Rozdział V
Pierwszą myślą Eldy’ego po wparowaniu do dowództwa było to, że natychmiast musi zdjąć tę cholerną koszulę. Był pewien, że Casimir zdołał go rozpoznać, ale i tak wolał się zabezpieczyć. Naciągało go na samą myśl o jego osobie. Najważniejsze, by teraz zawsze mieć jakieś towarzystwo! – myślał z niepokojem. Ten świrus na pewno nie odważy się napaść mnie przy innych!
Wybiegł bez zatrzymania schodami na czwarte piętro i wpadł prosto do swojego pokoju, szybko się rozbierając; spodnie na wszelki wypadek też postanowił zdjąć, zostając w samych bokserkach. Zanim zdążył wybrać z szafy coś na zmianę, do jego pokoju wpadła Elvira.
– A gdzie ci się tak spieszy, że biegasz jak oszalały? – zapytała na wstępie, zakładając ręce na biodra i patrząc na niego podejrzliwie.
– Mamo! Przebieram się! – zawołał oburzony Eldy, od razu się zakrywając.
– Tak jakbym nie widziała cię gołego – machnęła ręką Elvira.
– Jakieś kilkanaście lat temu…
– Niewiele się zmieniłeś! No, może trochę widać efekty siłowni. Przy okazji, pranie zrobione. Świeże majtki suszą się w pralni.
– Super. Wyjdź stąd! Nie powinnaś być czasem na jakimś treningu albo zwiadach?
– Wychodzę za równe pół godziny, jakbyś chciał wiedzieć. Tak naprawdę przyszłam z tobą pomówić o ojcu… Co tak stoisz? Ubieraj się! Nie będę z tobą w ten sposób rozmawiać.
Eldy westchnął zrezygnowany. Z mamą nie było sensu dyskutować. W pośpiechu założył na siebie swoją jedyną czarną koszulę i tegoż koloru wąskie spodnie szlachetnego pochodzenia (miał je po Everley’u), po czym usiadł na łóżku koło Elviry.
– O co ci znów chodzi? – spytał trochę zbyt oschle. Dodał już normalnym tonem: – Nie wiem, mamo, czy chcę o nim rozmawiać.
– Posłuchaj, kochanie – powiedziała spokojnym i troskliwym tonem Elvira. – Jestem ci winna przeprosiny.
– Że co?!
– Pstro! – zdenerwowała się, ale zaraz wróciła do swojego poprzedniego tonu. – Porozmawiałam z ojcem, Everley’em i paroma innymi Sarmantami. Chyba miałeś rację – Barly na za dużo sobie pozwolił… Nie wiem, co w niego wstąpiło. Przepraszam, że ci nie wierzyłam. Ale on chciał dobrze. Pragnie, byś potrafił się bronić. Choć oczywiście nie tak powinno uczyć się syna walki!
Eldy chyba pierwszy raz w życiu usłyszał od niej takie słowa. Mama zawsze broniła ojca i nigdy nie miała w zwyczaju zagłębiać się w sprawę. A tu proszę! Chłopak naprawdę się wzruszył.
– Owszem, nie powinno – odparł i uśmiechnął się. – Dziękuję, mamo…
Elvira przytuliła go do siebie mocno.
– Ale coś na to poradzimy. Bo w końcu nie tylko ja jestem ci winna przeprosiny…
Eldy zesztywniał.
– Ty chyba nie…
– Właśnie tak. Należy ci się!
Zanim Eldy zdążył coś powiedzieć, do pokoju wszedł powoli Barly, zamknął za sobą drzwi i oparł się o ścianę, wkładając ręce do kieszeni swojej eleganckiej marynarki. Chłopak nie wiedział, kogo teraz bardziej się bał: Casimira czy jego.
Eldy chciał wykrzyczeć mamie w twarz, że miała nic ojcu nie mówić, że teraz jest skończony, że ona nic nie rozumie. Zamiast tego zamarł, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa i czując, że trudniej mu się oddycha.
– Powiedz coś, Barly – ponaglała męża Elvira. – Twój syn czeka.
