Rozdział III

Nowy dzień, nowy ja! – nie pomyślał Eldy tuż po przebudzeniu.

Mimo to miał całkiem niezły humor: już za niedługo będzie działać potajemnie na rzecz dowództwa! Jaki okaże się ten cały Averton?

Chłopak ubrał jedną ze swoich kilku unikatowych, kolorowych koszul, by czuć się jeszcze bardziej wyjątkowo. Przyjrzał się sobie w lustrze; ciotka Cheryl zawsze powtarzała mu, że jest przystojny, ale on sam nie przepadał za spoglądaniem na swoją gębę. Był bardziej podobny do mamy niż do ojca (chwała Ramizaelowi!), choć na pewno miał od niej pełniejsze usta. I posiadał w ogóle brwi. Jednak najbardziej nie lubił w sobie swoich długich rzęs, które sprawiały, że czuł się jak dziewczyna.

Esteline pomalowała go kiedyś swoimi paroma kosmetykami do makijażu, a on aż krzyknął, gdy zobaczył swoje odbicie. Stał się niebrzydką panienką. Nigdy więcej, oznajmił wtedy do zwijającej się ze śmiechu przyjaciółki. Teraz spróbował jeszcze ułożyć swoje gęste, aczkolwiek trudne do wystylizowania włosy, które zazwyczaj zostawiał w nieładzie; mama ciągle namawiała go na pójście do sarmanckiej fryzjerki, ale Eldy unikał jej jak ognia. Bo co, jeśli przez przypadek przejechałaby mu maszynką przez środek głowy? Musiałby ściąć się na łyso, a tego by nie zniósł! Wolał prosić brata, by ten trochę go przystrzygł. Zdradzieckiego, okrutnego brata…

W końcu zszedł na parter, wkraczając do na wpół pełnej stołówki. Zaczął rozglądać się za Avertonem, ale zamiast niego zauważył Everley’a i Linet, którzy siedzieli sobie w rogu, zajęci rozmową. Eldy zacisnął pięści i zmrużył oczy. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie będzie stosowne dosiąść się do nich ostentacyjnie, jednak jego plany przerwał machający do niego Anael, który zajmował miejsce w drugim rogu stołówki. Orientując się, że Avertona i tak jeszcze nie ma, Eldy skinął na niego z westchnieniem głową, idąc najpierw po coś do jedzenia.

Świeża dostawa bagietek i croissantów z rana była w dowództwie podstawą, jednak jeśli ktoś miał ochotę na coś innego, zawsze mógł zajrzeć do wielkiej spiżarni, w której czasem dało się znaleźć coś sensownego. Kilku Sarmantów zajmowało się dostawami na masową skalę, a wszystko zapewniała im pewna francuska firma, która, dzięki kilku niewinnym sztuczkom, niczego się nie domyślała.

Eldy usiadł koło Anaela, kładąc na stole tacę pełną croissantów z marmoladą i czekoladą, a do tego sok pomarańczowy, choć wolałby napić się santee. Wiedział jednak, że Sarmantom przed przemianą w niczym szczególnym ono nie pomaga; dopiero później stawało się czymś niezbędnym do funkcjonowania. Santee było wydobywane z niekończącego się źródła, znajdującego się w jaskini, w której Ramizael po raz pierwszy go skosztował i stał się Sarmantem. Jednak to, że było nieograniczone, nie oznaczało, że sprowadzanie go do dowództwa było czymś szybkim i prostym, dlatego też Eldy szanował tę nieumowną zasadę i zazwyczaj wybierał sok.

– Imponujące – powiedział na wstępie do siedzącego obok przyjaciela.

– Co? – zmarszczył brwi Anael, z lekkim skrępowaniem zamykając jakieś czasopismo, które miał obok siebie na stole.

– To, z jakim uczuciem kroisz tę bagietkę. Większość pomidora spadło ci na talerz, ale za to kawałki pieczywa są zachwycająco zgrabne.

– Przypomnij mi, dlaczego się przyjaźnimy? – mruknął Anael, z poirytowaniem biorąc bagietkę do ręki i nakładając na nią z powrotem czerwone plastry.

