Rozdział 5.

5. Na górze róże, na dole wirus

Niewielka kwiaciarnia „Różyczka” pełniła dwie funkcje – oazę perfekcji i zadowolenia dla mamy Kornelii oraz pełen stresu i braku chęci do życia loch dla niej samej. Wolne od szkoły automatycznie wiązało się z pomocą przy kwiatach już nie tylko w sobotę, ale i w tygodniu za piętnaście złotych na godzinę. Gdyby dziewczyna nie chciała po prostu pomóc mamie w biznesie, prędzej wsadziłaby sobie kolczastą różę w tyłek, niż pracowała w ten sposób zawodowo, choćby i za dwa razy więcej pieniędzy. Na szczęście zawsze potrafiła sobie zaoszczędzić tak, by starczyło jej na modne markowe ubrania.

Aktualnie stała sama za ladą w antySIdemowym hełmie na głowie, co chwila spoglądając na zegarek i modląc się w duchu, by mama wreszcie wróciła. Przez AIVID-A, który ponoć lubił wpadać do małych pomieszczeń z podmuchem otwieranych drzwi, i przez to, że ich kwiaciarnia miała mniej niż siedem metrów kwadratowych, obowiązywał ich hełm tak długo, dopóki nie zamontują sobie przed wejściem dodatkowego pomieszczenia, choćby z folii, który chroniłby przed SI. I to właśnie załatwiała jej mama już od dwóch godzin.

Przyszło jej powiadomienie z Messengera. Anastazja! Pięknie. Ostatni raz Kornelia nie odpisała jej od razu, bo akurat pomagała mamie przyjmować nową dostawę kwiatów, dlatego teraz, żeby nie wyszło głupio, od razu złapała za telefon. To, że dziewczyna w ogóle do niej napisała, złagodziło wyrzuty sumienia po ostatnim spotkaniu. Sprawa z Danielem ciążyła jej bardziej, niż mogłaby się tego spodziewać. Było łatwiej, gdy jeszcze go nie znała; tłumaczyła sobie, że to nic strasznego. Pewnie i tak było, ale teraz i tak miała się za idiotkę. Zwłaszcza że ostatni wypad naprawdę się jej spodobał. Może jednak uda jej się z nimi zakumplować? Nie, żeby nie miała swoich znajomych, ale odkąd jej przyjaciółka zaczęła chodzić z jej ex, z którym zerwała zaledwie dwa miesiące wcześniej, nie bardzo miała z kim normalnie porozmawiać. Jeszcze tylko trzeba by było odnowić znajomość z Erykiem… I jakoś to będzie.

– Proszę nie zdejmować – powiedziała tymczasem niemal błagalnym tonem, gdy kolejna osoba, nie zważając na czerwony napis na drzwiach, zaczynała ściągać hełm.

– Noż cholera jasna… – usłyszała pełen irytacji szept klienta, grubawego faceta po pięćdziesiątce, który ostatecznie tylko poprawił hełm, wzdychając przy tym ostentacyjnie.

Kornelia miała ochotę schować się za ladą i udawać, że jej nie ma.

– Ty tu pracujesz, tak? – Mężczyzna uniósł lekko brwi.

– W zastępstwie za mamę, akurat wyszła i… – zaczęła, zła, że tłumaczy się z czegoś takiego. Co to w ogóle za pytanie? Klient jednak machnął ręką.

– Mniejsza. Poproszę amarylisa, żona uwielbia, a ma urodziny.

– Amarylisa, tak? Amarylisy, hmm… – bąknęła, chcąc zyskać na czasie. I choć uśmiechała się przy tym miło, w duchu powtarzała tylko: „Ja pierdziele, co to są amarylisy?”.

– Tak właśnie powiedziałem. Macie?

– Nie wiem, czy się nie skończyły, bo wcześniej jedna pani kupiła kilka, ale już patrzę – paplała, wpisując pod ladą w telefonie nazwę kwiatów. – Obawiam się, że nie mamy, ale…

„Dobra, czerwone, trochę podobne do tulipana, gdzieś je widziałam, Boże…”. Wyszła zza lady i zaczęła gorączkowo rozglądać się dookoła, mijając wzrokiem różnorodne, kolorowe kwiaty, ułożone w każdym możliwym wolnym miejscu, równo stojące i pięknie pachnące, na bieżąco przycinane i z czułością pielęgnowane. Ale zasranych amarylisów tam nie było!

– Możliwe, że mamy na zapleczu w chłodni… – zaczęła Kornelia, jednak klient wskazał nagle palcem na półkę za ladą. Były białe, a nie czerwone! Głupia Grafika Google!

– O. Tam jest. No cóż.

