czasu zawitała w dowództwie.

– Wstawaj, przystojniaku, i przygotuj się – oznajmiła, pomagając mu wstać. – Ciocia chce dzisiaj trochę pobalować!

Czytaj dalej –> Rozdział 7.