– Bo i tak mało kto chce przyjaźnić się z nami i mamy tylko siebie? – wyszczerzył się Eldy, wciskając do ust niemal całego rogalika naraz. Zaraz potem dodał z pełnymi ustami: – No, i ja mam Esteline. A ty swoje książki.

– Czego chcieć więcej od życia – westchnął Anael. – A przy okazji… Twój brat kręci z Linet?

– Nawet mnie nie denerwuj! – oburzył się Eldy, automatycznie patrząc na zajętych rozmową Everley’a i Linet. – Książę znalazł sobie księżniczkę, uznając, że mu się należy.

– Właściwie oni tylko rozmawiają…

– A wczoraj byli na wspólnej kolacji!

– Ach, cóż mogę rzec…

– Anael!

– Everley ma przecież takie samo prawo do rozmowy z nią, co ty.

– Ale mógł mi chociaż powiedzieć.

– Spokojnie. Znając życie, i tak za tydzień lub dwa on się jej odwidzi…

Eldy nie wiedział, czy zdenerwować się na to oświadczenie, czy raczej ucieszyć. Jego rozważania przerwała Esteline, która niespodziewanie się do nich dosiadła, aż tryskając energią.

– Cześć wam! – zawołała, trzymając w ręce długą bagietkę. Miała na sobie czarną tunikę i kolorową apaszkę pod szyją. – O czym rozmawiacie?

– O tych tam – powiedział Anael, skinieniem głowy wskazując na „zakochanych”.

– A, oni – machnęła ręką dziewczyna. – Piękna Linet uwiodła kolejnego biedaka… Żartuję! – zawołała od razu, widząc minę Eldy’ego. – Recz w tym, że jeszcze wszystko może się zdarzyć. Albo po jakimś czasie ich kontakt się urwie, albo ty znajdziesz sobie inną. A co do Everley’a, pewnie jeszcze dziś przyjdzie z tobą porozmawiać i wyjaśnić sytuację.

– Nie wiem, czy chcę z nim gadać – burknął naburmuszony Eldy.

– To ty jesteś dziwny, nie ja – zawyrokował Anael. – Przecież to twój brat, który broni cię na każdym kroku. Naprawdę o ciebie dba. Przypomnij sobie, co było wczoraj…

– Nie muszę – mruknął Eldy.

– Dobra, dobra, dobra – powiedziała jednym ciągiem Esteline. Eldy wiedział, że chce obronić go przed nieprzyjemnym tematem. – Mam lepsze pytanie. Co to za książka, Anael?

– Ludzkie czasopismo – oznajmił chłopak. Choć wolał czytać księgi sarmanckie, raz w tygodniu jego ojciec przynosił mu gazety o różnorodnej tematyce, zwłaszcza naukowej i historycznej, z czym zawsze chętnie dzielił się z Eldym. – Uwierzycie, że niedawno ludziom udało się sklonować owcę?

– Sklonować? – zdziwiła się Esteline. – Niemożliwe.

– A jednak – uśmiechnął się zafascynowany Anael. – Ludzie zaraz zaczną dorównywać nam w umiejętnościach.

– Prędzej uwierzyłabym, że jakiś Sarmant o darze klonowania maczał w tym palce.

– W tym nie ma żadnej magii. Z tego, co widzę, nie jest to aż takie trudne…

Eldy normalnie zaciekawiłby się tematem, ale teraz szybko przestał skupiać się na rozmowie, znów wbijając wzrok w swojego brata i piękność, która siedziała naprzeciwko. O czym oni rozmawiają? Czy flirtują ze sobą? A może oni po prostu do siebie pasują? Idealny Sarmant i idealna Sarmantka? Czemu by nie!

Nagle oboje spojrzeli w jego stronę. Nie odwrócił wzroku, przyglądając im się uważnie. Everley spojrzał na niego z miną, która wyrażała jedno: musimy pogadać. Właściwie wyglądało na to, że zaraz ma zamiar do niego podejść. Linet natomiast spoglądała na niego z żalem. Żałosne to wszystko – pomyślał z powagą Eldy. To poniżej mojego poziomu! Nie, żart, to niemożliwe.