Mężczyzna wyjął ręce z kieszeni i już miał się odezwać, gdy Eldy wreszcie odzyskał głos.
– Nie oczekuję żadnych przeprosin – powiedział stanowczo, patrząc mu w oczy. – Wolałbym, ojcze, żebyś przestał po prostu mieszać się w moją walkę. A najlepiej w moje życie.
Wow, zrobiłem to – ucieszył się w duchu.
– Dość. Posłuchaj, chłopcze – odezwał się wreszcie Barly, a zdawało się, jakby wypowiedzenie każdego słowa sprawiało mu wielką trudność. – Chcę, byś wyrósł na prawowitego i godnego swojego rodu Sarmanta. A jak dobrze wiesz, surowe wychowanie uważam za podstawę. Everley’a nieraz już tak wyćwiczyłem jak ciebie wczoraj, a mimo to nie leciał od razu do matki, by się wypłakać. – Uciszył oburzoną Elvirę ruchem ręki. – Jednak ty jesteś inny i powinienem mieć to na względzie. Udowodniłeś mi to pewnego pięknego razu. – Eldy zamarł, ale ojciec nie kontynuował tematu, a jedynie spojrzał na niego jeszcze groźniej. – Więc cóż, owszem, incydent z wczoraj to moja wina. Powinienem mieć do ciebie inne podejście. Będę mieć to na uwadze. Synu.
Takie wyznanie, choćby i pełne złośliwości, musiało być dla niego naprawdę trudne, Barly bowiem przez cały ten czas patrzył Eldy’emu w oczy tak, jakby chciał mu poprzez nie przekazać ukrytą wiadomość: „Spróbuj jej naskarżyć jeszcze raz, a pożałujesz”. Mimo to chłopak wyczuł w jego tonie chęć usprawiedliwienia swojego zachowania, co wcześniej nigdy mu się nie zdarzyło. Może faktycznie bał się, że ukochany Everley przestanie z nim ćwiczyć? Albo to Elvira w jakiś sposób zmusiła go do okazania krzty, jakby to ujęli ludzie, człowieczeństwa? Eldy nie wiedział.
Tymczasem Barly podszedł do niego, czochrając mu boleśnie włosy (chłopak aż się otrzepał), po czym kiwnął głową na żonę, sugerując jej, że powinni już iść. Elvira spróbowała jakoś uśmiechnąć się do Eldy’ego; rzuciła jeszcze na wychodne, że muszą w końcu pograć razem w bilard, i w końcu wyszła za mężem.
Dopiero gdy chłopak znalazł się w pokoju sam, zrozumiał, że niemal przez cały ten czas wstrzymywał oddech. Wypuścił głośno powietrze i położył się na łóżku. Dlaczego tyle ważnych rzeczy musiało dziać się naraz? Chciał odpocząć od tego wszystkiego, przemyśleć co nieco, pobyć sam… Ale nie mógł! Jeśli Casimir go rozpoznał, dlaczego nie miałby go zabić po kryjomu, by nikomu się nie wygadał? A upozorowanie śmierci takiego nieudacznika jak on na pewno nie mogło być trudne… No, chyba że Averton faktycznie zdecydował się na zdradzenie wszystkiego Irothowi, a Casimir już został złapany. Ale Eldy na to nie liczył.
Wstał więc z łóżka i szybko wyszedł z pokoju, by wmieszać się w tłum Sarmantów. Pokrążył niespokojnie po dowództwie, rozmawiając z paroma rówieśnikami, pobawił się nawet chwilę z jakimiś maluchami, które zaczęły go gonić, zjadł coś na stołówce i już miał iść na siłownię, gdy uznał, że powinien spędzić trochę czasu z Esteline. Przy niej zawsze się rozluźniał, a teraz najbardziej tego potrzebował. Żałował tylko, że nie mógł jej o wszystkim powiedzieć.
Jako że nie zastał jej w pokoju, udał się prosto do pracowni sarmanckiej, czyli miejsca, gdzie robiło się niesarmanckie rzeczy, takie jak wytwarzanie różnych przydatnych przedmiotów z drewna, szycie ubrań na miarę czy malowanie, jak w przypadku Esteline.
