Rozdział IV

Iroth wyglądał przez okno ze swojego iście królewskiego, zdobionego złotem pokoju na szóstym piętrze. Nie zależało mu na tak bogatym wnętrzu, ale wiedział, że nie powinien niczego zmieniać – w końcu ten pokój przechodził na Sarmantów z linii dowódców z ojca na syna.

Aktualnie czekał, aż jego żona wróci z jednego ze swoich samotnych i długich spacerów, które, jak go przekonywała, bardzo ją uspokajały, a na które chodziła od początku ich małżeństwa. Nie lubił, gdy pozostawała bez niczyjej opieki. Zwłaszcza gdy wybywała gdzieś daleko, na przykład w norweskie góry; na szczęście brała wtedy ze sobą jakieś znajome Sarmantki. Martwił się o nią, ale mimo wszystko chciał dla niej jak najlepiej i nie miał zamiaru jakoś jej kontrolować. Radziła sobie. Najwidoczniej napary Alchemików jej nie wystarczały.

Nagle zauważył, że na brukowanym dziedzińcu pojawia się dwóch Sarmantów. Wytężył wzrok, po czym uśmiechnął się lekko. Eldy z Avertonem! Iroth wiedział, że chłopakowi uda się nawiązać z nim kontakt. Ta dwójka doskonale do siebie pasowała. Obaj gestykulowali teraz jak najęci, żywo o czymś rozmawiając. Pewnie Averton pokazał wcześniej dzieciakowi jakiś elektryczny gadżet, który wymagał przedyskutowania! Iroth westchnął. Kiedyś tak dobrze dogadywał się z Avertonem, a teraz…? Wszystko przez tych ludzi.

Znów spojrzał przez okno. Już ich tam nie było. Zauważył natomiast z oddali Diathenę, która wyłaniała się z lasu. Jak zwykle odetchnął z ulgą, ciesząc się, że wraca cała i zdrowa. Jej napady złości, przeplatane ze stanami melancholijnymi, czasem doprowadzały go do szału. Na szczęście przez większość dni jego żona zachowywała się normalnie, czyli tak jak przed ślubem. Właśnie, przed ślubem… Iroth, chcąc nie chcąc, obwiniał się, że to przez niego zaczęła tracić zmysły. Co mógł zrobić źle?

Mimo to w głębi duszy wiedział, że to nie on zawinił.

Sarmanci nie chorowali, to fakt. Czasem zdarzało im się jakieś drobne przeziębienie czy problem z żołądkiem, ale nic więcej. Inaczej jednak sprawa wyglądała z zaburzeniami psychiki. Do typowych przypadków zaliczała się mala-psychose, czyli potworna choroba sarmancka, która wywoływała przerażająco realistyczne omamy, przez które niektórzy popełniali nawet samobójstwo. Ale poza nią zanotowano też w kronikach kilka innych zaburzeń umysłowych, które przez wieki niszczyły życie Sarmantów, w tym Diatheny. Iroth czasem dopuszczał się przez to naprawdę wstrętnych myśli. Czy gdyby wiedział, że Diathena stanie się taka po zawarciu małżeństwa, to czy i tak wziąłby ją za żonę?

Ostatecznie zawsze dochodził do wniosku, że tak. Kochał ją i kochał Athenota, ich dumnego, bystrego i czasem trochę niegrzecznego syna. Tylko… bał się. Bał się tego, że Athenot odziedziczy tę chorobę po matce. Lub po siostrze Nathana a matce Casimira, która przerażająco często cierpiała na mala-psychose. Chory psychicznie dowódca? Nie może być!

Jednak Athenot miał już osiemnaście lat i na razie nie wykazywał żadnych zaburzeń. Aktualnie, jak każdy Sarmant z linii dowódców w tym wieku, przebywał na dwutygodniowej wyprawie zapoznawczej, zaznajamiając się ze zwyczajami i życiem Sarmantów w poddowództwach afrykańskim i azjatyckim, przy okazji kontrolując, czy działają zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami rodu. Iroth miał tylko nadzieję, że Athenot zaprezentuje się godnie i nie będzie tak bezczelny, jak czasem bywał w stosunku do niego.

