
Igrzyska robotów
To moje najdłuższe opowiadanie, które napisałam do pracy magisterskiej. Ma w sobie coś z Igrzysk śmierci, i tu bowiem odbywają się takie igrzyska oglądane przez miliony ludzi, tyle że bohaterowie nie zabijają się nawzajem, a polują na humanoidalne roboty, bardziej ludzkie niż kiedykolwiek wcześniej. A to Maxowi wcale się nie podoba.
– Kim są dla mnie roboty? Cóż, okazem do odkrycia, zdobycia i zabicia.
Max uśmiechnął się, ale nie za mocno, i mrugnął prosto do kamery, dokładnie tak, jak radzili mu ludzie z działu PR. Wywiad oglądało na żywo kilkadziesiąt milionów ludzi z całego świata. Liczył się każdy gest. Czarnoskóry prezenter w jaskraworóżowym garniturze zaśmiał się krótko i założył beztrosko nogę na nogę, patrząc przez chwilę bez słów na Maxa.
– Młody, przystojny, zabawny, wykształcony… Te igrzyska należą do ciebie, co, Max?
– Skoro tak mówisz, Jerry…
– Co zrobisz z tą fortuną, gdy już wygrasz?
– Za bardzo o tym nie myślałem – skłamał gładko chłopak, przeczesując ręką blondwłosy w zamyśleniu. – Pewnie kupię sobie własnego robota.
– Jeśli mamy na myśli tego samego, to zapewniam cię, po wygranej nie będzie ci potrzebny!
– Oj, Jerry, Jerry, z tym to ja kłopotu nie mam. Chodzi mi o tego najnowszej generacji, myślącego. Który podawałby mi rozbudowane odpowiedzi na pytania dotyczące nowego i starego świata. A jeśli będzie to przy okazji studentka socjologii najnowszej, to się nie obrażę.
– Dwa w jednym, doskonale! – Prezenter pokiwał z zadowoleniem głową, a potem oparł z impetem dłonie na udach. – No dobrze, Maksik, pozostało mi tylko zadać ci ostatnie pytanie, to samo co pozostałym łowcom. W końcu każdy ma jakieś słabości. Nie boisz się, że brak doświadczenia, a raczej praktyki w zabijaniu robotów, może okazać się dla ciebie zgubny?
– A skąd! – Max pokiwał beztrosko głową. – Strzelać umiem, a symulacje świetnie oddają rzeczywistość. Wiem, na co mnie stać, i wiem, czego się spodziewać.
– Takiej odpowiedzi oczekiwałem! Dziesiąte Igrzyska Robotów już za dwa tygodnie. Pozostaje mi życzyć ci powodzenia. I uwodzenia. – Znów śmiech, a potem ekspresyjny zwrot do kamery. – Przed wami wystąpił dwudziestoletni łowca numer siedem, student historii najnowszej, Max Rietmel. A wywiad przeprowadził wasz niezawodny Jerry!
Podczas gdy prezenter wykonywał na koniec kilka efektownych ruchów tanecznych przed kamerą, na wielkim ekranie za ich fotelami wyświetlał się prezentujący Maxa spot – podczas czytania tekstu na wirtualnym ekranie chłopak strzelał w twarz atrakcyjnej robotce, która podawała mu whisky, a potem uśmiechał się olśniewająco do kamery w spowolnieniu.
Gdy klip się skończył, kamera została wyłączona, światła zaświecone, a wywiad zakończony. Ale Max jeszcze nie odetchnął z ulgą.
– Jak notowania? – spytał od razu, wstając z fotela. Kilkunastu PR-owców, analizujących właśnie na swoich wirtualnych ekranach zmieniające się z sekundy na sekundę statystyki, milczało przez moment w skupieniu, aż w końcu jeden z nich powiedział:
– Nieznacznie, ale wzrosły. Pozytywne reakcje wystawiła cała masa młodych kobiet i nastolatek, mężczyzn trochę mniej, ale również. Sporo studentów. Miejsce w rankingu: piąte.
Pół studia zaczęło klaskać, a Max uśmiechnął się szczerze po raz pierwszy od początku wywiadu. Może faktycznie się nadaje. Może faktycznie wygra?
*
Strzał z pistoletu R56 trafił prosto w sztuczne serce człowiekopodobnego robota, który nie zdążył schować się za przeszkodą w postaci prowizorycznego drzewa. Kolejne dwa roboty wyłoniły się z mgły, podnosząc jednocześnie broń w jego stronę. Max uchylił się efektownie od pocisków, po czym wykonał przewrót i powalił przeciwników dwoma celnymi strzałami. Rozejrzał się czujnie dookoła, pewny, że to już koniec tej nocnej, leśnej symulacji. Zadowolony, dmuchnął na pokaz w lufę pistoletu, wiedząc, że kamera na pewno robi teraz na niego zbliżenie. A potem usłyszał dochodzący zza krzaków krzyk przepełniony bólem. Schylił się odruchowo i podszedł na palcach kilka kroków bliżej, dostrzegając w ciemnościach między liśćmi długie, jasne włosy. A potem zakrwawioną twarz. To była Lori, robotka z jego spotu!
– Pomóż mi, proszę – szepnęła ze łzami w oczach.
Zawahał się. Wystarczyło, by kobieta wyjęła własne R56 i strzeliła mu w brzuch. Odrzuciło go, ale tym razem się nie dał: natychmiast trafił ją prosto między oczy, dokładnie jak na klipie. Tyle że ona, w przeciwieństwie do niego, padła bezwładnie na ziemię z uszkodzonymi łączeniami w mózgu, podczas gdy jemu miał wyskoczyć jedynie brzydki siniak. R56, jak i każda broń wykonana z materiału użytego do pocisków, przebijał tylko powłokę robotów.
Rankingi zmieniały się co kilka minut i Max sądził, że po tej akcji już spadł na szóste czy siódme miejsce. Upokorzenie piekło go w policzki. Tylko kilka metrów dzieliło go od wyjścia z sali symulacyjnej, gdzie czekało na niego siedmiu pozostałych łowców, którzy obserwowali go przez szybę. Zrobił głęboki wdech i wydech, starając się zachować pewność siebie, o której kilka razy dziennie przypominał mu jego doradca wizerunkowy. A potem z uśmieszkiem i nutką obojętności na twarzy wyszedł na korytarz, patrząc odważnie w oczy łowców, którzy siedzieli rozłożeni na metalicznych ławkach bądź stali z nosem przy szybie.
– Ale zjebałeś – skomentowała Irina, czarnowłosa, zgrabna i ostra jak brzytwa Rosjanka, która jednocześnie go intrygowała urodą i przerażała bezczelnością.
– Jeden robot na dwadzieścia, co z tego? – Max przewrócił oczami. – Jak na razie każdy wyszedł z symulacji z jakimś obrażeniem.
– Ale nikt nie zmięknął na wrzaski jakiejś robo-suki – prychnął brodaty, grubawy Dima, którego rumuński akcent i obleśne teksty od początku działały chłopakowi na nerwy.
– Ona była z mojego klipu – zaczął się głupio tłumaczyć, na co Irina się zaśmiała. No tak, roboty to tylko gówno ulepione z metalowych części, jak mógł zapomnieć?
– Ja pewnie też bym się zawahał – przyznał na odmianę Ame, dobrze zbudowany, wysoki Nigeryjczyk, plasujący się od kilku dni na ostatnim miejscu w rankingu publiki. – Bo co, jeśli to byłby dla zmyłki po prostu człowiek?
– Chyba mylisz symulacje, czarnuchu – mruknął z pogardą Dima.
– Początek dwudziestego drugiego wieku, a ty dalej operujesz takimi określeniami? – Hamid, profesor egipskiego pochodzenia ze staromodnymi okularami, które były oczywiście tylko atrapą, pokiwał głową z niesmakiem. – Max by ci wyjaśnił, że po rewolucji kulturowej…
– Nie pieprz, tylko przygotuj się do symulacji, numerze osiem – przerwała mu Irina. – Tutaj żadne mądrości ci nie pomogą. A ty, panie student, lepiej popracuj nad tą swoją empatią.
Max pokazał jej środkowy palec, który zgodnie z podręcznikiem z historii oznaczał coś niemiłego. Hamid natomiast westchnął głośno ze znużeniem, po czym poprawił identyczny jak u wszystkich czarny kombinezon cybernetyczny, regulujący temperaturę ciała i potliwość, sprawdził pistolet, aż w końcu po wezwaniu zniknął za drzwiami pokoju symulacyjnego.
– Może i masz słabość do panienek w opałach, ale za to profesorek strzela gorzej niż pierwsze roboty podczas Wielkiej Wojny – oznajmiła po chwili z nutką pogardy w głosie Irina, gdy obserwowali próbującego radzić sobie na pustyni Hamida.
Przynajmniej zna roboty na wylot, pomyślał Max. W końcu studiował jakieś chemiczne i psychologiczne rewelacje na temat mózgu robota. On zaś mógł się pochwalić nieinteresującą nikogo historią dwóch poprzednich wieków, którą poznawał dzięki wirtualnej przestrzeni badawczej. I na co mu się to zda przy rozpoznawaniu robotów?
– Dobierają łowców pod konkretne opisy charakterów, umiejętności i wyglądu, wszystko jest przemyślane, byleby wyszło z tego wielkie, brutalne show, w którym każdemu wszystko wolno – skomentował gorzko Ame, a Max nie mógł się powstrzymać, by nie przewrócić oczami. Nic dziwnego, że z takimi tekstami utrzymuje się na ostatnim miejscu.
– I dlatego to jest takie zajebiste – zadudnił Dima, opluwając sobie przy tym brodę.
Ale Ame miał rację – publika była głodna skrajnych wrażeń i oceniała ich już przed igrzyskami. W końcu Nagroda Widzów była równie prestiżowa co Nagroda Łowcy za zdobycie największej liczby punktów w samych igrzyskach. Na pierwszym miejscu w rankingu plasowała się jak na razie Sophia z Nowego Chicago, otwarta, towarzyska, starsza od Maxa o trzy lata dziewczyna, która od razu kupiła sobie serca widzów naturalnością i urokiem osobistym. Drugie miejsce zajmował natomiast Cornellio, opalony, przystojny i rozkapryszony Włoch, z pewnością głupszy niż pierwszy model samodzielnego robota z czterdziestego szóstego roku; szaleli za nim wszyscy – kobiety, mężczyźni i ludzie obu płci. Tylko Max go tak jakoś nienawidził.