Wszedł do obszernej, pełnej rupieci pracowni, orientując się, że w środku znajduje się tylko jego przyjaciółka; właśnie zaczynała nakładać kolorowe farby na jakiś malowniczy krajobraz. Miała na sobie poplamiony różnymi kolorami fartuch, a w zębach trzymała duży pędzel. Taką Eldy lubił ją najbardziej – barwną, pełną energii i z artystycznym spojrzeniem.
– O, Eldy! – wydukała, wyjmując pędzel z ust. – No wiesz, głupio mi…
– Co? Czemu?
– Ty rozmawiasz z takimi szychami jak Averton, a ja taka nijaka, nieznana… Czy nasza przyjaźń dalej powinna trwać?
– Och, zamknij się!
Esteline zaśmiała się głośno na widok jego miny.
– A tak serio, co ci odbiło, żeby do niego zagadać?
– Miał przy sobie ludzki telefon komórkowy, którego koniecznie chciałem zobaczyć.
– Cokolwiek to jest, od teraz jesteście najlepszymi przyjaciółmi?
– A żebyś wiedziała!
– Chyba zaczynam odczuwać zazdrość…
– Lepiej mi powiedz, co tam rysujesz? – zmienił temat Eldy, woląc nie ciągnąć tej rozmowy.
– Krajobraz ze zdjęcia od taty. Całe pola fioletowych wrzosów. Wiesz, trudno jest oddać ich urok na płótnie.
Ojciec Esteline miał swój prywatny, niesamowity aparat fotograficzny, którym uwielbiał robić zdjęcia podczas misji, zwłaszcza dla swojej córki, którą zresztą często zabierał razem z jej matką i bratem Vennerem w różne bajeczne miejsca, które wyszukiwał. Słowem, jej rodzice byli idealnymi, doskonale służącymi rodowi Sarmantami. Esteline często prosiła Eldy’ego, by towarzyszył im w ich rodzinnych wyprawach, ale on zazwyczaj odmawiał. Nie chciał psuć uroku ich idealnej rodziny, której on nigdy nie miał. Zresztą czuł, że mu się nie należy.
– Zapowiada się pięknie – przyznał szczerze, patrząc na szkice przyjaciółki.
– Wiem – odparła ze swoją typową pewnością siebie, choć zarumieniła się lekko. Lubiła, gdy ją chwalono. – Ale wiesz co? – dodała, zdejmując obraz ze sztalugi i odkładając go ostrożnie na bok. – Skoro już tu jesteś, to może skończę wreszcie twój portret? Już niewiele mi zostało, ale bez tej twojej buźki nie dam rady.
Eldy jęknął. Nigdy nie prosił się o swoją podobiznę, ale Esteline się uparła.
– Kiedy indziej! Wiesz, jak nienawidzę stać w jednym miejscu. Poza tym, jak widzisz, jestem ubrany na czarno. Tracę cały swój urok! I w ogóle wyglądam jak ktoś inny. Mam nadzieję.
– Chyba nie wierzysz w moje możliwości.
Eldy, chcąc nie chcąc, skończył na sterczeniu przy szarej ścianie tuż za sztalugą, robiąc przy tym, na złość przyjaciółce, niesłychanie głupie miny.
– Ale mnie denerwujesz… – mruczała pod nosem Esteline, marszcząc przy tym brwi w ogromnym skupieniu. – Zamiast się wydurniać, może opowiedziałbyś mi o rozmowie z Everley’em? Widziałam, jak wychodzicie.
Eldy nie miał nic przeciwko. Powiedział jej o wszystkim, a później zaczął opowiadać nawet o sytuacji z rodzicami sprzed chwili, gdy niespodziewanie do pracowni weszła Slavia, druga (tuż po nim) przyjaciółka Esteline, za którą on nie przepadał. Była przeciwieństwem Linet – nie delikatna, a silna i twarda jak skała, nie subtelna i skryta, a bezpośrednia aż do bólu, nie spokojna i nieco powolna, a żywa i energiczna, a do tego zawsze głośna. Gdy Esteline mówiła o niej, że wbrew pozorom jest bardzo wrażliwa, Eldy zawsze zastanawiał się, czy Linet na odmianę kryje w sobie jakąś agresję.