Takie i inne myśli martwiły syna dowódcy, gdy nagle do pokoju wparował Averton, dysząc ciężko.

– Avertonie! – zawołał zdziwiony Iroth, natychmiast wyrywając się z rozmyślań. – Co…

– Czy ty mi ufasz? – przerwał mu Averton, podchodząc do niego blisko i wpatrując się w niego z przejęciem.

Iroth zrobił wielkie oczy. O co mu chodzi? – myślał. Czyżby dowiedział się, że nasłałem na niego Eldy’ego? A może po prostu wie, że podejrzewam go o zdradę? Zanim zdążył odpowiedzieć, do pokoju wpadł kolejny Sarmant, tym razem Demidion, pomocnik jego ojca.

– Panie Irothcie! – zawołał. – Trzy kilometry na zachód stąd wykryto osiem Udurów, które powoli zmierzają w stronę dowództwa. Twój ojciec polecił, żebyś osobiście zajął się sprawą. Jestem oczywiście do twojej dyspozycji!

Idealny moment! – pomyślał ze złością Iroth, ale postanowił od razu wykorzystać sytuację.

– Nie trzeba – odparł, jedną ręką sięgając po długi do kostek czarny płaszcz z wieszaka, a drugą chowając za pazuchę swoje dwa ostrza. – Mam lepszy pomysł. Avertonie, będziesz mi towarzyszyć? Zaraz poślę po Casimira. Tak dawno nie byliśmy na misji w trójkę!

Miał tak naprawdę zamiar skorzystać z okazji i porozmawiać trochę z Avertonem. Ten zrobił kwaśną minę, gdy usłyszał imię Casimira. Nie byli najlepszymi przyjaciółmi, ale on, Iroth, był łącznikiem między nimi i mimowolnie musieli ze sobą przebywać.

Po chwili Averton kiwnął głową.

– Wspaniale! – zawołał syn dowódcy. – Demidionie, znajdziesz mojego kuzyna? Poproś go, by czekał gotów przed dowództwem.

– Tak jest.

Iroth, chowając jeszcze do płaszcza dwa sztylety, spojrzał na Avertona z powagą.

– Oczywiście, że ci ufam – powiedział niezgodnie z prawdą, chcąc wybadać jego reakcję. – Czy chciałeś mi coś powiedzieć?

Averton milczał przez chwilę, robiąc nieco obolałą minę.

– Właściwie nic ważnego – powiedział w końcu. – Chciałem tylko upewnić się, że nadal jesteśmy przyjaciółmi, stary druhu. W końcu dawno nie rozmawialiśmy…

– Jesteśmy – odparł twardo Iroth, czując lekkie wyrzuty sumienia. – Pamiętaj o tym.

*

Iroth i Casimir stali przed dowództwem, czekając na spóźniającego się Avertona.

– Co on tam tyle robi? – mruknął pod nosem Casimir, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę. Usłyszał przed chwilą o planach Irotha względem Avertona.

– Coś taki nerwowy? Wakile nie zdążą raczej przywlec się tu w piętnaście minut.

– Po prostu irytuje mnie, że Averton zawsze ma na wszystko czas.

Iroth wzruszył ramionami. Casimira wiele rzeczy irytowało. Czasem może aż za bardzo. Ale był jego najlepszym przyjacielem i Iroth zawsze mógł na nim polegać. Wiedział, że niektórzy się go bali – trochę przez mroczny wygląd, a trochę przez groźne miny, które lubił robić. Zawsze ubierał się cały na czarno, bez wyjątków; miał ostre i wyraziste rysy twarzy, stylową fryzurę – przycięte boki i wystylizowaną na artystyczny nieład górę – oraz wyjątkowo przenikliwe oczy, które, choć zielone jak u każdego Sarmanta, miały w sobie jakiś dziwny, drapieżny blask, mogący budzić niepokój. Ale nie w Irothcie.