Właśnie dlatego czuł się niepewnie i wciąż nie dowierzał, że udało mu się dostać do programu. Był mądry, ale nie jak Hamid, przystojny, ale nie jak Cornellio, towarzyski, ale nie jak Sophia, zabójczy, ale nie jak Irina czy cicha morderczyni Lien.
Jedno było pewne: skoro dostał się do wielkiej ósemki, zawalczy do samego końca. Czy to o Nagrodę Widzów, czy o Nagrodę Łowcy, choćby miał zastrzelić tysiąc robotów-kobiet.
*
– Nie mogę teraz rozmawiać – szepnął Max do wyświetlanego z projektora w soczewkach obrazu zatroskanej mamy. – Zaraz mamy sesję wspólną, a potem symulację rozpoznawania robotów. Oddzwonię.
– Wiesz, że się o ciebie boję, Maksiu – powiedziała mama. – To dziesiąta edycja. Coś się może stać. Co, jeśli wypuszczą jakiegoś Terminatora, o którym się uczyłeś, i wszyscy zginą?
– Mamo, proszę cię. – Chłopak westchnął. – To ma być show, a nie jakaś rzeź.
– Niby tak, ale podczas ostatnich edycji zginęło kilku łowców, a…
– Nic mi nie będzie. Oddzwonię. Pa.
Max wyłączył ekran. A potem usłyszał śmiech.
– Synuś tęskni za mamusią, co? – To był Cornellio, który musiał podsłuchiwać wszystko zza rogu. Oczy miał mocno podkreślone czarną kreską, włosy spięte w niedbały kok, a do jego nagiego torsu przylegała kamizelka, która drgała nieustannie, stymulując pracę mięśni.
– Ja przynajmniej mam matkę. – Którą cholernie kocham, dodał w myślach. – A ciebie pewnie wyhodowano w laboratorium z rodzicami-robotami.
– Nawet gdy próbujesz być chamem, to ci nie wychodzi, skarbie – zachichotał Włoch. – Brałeś udział w akcjach przeciwko zbuntowanym robotom? Albo zabiłeś kiedyś robota najnowszej generacji w prawdziwym życiu? Jak szybko potrafisz odróżnić go od człowieka?
– Próbujesz właśnie podbudować własne poczucie wartości, czy tylko mi się zdaje?
– Oj, uwierz, że nie muszę. Biedactwo, takie to niedoświadczone… No nic, nie przeszkadzam, twoja mamcia pewnie się już niecierpliwi. To pa, pa!
Cornellio posłał mu całusa i odszedł, zostawiając go czerwonego ze złości.
*
– Dziesiąta edycja Igrzysk Robotów jest wyjątkowa przez sam fakt, że jest dziesiąta – mówiła podczas zebrania pani Newman, jedna z organizatorek. – Miliard widzów co najmniej. Nie wolno wam robić nic wbrew regułom, bo ucierpicie na tym nie tylko wy, ale i wasi najbliżsi, to chyba jasne. – Max pomyślał od razu o mamie i aż się w nim zagotowało, gdy Cornellio posłał w jego stronę kilka płaczliwych minek. – Jak brzmi pierwsza zasada, Dima?
– Nie zdejmować soczewek z kamerą ani na sekundę, nawet podczas posuwania robotów.
– Druga, Ame? – spytała pani Newman, nie reagując na słowa Rumuna.
– Nie negować powszechnie znanych wartości igrzysk ani nie mówić nic o ich organizacji, samych organizatorach, a tym bardziej przeciwko nim. – Ame westchnął ukradkiem.
– Trzecia, Lien?
– Zabijać tylko roboty i tylko po upewnieniu się, że są robotami. Ludzi w ostateczności.
Max usłyszał cichy, choć zdeterminowany głos Japonki może po raz trzeci, odkąd się tu znalazł. Była dla niego jak duch pradawnego samuraja, który woli oszczędzać język, a zachowaną energię wykorzystać do ścinania głów robotom maczetami. Które swoją drogą faktycznie miała. Może i były niegroźne dla ludzi, ale przy dostatecznej sile mogły ich zranić.
– Ludzie wiedzą, że mogą dostać z pistoletu – kontynuowała organizatorka. – To nawet i dla nich komplement, że dobrze udawali roboty. Dla was to odjęte dwa punkty za złe rozpoznanie, i tyle. Jeśli upewnicie się, że macie do czynienia z robotem, możecie zrzucić go z dachu czy odciąć mu po kolei każdą kończynę, mam to gdzieś. Ale powtarzam: jeśli się upewnicie. Nie chcemy tu morderstw ludzi. Igrzyska to przede wszystkim gra psychologiczna. Pod tym względem nic się nie zmieniło od dziesięciu lat.
– I niech tak pozostanie – przytaknął z zadowoleniem profesor Hamid.
– Aha, i jeszcze jedno: pan Francis Golder spotka się z każdym z was przed rozpoczęciem igrzysk. To dla was zaszczyt. Dlatego zachowujcie się.
Max rozdziawił usta. A zatem przyjdzie mu spotkać najsławniejszego człowieka na ziemi, organizatora igrzysk, którego od zawsze podziwiał? Uśmiechnął się szeroko. Wspaniale.
*
Max leżał w swoim miękkim jak puch łóżku, popijając whisky z lodem w metalicznym, białym pokoju bez okien i udając, że wszystko jest w porządku. Że wcale nie czuje się dziwnie po tak zwanym teście antyempatycznym, polegającym na strzeleniu prosto w „serce” płaczącego robota-dziecka. Na igrzyskach nie powinno się okazywać litości robotom, w jakimkolwiek ciele by nie były, i ten test miał o tym przypominać. Nie po Wielkiej Wojnie, podczas której roboty wyrżnęły kilka milionów ludzi, zanim udało się je opanować. A jednak „śmierć” dzieciaka, ten jego błagalny wzrok, strach, wrzask, a potem pustka w oczach…
By zająć czymś umysł, Max zaczął oglądać na projektorze z soczewki prezentujące pozostałych uczestników kilkusekundowe spoty. Lien na przykład stała z maczetą w ręku przy trzech atrakcyjnych robotach, po czym ucinała im wszystkim głowy i patrzyła tak morderczym spojrzeniem prosto w kamerę, że Maxa aż przechodziły ciarki. Dima pieprzył jakiegoś robota, a potem strzelał mu prosto w kark. Cornellio całował się chyba z trzema robotami naraz, jednocześnie wbijając im noże w gardła. Hamid stał nad przywiązanym do łóżka, przytomnym robotem z otwartą czaszką i przyglądał się jego sztucznemu mózgowi.
Maxowi zrobiło się nagle niedobrze.
– Stresujesz się przed jutrem? – spytał nagle Ame, który nie wiadomo kiedy znalazł się w jego pokoju, siadając swobodnie na kanapie obok łóżka. Max wyłączył obraz z soczewki, czując przypływ złości. Dopiero gdy Nigeryjczyk wspomniał mu o igrzyskach, poczuł nerwowe ukłucie w brzuchu. To już jutro. Z miliard osób będzie go oglądać. Na żywo.
– Teraz już tak – mruknął, nie mając ochoty z nim rozmawiać. Nie był pewien, czy w pokoju nie ma kamer. A przecież Ame wciąż był ósmy w rankingu. – Co tu robisz?
– Jakoś nie mogłem zasnąć po tej akcji z dzieciakiem.
– No i?
– Myślę, że uważasz to, co ja – odparł łowca, przyglądając mu się uważnie. – Że to złe. Tyle że ja okazuję to na co dzień, a ty się z tym kryjesz. I dlatego ja przegrywam, a ty nie.
– Chyba sobie żartujesz. Myślałeś, że będziemy tutaj głaskać roboty po głowie? – warknął Max. – Co ty tu w ogóle robisz? Wiedziałeś, na czym polegają igrzyska.
– Nie każdy łowca musi czerpać satysfakcję z mordowania robotów – odparł chłodno Nigeryjczyk. – Co nie oznacza, że mordować nie potrafi. A nagroda jest duża.
– To tylko roboty, Ame, durne roboty.
– Wiesz, na czym to wszystko polega? Że te durne roboty są prawdziwsze od nas, bo my udajemy, robiąc wszystko pod publikę, a one wierzą w to, co robią, bo tak zostały stworzone.
– Zwłaszcza gdy zabijały ludzi podczas Wielkiej Wojny?
– Gdybyśmy ich nie stworzyli, to by im tak nie odbiło. A teraz je za to karzemy.
– Ale nudzisz, Ame. Powinieneś studiować filozofię. Tam by cię ktoś może polubił.
Ame patrzył na niego przez chwilę z ogromną niechęcią wymalowaną na twarzy. A potem po prostu wyszedł z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Max wypił duszkiem kolejne pół szklanki whisky. Typek pomylił miejsca, myślał ze złością. Powinien wstąpić do Kościoła Świętej AI, a nie paradować na igrzyskach polegających na wyrzynaniu robotów.
Pukanie do drzwi. Wrócił?
Do pokoju wślizgnęła się jednak niebieskowłosa Sophia w samym szlafroku, uśmiechając się słodko. Max oddał uśmiech. A wszystkie złe emocje natychmiast się ulotniły.
*
– Cieszę się, że cię mamy, Max. Jesteś nam bardzo potrzebny podczas tej edycji.
Główny organizator – ubrany w złocisty, błyszczący garnitur Francis Golder, ze srebrnymi oczami i włosami do ramion mieniącymi się złotem – poklepał go po plecach.
– Ja? – spytał niepewnie Max, widząc w soczewce, że jego mama znów próbuje się do niego dodzwonić. Rozłączył się. A zaraz potem odchrząknął. – To znaczy wiadomo, że tak, ale…
– Zrozumiesz już niebawem. – Golder uśmiechnął się, ukazując złote uzębienie. Patrzył na niego z zachwytem. Doceniał go. Jak ojciec, którego nie miał. To było niesamowite uczucie.