– Czyli mówisz, że jeśli byś chciał, mógłbyś sklonować mnie?! – zawołała oburzona Esteline, wyrywając Eldy’ego rozmyślań.

– Jeśli bym chciał, a nie chcę… – bąknął cały czerwony Anael. – Zresztą, potrzebowałbym lat nauki, a czy warto…?

– Sugerujesz więc, że nie warto byłoby poświęcić na mnie tyle czasu, tak?

Eldy wiedział, że jego przyjaciółka naśmiewa się ze speszonego chłopaka i planował się dołączyć, ale zauważył, że Everley wstaje z miejsca. Nie chciał z nim teraz rozmawiać. Już miał uciec, gdy nagle dostrzegł stojącego na środku Avertona, który właśnie szukał przy stolikach swoich znajomych.

Teraz albo nigdy – pomyślał i szybko wstał od stołu.

– A tobie co jest? – spytała od razu Esteline.

– Tak się wam fajnie kłóci… – mruknął wymijająco. – A Averton jest tam taki samotny… Myślę, że wypada mi do niego podejść.

– Chyba ci te rogale zapchały mózg – stwierdził rzeczowo Anael, a zerkając na Esteline, dodał od razu: – Nie, żeby to było możliwe, wiadomo…

Eldy nie słuchał ich już więcej, tylko wcisnął do ust ostatniego rogalika i czmychnął w stronę Avertona. Zaczął z lekka panikować, orientując się, że nie wie nawet za bardzo, co powiedzieć. Jednak im był bliżej, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że improwizacja to coś, co zazwyczaj wychodzi mu całkiem nieźle. Pomachał więc do Avertona i wskazał mu najbliższy wolny stolik. Ten usiadł tam ze zdziwieniem.

Będąc kilka metrów od niego, Eldy zauważył, że mężczyzna trzyma w dłoni coś podłużnego, elektrycznego i dziwnego. Uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Dzień dobry, panie Avertonie – powiedział wyniośle, dosiadając się naprzeciwko.

– A ty to kto? – spytał ze zdziwieniem Sarmant, przygryzając bagietkę z masłem i pomidorem. – I czego właściwie chcesz?

– Jestem Eldy, syn Barly’ego i Elviry. Podszedłem do ciebie, bo niezwykle zainteresował mnie przedmiot, który trzymasz w ręce.

– Ach, to cudeńko? Nie sądziłem, że może to kogoś zaciekawiać – ucieszył się Averton. – To najnowsza Nokia 8110 z dziewięćdziesiątego szóstego! Rozumiesz, ma niespełna rok, a ja już ją posiadam! Oszczędności się opłaciły…

– Co to jest Nokia?

– No tak, przepraszam, w końcu skąd miałbyś wiedzieć… To telefon komórkowy, młody. Czyli coś naprawdę niezwykłego.

Po względnych oględzinach Eldy’emu całkiem przypadł do gustu przyjaciel Irotha. Miał na sobie włochaty, granatowy sweter i elegancki zegarek. Jego włosy kręciły się niemal tak jak u Irotha, ale, w przeciwieństwie do niego, zaczesane w tył sięgały mu niemal do ramion. Jego twarz zaś całkiem różniła się od szlachetnej facjaty syna dowódcy – była całkiem pospolita, okrągła i wzbudzająca koleżeńską sympatię. Niewielki wąsik, lekki zarost i rozkojarzone spojrzenie sprawiały, że Eldy nigdy nie posądziłby go o chęć obalenia władzy w dowództwie.

– Do czego służy telefon komórkowy? – spytał go z autentycznym zaciekawieniem.

– Do rozmowy na odległość. Wiesz, jakbym wybrał odpowiedni numer i nacisnął ten zielony przycisk, połączyłoby mnie z kimś, kto mieszka nawet kilkaset kilometrów stąd!

Wow!

– Nie wiem, jak to działa, ale żyję na tej francuskiej ziemi już trzydzieści dziewięć lat i nigdy nie widziałem czegoś równie niesamowitego. Ludzie jednak mają łby…

– Chcę to zobaczyć!

