Rozdział 4.
4. Baza wirusów programu Avast
– Słońce zachodzi dla tego świata, głupcy! Pogódźcie się ze swoim końcem, gdyż nadchodzi Godzina Zmierzchu!
„Czyli już nawet smok wyczuwa powagę sytuacji?” – pomyślał z goryczą Eryk, który od samego rana grał w World of Warcraft. Był w swoim żywiole; mógł teraz bez tłumaczenia się siedzieć w swoim małym, ciemnym, ukochanym pokoju, pić tanie energetyki, legalnie psuć sobie wzrok (powinien nosić okulary, co nie oznacza, że zamierzał), nielegalnie spróbować zhakować dane chińskiego rządu i półlegalnie ściągać muzykę z Internetu za darmo. A to wszystko tak długo, dopóki…
– Eryk, wychodzę.
Chłopakowi mocniej zabiło serce. Przypomniał sobie, że ojciec mówił coś wcześniej o tym, że zapomniał wstąpić do apteki. Spojrzał na swojego smartwatcha, którego w rok temu styczniu dostał od Daniela na urodziny (przyjaciel kupił mu przypadkiem model dziecięcy z opcją kontroli rodzicielskiej; chciał go wymienić, ale Eryk się nie zgodził – wolał mieć pretekst do żartów, poza tym zegarek naprawdę mu się spodobał). Już czternasta? Niech to szlag. Zastopował grę i wybiegł z pokoju, po czym w kilku krokach znalazł się przy drzwiach.
– Mogłeś mówić, że hełmy doszły! – Zdenerwował się, patrząc, jak jego tata zapina kurtkę, w ręku trzymając antySIdemowy ochraniacz głowy. – Ja idę, ty nawet nie wychodź.
– Słucham? Nie przesadzasz? – Mężczyzna uniósł brwi. – Przestań, Eryk. Nie będziesz decydował, co mogę, a czego nie mogę. Nie musisz mnie już kontrolować.
– Muszę. Boże, czy po tym wszystkim dalej mamy udawać, że jest dobrze? Gdybyś wreszcie poszedł do lekarza, zwłaszcza po tym, do jakiego stanu się doprowadzałeś, to…
– Halo, zrozum, że jest mi już dużo lepiej – powiedział stanowczo tata, ale jego irytacja była podszyta wieloma innymi emocjami. Kaszlnął. – Bardziej boję się o ciebie. Po tym wszystkim jesteś przewrażliwiony, to jasne. Słuchaj, Eryk, chodzi o to, że…
– Nie obchodzi mnie to. Nigdzie nie idziesz! Już dość się wczoraj narażałeś w tym durnym Lidlu. – Eryka zdziwiła własna wściekłość. Robi się jak Daniel… Widząc minę ojca, dodał po chwili nieco burkliwie: – Proszę. Daj mi zajść do tej apteki.
– Czyli ty masz się narażać za mnie? Byłbym ojcem roku! – prychnął mężczyzna. – To, że od kilku dni mam pracę zdalną, nie oznacza, że mój syn będzie załatwiał za mnie…
Chłopak nie chciał już tego słuchać. Walnął prosto z mostu:
– Myślisz, że sobie poradzę, jeśli ty też umrzesz na moich oczach? Zajebisty pomyślunek!
Przesadził. Ale musiał. Chociaż było mu niesamowicie żal taty, nie dawał tego po sobie poznać. Wolał grać twardziela, bo wiedział, że ojciec nienawidzi, gdy ktoś okazuje mu współczucie. W tym, prócz niemal identycznie ciemnych, lekko krętych włosów, byli do siebie najbardziej podobni. Patrząc, jak wściekły ojciec ściąga kurtkę i rzuca nią o wieszak, dostrzegł jednocześnie, że schudł jeszcze bardziej. Był blady i nieogolony, a jego szare oczy były przekrwione. Znów nie spał. Szybko się męczył. Cierpiał na bóle głowy. To mogła być rozpacz. Depresja. Poalkoholowe osłabienie. Efekt leków. Ale to mogła też być śmiertelna choroba. A wglądało na to, że SI staje się coraz lepsza w eliminowaniu chorych.