Niestety jego kuzyn bywał dla niego czasem trudny do zniesienia. Zwłaszcza gdy chodziło o jego bliską relację z wujkiem-dowódcą. Nathan uwielbiał bowiem swojego siostrzeńca i właściwie traktował go lepiej niż samego syna. Umożliwił mu nawet bezpośrednie przenoszenie się do dowództwa, co mogli jedynie Sarmanci z linii dowódców. Iroth starał się nie zwracać na to wszystko uwagi; Casimir zawsze pomagał mu w trudnych sytuacjach, czegokolwiek by one nie dotyczyły. Poza tym służył mu na co dzień radą i często wybierał się z nim na misje. Kiedyś zawsze polowali na Wakile w trójkę, razem z Avertonem, jako jedni z najlepszych wojowników w dowództwie, ale od kilku miesięcy musiało im wystarczyć własne towarzystwo. Aż do dziś.

– Idę, już idę! – zawołał głośno Averton, wylatując w pośpiechu z budynku i zakładając w biegu swoją typowo ludzką granatową kurtkę z kapturem. – Nie mogłem znaleźć mojego ostrza.

– Żałosne… – Casimir przewrócił ostentacyjnie oczami.

– Przenosimy się około trzy kilometry na zachód – powiedział do nich Iroth. – Znacie te tereny – są tam dwa duże dęby i strumień między nimi. Tam się spotkajmy.

Obaj Sarmanci kiwnęli głowami. Iroth nie czekał na nich, tylko, korzystając z mocy każdego Sarmanta po przemianie, przeniósł się w wyznaczone miejsce, natychmiast rozglądając się dookoła; nie było ani śladu Udurów. Zapewne kryły się gdzieś w cieniu. Był słoneczny poranek, a one nie przepadały za światłem.

Po kilku sekundach jego towarzysze znaleźli się obok niego.

– Albo się chowają, albo są bliżej dowództwa, niż myśleliśmy – oznajmił z powagą. – Casimirze, sprawdź może teren za dębami, a ja z Avertonem ruszymy w stronę dowództwa.

Casimir kiwnął ze zrozumieniem głową i ruszył w swoją stronę cichym, uważnym krokiem. Iroth zauważył, że Averton patrzy za nim nienawistnym wzrokiem.

– Mógłbyś zabić tym spojrzeniem – mruknął do niego półgłosem.

– Nie rób mi nadziei – odparł tamten. Iroth wolał nie pytać, o co tym razem się pokłócili.

Szli w dwójkę wzdłuż strumyka, oddychając świeżym, choć zimnym górskim powietrzem. Omijali krzewy o zielonych listkach i duże korzenie potężnych drzew, przez które ławo było przepaść; nieustannie rozglądali się na boki, wypatrując czyhające na nich w ukryciu Udury. Wokół dało się jednak słyszeć jedynie śpiew ptaków i szmer wody.

– A co tak milczysz, Avertonie? – spytał towarzysza Iroth po dłuższej chwili ciszy. – To do ciebie niepodobne.

– Myślę – odparł krótko Averton.

– Nad czym?

– Ech, to naprawdę trudna sprawa.

– No to opowiedz mi o niej. Może akurat coś doradzę, jeśli będzie trzeba.

– Gdyby to było takie proste, kolego, gdyby tylko…

Iroth miał mieszane uczucia. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Averton z nim pogrywa. Co on kombinuje? Irothowi najbardziej nie podobało się, że w tajemnicy przed nim oczerniał jego ojca przy innych. O co właściwie mu chodziło? Czy naprawdę tak bardzo chciał mieć udział w decydowaniu o sprawach Sarmantów? Dziedziczność linii dowódców to kilkusetletnia tradycja, której nie wolno złamać. Prawda, może i Nathan lubił otaczać się kosztownościami, ale przecież względnie robił, co mógł, by zapewnić dobrobyt Sarmantom!

– Po prostu wyduś to z siebie – powiedział tylko Iroth, starając się zachować spokój. Jego towarzysz westchnął ze smutkiem.

– Na razie skupmy się na załatwieniu tych sukinsynów – zmienił temat, gdy obchodzili ostrożnie dookoła niewielki pagórek. – Ciekawe, czego tu szukają. Rzadko kiedy jacyś ludzie się tu zapuszczają. Gorzej, jeśli zwęszyły dowództwo…

– Wykluczone – odparł stanowczo Iroth. – Dowództwo jest doskonale chronione.