– Może ma pan dla mnie jakieś ostatnie rady? – spytał z ekscytacją Max.
– Chcę, żebyś włożył serce w te igrzyska, numerze siedem. Żebyś się wyróżniał mądrością, ale i rozwagą. Skup się na tych robotach. Daj im szansę. To w końcu prawie ludzie.
Dać im szansę? Prawie ludzie? Mama znów zadzwoniła. Znów się rozłączył.
– Nie powinieneś się rozpraszać rozmowami z bliskimi tuż przed igrzyskami – dodał organizator z nutką nagany w głosie. Max wysłał tylko mamie krótką wiadomość, że porozmawiają po turnieju, po czym jak na zawołanie zdjął soczewkę.
– Ma pan rację, igrzyska za godzinę, i tak zaraz dostaniemy soczewki z kamerą.
Za to wyrażające aprobatę spojrzenie Goldera oddałby wszystko.
*
Ubiór: luźne, jeansowe spodnie z dziurami, zielony bezrękawnik, lekka, czarna kurtka z naszywkami zespołów rockowych. Broń: jedynie dwa R56. Włosy: luźno porozrzucane, bez stylizacji. Zielonkawe kreski pod oczami. Nic świecącego, ekstrawaganckiego, ulepszonego technologicznie. Dlaczego tak go wystylizowali? Nuda! Komu on się ma spodobać?
Max wszedł do poczekalni jako jeden z pierwszych; widok pilnowanych przez ochroniarzy wielkich, masywnych drzwi, które prowadziły do RoboCity, sprawiły, że mocniej zabiło mu serce. Zegar odliczał niecałe pół godziny do rozpoczęcia igrzysk. W zeszłej edycji łowcy trafili do świata z gry Cyberpunk 2177, jeszcze wcześniej – na plan najnowszego Łowcy Androidów, a raz nawet do mroźnej Grenlandii. Co czekało ich tym razem? Nagle zaczął żałować, że nie porozmawiał z mamą przed turniejem. Może chciała mu przekazać coś ważnego?
– Czyli nie tylko mnie wychujali z tym strojem – mruknęła za nim Irina, ubrana niezwykle seksownie i staromodnie, bo w całości w czarną, lateksową skórę.
Za nią do poczekalni weszła Sophia, śliczna, słodka Sophia z niebieskimi włosami uwiązanymi w dwa kucyki, obcisłymi spodniami do bioder i odkrywającym płaski brzuch topem. Każdy kolejny łowca wyglądał równie zwyczajnie co inny, nawet sfrustrowany Cornellio, którego ubrano w odkrywającą pół torsu luźną koszulkę na ramiączkach ze złotymi łańcuchami przewieszonymi przez szyję i spodnie-rurki.
Max uznał, że jednak całkiem mu takie stroje odpowiadają.
Gdy zakładano im soczewki z kamerą i wirtualną platformą pokazującą punkty, podpowiedzi i zadania, każdy wiercił się nerwowo, dotykając swoich stroi w poszukiwaniu jakichś ukrytych cybernetycznych ulepszeń. Spokojny był tylko profesor Hamid, któremu nie było potrzebne nic poza własnym umysłem, i Max, który z każdą kolejną sekundą zaczynał pojmować, dlaczego według pana Goldera może być potrzebny podczas tej edycji.
– Na ten moment półtora miliarda widzów, ranking publiczności ten sam co wczoraj – mówiła im pani Newman na minutę przed rozpoczęciem. Dima rwał się już do wejścia, Lien z precyzją czyściła po raz ostatni maczety. – Uważajcie na słowa. Trzymajcie się zasad. Pokażcie szczyt waszych umiejętności. Pokażcie prawdziwie show. I wybijcie te roboty!
Wrota wreszcie się otworzyły, a łowcom ukazało się miasto, ale nie pokroju Nowego Chicago czy nowoczesnego Hong Kongu. I właśnie wtedy Max uśmiechnął się szeroko, pewien, że ukryte w każdym miejscu kamery robią teraz na niego zbliżenie. Właśnie wkroczyli do miejsca z końca dwudziestego wieku, w którym to samochody wciąż jeździły po ulicach, AI nie istniała jeszcze w swej osobowej formie i nie miała wyznawców, a połowa dostępnych wówczas funkcji soczewki upchnięta była w wielkim klocu zwanym komputerem.
Roboty. Tylko one nie pasowały do tych czasów. Dlatego trzeba było się ich pozbyć.
Słońce świeciło wysoko, niebo było lekko zachmurzone, temperatura nie za wysoka i nie za niska; pogoda pod kopułą imitującą przestrzeń była jak zawsze niezwykle autentyczna. Max poczuł lekką wibrację i wyświetlił obraz z nowej soczewki. Dostał pierwsze dodatkowe zadanie za jeden punkt: podczas spaceru po betonowej drodze prowadzącej do obrzeży miasta ma opowiedzieć pozostałym łowcom (i przy okazji nieobeznanym w historii widzom) o świecie przed wielkim boomem technologicznym. Chłopakowi trudno było ukryć ekscytację. Ruszyli, a on z lekkością i pewnością siebie przybliżył im nieco realia lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czując, że tylko jemu podoba się okolica.
– Co za nudy – mruczał pod nosem Cornellio. – Jak możesz się o tym uczyć? Mama ci każe?
Stanęli właśnie przy pierwszych budynkach, a Max zacisnął pięści.
– Wtedy przynajmniej nie było robotów i był spokój – odezwał się Ame.
– No to je wyrżnijmy i też będzie spokój – uznał Dima.
– Studencik ma przewagę, bo wszystko wie – dodała Irina, powodując grymas na twarzy profesora Hamida – ale tylko na moment.
Strzeliła w okno domu stojącego obok, zza którego, czego Max wcześniej nawet nie zauważył, ktoś wyglądał. Rozległ się trzask szkła i podglądacz-robot z dziurą w czole padł na ziemię.
– Skąd wiedziałaś, że to robot? – zdziwił się Hamid.
– Nie wiedziałam. Ale mnie wkurwiał.
*
Gdy tylko weszli do miasteczka, rozdzielili się w pary. Jemu trafiła się podekscytowana Sophia. Ruszyli wybrukowaną uliczką wśród mieszanki barów, sklepów i mieszkań.
– Ale tu fajnie, tak jakoś, nie wiem, spokojnie – mówiła, rozglądając się dookoła.
Po chodnikach przechadzały się różne postacie i zazwyczaj na pierwszy rzut oka nie sposób było stwierdzić, kto jest robotem, a kto nie. Jednak w igrzyskach nie wszystkie roboty były z tych nowszych modeli i sporo z nich miało zniekształcone twarze, mechaniczny chód lub inne nienaturalne ruchy czy zachowania. I dlatego dostawało się za nie tylko jeden punkt.
– Ludzie nie mieli wszczepionych w palce pistoletów i jakoś sobie radzili – powiedział Max, zastrzeliwując przy okazji utykającego sztywno robota. Kilku przechodniów krzyknęło i uciekło w boczne uliczki, ale większość nie zwróciła na to uwagi. – No cóż, wygrywam – dodał, puszczając dziewczynie oko. – O, spójrz. To jest rower.
Jakaś kobieta w długim płaszczu z torbą przy boku nadjeżdżała właśnie z ulicy obok, rozrzucając pod drzwi papierowe gazety i wołając przy tym głośno:
– Kolejne miasta podłączone do sieci internetowej! RoboCop 2 w kinach! Teleskop Hubble’a umieszczony na orbicie!
Zafascynowana Sophia wyszła kobiecie naprzeciw, a ta zatrzymała rower.
– Wow, cóż za sprzęt, proszę pani! I tyle ciekawych wiadomości! Jak to się nazywa?
– To? Gazeta oczywiście, proszę bardzo, niech pani weźmie, poczy…
Strzał. Kobieta padła na ziemię, a rower przewrócił się na nią. Sophia klasnęła w dłonie z dziecięcą radością wymalowaną na twarzy. Max pokiwał głową z uznaniem.
– Nie mrugnęła ani razu – wyjaśniła. – Była za dwa punkty. No to mamy remis!
Podniosła rower, zastanawiając się, jak na niego wsiąść. Max przypomniał sobie rady PR-owców dotyczące Sophii. Podszedł do niej i delikatnie pokierował jej ciałem, tak by wsiadła odpowiednio na pojazd, dotykając przy okazji jej bioder i ud. Ta pocałowała go subtelnie w usta w ramach podzięki, głaszcząc po włosach. Tak miała wyglądać ich relacja. I Maxowi to odpowiadało. Zaczęła pedałować i poszło jej to całkiem nieźle.
– Mam misję, tam, za rogiem – odezwała się już z dalsza, patrząc zapewne w niewidzialny dla chłopaka projektor jej soczewki. – Do zobaczenia później, słodziaku!
Max pomachał jej z uśmieszkiem, mając nadzieję, że to podoba się widzom. Dość przyjemności, pomyślał, spoglądając na swoją platformę. Czas rozpocząć prawdziwą grę.
*
– A zatem igrzyska rozpoczęte! Co ty na to, Jerry?
– Takiej scenerii chyba nikt się nie spodziewał, nawet ja, Luna. Łowcy na razie zaznajamiają się ze światem, choć Irina i Lien już pomordowały kilka robotów. No a Maksik czuje się jak ryba w wodzie. Zobaczymy, jak sobie poradzi jako najmłodszy z łowców!
*
Zadanie za dziesięć punktów brzmiało: pomóż mężczyźnie w berecie. Chwilę zajęło Maxowi dotarcie do niego, jako że ten wyjątkowo gdzieś się spieszył i ciągle mu umykał. W końcu chłopak złapał go za rękaw sztruksowej kurtki, a gdy mężczyzna się zatrzymał i spojrzał mu z przerażeniem w oczy, uznał, że nie ma pojęcia, czy to robot, czy człowiek.
– Hej, dokąd to? – spytał go zaraz, wczuwając się w rolę.
– Gangsterzy! Porwali moją córeczkę! – zawołał z paniką mężczyzna, ściągając na chwilę beret i przeczesując drżącą dłonią rude włosy. – Mam się stawić za pięć minut w dziale infolinii jakiegoś biurowca z okupem – poklepał swoją torbę – tyle że nie znam tego miasta i nie wiem, gdzie się kierować… Błagam, pomóż mi!