– Rany, faktycznie, przepraszam, przekładaliśmy je rano i…

– Nieważne. Spieszy mi się. – Klient znów westchnął, jeszcze głośniej niż wcześniej.

Kornelia, spocona ze stresu pod grzejącym dodatkowo hełmem, wzięła doniczkę i przeszła do drugiego, najgorszego etapu, czyli starej kasy fiskalnej.

– To będzie trzydzieści dwa złote.

– Niemożliwe. Tyle za takiego kwiatka? To już w Biedronce bym kupił taniej.

Kornelia rozłożyła jedynie ręce w bezsilności, marząc, żeby facet najlepiej nic nie kupił i już sobie poszedł. Ten jednak z wyraźną łaską postanowił nabyć kwiatek. A później stało się coś, co męczyło ją w koszmarach jeszcze przez wiele dni. Piękny, biały amarylis dla obchodzącej urodziny żony klienta, drogi jak diabli, został przez nią z finezją zrzucony na ziemię podczas wydawania trzęsącą się dłonią ośmiu złotych reszty. Huk był nieznośnie głośny.

– Kur…! – zaczął facet, ale w porę przerwał. – No nie!

– Ajajaj, najmocniej przepraszam… – Kornelia, bliska płaczu, wybiegła zza lady i jak nieporadne dziecko zaczęła rękami zbierać ziemię na kupkę. – Jak do tego doszło – nie wiem… Tak mi głupio… Dam panu nowego amarylisa…

Nie mając pojęcia, jak powinna się zachować, zostawiła na ziemi syf, za który matka chyba by ją zabiła, i brudnymi od ziemi rękami wzięła kolejną doniczkę. Podała ją zażenowanemu facetowi, któremu nie była nawet w stanie spojrzeć w oczy. Ten westchnął po raz trzeci, chyba najgłośniej ze wszystkich razy, po czym wyszedł bez „do widzenia”.

Podczas sprzątania Kornelia zastanawiała się, czy to z nią coś jest nie tak, czy też z tymi wszystkimi ludźmi, którzy byli powodem większości jej stresów. Liczyła na to, że zdąży zmieść ziemię, zanim wróci matka, ale ta jak na zawołanie wparowała do kwiaciarni.

– I właśnie dlatego nie mogę tu pracować! – zawołała Kornelia na wstępie, gdy zamiatając fragmenty doniczki, spojrzała z dołu na mamę. Ta zrobiła zbolałą minę.

– Jezus Maria, mój amarylis! Dobra, nic się takiego nie stało, naprawię to. – Mama schyliła się po kwiatka i przeszła za ladę z dala od brudu. – Byleby mi nie zostało choćby grudeczki ziemi na podłodze. I nie dotykaj niczego tymi brudnymi łapami, Kora.

– Nienawidzę tego…

– Spokojnie, tylko doniczka poszła. – Mama wzruszyła ramionami, chyba nie do końca rozumiejąc, co jej córka miała na myśli. – Wiesz, w jakiej ja stałam kolejce?

Kobieta zaczęła opowiadać, co udało jej się załatwić w sprawie darmowego przedsionka ochronnego. W tym samym czasie szybkimi, sprawnymi ruchami przesadziła amarylisa i postawiła na półce, dwa razy poprawiając doniczkę tak, by stała idealnie równo. Była mistrzem w swoim fachu. Jej dłonie, ze smukłymi, długimi palcami, miały tylko jedną wadę – stale drżały, czasem bardziej, czasem mniej. Mimo to Joanna Adamczyk była chyba najbardziej zorganizowaną, mądrą i zaradną kobietą, jaką znała. Wyglądała dość niepozornie – niewiele wyższa od Kornelii, z trójkątnymi okularami na małym nosie, zielonymi oczami i z pięknymi, gęstymi włosami w rudawym odcieniu sięgającymi do ramion; miała kilku stałych klientów, którzy przychodzili do kwiaciarni tylko dla niej. Zawsze wychodzili z koszem zakupów, już ona o to dbała. Jak tata mógł ją zostawić?

Były sobie bliskie, zwłaszcza od czasów rozwodu, jednak największą barierę dla Kornelii stanowiła ta głupia kwiaciarnia. I oczywiście kwestia taty, z którym mama prawie nie rozmawiała, a z którym ona miała niezły kontakt. Może i bywał ciężki z charakteru, zwłaszcza jeśli chodziło o pieniądze, ale zawsze chciał dobrze. Wiktor, jej brat, miał całkiem inne zdanie – szczerze go nienawidził. Kornelia czasem ukrywała przed nimi, że w ogóle się z nim widzi.