– Nie tutaj – ściszył głos Averton, rozglądając się na boki i zbliżając się do niego. – To znaczy, nie żebym coś ukrywał…

– Ale ja tylko…

– A o co ci właściwie chodzi? – przerwał mu nagle poddenerwowany Averton. – Czy ktoś aby nie wysłał cię na przeszpiegi?

– Że co?

– Zaraz, zaraz… Sądzisz, że coś knuję?

– Że niby ja?

– Że spiskuję przeciwko Sarmantom?

– Przeciwko komu?!

– I że nie podoba mi się autorytaryzm w dowództwie?!

– Auto-co?!

– Otóż to! Wiedziałem!

Eldy udał naprawdę oburzonego.

– To uraża moją dumę! Słuchaj, panie Avertonie, jestem tylko zwykłym chłopcem, który nie odnajduje się wśród Sarmantów, a jego jedyną rozrywką jest zgłębianie ludzkiego świata. Nikt mnie nie rozumie. Śmieją się ze mnie! Dlatego gdy zauważyłem cię z tym ciekawym przedmiotem w dłoni, pomyślałem, że może akurat znalazłem kogoś, kto podziela moje zainteresowania. A tu proszę! Zostaję oskarżony o bycie szpiegiem. Też mi coś…

– Och, no, nie wiedziałem… – bąknął zbity z tropu Averton, nerwowo przeczesując ręką włosy. – Cóż, przyznam szczerze, że mam podobnie jak ty… Ach, ci nudni Sarmanci, ha, ha…

– Ano nudni.

– No dobra, młody, ale czego w takim razie właściwie ode mnie chcesz?

– Eee… Chcę poznawać nowoczesne gadżety ludzi. W tym tę… komórkę telefonową. Chcę się wyedukować.

– A co ja będę z tego miał?

– Nowego, zapalonego ucznia…?

Averton uniósł brwi.

– Trochę średnio… Chociaż właściwie co mi szkodzi… Dobrze jest uświadamiać Sarmantów, że podczas misji ratują naprawdę mądre istoty. No, ale muszę wiedzieć, czy sobie ze mnie nie żartujesz. Powiedz, jakiego rodzaju ludzkie wynalazki najbardziej nas zadziwiają.

– Samochody, samoloty i inne środki transportu oczywiście! Nie wspominając o różnych elektronicznych cudach.

– A co najbardziej lubisz w ludziach?

– Ich różnorodność. A tak na poważnie to ich tłuste i niezdrowe jedzenie.

– No cóż… A co oni robią, czego my nie robimy?

– Simon, wiesz który, wspomniał mi coś o braniu narkotyków…

– Ciszej! Inni nie zrozumieją – wszedł mu w słowo Averton. – Coś jeszcze?

– Ludzie słuchają muzyki i do niej tańczą. Też bym tak chciał. Chodzą do szkół i zostają za to oceniani, co jest dziwne, bo ludzi nie powinno się oceniać. Nagrywają też filmy; raz nawet widziałem w gazecie opis jednego, coś o jakiejś świni, która mówi, wyobrażasz to sobie, panie Avertonie? Czy zwierzęta naprawdę mogą mówić?

– Nie, Eldy, zwierzęta nie mówią. Przynajmniej nie ludzkim głosem. Ale czasem mają więcej do powiedzenia niż my. Na przykład taki wilk. Lubię rozmawiać z wilkami. – Westchnął. – Dobra, niech ci będzie. Coś tam czaisz. Cóż, ogólnie nie mam zbyt dużo czasu, czeka mnie misja, a potem zwiady w Ameryce, takie to życie sarmanckie już jest. Tak czy inaczej, spotkajmy się za dziesięć minut przed dowództwem. A teraz idź, chyba ktoś tam na ciebie czeka.

Eldy zobaczył stojącego niedaleko Everley’a, który ponaglił go ruchem ręki. Zrezygnowany, przytaknął Avertonowi, po czym wstał i niechętnie podszedł do brata.

– Musimy pogadać – rzucił tylko chłodno Everley. – Wyjdźmy stąd.