– George, tak? – Chłopak przeczytał imię z jakiegoś dokumentu wystającego z kieszeni mężczyzny. – Ja jestem Max. Chodź, szybko. Zaraz ją znajdziemy.
Jak się okazało, biurowiec był tuż za rogiem, masywny, szary, z mnóstwem szklanych szyb. Wbiegli do budynku i skierowali się w stronę windy, która była tak stara i prymitywna (jechała tylko góra-dół), że Max ledwo ją rozpoznał. Weszli do środka, a George nacisnął przycisk numer pięć, podpisany jako „infolinia”. Winda ruszyła z jękiem, a chłopak przyjrzał się dokładnie trzęsącemu się mężczyźnie. Żadnego pistoletu? Noża? Facet autentycznie był przerażony i nie odrywał wzroku od zegarka.
– Naprawdę masz córkę? – spytał go prosto z mostu Max. To tylko gra.
– Nie, nie mam, wiesz? Boże, jak możesz myśleć, że kłamię w takiej sprawie?
Roboty stać na kłamstwo, ale rzadko na sarkazm. Max rozluźnił się minimalnie.
Po chwili drzwi od windy otworzyły się, a oni wkroczyli w niezliczoną ilość biurek z zabytkowymi telefonami stacjonarnymi, przy których siedzieli spanikowani pracownicy.
– Tam są! Ratujcie ją! – krzyczeli, wskazując na oszklony balkon po drugiej stronie.
Chłopak dostrzegł pięciu zbirów, a wśród nich może sześcioletnią, płaczącą dziewczynkę. Przyspieszyli, lawirując między biurkami. Gdy w końcu wpadli na balkon, przywitał ich chłodny powiew wiatru i rechot ubranych w czarne skóry zbirów.
– O, przyprowadziłeś koleżkę, śmieciu? – zawołał jakiś wytatuowany łysol, chyba dowódca gangu. – Dawaj kasę, a nikomu nie stanie się krzywda. Zwłaszcza tej słodkiej buźce.
Dziewczynka jęknęła, gdy dowódca przystawił jej nóż do gardła. Podczas gdy George, błagając o litość, otwierał torbę wypchaną pieniędzmi, Max zdołał ocenić, że ma do czynienia z pięcioma robotami. Ich ruchy były pozornie przypadkowe, ale po dłuższej chwili dało się zauważyć schemat – uśmieszek, podrapanie się po nosie, przestąpienie z nogi na nogę, rozglądanie się dookoła. Każdy robił to w innej kolejności i różnej intensywności, dodając czasem inne odruchy. Ale Max już wiedział. To miał być masowy mord.
– Ty gnoju, tu nie ma całego miliona! – ryknął łysol.
– Wiem, przepraszam, doniosę resztę, ale błagam, nie rób krzywdy Wikusi…
George padł na kolana i zaczął spazmatycznie szlochać. I wtedy właśnie Max przeszedł do akcji. Wyjął z zawrotną prędkością pistolet i zastrzelił jednego zbira, by potem wykonać przewrót w przód i z rozmachem popchnąć drugiego, tak że ten wypadł przez barierkę (mimo wszystko Max poczuł ulgę, dostrzegając kabelki wystające z jego roztrzaskanego ciała). Chłopaka kosztowało to jednak bolesny pocisk w bark, który odepchnął go w tył. Zanim się obejrzał, dwóch zbirów już wykręcało mu dłonie od tyłu. Wiedział, że jest w stanie się wyswobodzić, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo widzowie lubią łowców w tarapatach. Zerknął na George’a, który nadal klęczał z głową przy ziemi, rycząc głośniej niż wołająca go nieustannie płaczliwym tonem córka. A potem uniósł głowę, patrząc z pogardą na łysego dowódcę, który przystawił mu tępy dla jego skóry nóż do policzka.
– Już jesteś martwy, tak jak i ona, ty… – syknął łysol, szarpiąc dziewczynkę. Nie zdążył dokończyć. Max poczuł, jak krew tryska mu na twarz, gdy maczeta Lien z łatwością przebiła robotowi klatkę piersiową na wylot. Chłopak przewrócił oczami i kopnął mocno w piszczel trzymającego go z tyłu zbira, wyjmując R56. Po chwili ostatnie roboty leżały martwe na ziemi.
– Poradziłbym sobie! To było moje zadanie – zawołał z lekkim wyrzutem do Lien, która, odgarnąwszy swoje krótkie, fioletowe włosy na bok, przetarła maczetę z krwi chusteczką.
– Moje też, miałam wkroczyć do akcji – mruknęła tylko. – Co z nimi?
Max spojrzał na George’a, który mocno tulił do siebie córkę. Może jednak był robotem i zaprogramowano go tak, by myślał, że to jego dziecko? A może oboje byli ludźmi?
– Dziękuję… – wydukał mężczyzna, unosząc głowę i patrząc z wdzięcznością na Maxa.
Chłopak zerknął na Lien, która czekała na jego ruch. No tak, to jego część zadania. Kucnął więc przy nich, przyglądając się im z bliska. Mała jak na zawołanie przestała płakać i uśmiechnęła się do niego. Ale tylko ustami. Wokół oczu nie pojawiła się nawet zmarszczka. George jakby starał się zakryć jej wyraz twarzy, bo szybko przytulił ją do siebie.
– No, dalej – powiedziała Lien. Wiedziała to co on. Dziecko było robotem. Mężczyzna nie.
Zakończ zadanie, brzmiała podpowiedź na platformie zadaniowej. Nastała chwila ciszy.
– Proszę, proszę… – szeptał w przerwach od płaczu George. O co właściwie prosił?
– Dlaczego ci na niej zależy? Ona nie żyje – warknął Max, czując nagle złość.
Ale mężczyzna już nie odpowiedział, tuląc małą do siebie i trzęsąc się od niemego płaczu. Żeby tego było mało, ta jak na zawołanie zaczęła błagać o litość cienkim głosikiem. Max nic z tego nie rozumiał. Kim właściwie byli ludzie zatrudniani jako aktorzy do igrzysk? A potem usłyszał świst, a głowa dziewczynki poturlała się po balkonie.
– Serio? – Lien uniosła brwi i pokiwała głową z zażenowaniem, chowając maczetę.
Maxa ogarnął wstyd, którego nie był w stanie zagłuszyć nawet głośny krzyk George’a.
*
– Czy Max naprawdę nie rozpoznał w dziewczynce robota, Jerry?
– Szczerze? Myślę, że doskonale wiedział, z kim na do czynienia. On po prostu nie mógł jej zabić, mimo że to sterta kabelków skłonna wyrzucić go przez balkon, jeśli tylko byłaby tak zaprogramowana! Na AI, chyba trafił nam się nie zawodowy zabójca, a chłopak o miękkim lub naiwnym sercu. To się często nie zdarza. Cóż, po komentarzach widzę, że zdania są podzielone. Najsłabszy z łowców? Najbardziej ludzki? Oj, Luna, szykuje się nam pikantna edycja!
*
Max był na siebie wściekły. Na tyle, że musiał się wyżyć. A wyżył się, zdobywając trzydzieści osiem punktów za zabite roboty, już po odjęciu dziesięciu punktów za pięć pomyłek. Młodzi, starzy – nie miało to dla niego znaczenia. Robił to szybko i zadziwiająco dobrze jak na amatora ćwiczącego tylko w symulacjach. Zdobył też podczas kolejnego zadania porządny nóż i zestaw nabojów. Zadowolony z siebie, uznał, że wrócił do formy. I normy.
A jednak przystanął, gdy w drodze do baru usłyszał jakieś krzyki, i to krzyki nieco zmechanizowane. Zorientował się, że dobiegają z bocznej, zaciemnionej przez budynki uliczki. Wyjął pistolet i zakradł się na róg, po czym wyjrzał ostrożnie zza ściany. Uniósł brwi, widząc, jak Dima posuwa jakąś robotkę, która szarpie się i zawodzi w niebogłosy. Brwi wylądowały jednak nisko, gdy zorientował się, że Rumun jednocześnie tnie kobietę nożem po rękach, zostawiając długie, krwawiące bruzdy.
Niech robi, psychol, co chce.
Max już miał przejść obok z wymuszoną obojętnością, gdy nagle ktoś szturchnął go w ramię.
– Fajnie ci się to ogląda, zboczeńcu? Jak tak można?
Młody chłopak, jakoś w jego wieku, z jednym pustym oczodołem. Robot. Obdarzył go pełnym wyrzutu wzrokiem, a potem rzucił się na pomoc kobiecie, chwytając Dimę od tyłu za szyję i próbując udusić. Rumun sapnął ze wściekłością, nie mogąc go z siebie zrzucić, a gdy zauważył Maxa, ryknął stłumionym basem, by ten ruszył dupsko i mu pomógł. Max nie chciał. Ale musiał. Gdy po chwili zastrzelił już jednookiego robota i wyswobodził Dimę, ten napluł z pogardą na zwłoki, a potem przyszpilił panicznie czołgającą się robotkę kolanem do ziemi.
– Pierdolony kaleka – warknął. – Dzięki, siódemko. A teraz won, bo muszę dokończyć. Ciekawe, czy ma w gardle jakiś magnetofon, suka. Co tak stoisz? Chcesz popatrzeć? A może się dołączyć? Mógłbym się podzielić…
Dima z obleśnym uśmieszkiem chwycił za nóż. A Max wyjął R56 i strzelił kobiecie w głowę.
– Pojebało cię?! Zniszczyłeś mi zadanie! – ryknął Rumun, czerwieniejąc na twarzy.
Chłopak jednak odwrócił się i, nie słuchając już jego przekleństw, zostawił go samego.
*
– Tak, Lien wskoczyła aż o dwa miejsca wyżej w rankingu po wybiciu całego biura z robotów, to było widowisko! Ale teraz wróćmy znów do Maxa. Od litościwego studenta przez świetnego mordercę robotów po wybawcę cierpiących „kobiet”? Co się z nim dzieje, Jerry?