Slavia miała chudą twarz i wielkie oczyska, a do tego krótkie, kręcone włosy i, co nieco kolidowało z jej charakterem, drobną, szczupłą sylwetkę, choć spod jej flanelowych koszul wkładanych w spodnie zawsze wystawały spore mięśnie.
– Cześć! – zawołała donośnie, podchodząc do nich sprężystym krokiem. – Nie uwierzycie, co się stało. Wykryto dużą grupę Wakili tuż koło dowództwa! Szkoda, że nie zdołałam się załapać na walkę… Może udałoby mi się powalczyć u boku „Szlachetnej Trójki”!
Slavia miała blisko osiemnaście lat i przeszła przemianę jakieś pół roku wcześniej; przez długi czas nie mogła nacieszyć się siłą, jaką dzięki temu zyskała. W końcu mogła wreszcie, jak to ujęła, „wyżyć się należycie na Udurach”.
– Dziwne, że do nich nie dołączyłeś, Eldy – powiedziała z udawaną powagą Esteline. – Jako nowy przyjaciel Avertona…
Żeby tylko Avertona – zaśmiał się w duchu Eldy, myśląc o Irothcie.
– Bardzo śmieszne, Est – przerwał jej ze złością.
– Żeby tylko Avertona! – zawołała Slavia, a Eldy zbladł. Czyżby czytała w myślach? Nie, ona potrafiła patrzeć przez ściany, nie przez umysł!
– O co ci chodzi? – spytał od razu.
– O Casimira. Pytał o ciebie. Masz, koleżko, znajomości, nie powiem…
Eldy nie wiedział, czy uciekać, czy lepiej nawet nie wyściubiać nosa poza pracownię i szybko gdzieś się tu schować.
– Powiedziałaś mu, że tu jestem?
– Wspomniałam tylko, że możesz być na tym piętrze, bo tak przypuszczałam, że będziesz z Esteline. Aleś się wystraszył, ha, ha!
– Casimir jest trochę straszny – przyznała Esteline. – Ciekawe, czego od ciebie chce.
– Wolę nie wiedzieć – bąknął Eldy, rozważając w pośpiechu wszystkie opcje ewentualnej ucieczki.
– W każdym razie – powiedziała Slavia, zakładając ręce na piersi – przyszłam cię ukraść, Esty, bo nie mam z kim poćwiczyć walki, a jutro znów idę na misję! Szkoda, że wciąż wysyłają mnie na te najprostsze…
– Jasne, poćwiczę z tobą, ale nie teraz – odparła Esteline. – Mam zamiar wreszcie dokończyć portret tego delikwenta.
Eldy poczuł w duchu cichą satysfakcję.
– No wiesz co! – prychnęła Slavia. Mruknęła słowa pożegnania i ruszyła z powrotem w stronę drzwi. Zanim wyszła, przystanęła na chwilę, mówiąc mimochodem: – Ciekawe, kiedy mnie, kurde, namalujesz…
Zaraz potem zniknęła im z oczu. Eldy już miał wybuchnąć śmiechem, gdy do jego uszu doszło coś naprawdę niepokojącego.
– O, pan Casimir! Tak, jest tam. Nie ma za co. Do widzenia!
Eldy, który był bliski omdlenia, miał jakieś trzy sekundy na zrobienie czegoś, co mogłoby go uratować. Milion opcji, które przyszły mu do głowy, niespodziewanie przerodziło się w jedną, najgłupszą z nich wszystkich. Ale nie było już czasu na zastanawianie się. Chłopak w sekundę znalazł się przy przyjaciółce, oparł ją o ścianę tak, że znalazł się tyłem do wejścia, i zaczął ją całować. Choć w ogóle nie myślał nad tym, co robi, to musieli wyglądać naprawdę przekonująco, bo usłyszał tylko za sobą niepewne odchrząkniecie, a zaraz potem zamykane drzwi. Oderwał się od całej czerwonej Esteline, orientując się, że Casimir sobie poszedł. Przynajmniej na razie.
