Rozdział I
A co by było, gdybym urodził się jako człowiek?
Takie pytanie, już nie po raz pierwszy, zadał sobie Eldy podczas wykwintnego, sarmancko-francuskiego obiadu. Nienagannie podana wołowina po burgundzku naprawdę mu smakowała, ale on nie miał ochoty na powolne i kulturalne spożywanie, jak to Sarmanci mieli w zwyczaju. Chciał się obżerać, lecz nie wytworną kuchnią, ale fast foodami, o których słyszał na zajęciach z Wiedzy o ludziach, a które miał przyjemność zasmakować już parę razy w życiu, oczywiście w tajemnicy przed ojcem. Właśnie znalazł kolejną odpowiedź na nurtujące go pytanie: gdyby urodził się jako człowiek, jadłby hamburgery. Codziennie.
– Kończ to wreszcie, Eldy, bo spóźnimy się na ćwiczenia walki ostrzem! – huknęła nad nim Esteline, tak że omal nie spadł z krzesła. Uwielbiała to robić – ustawiać go do pionu. To znaczy każdy ustawiał go do pionu, ale ona, jego najlepsza przyjaciółka, robiła to jeszcze najłagodniej. I to właśnie w niej cenił.
– Taa… – wymamrotał z pełnymi ustami.
– I tym razem się nie wymkniesz!
– Taa… – znów mruknął Eldy, choć nieco innym tonem. Mimo to włożył ostatni ogromny kęs do ust i szybko popił zielonym napojem życiodajnym, zwanym santee, którego on osobiście nazywałby ulepszonym ludzkim energetykiem. Zaraz potem wstał, by razem z przyjaciółką przedostać się przez ogromną, pełną drewnianych stolików stołówkę, która mogłaby pomieścić nawet trzysta osób.
Generalne dowództwo francuskie zostało wzniesione jeszcze w epoce renesansu i właściwie niewiele zmieniło się od tego czasu; liczyło sobie sześć ogromnych pięter, przy czym to najwyższe, zwane czasem szlachetnym, zajmowały największe szychy. Choć wiele pomieszczeń w tym monstrualnym budynku zdobionych było srebrem i szmaragdem, bazę pod większość tapet zazwyczaj stanowiła czerń, czyli ukochany kolor wszystkich Sarmantów. I oczywiście kolor znienawidzony przez Eldy’ego.
Teraz, gdy razem z Esteline szedł niemożliwie długimi korytarzami dowództwa w stronę sali do ćwiczeń, minął wielu Sarmantów, którzy dopiero zmierzali w stronę jadalni. Choć obraz tylu tak podobnych do siebie istot był tutaj czymś zupełnie normalnym, to Eldy i tak zastanawiał się, jak na taki widok zareagowałby człowiek. Słyszał z opowiadań, że ludzie zachwycają się doskonałą urodą i ogólną niezwykłością Sarmantów, których mają okazję widzieć przede wszystkim wtedy, gdy ci potajemnie ratują im życie. Eldy jednak nie widział w swoim rodzie nic szczególnego. Na myśl przychodziło mu tylko jedno słowo: nuda. Ile dałby, żeby nie mieć tak intensywnie czarnych włosów, jasnozielonych oczu, bladej cery (w przypadku Sarmantów europejskich), wysokiej, szczupłej sylwetki oraz ogólnie aż nadto szlachetnych rysów… To faktycznie byłoby interesujące, gdyby tylko część Sarmantów mogła pochwalić się taką urodą, nie zaś wszyscy, co do jednego! Nawet ubrania w znacznej większości opierały się na nudnym, czarnym kolorze. Tak, jednakowość w obrębie tego rodu naprawdę mogła przytłaczać.
– Chciałbym być rudy – oznajmił z pełną powagą Eldy swojej przyjaciółce, przerywając chwilę ciszy.
– Aha, czyli już ci nie wystarczy buntownicze ubieranie się w kolorowe rzeczy? – spytała rozbawiona Esteline, patrząc na jego fioletową koszulę w czerwone kropki, której tak nienawidził jego ojciec, a którą chłopak dostał od swojej wspaniałej ciotki Cheryl.
– Nie o to chodzi – odparł Eldy. – Chciałbym po prostu zobaczyć miny tych wszystkich Sarmantów. Dowódca chyba by zemdlał. Ciekawe, czy zna w ogóle słowo „indywidualność”.
– Mamy tu mnóstwo indywiduów, czego ty jak zwykle nie dostrzegasz. – Esteline przewróciła oczami. Jednak zaraz potem kącik jej warg uniósł się nieco do góry. – Ale jeśli chcesz, mogę załatwić farbę do włosów. Chociaż nie wiem, jaki byłby efekt.
– Ty to powiedziałaś – uśmiechnął się szeroko Eldy, gdy szli drewnianymi, masywnymi schodami na pierwsze piętro.