– Na moje oko chłopak przechodzi jakiś wielki konflikt wewnętrzny. Odzywa się w nim głęboko skrywana empatia, która jest rzadko spotykana u łowców. Dziwna odmiana, ale to w końcu dziesiąta edycja, wszystko może się zdarzyć! O, spójrz tylko, Luna, on chyba idzie do baru, DO NIEJ! Jaką taktykę przybierze dla Maxa? Jak go omota?
*
Max wypił trzeciego szota, dojadając ostatni kęs hamburgera, w którym, w co nie bardzo wierzył, były ponoć prawdziwe pomidory i nieprzetworzone mięso, tak jak kiedyś. Z radia leciała skoczna, nieznana w jego czasach muzyka, panował półmrok. Chłopak miał w planach dokładnie przypatrzeć się osobnikom w barze, ale całą jego uwagę pochłonęła blondwłosa Rosie, słodka jak Sophia i atrakcyjna jak Irina.
– Wydajesz mi się najrozsądniejszy ze wszystkich łowców, jakich tu spotkałam – mówiła otwarcie, gładząc go przy tym po policzku. – Widziałam, jak zabiłeś przed barem tego starca. Wahałeś się. To dobrze o tobie świadczy. Potrafisz dostrzec w robotach coś więcej.
– Nie mów tak, to żaden komplement. – Max westchnął.
– A co powiesz na to? – zamruczała, a potem zbliżyła usta do jego ucha i szepnęła niemal bezgłośnie: – Tak bardzo się boję, że jestem robotem… Jak mam przetrwać? Pomóż mi… – Zaraz potem oddaliła się i uśmiechnęła kokieteryjnie jak gdyby nigdy nic. – To jak?
Czy słyszał to tylko on, czy cały świat? Max poczuł dezorientację. Zanim zdążył jakoś zareagować, do baru z hukiem wszedł profesor Hamid, który krzyknął głośne „hej!”, zwracając na siebie uwagę większości osób. Poprawił okulary, wygładził płaszcz i odchrząknął.
– Uwaga, opowiem wam śmieszny żart, taki, że trudno się nie zaśmiać. Słuchacie? No, to zaczynam: tydzień temu zdechł mi pies, którego miałem przez dziesięć lat.
Hamid zachichotał, jakieś sześć innych osób też. Po chwili te sześć osób, a raczej robotów, leżało już martwych na ziemi, nie zdążywszy uciec. Max przeniósł wzrok na Rosie, chcąc to skomentować, i zauważył, że ta się lekko uśmiecha. Gdy tylko na niego spojrzała, zaraz spoważniała. Tymczasem profesor schował pistolet i usiadł przy nich z zadowoleniem.
– Cześć, studencie – zaczął wesoło. – Jak ci idzie? Bo mi coraz lepiej.
– Może pan wyjaśnić, o co chodziło? – zagadała grzecznie Rosie.
– Oczywiście, młoda panno. – Hamid zrobił ważną minę. – Roboty są wyposażone w pętlę sprzężenia zwrotnego. Obserwując, naśladują cudze zachowania. Słyszą słowo „żart”, widzą śmiech, więc łączą poznanie z działaniem. A to, że wesołym głosem powiedziałem coś smutnego, nie ma dla nich znaczenia. Oczywiście nie każdy robot na to idzie.
Maxowi zdało się, że Rosie zadrżała, spuszczając wzrok. Zacisnął wargi.
– Oj, już się tak nie popisuj, profesorku – oznajmił rezolutnie, po czym podał mu jednego z przygotowanych na zapas szotów. – Wypij sobie.
– Tak jak pili w styczniu siedemdziesiątego pierwszego wódkę podczas podpisywania ustawy o legalizacji wykorzystania robotów w armii, gdy…?
– W lutym, nie styczniu – poprawił go Max. Niemal równocześnie z Rosie.
Chłopak w sekundę pojął, o co chodziło profesorowi. Razem z nim spojrzał niepewnie na dziewczynę. On miał prawo wiedzieć o takim szczególe, w końcu się o tym uczył. Ona nie.
– Ta precyzja komputerowego umysłu jest złudna – uznał Hamid. – Panna jest twoja, Max. Możliwe, że za trzy punkty. Albo i dwa, bo nie wiem, czy trójka dałaby się tak podejść.
Rosie wytrzeszczyła oczy, które zaszły łzami, a potem rzuciła się w stronę wyjścia. Max od razu zobaczył na platformie zadanie: złap Rosie.
Pod naglącym spojrzeniem Hamida wybiegł z baru, w ostatnim momencie zauważając, jak dziewczyna znika za rogiem. Niebo już ciemniało, robiło się chłodno, świeciły starodawne, wysokie latarnie. Max puścił się pędem przed siebie, po czym skręcił w boczną uliczkę. Rosie zdradził cichy płacz, który dochodził zza kosza na śmieci. Chłopak z jakiegoś powodu poczuł wszechogarniającą złość, gdy zobaczył ją skuloną pod cuchnącymi odpadami i zalewającą się łzami. Znów to samo… Gdzie te zagadki kryminalne i szalone pościgi z ostatnich edycji?
– Proszę, zrób to szybko, wiem, że musisz – jęknęła Rosie, nie odrywając głowy od kolan.
– Skończ. I tak nic nie czujesz – warknął Max, unosząc pistolet.
– A skąd wiesz? Wcale się tak od siebie nie różnimy. Ja nawet nie wiedziałam, że jestem robotem. Nikt nie może być tego pewien. Myślisz, że chcę umierać? A raczej przestać działać? Naprawią ciało i zaprogramują mnie na nowo, może jeszcze podczas tej edycji. I znów nie będę samoświadoma. I znów to samo. To jak tortura. Może to już się stało?
„Daj im szansę. To w końcu prawie ludzie”. Czy właśnie to Francis Golder miał na myśli? Max westchnął ciężko i nieco opuścił pistolet.
– No to co powinienem z tobą zrobić? Puścić cię wolno? Co byś zamierzała…
Nie skończył. Rosie skoczyła na niego z nożem, którego wyjęła nie wiadomo skąd. Pełen wściekłości Max powalił ją na ziemię, przygniótł kolanami i przystawił pistolet do karku.
– Nie panowałam nad sobą! – zawołała z paniką w głosie. – Tak mi kazał algorytm!
Czaszka rozłupała się od strzału, ukazując uszkodzony, syntetyczny, biały mózg, zabarwiony od sztucznej hemoglobiny. A Max poczuł się, jakby właśnie zabił człowieka.
*
– Irina i Lien są na czele rankingu łowców, tuż za nimi plasuje się Hamid oraz Ame. W rankingu publiki nadal góruje Cornellio i Sophia, nieco niżej Dima oraz Max. To właśnie Max zmienia najczęściej pozycję na liście.
– Hmm… Czy tylko mi się wydaje, czy akcja z Rosie była cholernie dziwna? Dlaczego powiedziała takie rzeczy i, co ważniejsze, dlaczego w ogóle jej uwierzył? Cóż, przeszedł próbę jak trzech łowców przed nim i zabił ją, co nie zmienia faktu, że coś z nim jest nie tak. Co go tak dręczy? I co na to widzowie? Oho, a raczej co na to Irina! Cóż za spotkanie!
*
– Dałeś się suce napaść? – prychnęła Irina. – Owszem, przyglądałam wam się.
– A ty co? – również prychnął Max, widząc krwiste obdarcie na jej przedramieniu.
– Jakieś roboty w czarnych okularach napadły mnie na środku ulicy, chwyciły za nogi i zaczęły taszczyć po betonie. Więc potem ja wytaszczyłam po kamieniach ich twarze.
– No i świetnie. Wolałbym już takie akcje niż płaczliwe, szalone roboty.
– Też miałam z tą sprytną robotką do czynienia. – Irina pokiwała nerwowo głową. – Opowiadała mi o tym, że jej dziadków zesłano w trzydziestym na Syberię podczas czystek i nawet zrobiło mi się jej, kurwa, szkoda, bo siedzę w temacie. Skończyłyśmy w łóżku, ale zabiłam ją w trakcie, bo się zorientowałam, że jest robotem. A tobie o czym gadała?
– Coś o człowieczeństwie – odparł wymijająco. Nie dopytywała.
Wyszli na główną drogę, mijani przez zabytkowe modele samochodów.
– To co, idziemy zapolować razem? – zasugerował Max, wiedząc, że to spodoba się publice. W tym samym momencie doszło mu zadanie na platformie: Zabij demony przeszłości w sklepie z telewizorami i uratuj więźniów. – Zmiana planów. Idę postrzelać sobie w…
– Demony, cokolwiek to oznacza – skończyła za niego Irina. – Też dostałam to zadanie.
Zabijając po drodze kilka robotów, które rzucały się na nich z ciemności, i przy okazji konkurując, kto jest w tym efektowniejszy, w końcu znaleźli sklep z telewizorami. Nie było to trudne, zważywszy na to, że przed budynkiem stało kilku policjantów i mały tłumek spanikowanych osób. I Cornellio, który przestępował z nogi na nogę z obrażoną miną.
– Matko, no ileż można czekać? Mamy tam wejść w trójkę! – zawołał już z daleka.
Max, mając ochotę przedłużyć jego czekanie, spytał po drodze policjantów, co się dzieje.
– Trzech kryminalistów porwało sześciu nastolatków, mają broń i grożą, że ich zabiją… Nie chcą nikogo wpuścić. Może wam się uda. Ale musicie być ostrożni, są groźni…
Chłopak skinął głową na policjanta, chyba zresztą człowieka. Nim dołączył do Iriny i zniecierpliwionego Cornellia, poczuł, że ktoś ciągnie go za brzeg kurtki.
– Proszę, uratuj mojego syna, ma na imię Stefan – szepnęła starsza kobieta z tłumu o wielkich, szklistych oczach. – Tak bardzo musi się bać…
Max przytaknął niepewnie, po czym szybko znalazł się przy łowcach. Weszli do środka, trafiając do ogromnego pomieszczenia wypełnionego półkami z rozłożonymi równo pudłami starych telewizorów, większymi i mniejszymi. Był to istny labirynt.
– I to są niby telewizory? – Cornellio wydął z zażenowaniem usta. – Ten świat jest żałosny.