– Udało się! – zawołał głośnym szeptem, szeroko uśmiechnięty. – Odszedł!
Zaraz potem dostał od przyjaciółki w twarz.
– Co to miało być?! – warknęła, wściekła jak osa.
– Au! – jęknął. – Spokojnie! Przepraszam, ale musiałem coś wymyślić. Nie mogę z nim rozmawiać…
– A to niby dlaczego?!
– Ja… Nie mogę ci powiedzieć. Przepraszam… Ale uwierz, że to ważne!
– Jesteś… jesteś nienormalny! – zawołała Esteline, wytykając go gniewnie palcem.
– Est, to nie tak, gdybyś wiedziała to co ja, też byś mi nie powiedziała…
– Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! – przerwała mu od razu. – Że zrobisz coś takiego i nawet nie wyjaśnisz, dlaczego? I to mnie, ponoć najlepszej przyjaciółce? Która jest na każde twoje zawołanie? Co to za żenada!
– Ech, no nie wiedziałem, że tak cię to zdenerwuje, Est… Głupia sprawa… Ale musiałem, zrozum! I przecież ten pocałunek nie był na serio…
Esteline zamilkła na chwilę, patrząc na niego ze zmrużonymi oczami i zmarszczonymi brwiami, po czym wycedziła chłodnym tonem:
– Odwal się, Eldy. Mam tu robotę do wykonania.
– No tak, w końcu musisz skończyć mój portret, co nie…? – zaczął niewinnie chłopak, chcąc rozluźnić atmosferę. Jego przyjaciółka odebrała to jednak nieco inaczej.
– Naprawdę myślisz, że wszystko kręci się wokół ciebie? – mruknęła, zmieniając jego podobiznę z powrotem na kwietny krajobraz. – Na co się tak gapisz? Zostaw mnie w spokoju.
Eldy nie chciał się z nią dłużej kłócić i ruszył w stronę wyjścia, modląc się w duchu, by nie czekał tam na niego Casimir. Jego myśli zaczęły pędzić w typowy dla niego, niemożliwy do opanowania sposób. Z każdą kolejną sekundą dochodził do wniosku, że odstawił niezłą szopkę. Ale coś w końcu musiał wymyślić, inaczej kto wie, co Casimir by im zrobił? Poza tym nie mógł jej zdradzić, co podsłuchał razem z Avertonem. Dla jej dobra. Bo co, jeśli Casimir dowiedziałby się, że i ona wie? Zabiłby ją, tak jak teraz zapewne zabije jego! Mimo to mógł to rozegrać inaczej. Na pewno dało się wymyślić coś innego. Dlaczego akurat musiał ją pocałować?! Idiota! A właściwie jak w ogóle się z tym czuł? Podobało mu się? Ble! Nie myślał o tym w ten sposób. Est to tylko przyjaciółka, to jasne! A to miał być tylko kamuflaż… Co on narobił?! Co, jeśli Esteline nie będzie już chciała go znać? A może faktycznie jest tylko myślącym o sobie egoistą? Jak ona w ogóle może go lubić? Jestem idiotą, jestem idiotą, jestem idiotą! – powtarzał w myślach załamany.
Wszystko to przeszło mu przez głowę tylko w drodze do drzwi, a już miał zamiar wrócić do przyjaciółki i wszystko jej wyjaśnić. Powstrzymał się jednak. Teraz była bezpieczniejsza bez niego.
Wyjrzał powoli zza drzwi, rozglądając się dookoła, ale nie zobaczył nikogo. Tuż po prawej miał windę, ale myśl, że miałby znaleźć się w niej sam na sam z Casimirem, wcale mu się nie spodobała. Puścił się więc sprintem w lewo, chcąc jak najszybciej dotrzeć do schodów, a później do salonu na parterze. Byleby znaleźć się wśród Sarmantów.
Przeliczył się.