– Tylko na chwilę, mam potem ważne spotkanie – odburknął z podniesioną głową Eldy.

Wyszli bez słowa, automatycznie kierując się w stronę wyjścia.

Wysokie na trzy i grube na blisko pół metra drzwi pilnowane były przez dwóch rosłych Sarmantów, którzy – wbrew pozorom – wcale się nie nudzili. Musieli rejestrować każdego, kto i w jakie miejsce udaje się na misję, by w razie dłuższej nieobecności wysłać kogoś na zwiady. Zapisywali też imiona tych, którzy pozwalali sobie na przekroczenie liczny dozwolonych wypadów – Nathan jawnie potępiał takie zachowanie. Poza tym kontrolowali comiesięczną zmianę na posterunkach w Ameryce, której wciąż brakowało osobnego dowództwa – wszystkim zajmowali się Sarmanci z dowództwa i poddowództw. Strażnicy wprowadzali też przychodzących w odwiedziny Sarmantów z Afryki i Azji, a także przyjmowali dwóch poddowódców, którzy raz na miesiąc przychodzili z wizytą w celu złożenia raportu.

Obcy, czy to jakimś cudem ludzie, czy Sarmanci, czy nawet Wakile, nie mogli wejść poza barierę ochronną, która otaczała posiadłość; tworzył ją sam dowódca, który mógł manewrować urokiem tak, by zezwolić na dostęp do środka tylko określonym grupom.

Everley i Eldy wyszli na duży, brukowany dziedziniec, którego ośrodkiem była wspaniała fontanna z kolorową wodą; wokół niej rosły równo rozstawione krzewy i drzewka o przeróżnych kształtach, które o każdej porze roku obrastały białym, świecącym jasno kwieciem dzięki darowi pewnego Sarmanta, który potrafił kontrolować roślinność.

Eldy dobrze czuł się wśród tego urokliwego i zadbanego krajobrazu, choć aktualnie żałował, że nie ma ze sobą płaszcza – może i świeciło słońce, ale marcowa temperatura pozostawiała wiele do życzenia. Włożył ręce do kieszeni spodni, patrząc z zazdrością, jak jego brat zapina guziki solidnie wyglądającej marynarki. Nosił po nim wiele ubrań, ale najlepsze ciuchy jakoś nigdy do niego nie trafiły.

Zawsze chciał być tak przystojny i zadbany jak Everley, do którego niejedna Sarmatka potajemnie wzdychała. Irytowała go doskonale wystylizowana fryzura brata z odpowiednio podniesionymi włosami, symetryczna twarz z lekkim zarostem, a nawet gęste brwi, tak często zmarszczone i tak bardzo dodające mu dostojeństwa. Poza tym charakterystyczne u Everley’a było to, że przy tej całej powadze potrafił wziąć na wstrzymanie. Bywał… nonszalancki. Eldy zawsze chciał być nonszalancki. Zamiast tego wychodził na idiotę. A pewność siebie brata, dykcja, akcent… Słowem – Eldy’ego irytowało to, że tak idealnie pasuje do Linet.

Gdy odeszli parę metrów od drzwi głównych, Everley od razu powiedział z wyrzutem:

– Co ty wyprawiasz? Wyjaśnisz mi, proszę? Bo nie rozumiem.

– Tylko jeśli ty mi wyjaśnisz, o co chodzi tobie! – zawołał Eldy.

Usiedli na najbliższej ławce.

– Ciszej! Nie wszyscy muszą nas słyszeć – mruknął Everley, rozglądając się na boki.

– No tak, w końcu to mogłoby naruszyć nieskalaną opinię o tobie.

– Na Ramizaela, Eldy, co w ciebie wstąpiło? Jesteś zły na mnie, bo obroniłem cię wczoraj przed ojcem? Bo postawiłem mu się, biorąc wszystko na siebie? Może chciałeś porozmawiać o całej akcji, a mnie nie było wieczorem i przez to się obraziłeś? Oczekiwałeś większego współczucia? Na stołówce spojrzałeś na mnie tak, jakbyś chciał mnie zabić.