– Sam jesteś ża… – zaczął Max, ale przerwał, bo w tym samym momencie wszystkie światła zgasły, a z oddali dało się nagle słyszeć niosący się echem upiorny chichot. Szykowała im się fabuła horroru i Max nie wiedział, czy się cieszyć, czy jednak niekoniecznie.
– Jeśli chcecie trochę światła – szepnął po chwili do zupełnej ciemności – wymacajcie i naciśnijcie największy przycisk, wtedy ekran powinien się włączyć.
W odpowiedzi usłyszał tylko jakiś pomruk Cornellia i przekleństwo Iriny. A potem każdy ruszył ostrożnie przed siebie z rękami wystawionymi do przodu. Co chwila dało się słyszeć jakieś niepokojące odgłosy, a nawet wołania o pomoc z oddali. W pewnym momencie kilka metrów od Maxa z wielkim hukiem spadł na ziemię telewizor.
– Noż ja pierdolę! To nie ja, ale niech ktoś wreszcie zrobi trochę światła! – zawołała Irina.
Jak na zawołanie Cornellio włączył nieopodal jeden z telewizorów, który ukazał jakąś wykrzywioną, zakrwawioną twarz z wyrwanymi zębami. Włoch omal się nie przewrócił.
– Serio?! – krzyknął piskliwie. – Dobra, robimy, co trzeba, i spadamy stąd!
Max po raz pierwszy musiał się z nim zgodzić.
Przez następne dziesięć minut brnął z niepokojem do przodu, próbując podążać za cieniem, którego dostrzegał w świetle makabrycznych obrazów na telewizorach. Łowcy musieli się oddalić, bo przestał słyszeć ich kroki, a piski Włocha były coraz cichsze.
Wreszcie dotarł do drzwi prowadzących do, jak głosił napis, zaplecza. Na pewno ktoś tu był. Max z mocno bijącym sercem wszedł do środka; niewielki, zagracony pokój wypełniało nieprzyjemne, czerwone światło awaryjne. Usłyszał ciche kaszlnięcie, a potem dostrzegł wystającego zza sterty pudeł buta.
– Nie bójcie się – powiedział, podchodząc ostrożnie do skulonych za kartonami dwóch chłopaków, którzy trzymali przed sobą młotek na obronę. – Pomogę wam. Jestem Max, a wy?
– J-jestem Lu-lu-lucas, a to… S-stefan – wydukał wystraszony chłopak z trądzikiem, którego jąkanie było tak ostentacyjne, że wręcz musiał być robotem. – Ona jest… jest o-o-pętana…
– Ona? Czyli kto? – spytał go z niepokojem Max.
Lucas zrobił nagle wielkie oczy i drżącym palcem wskazał jakiś punkt za nim. Max odwrócił się, wyjmując jednocześnie pistolet. Który wysunął się mu z ręki sekundę później. Zamarł.
W czarnej czapce oraz w ciemnym stroju wyglądała niczym jakiś cień lub zmora. Ale oczy, jasnoniebieskie oczy – z nikim by ich nie pomylił.
– Mama…? – szepnął. Ona jednak wyglądała na wyzutą z emocji.
– Masz dwie opcje, Max: zabić mnie lub pozwolić mi zabić ich – powiedziała beznamiętnie. – A że bardzo mnie kochasz, to chyba oboje wiemy, jak to się skończy.
– Nie jesteś moją matką – wydusił z siebie po chwili chłopak.
– Czyżby?
Zbliżyła się do niego. Poczuł jej delikatne, waniliowe perfumy. Usłyszał jej płytki oddech. W blasku czerwonego światła zobaczył w jej oczach jakąś głębię, którą trudno mu było opisać. Był to ból? Rozpacz? Błaganie…? Czy organizatorzy wynajęli jego matkę jako aktorkę?!
Po chwili napiętej ciszy, przerywanej jedynie szlochem Lucasa, wyjęła nóż i przeszła koło niego, a on tylko zrobił jej miejsce. Był zbyt zszokowany, by ją zatrzymać. Nie wierzył, że jest w stanie zrobić coś chłopcom. Stefan siedział w bezruchu sparaliżowany, a Lucas zaczął błagać o litość; młotek w jego dłoni dygotał jak oszalały. Mama jednym kopnięciem wysunęła mu go z dłoni, a potem przyszpiliła gwałtownie Stefana do ściany i szybkim, wprawionym ruchem spróbowała podciąć mu gardło. Zostawiła jednak tylko kropelkę krwi tuż pod brodą.
A zatem to był prawdziwy, przerażony chłopak. Który, zalany bezgłośnie łzami, próbował wysunąć się spod jej żelaznego uścisku. Wiedział, że gdy się postara, to go zrani.
Max nie wahał się dłużej. W sekundę podniósł pistolet, celując w głowę robota, który wyglądał jak jego matka. Chybił. Trafił ją w bark, a jej krzyk i krew płynąca spod przedziurawionej bluzki utwierdziły go w przekonaniu, że nie jest człowiekiem.
– Uciekajcie! – zawołał do chłopaków, tym razem pewniej chwytając pistolet.
Wtedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Pistolet nie wystrzelił. Lucas zdołał się wymknąć. Stefan natomiast pozostał, gdzie był, robotka bowiem, nie zważając ani na swoją ranę, ani na Maxa, w mgnieniu oka przełożyła nóż do lewej ręki i znów spróbowała zabić chłopca. Ten w końcu wydobył z siebie zduszony krzyk.
Oczy Maxa padły na leżący obok młotek.
Uderzył z całej siły, rozdzierając robocie-matce połowę klatki piersiowej i brzucha. Padła na ziemię, próbując utrzymać wylewające się na zewnątrz flaki, spod których wystawały liczne kable. Chłopak w szale znów się zamachnął. Gdy młotek leciał już z impetem w dół, zobaczył jeszcze na jej twarzy w świetle czerwonego blasku coś, czego by się zupełnie nie spodziewał. Pełen dumy matczyny uśmiech. Chwilę później jej głowa zamieniła się w krwawą miazgę.
Co mama musiała myśleć, gdy oglądała go teraz na żywo? Czy go za to znienawidzi?
– O Boooże… Dzi-dzi-dziękujemy – wydukał stojący tuż za nim Lucas. – O-o-opętał ją…
– Algorytm – szepnął Max, próbując uspokoić swój płytki, drżący oddech.
Przetarłszy łzy, które nie wiadomo kiedy pojawiły mu się na twarzy, odwrócił stanowczo głowę od ciała robota-matki, po czym podszedł do Stefana i pomógł mu wstać.
– Nic ci nie jest? – spytał. Jego wyraz twarzy mówił, że właśnie przeżył wielką traumę.
– Już po wszystkim – szepnął chłopak w odpowiedzi. – Już jesteśmy bezpieczni.
Wyszli z zaplecza. Na sali wciąż było ciemno i gdy Max już zaczął wściekać się, że znów będą błądzić, niedaleko zaświecił się ekran telewizora przedstawiający jego wesołą, żywą, prawdziwą mamę, która machała do niego. A później następny, z innym obrazem. Max uśmiechnął się ze wzruszeniem. Mama doprowadzi go do wyjścia. Razem z chłopcami ruszył labiryntem regałów prosto za włączającymi się telewizorami. Tuż przed wyjściem jednak serce podskoczyło mu do gardła, gdy zobaczył, że ostatni obraz przedstawia ten dziwny uśmiech robota-matki tuż przed zmiażdżeniem jej głowy. Serio? Mogliby sobie darować. Przesadzili!
Jeśli on był zły, to Irina była rozwścieczona. Wychodząc na równo z nim, zrzuciła przy okazji kilka telewizorów, klnąc przy tym głośno po rosyjsku i popędzając dwójkę nastolatek.
– Dziadka im się ożywiać zachciało, kurwa mać – mamrotała pod nosem.
Na zewnątrz stał natomiast zadowolony Cornellio, kłaniając się tłumkowi i przyjmując gratulacje od policjanta. Na widok dwóch kolejnych łowców wszyscy zaczęli klaskać.
– To było piękne katharsis, zabić swojego byłego – zawołał do nich Włoch z dumą.
Tymczasem uratowane dzieci pobiegły w stronę rodziców. Kobieta, która prosiła Maxa o uratowanie Stefana, wybiegła synowi naprzeciw. I gdy już mieli wpaść sobie w objęcia, dało się słyszeć strzał. Kobieta wrzasnęła, widząc, jak chłopak pada martwy na ziemię, plując krwią.
– To niemożliwe – szepnął Max, nieruchomiejąc.
– Jak się mogłeś nie zorientować po tym chodzie, siedem, że z tych dwóch twoich chłoptasiów on był robotem? – prychnął Cornellio, opuszczając R56. – Naprawdę się do tego nie nadajesz, ty skończony idioto! Mówiłem ci: to nie symulacja!
Max musiał oprzeć się o ścianę budynku, żeby się nie wywrócić. Dlaczego? Dlaczego robot-matka nie zabił od razu tego chłopca? Czy to była część rozgrywki? Czy…?
*
– Było niepokojąco, brutalnie i sentymentalnie. Takie emocje lubimy najbardziej! Choć Max chyba niekoniecznie… Przyznajmy: robot pod postacią jego matki był naprawdę realistyczny.
– Ale to wciąż tylko robot, Luna. Irina zabiła własnego „dziadka”, trochę się powściekała i już, po krzyku, o naszym beztroskim Cornelliu nawet nie wspomnę. Max naprawdę to przeżywa. Widzowie sugerują, że podczas studiów za bardzo wczuł się w te zamierzchłe, ograniczone czasy niekontrolowanych emocji i teraz wszystko mu o tym przypomina. I właśnie przez to sami zaczynają przeżywać razem z nim! Tak, Maksik jest w tym tak autentyczny, że właśnie wyprzedził Sophię i wskoczył na drugie miejsce w rankingu publiki! Co będzie dalej?
*
Max, tak jak kilku innych łowców, przespał się przez trzy godziny w starym, niezbyt luksusowym hotelu, nie korzystając z zaproszenia od Sophii, by dołączył się do nocnych igraszek razem z Cornelliem, Iriną oraz Dimą. Chciał, żeby igrzyska już się skończyły. Myślał tylko o spotkaniu z matką. I o tym, że nie odebrał od niej połączenia przed rozgrywką.