Eryk poszedł jeszcze wyłączyć komputer, by nie marnować prądu, po czym przebrał stary dres w jeansy najszybciej jak potrafił, jakby w obawie, że tata zmieni zdanie i wyjdzie na zewnątrz. Ten jednak zostawił mu tylko listę kilku leków bez recepty na półce przy drzwiach, samemu zaczynając przygotowywać obiad. I dobrze! Kurwa mać…
Hełm za państwowe pieniądze był za duży i nieco drażnił szyję. Ale Eryk nie miał zamiaru narzekać na rząd, jakby to pewnie zrobiłby Daniel. Było dużo lepszych powodów do narzekania, choćby głupota ludzka, nieuleczalne choroby, cena nowego komputera czy wolny Internet, tak bardzo mu potrzebny do zarabiania.
Zły, że nie może normalnie założyć kaptura na głowę, włożył słuchawki do uszu pod hełmem, włączając ze swojej starej, jeszcze komunijnej MP4 hity Eminema. Przy wychodzeniu na ulicę jak zwykle porównał doskonały, zadbany ogródek Kornelii do jego nieplewionej od ponad dwóch lat zarośniętej działki. Eryk cieszył się, że płot między ich domami jest zasłonięty bluszczem – nie musiał widzieć miny mamy Kornelii, pani Joanny, która zapewne dzień w dzień cmokałaby z niezadowoleniem na widok tej florystycznej masakry.
Mieszkali kilka ulic od ruchliwej drogi prowadzącej do rynku miasta, zazwyczaj przepełnionego ludźmi i zawalonego samochodami w każdym możliwym miejscu. Teraz jednak Eryk, ku swojemu zadowoleniu, zastał trzy razy mniej ludzi, co oznaczało trzy razy mniej nerwów. Pierwsza irytacja pojawiła się jednak szybciej, niż myślał. Jakaś laska siedziała sobie na ławeczce koło miejskiego drzewka i trajkotała przez telefonik włożony pod hełm. Równie dobrze mogła go całkiem ściągnąć! Jaki to ma sens nosić nieszczelną ochronę? Dziunia najwyraźniej musiała nie przejmować się swoimi bliskimi. I swoim mózgiem. O ile jakiś miała.
Eryk sporo już się naczytał o ludziach, którzy próbowali dosłownie wyciąć sobie SI z czaszki. Myśl o posiadaniu obcego ciała w mózgu, które jest w stanie doprowadzić do zarażenia bliskich, mogło doprowadzać do szaleństwa. Chłopak zastanawiał się, czy lepsza jest postawa takiej laski czy owych paranoików. Z drugiej strony sam nie wiedział, jak by się zachował.
W przypadku wystąpienia objawów opcje były dwie – udawać głupa, że nic się nie stało, lub udać się prosto do lekarza na wykonanie testu. Jeśli wyszedł pozytywny, pojawiały się następne trzy możliwości – trafić do szpitala w przypadku pogarszającego się stanu, wrócić do domu na kwarantannę kontrolowaną przez policję i będąc pod obserwacją psychologa, który miał stwierdzić, czy stwarza się zagrożenie, albo z własnej woli trafić do izolatki na czas bliżej nieokreślony – opcja najbezpieczniejsza dla bliskich. I właściwa. Powstawały też powoli tak zwane Schrony dla niezarażonych, czyli ludzi obawiających się swoich zarażonych bliskich.
Pełen ponurych myśli Eryk wreszcie dotarł do apteki, która tuż przy wejściu miała niewielki przedsionek oddzielony przezroczystą folią, w którym należało zdjąć hełm dopiero po zamknięciu drzwi. Zdaniem Eryka był to naprawdę dobry pomysł; naukowcy potwierdzili, że cząsteczki SI miały w zwyczaju korzystać z otwartych drzwi i wlatywać z powiewem do głowy najbliższego człowieka na ostatnią chwilę, jeszcze zanim stracą orientację pod dachem.
Przed nim stała w kolejce tylko jedna staruszka z torbą na kółkach. Nie ma źle.
Po dziesięciu minutach zmienił zdanie.
– A ma pani może coś na słuch? Bo wie pani, moje stare uszy nie są już w najlepszej kondycji. Nie te lata, oj, nie te lata… A takich czasów dożyłam…
– Mam takie krople…
– Słucham?
– Krople mam takie jedne.
– Co?
Cierpliwa jak anioł młoda sprzedawczyni pokazała staruszce owe krople, a Eryk miał ochotę powiedzieć na głos coś naprawdę bardzo brzydkiego.
– O, jakie ładne krople… A cena? Ło Jezusku, co to wszystko tak podrożało! No ale dobrze, bo wie pani, ten mój słuch to już taki kiepski…
– To już wszystko? – spytała sprzedawczyni, zerkając nerwowo na Eryka.