– Okej, czternasta trzydzieści jeden, chyba możesz już wracać do domu, poradzę sobie – powiedziała chwilę później mama, uśmiechając się do niej wdzięcznie, co uwydatniło jej dołeczki na policzkach; była świetną modelką do robienia makijażu. – Tylko uważaj na siebie i nie zdejmuj hełmu, nawet w autobusie. Boże, siedem światów z tą SIdemią. Nawet nie mogę normalnie poprawić sobie szminki. Jak mi do tego zamkną moją kwiaciarnię, to chyba komuś nogi z dupy powyrywam.

To ostatnie zdanie jakoś poprawiło Kornelii humor. Odchylając hełm, założyła słuchawki i gdy usłyszała November rain, a szal szczelnie opatulił jej szyję, wyszła na zewnątrz.

Jak na marzec było bardzo ciepło. Rozpięła płaszczyk i z rękami w kieszeni ruszyła w stronę przystanku, jak zwykle starając się omijać ludzi, a zwłaszcza facetów, których spojrzenia przyprawiały ją czasem o mdłości. W każdym razie spojrzenia tych starych; młodzi mogli patrzeć. Lubiła się dobrze prezentować. Nieraz i godzinę zajmowało jej wyszykowanie się do szkoły, z czego zawsze wyśmiewał się Wiktor, mistrz bycia gnojkiem albo raczej typowy starszy brat.

Dziesięć minut później jechała już w wypchanym po brzegi autobusie, czując się jak w sklepie akwarystycznym. Wszystko to było zarazem śmieszne i przygnębiające. Beznadzieja.

– Mój stary miał test – powiedział ktoś z tyłu. Przyciszyła muzykę. – Nie poszła mu żadna krew czy coś, ale stracił węch i trochę zasłabł, nie.

– I co? – odezwał się damski głos. – Jak to niby wyglądało?

– No zgłosił się do sanepidu, nie. Wzięli go na tomografię, ale nic mu tam nie wyszło. Więc stary wrócił do domu.

– Serio?

– No. Cały ten świrus to ściema, nie. Jakoś mnie ojciec nie wywlekał na pole ani nic.

– Może czeka na dobrą chwilę? To niby sztuczna inteligencja, jest chyba sprytna.

– Kurna, cicho, mój stary tego nie złapał, na pewno. W naszym mieście ani okolicy nie wykryto jeszcze żadnego przypadku, jasne? Jesteśmy w zielonej strefie.

Kornelia podgłośniła z powrotem muzykę, nie mając ochoty więcej tego słuchać. Człowiek nigdy, ale to nigdy nie będzie miał pewności, że jest zarażony, nawet po teście, i chyba to w tym wszystkim było najgorsze. Tak się nie da żyć!

Znów zepsuł się jej humor; „dobijając się” Don’t cry i spoglądając w szarawe budynki oraz płochliwych ludzi za szybą, czuła się jak w kiepskim filmie science fiction. Nic nie miało sensu. „Trzeba by dodać zdjęcie na Instagrama” – uznała w myślach bez emocji, starając się nie pogrążać w depresyjny stan. Przynajmniej nikogo nie ma w domu i będzie mogła spokojnie zrobić sobie sesję zdjęciową, czyli jakieś sto selfie, z których wybierze jedno godne, doda hasztagi typu polishgirl i sadness, a potem odpowie na kilkanaście komentarzy. Właściwie poza prezentowaniem różnych ciuchów i makijażu nie miała żadnego celu w prowadzeniu tego konta. No, może trochę wzrastała jej samoocena. Trzeba się jakoś dowartościowywać. Poza napaleńcami napisało już do niej kilka firm, które chciały z nią współpracować, ale jeszcze na nic się nie zdecydowała. Teraz będzie mieć duuużo czasu, by sobie to przemyśleć.

Dochodziła piętnasta, gdy zbliżając się do domu zrozumiała, że jednak nie będzie sama. Ale zanim zauważyła brata, który wchodził z walizką do środka, usłyszała, jak drzwi do skrytego za gąszczami domu Eryka zatrzasnęły się głośno. Gdyby nie to, że od jedenastu lat miała go za swojego sąsiada i wiedziała, jak wyładowywał złość, nie uznałaby tego za nic dziwnego. Teraz jednak poczuła ucisk w brzuchu. Wspomnienia wróciły.

– Wiktor? Co ty tu robisz? – zaczęła, przechodząc przez bramkę do swojego nieziemskiego, marcowego ogrodu, którego sama Maja Popielarska mogłaby pozazdrościć. Wściekła spostrzegła nagle, że tuż pod domem kwitnie kilka wstrętnych amarylisów. Niedaleko nich wylegiwała się jej bura, leniwa, ale najwspanialsza na świecie kotka Lejdi.