Gdy schodził na parter hotelu, za oknem słońce dopiero wschodziło; jeszcze nie wiedział, czy poprosi o kawę, czy raczej o whisky. Dylemat rozwiązał się sam, gdy zauważył siedzących przy barze Hamida i Ame. Nigeryjczyka spotkał wcześniej tylko przelotem, dlatego teraz ucieszył się, że wreszcie może z nim porozmawiać. Dosiadł się do łowców, zamawiając drinka.
– O, Max, wreszcie się widzimy! – rzekł z uśmiechem Ame. Był jakiś dziwnie rozluźniony jak na niego. – Właśnie wróciliśmy z misji w apartamencie na obrzeżach RoboCity…
– To była istna fabuła kryminału! – podjął Hamid, rozcierając w roztargnieniu strużkę krwi na czole. – Trzeba było odgadnąć, kto zabił babcię, zebrać poszlaki i zastrzelić mordercę.
– I profesorek się pomylił, bo strzelił w dziadka na wózku inwalidzkim, a on nie był robotem.
– Ale miał bioniczną nogę i nie okazywał za grosz empatii! I te jego szybkie kalkulacje…
– Taką miał rolę. Tak czy inaczej, to była dobra zabawa. I mnóstwo punktów. No, ale mniejsza o nas. – Ame spojrzał na Maxa z zainteresowaniem. – Jak sobie radzisz, siedem?
Chłopak patrzył na nich przez chwilę bez słowa, czując się tylko gorzej.
– Miałeś rację, Ame. To złe. Mam dość udawania, że mi się to podoba. Moja matka… – Przyszło mu ostrzeżenie, że ma uważać na słowa „przeciw igrzyskom”, dlatego zamilkł.
– Nie, nie, to ty miałeś rację – odparł łowca jakby ze skruchą, ale i fascynacją, co jedynie zdołowało Maxa. – To tylko roboty. Dopiero teraz to zrozumiałem. Mówią to, co każe im program. Nie ma w nich nic prawdziwego. Zwłaszcza uczuć. Nie są do nich nawet zdolne.
– To się nazywa mechanizm naśladowczy, dostosowany do wyrazów mimicznych – wyjaśnił spokojnie Hamid. – Roboty reagują emocjonalnie na to, co słyszą, bo ich system monitorowania komunikatów werbalnych dopasowuje słowa do ich zabarwienia emocjonalnego. Najnowsze modele są mistrzami w symulowaniu emocji, ale to wciąż tylko symulacja.
– Dobra, super, a co z tym gadaniem, że to brutalne show, co? – spytał ze złością Max.
– No co? Dalej tak uważam – powiedział Ame. – Ale udało mi się w tym odnaleźć.
– A czy słowo „brutalne” ma jeszcze negatywny wydźwięk? – zastanawiał się profesor.
Z Maxa ulotniła się cała irytacja, a w jej miejsce wskoczyło poczucie beznadziei i obcości. Tylko on nie potrafił się dobrze bawić, tylko jemu coś ciągle nie pasowało, tylko on zapewne figurował na ósmych miejscach w obu rankingach przez swoją beznadziejną postawę. Co on sobie myślał, zgłaszając się na te igrzyska, i to bez żadnego doświadczenia?
Humoru nie poprawiły mu ani różne fabuły, groźniejsze i lżejsze, których był częścią przez następne kilka godzin, ani polowanie na robotów z gangu mafii z Lien, ani próby rozbawienia go przez Sophię, której chyba naprawdę było przykro, że tak mu źle. A ta depresja trwała i trwała, on zaś nie potrafił się z niej wyswobodzić, nawet teraz, gdy setki milionów ludzi go oglądało, a on prawdopodobnie niszczył sobie przez to życie, które czekało go po igrzyskach.
Dopiero po południu stało się coś, co przerwało jego dołujący stan. Zadanie brzmiało: Udaj się do lekarza i daj się wyleczyć z problemu. Z nadwrażliwości? Jeśli tak, to chętnie zażyje lek.
Poznał już miasto na tyle, że wiedział, gdzie znajduje się gabinet lekarza. Gdy był niedaleko, zabijając po drodze z niechęcią nachalne roboty, ktoś zaskoczył go od tyłu.
– Ame? Co tu robisz? – spytał z niedowierzaniem Max, opuszczając pistolet.
– Chcę ci potowarzyszyć – odparł. I przyznał: – Tak, dostałem takie zadanie. Ale chcę.
Max wzruszył ramionami. Może być. Doszli w milczeniu do odpowiedniego budynku z wielkim, świecącym plusem i weszli do środka, do wyłożonego biało-niebieskimi kafelkami surowego pomieszczenia, w którym powitała ich recepcjonistka, każąc czekać w kolejce.
Przed drzwiami do lekarza stała jedna starsza kobieta i druga młoda. Gdy młoda odwróciła do niego głowę, Max aż się cofnął. Rosie. Ponownie uruchomiona. Z głową na karku. Równo z Ame, który najwyraźniej też musiał mieć z nią do czynienia, wyjął pistolet. Rosie wpadła w panikę, a starsza kobieta, całkiem do niej zresztą podobna, natychmiast zasłoniła ją własnym ciałem, błagając o litość.
– Proszę, zostawcie nas w spokoju! Moja córka chce się tylko wyleczyć! – wołała z rozpaczą.
– To robot, a nie człowiek – syknął przez zęby Ame. – Chciał nas wszystkich pozabijać.
– Nie znam was! – jęknęła Rosie. – Błagam, dajcie nam żyć…
– Pewnie ją zresetowali. – Max westchnął i opuścił pistolet. – Ma swoją torturę.
Kilka sekund później lekarz zawołał kolejnych pacjentów, a kobieta, wciąż osłaniając płaczącą Rosie, weszła z nią prędko do środka.
– Albo ta kobieta to robot, albo jest naprawdę dobrą aktorką – mruknął Ame.
Max nie odpowiedział. Coś mu nie grało. Nie minęło pięć minut, gdy Rosie z „matką” wyszły z gabinetu, z którego dało się słyszeć słowa lekarza: „No, i wyleczona”. Kobieta wciąż zerkała z lękiem na łowców, obejmując równie wystraszoną dziewczynę. Jednak gdy tylko matka odwróciła głowę, Rosie posłała im pełen satysfakcji, złośliwy uśmieszek.
Ame nie wytrzymał. Strzelił w nią celnie, przedziurawiając jej koszulkę. Wrzasnęła, gdy ją odrzuciło. Ale nie pojawiła się na niej ani kropla krwi.
– Co do… – zaczął Nigeryjczyk, lecz zanim zdążył strzelić po raz drugi, Rosie wraz z kobietą z piskiem uciekły z budynku. – Była człowiekiem! Niemożliwe!
– Pewnie została stworzona na podstawie prawdziwej osoby i teraz ją podmienili…
Max poczuł, że boli go głowa. To wszystko zaczynało go przerastać. Chciał stamtąd uciec, lecz ostatecznie zatrzymał go Ame, sugerując, by chociaż dowiedzieli się, co tak naprawdę dzieje się w gabinecie. Weszli więc do środka; za drewnianym biurkiem siedział niski, drobny lekarz w białym kitlu i wielkich okularach o grubych oprawkach.
– Dzień dobry, panie Rietmel – powiedział nosowym głosem. – Czekałem na pana.
– Wie pan, co mi dolega? Co pan chce ze mną zrobić? – spytał niepewnie Max.
– Zbadać pana, jak to lekarz. – Doktor zaśmiał się nieprzyjemnie. – Jeśli ma pan problemy z psychiką, to zaczniemy od rezonansu magnetycznego głowy. Zapraszam ze mną.
Twarz Ame wyrażała sporo wątpliwości. Max też zagryzł wargi.
– Łowcom zdarzają się kłopoty na igrzyskach, ale to normalne – dodał lekarz wprost.
Max uznał, że właściwie nie ma nic do stracenia. Najwyżej czeka go kolejna fabuła horroru. Bo w końcu co mu mogą zrobić? Ruszył więc za doktorem do kolejnego pomieszczenia, w którym za szybą znajdowała się tuba do przeprowadzenia badania. Obserwowany czujnie przez paplającego o zaburzeniach mózgu doktora, pozbył się wszystkich metalowych elementów.
– Będę go mieć na oku – szepnął mu ukradkiem na ucho Ame.
Max uśmiechnął się do niego z wdzięcznością, czując się nagle głupio, że był dla niego niemiły przed igrzyskami. Teraz Nigeryjczyk był mu chyba najbliższy ze wszystkich łowców.
W końcu znalazł się w tubie. Doktor wsunął go głęboko i… zatrzasnął za pomocą zasuwy. Maxowi mocniej zabiło serce. Czy to normalne? Następne kilka minut w zupełnej ciszy było wyjątkowo nieprzyjemne. Aż w końcu rozległ się głos lekarza.
– Uwaga, Max, mam złą wiadomość. Twój mózg jest nie do naprawy. Muszę zmienić go na sztuczny. Muszę całego ciebie zmienić na sztucznego. Zrobię z ciebie robota, Max.
Chłopak stracił na chwilę oddech, a serce omal nie wyskoczyło mu z klatki piersiowej. Jak to: robota? Zaczął wrzeszczeć, z całej siły próbując otworzyć nogami zasuwę. Gdzie był Ame? Co teraz będzie? Nagle usłyszał zewsząd oszałamiająco głośny, metaliczny dźwięk, a potem poczuł ból w każdej kończynie, w każdym miejscu na skórze, ból tak mocny, że nie był w stanie się poruszyć. Panika dodatkowo rozrywała go na strzępy. Chciał umrzeć.
Musiał chyba stracić przytomność, bo gdy otworzył oczy, wszystko ucichło, ból ustał, a zasuwa była otwarta. Zerwał się natychmiast, uderzając głową o ściankę tuby, a potem szybko wysunął na zewnątrz. Jego ciało w ogóle się nie zmieniło. Czuł się identycznie. To był tylko jakiś chory zabieg organizatorów, by podsycić emocje publiki. Max odetchnął więc z ulgą, ale tylko na moment, bo gdy podniósł głowę, zauważył, że siedmiu łowców patrzy na niego przez szybę. Wstał i podszedł do drzwi, by do nich dołączyć. Okazały się zamknięte.