– Ojoj, gdybym miała pani wymienić wszystkie te moje dolegliwości… To by się w końcu klienci zaczęli denerwować. – Eryk parsknął głośno. – Ale jeszcze może to… coś na odporność, tak na tego inteligentnego wirusa… Pani rozumie, jakąś taką ochronę. Może coś antywirusowego? Co nie? Ach, jak tu się uchronić, ło Panie…
Chłopak zaczął zastanawiać się, czy ostentacyjnie nie wyjść z apteki, trzaskając drzwiami, ale z drugiej strony nie chciało mu się iść do innej, a tyle już tu czekał, że aż się nie opłacało. Sprzedawczyni zaczęła tłumaczyć staruszce, że to tak nie działa i Eryk był już gotów doradzić bardzo ceniony program antywirusowy Avast, którego baza została ostatnio zaktualizowana, gdy nagle rozmowa zeszła na nieco inne tory.
– Bo nie wiem, czy pani wie, ale nasz minister zdrowia już coś wspomniał o narodowej kwarantannie. No to wtedy ani do apteki nie wyjdę! Więc teraz uzupełniam zapasy, póki ten wirus nie rozprzestrzeni się na dobre. Oj Boże, Boże, nawet przychodnie mi zamkną!
– Przychodnie? – wtrącił się Eryk, marszcząc brwi. Staruszka odwróciła się i spojrzała na niego zza swoich okularów.
– Właśnie tak, kawalerze. Co z tego, że w środku jest bezpiecznie, skoro trzeba tam jeszcze jakoś dojechać? A inteligencja jest podstępna, potrafi otwierać okna, wywlekać siłą pacjentów na pole… No nic, trzeba ograniczyć wychodzenie na otwartą przestrzeń niemal do zera. Ale ty się nie masz co, kawalerze, przejmować, młody jesteś, zdrowy, nie to co ja…
– A może mam raka, i co? – palnął rozeźlony nagle Eryk, ale gdy kobieta nie dosłyszała, drugi raz już powiedział: – Mówię, że niezła draka. Czy kończy już pani wreszcie te zakupy?
– Ach, te niecierpliwe dzieciaki. – Kobieta pokiwała z niezadowoleniem głową. W końcu uznała, że już ma wszystko, czego chce, przynajmniej na najbliższe dwa tygodnie.
Podczas gdy przez następne trzy minuty szukała w portfelu dwa złote w jedno- i dwugroszówkach, poddenerwowany Eryk zaczął się zastanawiać, co to będzie, gdy zamkną przychodnie. „Co z tatą? – myślał. – Teraz to już nigdy nie pójdzie do lekarza… Niemożliwe, żeby lekarze nie przyjmowali pacjentów. Może chociaż badania będzie się dało zrobić. Co, może wymyślą wizyty telefoniczne? To byłby chyba na serio koniec świata. Dno”.
Wreszcie staruszka wyszła, a sprzedawczyni jakby w ramach przeprosin znalazła leki dla ojca – uspokajające, przeciw depresji, żołądkowe, przeciwbólowe i na serce – w dosłownie minutę. Erykowi nie umknął uwadze jej współczujący wzrok, który niemożliwie go zirytował. Mógł powiedzieć, że to nie tabletki dla niego, ale po co? Miał tę dziewczynę głęboko w dupie, tak jak i cztery piąte ludzi, których spotykał.
Prócz Daniela miał kilku kumpli z klasy, ale to nie było to samo. Miał i Anastazję, fajną babę, którą podziwiał za otwartość do ludzi, jednak nie czuł wcale potrzeby, by się jej wyżalać. Po co w ogóle wyżalać się ludziom i robić z siebie ofiarę? Jezu. Co więcej, chyba wiedział, jak skończyłaby się rozmowa z przyjaciółką o czasach, gdy musiał przebierać własną matkę. Matkę, która była zbyt słaba, by zajść do toalety. A później patrzeć w szpitalu, jak z jej oczu gaśnie wszelkie życie i jak jej dłoń zaczyna sztywnieć. By potem przez najbliższy rok być zmuszonym żyć z ojcem pogrążonym po uszy w depresję i alkoholizm. Anastazja chciałaby się nad nim litować, próbowałaby go pocieszać i pewnie przez wiele miesięcy patrzyła na niego przez pryzmat pokrzywdzonego biedaka. Nie, nie chciał, aby tak o nim myślała.
A Kornelia… Ona co nieco wiedziała. W końcu jej matka, pani Joanna, czasem przychodziła im pomagać, zanim mama trafiła do szpitala. Kornelia raz czy dwa też się pojawiła. Były nawet na pogrzebie, na którym wstrzymujący przez długi czas emocje Eryk w końcu nie wytrzymał i ryknął bekiem jak małe dziecko. Od tego czasu unikał Kornelii jak tylko mógł.