Zastygnął w połowie drogi w dziwnej pozie, z przerażeniem orientując się, że nie jest w stanie się poruszyć. Schowany za rogiem Casimir podszedł do niego z wściekłością wymalowaną na twarzy, po której spływała krew, co sprawiało, że wyglądał jak najgorszy nocny koszmar. Taki, z którego Eldy nie będzie mógł się wybudzić. Mężczyzna uderzył go głowicą swojego ostrza w skroń.
Chłopak padł na ziemię półprzytomny.
Poczuł, jak Casimir taszczy go po posadzce za nogi, ale był tak otumaniony, że nic w związku z tym nie zrobił. Dopiero gdy zrozumiał, że jego oprawca zaciągnął go właśnie do jakiegoś pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi, zaczął ogarniać, co się wokół niego dzieje.
Zerwał się na równe nogi, czując silny ból głowy i widząc ciemne plamy przed oczami. Ale zanim zdążył zrobić cokolwiek więcej, Casimir chwycił go za koszulę i pchnął nim w stronę drewnianej ławy znajdującej się tuż przy ścianie. W momencie gdy Eldy automatycznie znalazł się w pozycji siedzącej i właśnie miał rzucić się na mężczyznę, poczuł, że znów nie może ruszyć żadną kończyną, nie licząc samej głowy. Jego spięte mięśnie zastygły, co sprawiało mu dodatkowy nieprzyjemny ból.
Znajdowali się w niewielkim, słabo oświetlonym pomieszczeniu, w którym Sarmanci po przemianie ćwiczyli przenoszenie się z jednego miejsca w drugie; tylko tutaj było to możliwe, w dowództwie bowiem nie dało się przenosić w ogóle, a na zewnątrz młodym Sarmantom lepiej było nie próbować swoich sił, bo mogli trafić w miejsce, z którego nie potrafiliby już wrócić. Ale na ten moment nikt tu nie ćwiczył i Eldy wiedział, że to mało prawdopodobne, by ktoś przyłapał Casimira na gorącym uczynku. Był zatem zdany tylko na siebie.
Zabije mnie jak nic! – myślał, przerażony faktem, że nie może nawet kiwnąć palcem.
– Ładnie to tak podsłuchiwać, dzieciaku? – syknął Casimir, stając nad nim. Jego oczy płonęły wściekłością.
– Podsłuchiwać? – udał głupiego Eldy. – Chyba nie rozumiem…
– Ależ rozumiesz doskonale. Nie mam czasu na głupie gierki. Lepiej ze mną współpracuj, bo nie skończy się to dla ciebie dobrze.
Eldy wolałby, żeby jego oprawca na niego wrzeszczał, niż by używał tego cichego, złowieszczego tonu.
– A co, jeśli zacznę wołać o pomoc?
– Proszę bardzo, zrób to.
Zabrzmiało to tak pewnie, że chłopak od razu domyślił się, iż drzwi od korytarza oddziela stworzona przez Casimira bariera dźwiękoszczelna.
– Dobra, czego ode mnie chcesz? – bardziej pisnął, niż spytał.
– Widziałeś mnie z Diatheną w lesie i miałeś czelność nas podsłuchiwać. – Casimir mówił spokojnie, ale jego oko drgało przeraźliwie. – Myślałeś, że ci daruję, dzieciaku?
– Nie! – zdenerwował się Eldy, czując coraz większy ból. – Dlaczego po prostu nie wyczyścisz mi pamięci? Albo mnie nie zabijesz?
Jego głos zadrżał przy ostatnim słowie, a on sam miał ochotę rozbeczeć się tu i teraz.
– Zrobię to. Ale najpierw muszę dowiedzieć się, kto był z tobą. I komu zdążyłeś wszystko wypaplać.
– Nikt! I nikomu!
– Powtórzysz? – Casimir nachylił się do niego.
– Wiem o tym tylko ja. Psycholu.
Przeraźliwy, rozsadzający ból przeszedł całe jego ciało, tak jakby coś rozszarpywało każdą jego cząstkę od środka, jakby każdy element jego wnętrzności zaczął odchodzić od reszty. Ledwo zdołał zerknąć w dół na dłoń – jego skóra falowała nienaturalnie i odrzucająco.
Urok Rozszczepienia.