– Bez przesady! Jakie ty masz niskie o mnie mniemanie – zdenerwował się Eldy, wściekły na to, że drży mu głos. Miał zacząć tłumaczyć, że przecież chodzi o Linet, ale nie mogąc się powstrzymać, dodał: – Choć twoje wielkie wejście i obrona głupiego brata na oczach innych na pewno dobrze wpłynęły na twoją opinię wśród Sarmantów.

– Ach, więc o to ci chodzi? Że robię to tylko dla prestiżu? – spytał sucho Everley. – Zwłaszcza gdy czasem godzinami wykłócam się z ojcem o to, jak cię traktuje? Wczoraj zagroziłem mu, że jeśli jeszcze raz coś ci zrobi, daruje sobie z nim treningi. Zaznaczę, że zrobiłem to na osobności, skoro to dla ciebie takie ważne. Ale wiesz co? Chyba zaczynam żałować, że tak się dla ciebie staram.

Nastała chwila nieprzyjemnej ciszy.

– Przepraszam – powiedział w końcu Eldy, czując wstyd. – Nie chciałem tego powiedzieć, no. Naprawdę doceniam, co dla mnie robisz. Tak sobie przy okazji myślę, że nie możesz mnie wiecznie przed nim bronić. On widzi, że jestem słaby, więc sobie pozwala. Muszę mu udowodnić, że potrafię się postawić. Skoro uważa, że nic nigdy nie osiągnę, że może nawet nie przejdę przemiany, że przynoszę wstyd naszej rodzinie, bo nic nie umiem, bo jestem tylko beztalenciem, gównem, imbecylem, największą porażką w jego życiu…

– Eldy…

– Cytuję tylko jego słowa. W każdym razie jeśli tak uważa, to niech chociaż się dowie, że ta porażka nie da więcej sobą pomiatać. Bo tak nie traktuje się swojego dziecka! Ani nikogo innego! – Eldy starannie przeskoczył w głowie obraz tego, co zdarzyło się z ojcem dwa lata temu. – Może on na to czeka? Aż wreszcie mu się przeciwstawię i pokażę, że mam jaja? Czas najwyższy się dowiedzieć!

– Eldy, spokojnie. Twoje ręce.

Trzęsły się okropnie. Eldy natychmiast schował je za plecy. Pierwszy raz wypowiedział te myśli na głos i właściwie było mu z tym dobrze. Miał nadzieję, że tyle samo odwagi i samozaparcia będzie też mieć wtedy, gdy stanie przed ojcem. Może zdoła wyjaśnić mu, że minął już rok od nieszczęsnego zdarzenia i że wypadałoby zakończyć gnębienie?

Everley jednak, zamiast docenić jego wielkie słowa, patrzył na niego z troską, co tylko go zdenerwowało. I co przypomniało mu, że nie taki był cel ich rozmowy.

– Czy ojciec naprawdę doprowadza cię do takiego stanu? – spytał z powagą Everley.

– Jakiego stanu? Nic mi się, cholera, nie dzieje.

– Skoro jesteś Sarmantem i trzęsą ci się ręce, to coś jest na rzeczy. Halo, Eldy! Porozmawiaj ze mną.

Chłopak uznał, że to odpowiedni moment.

– Dobrze, mam więc pytanie: czy tobie naprawdę zależy na wzięciu mi Linet sprzed nosa?

Jego brat najpierw zrobił zaskoczoną minę, a zaraz potem wybuchnął śmiechem.

– Ach, bracie, jesteś mistrzem w zmienianiu tak poważnego tematu na tak trywialny!

– Trywialny? Przecież wiesz, jak ona mi się podoba!

– Rozmawialiśmy o niej jakieś pół roku temu. Mówiłeś, że lada dzień odważysz się i zaprosisz ją na randkę. Ileż miałem czekać, ustępując ci miejsca? Nie masz jej na wyłączność!

Lekkość tonu, z jakim mówił to Everley, doprowadzała go do szału.

– Masz tyle pięknych Sarmantek wokół siebie, dlaczego musiałeś wybrać akurat ją?

– Kto powiedział, że ją wybrałem? Na razie tylko rozmawiamy.