Kto inny spojrzałby z pobłażaniem na jego poważne wyznanie, ale nie Esteline. Mimo że była rozważniejsza i na pewno od niego mądrzejsza, lubiła czasem zrobić coś głupiego, chociaż w tym wciąż nie dorastała mu do pięt. Nie podzielała do końca jego poglądu na temat ludzi, ale też nie była typową Sarmantką, pełną dumy, pychy i przekonania o swojej szlachetności. Według Eldy’ego Esteline była idealnie zrównoważona. I przynajmniej choć trochę wyróżniała się spośród tłumu – swoją grzywkę spinała nad uchem wsuwką z pomarańczowym kwiatuszkiem na końcu, a czasem zakładała też kolorową, kwiecistą apaszkę pod szyję. Odważna! To było pierwsze, pełne podziwu słowo, które Eldy do niej wypowiedział. Ona odparła mu wtedy, że jest dziwny. I tak się poznali.
Poza tym miała wrodzony talent do malowania farbami; dzięki niej powstało już kilka wyjątkowych portretów dowódcy oraz innych Sarmantów, którzy zamawiali u niej swoją podobiznę. Niezbyt praktyczna umiejętność dla Sarmanta, ale na pewno wzbudzająca zainteresowanie.
– Pasowałby do ciebie taki dar: możliwość dowolnych zmian w wyglądzie. Mógłbyś mnie ulepszyć – oznajmiła Esteline, poprawiając ukradkiem swoje pół falowane, pół napuszone włosy, na które zawsze bardzo narzekała. – Teraz powinieneś powiedzieć, że nie potrzebuję żadnych ulepszeń.
– Przyczepiłbym ci na stałe te twoje rumieńce, to by było coś – zachichotał Eldy, uderzając w jej drugi czuły punkt poza włosami. Zawsze czerwieniła się, gdy czymś się przejmowała lub gdy ktoś ją chwalił.
– A ja tobie tę idiotyczną, zazdrosną minę, gdy patrzysz na brata – odgryzła się dziewczyna, choć zaraz potem przyjrzała mu się, jakby sprawdzając, czy czasem go nie uraziła. Zawsze starała się uważać na słowa, zwłaszcza przy nim.
Nie uraziła go rzecz jasna. Ale Eldy i tak uciekł na chwilę myślami do starszego od niego o trzy lata Everley’a, którego dar polegał na umiejętności przybierania postaci każdego, kogo zechciał. Zazdrościł mu tego. Zresztą, czego on mu nie zazdrościł? Everley – bohater, Everley – wcielenie sarmanckości, Everley – pupilek ojca, Everley…
– Właśnie robisz taką minę – szybko przerwała jego rozważania Esteline. – Nie mów, że aż tak się nim przejmujesz.
– Co? Nie, czemu? – odparł Eldy z udawanym zdziwieniem. Chcąc szybko zmienić temat, spojrzał automatycznie dookoła, szukając jakiejś inspiracji. Już chciał coś powiedzieć o spalonej lampce w jednym z żyrandoli, nieodłącznym elemencie każdego sufitu, gdy w tym momencie usłyszał, jak zza najbliższych drzwi po prawej stronie pada imię „Ramizael”. – O cholera, słyszałaś? Dzieci chyba uczą się tu o historii Sarmantów!
– No co ty nie powiesz, geniuszu? – Esteline pokiwała głową. – Mówiłam ci wczoraj, że mój brat idzie na zajęcia z Historii Sarmantów. Przecież niedawno ruszyła kolejna tura nauczania, jako że… Ej, słuchasz ty mnie w ogóle? Co ty robisz?
Eldy przystawił ucho do drzwi, nasłuchując uważnie głosu Miriam, starej Sarmantki, która i jego uczyła, gdy miał sześć lat. Wtedy jeszcze brakowało mu odwagi do zadawania pytań i niezgadzania się z tym, co do niego powiedziano. Ale teraz sytuacja się zmieniła – równy miesiąc temu skończył szesnaście lat, czyli osiągnął dorosłość.
Teraz czekało go uzyskanie dojrzałości sarmanckiej, czyli wyczekiwane przez wszystkich przejście przemiany i otrzymanie daru, które miało nastąpić dla niego do roku i jedenastu miesięcy. Dla każdego Sarmanta była to indywidualna data. Ale im wcześniej, tym lepiej, tym szlachetniej. Ojciec śmiał się z niego, że dojrzały stanie się dopiero w osiemnaste urodziny, jeśli nie później. I tak się zdarzało, ale naprawdę rzadko; o takich sprawach nie mówiło się nawet głośno, jakby to był temat tabu, wstyd i porażka. Eldy nigdy nie odpowiadał na takie zaczepki ojca, jednak w środku aż się w nim gotowało.
Everley przeszedł przemianę w dniu szesnastych urodzin. Lepiej się nie dało. Kolejna rzecz, której mógł mu pozazdrościć.
Teraz, gdy słuchał przez chwilę wywodu Miriam na temat tego, że Sarmanci to szlachetny ród, pochodzący od jeszcze bardziej szlachetnego Sarmanta Ramizaela, pierwszego dowódcy rodu, nie wytrzymał.
– Czy ty to słyszysz, Est? – Rozłożył bezradnie ręce. – Miriam twierdzi, że pochodzimy od Sarmanta! Przecież to nieprawda.