Był na pierwszym miejscu Czarnej Listy, która jasno wyliczała, których uroków, pod groźbą ścięcia ostrzem, nie wolno używać na jakiejkolwiek istocie żywej poza Wakilem. Wyjątek stanowił Urok Zapomnienia, który był przeznaczony wyłącznie dla ludzi. Urok Perswazji, na odmianę, działał jedynie na ludzi, z czego Eldy teraz bardzo się cieszył.
Sarmanci restrykcyjnie podchodzili do zakazów z Czarnej Listy, podobnie jak do przestrzegania dewiz, i wiele można było przeczytać w księgach na temat procesów tych, którzy złamali jakąś zasadę. Ale kto dowie się o torturowanym Eldym…?
– Im szybciej mi wszystko wyśpiewasz, tym mniej na tym ucierpisz – powiedział spokojnie Casimir, przerywając urok. Po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się cień złowrogiego uśmiechu. – Choć jak dla mnie, wcale nie musisz się spieszyć.
Eldy nie chciał umierać! Nie zdążyłby nawet przejść przemiany! Miał ochotę wszystko mu wygadać. Naciągało go. Czując narastającą panikę, z całych sił próbował się poruszyć.
– Tylko mi tu nie omdlej, dzieciaku – mruknął z pogardą w głosie Casimir, najwyraźniej widząc, jak zbladł. – Żenujące… Mówże. Kto z tobą podsłuchiwał?
Ciało Eldy’ego znów zaczęło rozszczepiać się od środka.
– Kto?
Eldy krzyczał, czując, jak cała jego skóra faluje, a cząstki jego wnętrzności rozchodzą się w każdą stronę.
– Z heroizmu znany jest twój brat. Ty nie musisz odgrywać bohatera, i tak nim nie jesteś.
Eldy wrzeszczał. Rozsadzało go. Rozsadzało! Każda cząstka jego ciała próbowała wydostać się poza skórę. Averton, to on! – powtarzał z paniką w duchu, ale z jego gardła wydobywał się jedynie wrzask. Aż wreszcie zemdlał.
Obudził go silny cios w sztywny brzuch. Jęknął, czując wymioty podchodzące do gardła. Nie wiedział, ile był nieprzytomny, ale co do jednego miał pewność – cały czas tkwił w tej samej, niemożliwej do zniesienia pozycji.
Casimir pochylał się nad nim jak tygrys, który zastanawia się, od której strony najlepiej dobrać się do swojej ofiary.
– Przecież nikomu nie powiem – wystękał zdesperowany Eldy. – Zostawże mnie, do cholery! Błagam!
– Próbujesz być twardy, co wychodzi doprawdy żałośnie – prychnął w końcu Casimir, lekko rozbawiony sytuacją. – Nie chcę, byś się rozpadł na kawałki, na razie… Hm. Może twoja dziewczyna trochę nam pomoże…?
– Co? Nie! – krzyknął Eldy. – Nawet nie próbuj!
– O, czyżbym trafił w czuły punkt? No to podaj mi to cholerne imię, dzieciaku, jeśli chcesz, żeby nic jej się nie stało.
– Chcesz, żeby kolejna osoba dowiedziała się o wszystkim? Tylko pogorszysz sprawę!
– Ja pogorszę? – Casimir przechylił głowę. – Ależ ty pogorszysz, bo to przez ciebie będę musiał ją później zabić. Ale skoro bardziej troszczysz się o własną skórę…
Eldy był załamany. Czy miał teraz jakiś wybór?
Nie musiał jednak długo rozważać tego tragicznego dylematu. Drzwi do pomieszczenia otworzyły się nagle, a do środka wpadł Averton we własnej osobie. Zanim Casimir zdążył się odwrócić, ten w mgnieniu oka sprawił, że mężczyzna padł bezwładnie na ziemię. Podobnie jak Eldy, na którego jego dar przestał działać.
– Młody, szybko! – zawołał Averton, zatrzaskując za sobą drzwi i podbiegając do niego. – Urok Snu nie podziała zbyt długo. Nic ci nie jest?
– Nie – wymamrotał chłopak, co było dalekie od prawdy.