– Na razie!

– Ach, Eldy… Jeśli chodzi o niektóre sprawy, to wciąż jesteś infantylny…

Eldy byłby się na niego rzucił, gdyby nie fakt, że z dowództwa wyszedł właśnie Averton, podążając w ich stronę.

– On do ciebie? – spytał Everley.

– Tak – odparł przez zęby.

– No to nieźle… Nawet ja nie zadaję się z przyjaciółmi rodziny dowódców! – Everley wstał. – Nie myśl, że zapomniałem o tym, co przed chwilą się stało – dodał z powagą. – Jeszcze do tego wrócimy. A tymczasem zostawiam cię z twoim nowym przyjacielem.

Eldy’ego, który był wściekły jak osa, nagle natchnęła pewna myśl: a kto powiedział, że wciąż nie może starać się o Linet? Z góry założył, że kogoś takiego jak przyszły Król Ostrza każda by chciała. Ale wszystko może się jeszcze zmienić!

– Wyglądasz na zestresowanego – walnął prosto z mostu Averton, który nie wiadomo kiedy nad nim stanął. – Czyli Everley to twój brat?

– Jaki on jest znany… – mruknął Eldy.

– Braterska kłótnia, co? Dać ci radę?

– Chyba nie bardzo.

– To dobrze, bo i tak jestem jedynakiem i plótłbym głupoty. – Averton wzruszył ramionami. – Ale lada moment się rozchmurzysz, bo pokażę ci, jak to działa!

Eldy’emu faktycznie poprawił się humor, gdy zaczął sprawdzać możliwości podłużnej Nokii z fajnymi przyciskami.

– Dość tego, czas na prawdziwe czary! – oznajmił po chwili Averton. – Teraz zadzwonię do… pewnego człowieka, który mieszka w Holandii. Dam na głośnik, żebyś słyszał, tylko siedź cicho i się nie odzywaj, gdy będę z nią rozmawiał.

– Z nią?

– Cicho, mówię! Czekaj, coś jest nie tak… Szlag, nie ma tu zasięgu.

– Czego?

– Zasięgu! Czyli odpowiedniego miejsca do telefonowania. Bo to nie takie proste. Chodź, poszukamy.

Eldy posłusznie ruszył za Avertonem, który szedł bezwiednie przed siebie, trzymając telefon wysoko w górze i nieustannie przy tym trajkocząc. Gdy szli już dobre kilka minut przez gęsty las pełen strumyków i pagórków, Eldy powoli zaczynał się nudzić, a do tego było mu cholernie zimno – słońce ledwo co przebijało się przez korony drzew.

– Ileż można? – jęknął, przerywając jego jakże poważne rozważania. – Ten zasięg jest jakiś zepsuty czy coś. Nie ma go i tyle. Chyba trochę tracimy czas…

– A wiesz, mnie się tam wcale nie śpieszy na misję. Poza tym jeszcze wczoraj dzwoniłem z okolic tego miejsca. Nie ma się co oszukiwać: mieszkamy na prawdziwym zadupiu.

– Czekaj, panie Avertonie, słyszysz to?

– Co?

Zamilkli. Dało się słyszeć dwa głosy. I to całkiem blisko. Ktoś zmierzał w ich stronę z głębi lasu. Nie ktoś – dwóch Sarmantów, którzy, ku ich zdumieniu, okazali się być zaledwie kilkanaście metrów dalej.

Averton, ni z tego ni z owego, popchnął Eldy’ego za najbliższe krzaki, szczęśliwie całkiem gęste, sam kryjąc się za nimi z miną detektywa.

– To Casimir z jakąś kobietą! – szepnął. – Poznam jego głos nawet z daleka…

Eldy kojarzył Casimira z tego, że był kuzynem i zarazem najlepszym przyjacielem Irotha, tak jak niegdyś Averton. I że sam w młodości trochę się go bał.

– Po co się chowamy? – również szepnął, zupełnie zbity z tropu.

– Nie zdążylibyśmy uciec! Zresztą zastanawia mnie, co tu robi ta fałszywa świnia… Przepraszam, to moje prywatne zdanie. Może uda się nam coś podsłuchać. Ani piśnij!