Przystanęli na chwilę, nasłuchując. Ptaki przestały śpiewać. Irothowi wydawało się, że usłyszał jakiś szelest. Nastała chwila ciszy, którą niespodziewanie przerwał rozżalony Averton.

– Niech to szlag! Jeśli poprzez zdradzenie okrutnej prawdy miałbyś zniszczyć komuś życie, zrobiłbyś to?!

Irotha ścięło. Co to w ogóle za pytanie?

– Na Ramizaela, czasem mnie przerażasz… – odparł niepewnie. – Nie wiem, to zależałoby od kilku czynników, ale owszem, zrobiłbym to. Kłamstwo ma krótkie nogi, jak to mawiają ludzie.

No, dalej – myślał w tym samym czasie. Powiedz mi o swoich zdradzieckich planach!

– Od jakich czynników? – drążył temat Averton. – Od ważności sprawy? Od statusu społecznego danej osoby?

– Raczej od tego, czy ta prawda narobiłaby więcej szkód niż pożytku – odparł poddenerwowany całą sytuacją Iroth, jednak zaklął w duchu: nie powinien teraz wyrażać własnego zdania, tylko zachęcać towarzysza do wyjawienia prawdy. Dodał szybko: – Ale prawda zawsze zwycięża z kłamstwem. Dlatego im szybciej się ją wyjawi, tym mniej tych szkód narobi. A dlaczego pytasz? Chcesz mi coś powiedzieć?

– Nie, to znaczy, kto powiedział, że chodzi o mnie? Ja…

– Nie o ciebie, tylko o władzę w dowództwie, do której chcesz się dobrać! – wybuchnął Iroth, zły na niezdecydowanie towarzysza.

Averton zrobił minę wyrażającą zdziwienie i niedowierzanie jednocześnie; jego usta już układały się w wielkie: „Co?!”, gdy zamiast tego krzyknął:

– Uważaj! Za tobą!

Wakile znajdowały się zaledwie kilka metrów obok i już na nich nacierały.

– Nie wierzę! Pierwszy raz dałem się zaskoczyć! – zawołał rozczarowany swoją nieuwagą Iroth, natychmiast gotując się do walki.

Wakile zaliczały się do naprawdę parszywych stworzeń. Aktualnie sześć Udurów sunęło w ich stronę, unosząc broń. Na szczęście były nie w ludzkich, a w swoich własnych, kształtem przypominających sylwetkę człowieka cielskach z przydługimi kończynami i poszarpaną, czarną skórą. Zdawało się, że nieustannie parowały, wokół nich unosiła się bowiem ciemna smuga.

Nigdy nie wydawały z siebie żadnych odgłosów; ich twarze pozbawione były ust czy nosa, co tylko uwydatniało ich wstrętne, smoliste oczy, z których wydobywała się niebieska poświata.

Broń stwarzały gdzieś u siebie, czyli w bliżej nieokreślonym miejscu, zwanym przez Sarmantów Mortanem; zazwyczaj było to coś na kształt miecza, ale zdarzały się też raz jakieś przydługie topory, pałki, a niekiedy nawet bicze, ulepszone na końcu ostrymi kolcami. Wiele zależało od tego, czy planowały zabić szybko, czy też trochę się pobawić, ewentualnie podjąć próbę porwania Sarmanta do Mortanu, co jednak zdarzyło się kilka w historii; tacy Sarmanci nigdy już nie wrócili. Ale ich główną formą ataku, poza bronią fizyczną, była broń mentalna, czyli omamianie niechronionych Sarmantów. Bo choć nie mogły wejść w ich ciała tak jak w ciała ludzi, potrafiły zmusić ich do działania, jakim było najczęściej poderżnięcie sobie gardła ostrzem.

Iroth nie musiał martwić się o to, że zostanie omamiony – odkąd znaleźli się w lesie, automatycznie wywołał i nieustannie podtrzymywał Urok Blokujący, licząc na to, że jego towarzysze robią to samo. Wymagało to trochę wysiłku, ale dawało za to pewność, że nie straci się nagle kontroli nad swoim umysłem. A Wakile uwielbiały działać z ukrycia.