Jaka szkoda, że jego starsza siostra Justyna mieszkała z mężem i dzieckiem w Anglii. Miała tyle własnych kłopotów, że podczas videorozmów chłopak nie mówił jej przynajmniej połowy tego, co działo się w domu. A teraz nawet nie mogła przyjechać na Wielkanoc, bo zamknięto granice. Co za bezsens.
Cause we need a little controversy, ’cause it feels so empty without me, śpiewał proroczo Eminem, podczas gdy Eryk dochodził właśnie w spokoju do swojego domu, przekonany, że już nic go dzisiaj nie wyprowadzi z równowagi. Oczywiście się mylił, a jakże. Już z daleka zauważył samochód, który parkuje na podjeździe domu Kornelii. To mogła być tylko jedna osoba: ta świnia Wiktor, napakowany brat dziewczyny, jeden z tych, którzy wyżej srają, niż dupę mają. Ale co on tu teraz robił? Aha, no tak, zamknięto uczelnie, to musiał się ewakuować z Gliwic, bo mu pewnie matka przestała przesyłać pieniądze.
Eryk miał zamiar przejść obok niego niezauważenie, ale ten, wyjmując z bagażnika dwie walizki, akurat odwrócił się w jego stronę. Obcięty na krótko z wygolonymi bokami i z prześmiewczym uśmieszkiem wymalowanym na gębie był kandydatem numer jeden na liście osób, którym chłopak najchętniej urwałby głowę.
– O kurwa, Eryk! – zawołał Wiktor, kładąc walizki na ziemi, po czym zaśmiał się głośno. – Siema, stary! Nie no, ej… Wiesz, jak idiotycznie wyglądasz w tym hełmie? O bosz, aż mi się ciebie szkoda zrobiło. Może pożyczyć ci stówkę na jakiś normalny?
– Spierdalaj – warknął Eryk. – Ciebie najwyraźniej nie stać na własny.
– A po co mi to nosić? To jest SI, myśląca istota, jak będzie mnie chciała zarazić, to żaden głupi hełm jej nie przeszkodzi.
– No to współczuję twojej rodzinie.
Wiktor parsknął śmiechem.
– Serio? Ty współczujesz mojej? Stary, no sorry, ale daruj sobie.
– Ja nie narażam mojego taty tak jak ty matkę i Kornelię.
– Oj, ale chyba on naraża ciebie, skoro cię posyła po psychotropy, a sam pewnie popija sobie w tym czasie kilka głębszych? – Wiktor zrobił smutną minę. – Ale tak serio, jeśli chcesz o tym porozmawiać, to od teraz jestem do twojej dyspozycji…
Eryk nie miał zamiaru dać się sprowokować. Ale nie mógł powstrzymać się od dodania:
– A jak tam syndrom braku ojca? Mój przynajmniej mnie nie zostawił. I nie próbuje zarobić na wypadku, który pewnie sam spowodował. Tak, słyszałem o tym, debilu.
Jego tata od czasu do czasu rozmawiał z panią Joanną, a ta od czasu do czasu się zwierzała. Tylko po śmierci jego matki wszystko zaczęło się pieprzyć.
Wiktor uniósł brwi i zaśmiał się drwiąco, choć widocznie się spiął.
– Ha, ha, jasne, ale przynajmniej przysyła mi tysiaka w alimentach, podczas gdy twojego nawet nie stać na to, żeby ci kupić nowe ubrania. Ale jakoś na wódkę zawsze mu starczało, co?
Nie, tego już było za wiele. Eryk miał dość. Czerwony ze złości, zacisnął pięści i bez słowa ruszył stanowczym krokiem w stronę swojego domu.
– Sorki, stary, no ale spójrz prawdzie w oczy – nawet na normalny hełm was nie stać! – wołał za nim Wiktor, chłopak jednak nawet się nie odwrócił.
Wparował do domu, trzaskając drzwiami i jednym, bolesnym ruchem zdejmując hełm, który podrażnił mu szyję. Gdy ściągał buty, podszedł do niego ojciec.
– Co jest? – spytał, a gdy ten nie odpowiadał, zaczął po chwili wahania: – Wiesz co, Eryk, chyba masz rację z tym lekarzem. Powinienem…
Chłopak jednak nie miał najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. Wcisnął mu bezceremonialnie worek z lekami do ręki i zatrzasnął się w pokoju.