Nie widziała brata z trzy miesiące, mimo to wiedziała, że nic się nie zmienił. Patrząc na jego przebiegłe, niebieskie oczy i uśmieszek zrozumiała, że właśnie zaczął się czas dokuczania, głupot i kłótni. Ale też czas świetności jej komputera. Kiedyś z szeroko pojmowaną elektroniką pomagał jej Eryk, ale gdy straciła z nim kontakt, jego rolę przejął Wiktor. Do dziś miała pobrane za darmo prawie wszystkie dodatki do Simsów. I do dziś grała jak szalona.

– No siema. – Brat kiwnął do niej głową i przystanął w drzwiach. – Czego się gapisz? Polibudę nam zamknęli, więc teraz będę ci uprzykrzał życie przez najbliższe miesiące.

Kornelia dobrze go znała. Podchodząc bliżej, zapytała bez zbędnych ceregieli:

– O co znów ci poszło z Erykiem?

– Z nim? Tym biedakiem? A co cię to w ogóle obchodzi? – prychnął, po czym odwrócił się i wszedł do domu. – Nie zapytasz najpierw, jak studia? Albo jak życie akademickie?

Kornelia westchnęła, wchodząc do wysprzątanego i wyjątkowo estetycznego, acz skromnego domu. Zdjęła z ulgą hełm.

– O rany, pytam, bo słyszałam z dala, jak się o coś kłócicie – skłamała.

– O rany, rany – przedrzeźnił ją piskliwie Wiktor. – Wyobraź sobie zatem, że twój kochanek zaczął mi wypominać, że ojciec nas zostawił.

– Zamknij się, żaden kochanek! – krzyknęła, patrząc, jak brat zaczyna otwierać walizkę i wyrzucać brudne pranie na ziemię. – Mama cię zabije. I zresztą jakoś ci nie wierzę.

– Bratu nie wierzysz, a sąsiadowi już tak?

– O co ci chodzi, Wiktor? – Kornelia założyła ręce na biodra, identycznie jak miała w zwyczaju robić jej mama, gdy się denerwowała. – Tylko przyszedłeś i już jesteś debilem.

Chłopak zostawił ubrania i wyprostował się, patrząc na nią nagle całkiem poważnie.

– Mów sobie o mnie co chcesz, śmiej się z polibudy i te pe, ale trzymaj się z dala od Gajdów. Wiem, że przeżyli traumę, ale Eryk i ten jego ojczulek są patologiczni.

– Co? A w ogóle kto powiedział, że się przy nich trzymam?

– Po prostu mówię. – Wiktor ruszył w kierunku kuchni. – Dawno mnie tu nie było i tyle.

Kornelia zrobiła się nerwowa. Pamiętała, jak kila lat temu nabuzowany zapewne przez sytuację w domu Eryk zaczął się po niej wydzierać właściwie bez powodu i Wiktor stanął w jej obronie, uderzając chłopaka w twarz. Była z tego wielka sprawa, a potem ich kłótniom nie było końca, ale rok później zmarła matka Eryka i kontakt chłopaków zatracił się niemal do zera. Jednak nienawiść Wiktora do Eryka, jak trwała, tak najwyraźniej nie miała zamiaru ustąpić.

– A jak tam mama? – zmienił temat Wiktor, jako że zamyślona Kornelia nie odpowiadała.

– W kwiecie wieku. – Uśmiechnęła się, patrząc, jak brat wyjmuje smakowe piwo mamy, nie mając nic innego pod ręką, i otwiera je z wprawą o blat.

Rozmawiali jeszcze chwilę o bieżących sytuacjach, zwłaszcza o SI, o której Wiktor mówił z niejakim zachwytem, czego Kornelia się po nim nie spodziewała. Mimo wszystko w głębi duszy cieszyła się, że brat wrócił.

Gdy znalazła się w końcu sama w swoim małym pokoiku, pełnym światełek i książek oraz z pokaźną toaletką kosmetyczną, uznała, że czas się trochę odprężyć i porysować. Odkryła w sobie dryg do kredek i ołówków całkiem niedawno i sporo już się nauczyła, ale brakowało jej podstaw, których nie była w stanie sama opanować. Marzyła o tym, by wypróbować się na malarskim kursie.

Ale marzyć sobie mogła.

Po piętnastu minutach uznała, że to nie jest jej dzień na rysowanie, i położyła się na miękkim łóżku. A potem w przypływie chwili napisała do Eryka wiadomość.

Przepraszam za brata, pewnie ci dogadał. Może chcesz się spotkać i pogadać?

Po chwili usunęła wiadomość i schowała się pod pościelą, tam, gdzie było jej miejsce.

Czytaj dalej –> Rozdział 6.