Averton też zamilkł, jako że Casimir był już naprawdę blisko. Obaj zastygli w bezruchu, nasłuchując, przy czym Eldy trząsł się z zimna.

– …Było tam naprawdę nadzwyczajnie, spodobałoby ci się – mówił spokojnie Casimir. – Może wybierzesz się tam ze mną następnym razem? Andora ma w sobie tyle uroku…

– Z pewnością – odparła kobieta, choć trochę bez życia. – Może się wybiorę.

– Nie może, a na pewno.

– Dobrze, czemu nie.

Eldy poznał, kim jest kobieta, a zszokowana i jednocześnie podekscytowana mina Avertona tylko to potwierdziła – Casimir rozmawiał z Diatheną, żoną Irotha. Właśnie koło nich przechodzili, nawet nie patrząc w stronę ukrytych za krzakami dwóch Sarmantów.

– Cieszę się, że się rozumiemy, Diatheno.

– A ja się nie cieszę.

– Słucham?

Casimir powiedział to tak chłodnym i apodyktycznym tonem, że sam Eldy się wystraszył. Nie chciał już więcej podsłuchiwać tej dziwnej rozmowy, ale ku jego nieszczęściu dwóch rozmówców przystanęło kilka metrów od nich, a raczej to Casimir przytrzymał Diathenę, zmuszając ją do zatrzymania się. Eldy nie widział zbyt wiele zza gęstych liści, ale domyślił się, że sytuacja jest napięta. Nagle poczuł, że chce mu się kichnąć. Averton spojrzał na niego ze zgrozą.

– Co ty powiedziałaś? – spytał tym samym co wcześniej tonem Casimir.

– Nic…

– Powtórz, proszę, twoje wcześniejsze słowa.

– Dobrze. Nie cieszę się, ty parszywy gnojku! – wybuchła Diathena. – Mam już tego dość! Jesteś chory psychicznie! Ile lat to już trwa? Kiedy zrobimy coś, co ja chcę?

– Ja jestem chory psychicznie, tak? – powiedział Casimir przeraźliwym tonem. – Moja piękna, powinnaś lepiej dobierać słowa…

Averton przeklął pod nosem z przejęcia. Eldy natomiast robił wszystko, żeby nie kichnąć. Zestresowany do granic możliwości, naprawdę chciał zniknąć z tego miejsca. Poza tym przypuszczał, co miał na myśli Casimir. Diathena była powszechnie uważana za nie do końca zdrową na umyśle, choć nikt nie mówił o tym na głos, tym bardziej Iroth, który traktował żonę jak normalną Sarmantkę.

– Powiem mu o wszystkim! I nie będę się już z tobą więcej spotykać!

– Tyle razy przerabialiśmy już te twoje wybuchy… Nie zrobisz tego, chyba że chcesz zrujnować mu życie. Byłabyś w stanie powiedzieć mu prawdę po tylu latach? Jeśli naprawdę go kochasz, będziesz robić dokładnie to, co zechcę. Zresztą wiesz, co jeszcze cię czeka, jeśli ci się odmieni?

– Przestań!

– Diatheno… Czy nie rozumiesz, że traktowałbym cię lepiej od niego?

Eldy, ku zgrozie Avertona, kichnął. Ale najwyraźniej w odpowiednim momencie, bo właśnie wtedy Diathena uderzyła Casimira z głośnym plaskiem w twarz. Nikt ich nie usłyszał, przez co obaj odetchnęli z ulgą. Ale jednocześnie zjeżyli się na słowa Casimira.

– Źle zrobiłaś. Nie powinnaś była. Naprawdę nie powinnaś była… – Mężczyzna dotknął delikatnie policzka Diatheny, na co ta się wzdrygnęła.

I w tym momencie telefon komórkowy, który trzymał Averton, zaczął dzwonić, grając nieznośnie głośną, wstrętną melodyjkę.

Casimir natychmiast ruszył w ich stronę. Averton zdobył się tylko na jeden komentarz:

– O ja pierdolę.

Czytaj dalej –> Rozdział 4.