Teraz Iroth wyjął błyskawicznie jedno ze swoich ostrz, a lewą dłoń przekręcił w taki sposób, że najbliższy Udur stanął w płomieniach. Na tym właśnie polegał jego dar – na podpiekaniu Wakili (między innymi). Pięć pozostałych stworzeń rzuciło się na nich jednocześnie, zamachując się swoimi mieczami i pałkami. Iroth odepchnął ostrzem silne uderzenie, jednocześnie schylając się przed drugim. Obrócił się przy tym na pięcie, wyjmując ukryty sztylet i rzucając nim gwałtownie w twarz jednego z Udurów. Zaraz potem znów uchylił się od kolejnego ciosu pałką w skroń, a widząc, że jest w połowie z drewna, podpalił i ją. Korzystając przy tym z sekundowej nieuwagi Udura, wbił mu ostrze w łeb. Kątem oka zauważył, że Averton użył toksycznego Uroku Mgielnego, który zaczął zżerać cielsko jednego z Wakili.

Uroki były o tyle mniej skuteczne od darów, że silniejsze Wakile potrafiły sobie z nimi radzić, jakoś opanowując ich mordercze działanie. Tak właśnie stało się teraz i gdyby nie kolejny sztylet, którego Iroth celnie rzucił w owego Udura, zajęty drugim Wakilem Averton prawdopodobnie pozbyłby się krwawo kilku zębów. Towarzysz kiwnął mu głową w podzięce, jednocześnie zgrabnie przedzierając się przez cios kolejnego Wakila i ucinając mu przy tym kończynę, w której dzierżył broń.

Iroth, który za długo przyglądał się temu manewrowi, gorzko tego pożałował. Nie zauważył podpalonego Udura, który właśnie się do niego doczołgał i szarpnął go za nogę. Upadek na wystający korzeń nie należał do najprzyjemniejszych, ale jeszcze gorsze okazało się obrzydliwe i śmierdzące spalenizną cielsko, które zadziwiająco szybko znalazło się tuż nad nim, zamachując się mieczem. Iroth powstrzymał odruch wymiotny i w ostatniej chwili złapał Udura za kończynę, uniemożliwiając mu cios. Ten natychmiast zamachnął się na niego drugą kończyną, ale i ją Iroth zdołał przytrzymać. Zaraz potem kopniakiem odepchnął go od siebie, ale zanim zdążył ciąć, zobaczył, jak ostrze Avertona przebija mu głowę i jak rozpływa się w powietrzu.

Obaj odetchnęli z ulgą.

– No i po sukinsynach – powiedział Averton, dysząc ciężko.

Iroth czuł złość na siebie za to, że dał się powalić na ziemię jakiemuś głupiemu Wakilowi.

– Tyle że Udurów było tylko pięć – mruknął – a Demidion wspominał o kilkunastu.

– Och…

– Casimir! – Iroth  zerwał się na równe nogi. – Trzeba mu pomóc!

– A myślałem, że zapomnisz… – mruknął Averton, na co syn dowódcy nie zwrócił należytej uwagi, zajęty zabieraniem swoich sztyletów.

*

Averton przeniósł się z powrotem pod dwa dęby tuż po Irothcie. Miał taki mętlik w głowie, że już naprawdę nie wiedział, co robić. Po pierwsze, w grę wchodziła sprawa z Casimirem, czyli jednym słowem masakra. Udało mu się przenieść błyskawicznie z młodym tylko dlatego, że dzięki Urokowi Zanikania stworzył za sobą niewidzialną ścianę, która sprawiła, że ten psychol nie mógł ich przez chwilę zobaczyć. Ale tylko do czasu, aż Averton zaczął się przenosić. Casimir miał wtedy około półsekundową szansę na to, że któregoś z nich rozpozna. Wszystko wskazywało na to, że jego nie dojrzał. Co do młodego, Averton nie miał pewności. Gdyby chłopak nie założył akurat tej kolorowej koszuli…