– Hej, co jest! Wypuście mnie! – zawołał z nutą powracającej paniki w głosie.
– Tak mi przykro – powiedział ze smutkiem zza szyby Ame. – Ale nie jesteś człowiekiem.
– Co? Uwierzyłeś temu doktorowi, że przemienił mnie w robota w tej tubie?! No co ty!
– Widziałem to na własne oczy, twój bioniczny mózg, Max. To nie do pomyślenia…
Chłopak musiał przytrzymać się ściany, by się nie przewrócić.
– Nie, nie, nie. Odczyty musiały kłamać. Przecież nie da się zamienić się w robota, cholera! Nie, już wiem! Musieli mnie podmienić. Może też mam odpowiednika-robota jak Rosie?
– Zaraz się przekonamy, kim jesteś – odezwał się Dima. A potem otworzył drzwi i nim Max zdążył zareagować, strzelił mu w stopę. Ból był rozrywający. Upadł. I wrzasnął z rozpaczą, gdy zobaczył, że jego białe buty zaczynają zabarwiać się na czerwono. – No, czyli jest robotem. To teraz ulżę gnojowi w cierpieniu, tak jak on zrobił to mojej robotce…
– Nie! – krzyknęła Sophia. – Zostaw go! Nikomu nie zrobił nic złego!
– Mamy zadanie. Musimy się zastanowić, co z nim teraz zrobić – odezwał się spokojnie Hamid.
Dima wyszedł niechętnie i zamknął drzwi na klucz. Max, trzymając się za pulsującą niesamowitym bólem stopę, skulił się na chłodnej posadzce i zaczął spazmatycznie szlochać. Bezsilność, strach i absurd całej sytuacji sprawiły, że się poddał. Został uprzedmiotowiony. Stał się okazem, którego odkryli, zdobyli i pewnie zabiją. To koniec. Koniec!
– Nie wiemy, jakim cudem zmienił się w robota, o ile to nie przekręt – usłyszał Irinę. – Jednak choć był wkurwiającym studencikiem, to i najlepszym człowiekiem z nas wszystkich.
– Zepsuł całe igrzyska tymi swoimi humorkami, a teraz jeszcze to! – Cornellio prychnął. – I tak już po nim, skoro jest robotem. Max czy replika – trzeba dupka zabić.
– Mogę go zarżnąć osobiście, albo zerżnąć i zarżnąć – powiedział Dima.
– Co wy mówicie? – Głos Sophii drżał. – Max był przekochany. Ja… Sądziłam nawet, że się zejdziemy po igrzyskach. I nadal tak sądzę! Był najbardziej ludzki z nas wszystkich!
– Tak – przyznał Ame. – Podczas gdy my byliśmy zwierzętami, on pozostawał człowiekiem. Nawet jeśli to robot, to musi gdzieś być jego prawdziwa, człowiecza wersja.
– Jeśli jest robotem, nic nam po nim – odezwała się cicho Lien. – Zabijmy go.
– Z tego, co zrozumiałem, trzy osoby są za zabójstwem, trzy za ocaleniem życia – powiedział po chwili ciszy Hamid. – A skoro tak… To decyzja ciąży na mnie. Tak się składa, że ja mam inną teorię niż wy wszyscy. Ale jest zbyt szalona, by mogła być prawdziwa. Wolę nawet nie wypowiadać jej na głos. Jednak powoduje ona, że… sądzę, iż Maxa trzeba zabić.
– Drogi Hamidzie, przedstaw, proszę, swoją teorię.
Max usłyszał nowy głos, głos, który sprawił, że poczuł dreszcze podniecenia i nadziei. Uniósł lekko głowę i dostrzegł złociste włosy Francisa Goldera, który stanął za łowcami.
– Na AI, co pan tu robi? – wykrzyknął Hamid. Pozostali byli równie oszołomieni.
– Igrzyska dobiegają końca. A dzieje się tu coś, czego nikt się nie domyślał, nawet setki milionów widzów, ani wy, doskonale wyszkoleni łowcy. Coś wielkiego. Hamidzie?
– Ja… – Profesor przestępował z nogi na nogę. – Sądzę, że Max był robotem od początku. – Gdy główny organizator uśmiechnął się lekko, kontynuował już pewniej: – Tyle że jakimś nieznanym modelem, doskonałym. A zdradzały go właśnie… emocje. Zawsze konkretne. Nic pomiędzy. Albo radość, albo złość, albo depresja. Poza tym częsta precyzja wypowiedzi, niechęć do zabijania podobnych sobie… Tylko nie wiem, dlaczego nie działał na niego R56.
– Bo dopiero w tubie dokonało się zniszczenie niewidzialnej powłoki ochronnej – odpowiedział z samozachwytem pan Golder, a jego złoty uśmiech zwiększał się z każdą chwilą. – Doskonale, Hamidzie. Max 2113 to maximum człowieka w robocie. Ma poniekąd mentalność człowieka z dawnego wieku. Jest tak ludzki, że nawet gdy po wgraniu wspomnień został wprowadzony do prawdziwego świata, w tym na studia, nikt się nie zorientował! To rewolucja w przemyśle robotów. Jego „matka” też była robotem najnowszej generacji. Zagroziłem jej, że jeśli nie odegra dobrze swojej roli, jej syn zginie. Nie kalkulowała jak robot. Poświęciła się jak człowiek. Niestety nasz model tak ją zmasakrował, że już nie będzie się dało jej odtworzyć. – Cornellio zachichotał pod nosem, a Max zawył głośno niczym zwierzę. – Tak czy inaczej eksperyment się udał. A ja oficjalnie ogłaszam wam nową generację robota! To triumf człowieka nad robotami. Chociaż stworzyliśmy robota z wolną wolą i emocjami, wciąż mamy pełną władzę nad jego życiem. Bo jako że to Igrzyska Robotów, Maxa trzeba oczywiście zabić. A zabicie go da wam pięćdziesiąt punktów. Tak, pięćdziesiąt.
– O ja pierdolę – skomentowała ten wywód Irina. A potem nastała cisza.
*
– Chyba spadnę z krzesła, Jerry! Jestem w szoku. I… trochę mi szkoda naszego Maxa.
– To niesamowite, do czego doszliśmy! Francis Golder jest bogiem dzisiejszych czasów. Czuję się zarówno oszukany, jak i zafascynowany. Ale spójrz, Luna, Ranking Publiki szaleje. Na Maxa oddawane są właśnie setki tysięcy… nie, miliony głosów! Jak wiemy, Nagroda Łowcy należy się Lien, choć owe pięćdziesiąt punktów mogą dać szansę Ame, Irinie oraz Hamidowi. Ale co w takim razie z Maxem? Pan Golder musi zareagować, inaczej widzowie będą zawiedzeni. Luna, oni domagają się, by Max przeżył… Coś nieprawdopodobnego, że tyle osób żywi jakieś uczucia względem robota! Co on na to?
*
Max obserwował, jak kilkoro łowców kłóci się o to, kto go zabije, jak Sophia płacze, Ame siedzi gdzieś w rogu i myśli, a Irina krąży nerwowo w kółko. Patrzył, jak Francis Golder, którego miał za ojca – w końcu to on go stworzył – stoi z boku i patrzy z ekscytacją to na niego, to na platformę z soczewki. Odczuwał teraz tylko niesamowitą apatię, która wyrażała się w stwierdzeniu, że jest mu wszystko jedno. Początkowo nie zareagował nawet na słowa Goldera.
– A jednak, moi drodzy łowcy, plany się zmieniły. Publika chce nagrodzić właśnie Maxa, który teoretycznie wciąż ma status łowcy. To daje mu immunitet…
– Co? – Cornellio uderzył w złości płaską dłonią o ścianę. – To niesprawiedliwe!
– Też mnie to dziwi, ale nie mamy wpływu na widzów, Cornellio…
Organizator wzruszył niewinnie ramionami. I wtedy Max zrozumiał, że od początku wszystko szło zgodnie z planem Goldera. Chłopak zachowywał się dokładnie tak, jak on przewidywał. Podobnie jak inni łowcy w stosunku do niego. Wszystko miało go doprowadzić do tego miejsca. A poruszeni widzowie mieli wydać krocie, by sprawić, że wskoczy na pierwsze miejsce w rankingu. A później kto wie, może zrobi z niego eksponat do podziwiania?
Było jednak coś, czego nie mógł przewidzieć. Max wyrwał soczewkę z oka.
– Ty chory psychopato. – Jego głos, mimo bólu, był spokojny. – Tworzysz roboty, które są identyczne jak ludzie, a potem traktujesz ich jak nieludzi. Założę się, że ludzcy aktorzy, których wynajmujesz, nie wiedzą nawet, czy ich dzieci na igrzyskach to roboty, czy nie. Wszystko, byleby ich emocje były realne, co? By ludzie płacili miliony za zwierzęce, sadystyczne widowisko. To już nie ma nic wspólnego z Wielką Wojną. Nie mam zamiaru brać w tym udziału.
Francis Golder zaśmiał się krótko, niczym dorosły rozbawiony tym, co mówi dziecko. Chyba gotował się na przemowę. A Max wyjął pistolet z kieszeni i przystawił do skroni. Zdołał zobaczyć pełną zrozumienia, smutku i satysfakcji minę Ame. I uśmiechnął się na widok szoku na twarzy Goldera. A potem pociągnął za spust.
*
Francis Golder patrzył na leżące na łóżku medycznym ciało Maxa, którego mózg naprawiali właśnie specjaliści. Ludzie domagali się, by przywrócono go do sprawności. Kilkoro łowców przeprowadzało liczące setki tysięcy ludzi protesty. I tylko Ame głosił wszem wobec, że ożywienie Maxa go zniszczy. Jednak niewielu podzielało jego zdanie.
Przemowa i samobójstwo Maxa 2113 pokrzyżowały Golderowi plany. Ale tylko na moment. W jego głowie już rodził się nowy pomysł, który powinien usatysfakcjonować trudnych do okiełznania i zszokowania ludzi.
Igrzyska Ludzi i zemsta przeprogramowanego nieco Maxa? To byłby prawdziwy zarobek!