– W takim razie pomóż mi go oprzeć o ścianę!
Eldy, wiedząc, że to być może ich jedyna taka szansa, zmusił się do szybkiej reakcji. Pomógł Avertonowi, a gdy wciąż nieprzytomny Casimir był już w pozycji siedzącej, spytał:
– Wyczyścisz mu pamięć?
– A co mam innego zrobić? – warknął poddenerwowany Averton. Na pewno wiedział, że złamie drugi najważniejszy zakaz z Czarnej Listy. – Wolisz go zabić? Nawet ja nie potrafiłem. Czego zaczynam żałować! A teraz trzymaj jego ręce mocno, żeby nie zdążył nimi poruszyć, i siedź cicho. Muszę się naprawdę skupić…
Eldy zrobił, co mu kazano, obserwując z trwogą, jak Casimir budzi się gwałtownie, ale zaraz potem znów nieruchomieje, patrząc niewidzącymi oczami w przestrzeń. Averton trzymał swoją rękę na jego zakrwawionym czole, mrucząc coś pod nosem z ogromną koncentracją. Gdy skończył, puścił Casimira, a ten opadł na ziemię, znów nieprzytomny.
– Za kilka minut obudzi się z wymazanymi wspomnieniami dotyczącymi nas dwóch sprzed trzech godzin – wyjaśnił cicho Averton. – Ale nie wiem, na jak długo zadziała Urok Zapomnienia i jak bardzo będzie skuteczny… Wcześniej stosowałem go tylko na ludziach. Nie ręczę za to, że za rok czy dwa ten psychol, widząc cię, nie wspomni sobie czegoś… Najlepiej unikaj go jak ognia, a może nic się nie stanie. Niestety będę też musiał wyczyścić pamięć Diathenie. Nie wiem, jak to zrobię, ale jakoś sobie poradzę. Może uda mi się przy okazji z niej coś wyciągnąć… Irothowi na razie ani słowa. Muszę sobie to wszystko przemyśleć.
– Mhm.
– Hej, w porządku, młody? Ledwo oddychasz…
– Nic mi nie jest.
– W takim razie sprawdź, czy nikogo nie ma na korytarzu. Trzeba go będzie gdzieś tam zostawić. Nasze szczęście, że dostał podczas walki w głowę. Powiemy, że zemdlał przez uraz.
Eldy wychylił głowę zza drzwi; akurat kilku Sarmantów szło korytarzem. Gdy czekali chwilę z leżącym na ziemi Casimirem, którego Averton zawlókł pod drzwi, chłopak spytał:
– Skąd wiedziałeś, że tu będę?
– Przypuszczałem, że on cię złapie. A od kilku Sarmantów dowiedziałem się, że widzieli cię właśnie na pierwszym piętrze. Więc po prostu zacząłem przeszukiwać sale.
– Dziękuję…
Averton tylko machnął ręką
– Jesteś dzielny, Eldy. Najlepiej dla ciebie będzie, jeśli zaraz potem pójdziesz się trochę przespać, odpocząć… No, ale teraz sprawdź jeszcze, jak wygląda sytuacja.
Korytarz był pusty, dlatego szybko położyli tam Casimira na ziemi. Ten akurat zaczął się wybudzać.
– No, dalej! Zwiewaj stąd! – polecił Eldy’emu Averton. – Niech cię lepiej teraz nie zobaczy…
Chłopak powlókł się do windy, walcząc z potężnym bólem w klatce piersiowej i nierównym oddechem. Czuł niesamowity lęk i napięcie w każdej części swojego ciała, a te, zamiast słabnąć, tylko narastały. Do tego wciąż odnosił wrażenie, że jego ciało jest rozdzierane od środka. Jakby kości i mięśnie rozszczepiały się na małe kawałeczki. Coś musiało być na rzeczy, zaczął bowiem słabnąć z każdym krokiem. Ręce tak mu się trzęsły, że ledwo zdołał nacisnąć przycisk windy. A gdy drzwi się otworzyły i zobaczył w niej trzymających się za ręce Linet i Everley’a, padł zemdlony na ziemię tuż pod ich nogami.