Tak czy inaczej, pozostawało zadać sobie ważne pytanie: co powinni teraz zrobić? Averton, działając pod wpływem gniewu na Casimira, chciał od razu opowiedzieć wszystko Irothowi. Ale teraz nie był już tego taki pewien. Przyszłemu dowódcy coś takiego faktycznie zniszczyłoby życie. Jego kuzyn i zarazem najlepszy przyjaciel krzywdzi jego żonę? Zresztą Averton nie wiedział, co tak naprawdę łączyło Diathenę i Casimira oraz jakiego on miał na nią haka. Mógłby z nią porozmawiać, ale co, jeśli ona ze strachu zdradzi wszystko psycholowi? A nigdy nic nie wiadomo! Trudna sprawa, naprawdę trudna…

A teraz doszły do tego podejrzenia Irotha. Kiedy on mnie podsłuchał?! – myślał Averton. Czy naprawdę sądzi, że mam zamiar zwalić z tronu jego ojca? Przesada! Owszem, nie podobała mu się żądność władzy Nathana, jego niechęć do ludzi i sztywność ogólna,  a zwłaszcza to, że tylko on mógł decydować o wszystkim i nikt inny nie miał właściwie prawa głosu. Ale nie oznaczało to, że sam chciał zająć jego miejsce! Miał swoje sekrety i to mu wystarczało.

Przynajmniej dowiedział się, dlaczego Iroth ostatnio patrzył na niego takim wzrokiem. Powinni sobie wszystko wyjaśnić, a nie zachowywać się jak dzieci. Averton wolał żyć z wszystkimi w zgodzie. Choć z drugiej strony, czy naprawdę dalej chciał się z nim przyjaźnić, mając na uwadze jego skrajnie konserwatywne poglądy…?

Teraz biegł koło Irotha wzdłuż strumyka, widząc, że coś złego dzieje się nieopodal.

– Damy sobie radę we trzech, co? – krzyknął z wyrzutem Averton. Iroth jak zwykle przeceniał możliwości ich trójki. – Po co w ogóle się rozdzielaliśmy?!

Przeklął głośno, dostrzegając z siedem Udurów, z którymi walczył zawzięcie Casimir. Co najgorsze, czterech z nich znajdowało się w ciałach ludzi, a to zmieniało postać rzeczy. Nie można ich było ot tak zabić – należało najpierw wypędzić Wakila z ciała, bo zawsze istniała szansa, że człowieka da się jeszcze uratować. Na tym właśnie polegała misja.

Aktualnie te kilka Udurów w ciałach turystów tkwiło nieruchomo w jakichś powyginanych pozach. Najwyraźniej Casimir unieruchomił ich dzięki swojemu darowi, wiedząc, że nie poradziłby sobie z ujarzmieniem ich, nie raniąc przy okazji ludzi.

Nieźle z tego wybrnął – przyznał niechętnie Averton w myślach.

– Zajmijcie się nimi! – zawołał do nich krwawiący na twarzy Casimir, który trząsł się jak osika z wysiłku.

Natychmiast doskoczyli do czterech turystów, działając zgodnie i szybko – Iroth próbował ich utrzymać w ryzach, używając Uroku Zatrzymania, czyli odpowiednika daru Casimira, a Averton wypędzał Wakile z ich ciał za pomocą Uroku Głównego, od razu je potem zabijając. Ludzie padali na ziemię nieprzytomni, mając dojść do siebie za kilkanaście minut. Gdy wszyscy byli bezpieczni, Sarmanci od razu rzucili się na pomoc Casimirowi.

Averton spojrzał w bok tylko na sekundę. I przez tę sekundę zdawało mu się, że dojrzał kogoś, kto kryje się za drzewami, bezczelnie im się przyglądając. Jednak zbyt zajęty walką, nie spojrzał już po raz drugi w to miejsce, szybko o tym zapominając.

– Noż cholera! – zawołał po chwili, widząc, że wrogów zaczyna przybywać. Wakile zawsze wykorzystywały okazję, gdy miały mało przeciwników. Wiedziały, że Sarmanci i tak się nie przeniosą, wystarczył bowiem sam moment teleportacji, by mogły ich omamić. Pozostała tylko jedna możliwość. Dlatego Averton, walcząc z kilkoma Udurami naraz, dodał rozpaczliwie: – Nie ma szans, zdejmuję pierścień!

Zrobił, co powiedział, nie czekając na odpowiedź. Pierścień, który miał obowiązek nosić każdy Sarmant po przemianie, ukrywał przed Wakilami, ale jednocześnie po zdjęciu pozwalał na odkrycie swojej lokalizacji przed Sarmantami. Najszybciej jednak odkrywali ich pozycję ci, którzy mieli dar lokalizowania Wakili.

Averton skupił się mocno i wywołał potężny Urok Siły, powalając chwilowo kilka zawziętych Wakili na ziemię. Zaraz potem zamknął na sekundę oczy, szukając najbliższych możliwych do pomocy zwierząt. Serce zabiło mu mocniej, gdy wyczuł niedźwiedzia, który znajdował się jakieś trzysta metrów stąd. Natychmiast wezwał go w to miejsce, każąc pędzić ile sił w łapach.

Mając jeszcze jakieś trzy sekundy spokoju, spojrzał dookoła. Iroth, który walczył teraz na dwa ostrza, radził sobie naprawdę dobrze, podpalając co drugiego Udura i szybko pokonując słabsze Wakile w formie mgielnej i półstałej. Casimir natomiast, który sztylety miał schowane chyba w każdym możliwym miejscu, rzucał nimi zwinnie i celnie w każdego Udura, którego akurat unieruchomił. Wygraliby w trójkę tę potyczkę, ale wrogów nadal przybywało, co zmniejszało ich szanse niemal do zera.

Averton, który nie miał ani drugiego ostrza, ani ukrytych sztyletów, czekał na swoją tajną broń. Tymczasem bronił się dzielnie przed silnymi uderzeniami wściekłych Wakili, którym chyba naprawdę zależało na pozbawieniu go zębów.

– Zaraz to ja wam przetrzepię buźki, śmierdzące złamasy! – zawołał, cytując mężczyznę, którego spotkał kiedyś w ciemnej uliczce na peryferiach Paryża.

Dokładnie gdy wypowiadał to zdanie, jakiś Wakil zakradł się do niego od tyłu. Zdołał jeszcze usłyszeć ostrzegawcze wołanie Irotha, zanim dostał pałką w potylicę tak mocno, że upadł na ziemię półprzytomny. Ledwo udało mu się utrzymać Urok Blokujący. Chwilę później znów dostał pałką w żebra. I znów. I od kolejnego, tym razem ostrzem, które zdołało go drasnąć w bok.

– Ożeż wy sukinsyny… – jęknął, ale mimo to się uśmiechnął. – Nie warto wam było.

Ogromny, wściekły niedźwiedź rzucił się na najbliższego Udura, dosłownie rozszarpując go na strzępy. Averton wykrzyknął głośno i radośnie przekleństwo, a kierowane nim zwierzę automatycznie powtórzyło jego wołanie w swoim niedźwiedzim języku.

Nie minęła chwila, a tuż obok toczącej się sceny walki pojawiło się z dziesięciu Sarmantów z dowództwa, którzy przyszli z pomocą, natychmiast rzucając się na spłoszonego wroga.

– Doskonale… – mruknął pod nosem Averton, skupiając się na wydawaniu rozkazów zwierzęciu. – Z lewej! Z prawej! Tak, poćwiartuj go! Niech go, cholera, zaboli, o ile ma jakiekolwiek czucie!

Teraz walka zamieniła się w wielką rzeź Wakili, które, dzięki pomocy innych Sarmantów i oczywiście walecznego niedźwiedzia, szybko zaczęły się wycofywać. Przewaga Sarmantów zawsze oznaczała błyskawiczne zwycięstwo. Iroth, który zyskał trochę luzu, utworzył na koniec spory płaszcz ognia, który pochłonął próbujących skryć się wrogów. Przy okazji podpalił niechcący z dwa drzewa, ale wystarczyło pstryknięcie palca, by zapobiec pożarowi.

Averton siedział już tylko obolały na trawie, każąc niedźwiedziowi dobijać ruszające się jeszcze Udury, które później rozpływały się w powietrzu. I gdy tak doskonale się bawił, zauważył niezwykle interesującą scenę: zalany krwią Casimir, który przysiadł ze zmęczenia z boku na kamieniu tuż obok strumyka, wstępnie lecząc swoje rany za pomocą Uroku Uzdrowienia, absolutnie nie był świadom, że jeden z ostatnich niedobitków skrada się do niego od tyłu ze sztyletem w dłoni – jego własną bronią. Averton rozejrzał się szybko dookoła. Nikt nie zwracał uwagi na tę scenę; każdy zajęty był komentowaniem walki, dobijaniem Wakili i opieką nad ludźmi.

Averton wiedział, że to jedyna szansa na samoistne rozwiązanie problemu. Casimir, psychol i dwulicowy gad, zginąłby od jednego, celnego wbicia sztyletu w czaszkę. Jakież to proste… Nikt nikogo by nie winił – ot, katastrofalny w skutkach i pechowy, ale jednak przypadek. Takie już życie Sarmanta: może przeżyć walkę z setką Wakili, ale chwila nieuwagi, i nawet jeden jest w stanie powalić go na ziemię. Averton tego pragnął. Bo w końcu, czemu by nie…?

Temu, że nie potrafił patrzeć bezczynnie na czyjąś śmierć. Nikt nie zasługuje na tak bezsensowny koniec.

Averton wydał ostateczny rozkaz zmęczonemu walką niedźwiedziowi. Zwierzę w ostatniej chwili rzuciło się na robiącego zamach sztyletem Udura, rozrywając go w parę sekund. Casimir odwrócił się gwałtownie, patrząc ze zdziwieniem na scenę, która odbywała się za nim. Zaraz potem obdarzył Avertona długim spojrzeniem, kiwając głową w podzięce. Rzadko to robił. Czyli był mu naprawdę wdzięczny. I teraz tym bardziej nie podejrzewał go o podsłuchiwanie w lesie.

– Obyś był tego wart, gnojku… – mruknął pod nosem Averton, po czym wstał powoli i, ominąwszy ostentacyjnie Casimira, podszedł do stojącego nieopodal niedźwiedzia. Przyjrzał mu się z bliska z troską, głaszcząc go po grzbiecie. – Dobry chłopczyk, dobry… Dziękuję za pomoc. Nic ci nie jest. Poza dwoma porządnymi sińcami i jedną raną ciętą. Ale to nic takiego jak na ciebie, uwierz. Odwaliłeś kawał dobrej roboty! A teraz zmykaj do swojej rodziny.

Niedźwiedź odszedł powoli w głąb lasu. Averton patrzył za nim przez chwilę.

– Znakomity pomysł z tym zwierzęciem – powiedział do niego ze zmęczeniem w głosie Iroth, który stanął tuż obok, czyszcząc zaplamione czernią ostrze lnianą chusteczką. – Powaliłeś dzięki niemu na ziemię więcej Udurów niż my razem wzięci.

– A wystarczyło, że przyjąłbyś pomoc Demidiona i na wstępie przyszedł tu ze wsparciem –odparł Averton, z którego wyparował cały dobry humor.

– Czy to takie złe, że chciałem wreszcie porozmawiać ze swoim dawnym przyjacielem? – odparł chłodno Iroth.

– Porozmawiać? Chyba, cholera, wypytać!

– Nie toleruję oczerniania mojego ojca za jego i moimi plecami. Jeśli coś ci w nim nie odpowiada, powiedz mi o tym tu i teraz.

– A jak nie to co? Pan dowódca ześle na mnie karę, bo mam własne zdanie?

– Czasem przeraża mnie twoja prymitywność, przyjacielu.

– Mnie zaś przeraża to, że coraz bardziej upodabniasz się do ojca. – Averton zmarszczył brwi. Nie lubił się kłócić, a najczęściej przepraszał, jeśli powiedział coś, co mogło kogoś urazić. Teraz jednak nie odczuwał takiej potrzeby. – Wiesz co? Nie chce mi się już z tobą gadać. Idę pomóc innym posprzątać. Trzymaj się. Przyjacielu.

Odwrócił się na pięcie, wracając do innych Sarmantów. Szybko doszedł do wniosku, że Casimir zniknął.

Czytaj dalej –> Rozdział 5.