– Eldy, dajże spokój. Wiadomo, że mówi skrótowo.
– Nie wiem, czy dzieci na pewno zrozumiały. Wejdę tam tylko na chwilę i im to wyjaśnię.
– Ani mi się waż! – Esteline wystawiła palec wskazujący, grożąc mu jak małemu dziecku. – Tam jest Venner. Nie będziesz mi robił przed wstydu przed bratem!
– Jeśli mnie dobrze znasz, to wiesz, że nie zależy mi na opinii innych.
– Co? Nie o to chodzi! Jesteś nie…
Eldy nie dał jej dokończyć, bo z dumnie wypiętą piersią otworzył drzwi i zrobił dwa kroki w głąb niezbyt dużej salki o ciemnych ścianach, zdobionych szmaragdowymi arabeskami. Wszystkie dzieci, siedzące z prostymi plecami na długich, czarnych ławkach, spojrzały na niego z zaciekawieniem.
– Chłopcze? Coś się stało? – przerwała swój monolog Miriam, patrząc na niego z lekką troską, co nieco zbiło go z tropu. Ale tylko na chwilę.
– Nie, nic, przepraszam – odparł od razu – ale przechodziłem obok i akurat usłyszałem, jak wypowiadasz pewne zdanie… Więc postanowiłem się wtrącić.
– No tak. Powiedz zatem, co myślisz.
Miriam, choć miała na karku dziewięćdziesiątkę, wyglądała na co najmniej dwadzieścia lat mniej w porównaniu do człowieka w tym samym wieku. Jako jedna z nielicznych, nie udawała się na misje przez wzgląd na poważną i nieuleczalną kontuzję nogi, dlatego Eldy, który ją lubił, z całego serca życzył jej, by zrobiła wyjątek i umarła nie przez walkę, a ze starości, najwcześniej za jakieś trzydzieści lat. Teraz jednak nie czuł do niej litości.
– Dzieciaki, powiedzcie – odezwał się do nich rzeczowo Eldy. – Od kogo pochodzimy?
– Od Ramizaela – odparły chórem dzieci.
– A kim był Ramizael?
– Sarmantem!
– A wcześniej?
– Nikim!
– Nikim? – Eldy rozłożył ręce. – Ładnie to tak mówić o kimś, że był nikim? Ramizael był wcześniej zwykłym człowiekiem, Francuzem, osiemnastolatkiem sprzed ponad siedmiu wieków i co tam jeszcze chcecie. On dopiero stał się Sarmantem po wypiciu santee. Słyszysz, Venner? Bądź tak mądry jak siostra i zrozum, że właściwie to pochodzimy od człowieka.
Eldy usłyszał, jak Esteline, kryjąca się za drzwiami, uderza się płaską dłonią w czoło. Dzieci spoglądały w jego stronę z różnymi wyrazami twarzy, natomiast Miriam, która patrzyła na niego ni to ze śmiechem, ni z dobroduszną miną, rzekła:
– Oczywiście, chłopcze, ale pragnę zauważyć, że gdy nasz ród się rozrastał, a Sarmanci zawierali jeszcze związki z ludźmi, dzieci rodziły się z typowymi cechami sarmanckimi i później przechodziły przemianę. Nie ma możliwości, by było inaczej.
– Ale przed przemianą nasza siła i umiejętności nie są lepsze od ludzkich, no, może nie licząc chorób – powiedział zaraz Eldy.
– Owszem, ale cóż z tego? – wzruszyła ramionami Miriam, mająca ciągle ten sam dwuznaczny wyraz twarzy. – Czas przed przemianą można uznać za metaforę. Przez ten krótki okres jesteśmy podobni do ludzi, by zrozumieć, kim moglibyśmy być, a kim nie jesteśmy; co mogłoby nas czekać, a co nas omija; wreszcie ten czas uzmysławia nam, jak słabe są istoty ludzkie i jak ważne jest, by je chronić przed Wakilami.
Zrobiło się tak patetycznie, że Eldy nie mógł się powstrzymać od ostentacyjnego przewrócenia oczami.
– No dobrze. Ale nawet po przemianie wyglądamy jak ludzie, tyle że wszyscy tak samo, jemy i pijemy jak oni, a także robimy rzeczy, o których nie powiem tu na głos, w każdym razie i te rzeczy robimy jak oni!
– Jakie rzeczy? – zapytał cichutko jakiś Sarmancik.
– Odpowiedź na to poważne pytanie pozostawiam już waszej nauczycielce – odparł prędko Eldy, który uznał, że czas na niego. – Uczcie się pilnie, maluchy, cobyście były wyedukowane – dodał na koniec, po czym wybiegł z salki, niechcąco popychając drzwi tak mocno, że te trzasnęły z hukiem. Esteline stała tuż obok z rękami a biodrach, przez chwilę aż za bardzo przypominając jego matkę. Zaraz jednak pokiwała głową ze zrezygnowaniem, uśmiechając się pod nosem.
– Nie powstrzymałbyś się, co? – spytała, gdy ruszyli z powrotem w głąb korytarza. – Oszalałbyś, gdyby taka okazja przeszła ci koło nosa?
– Dzieci i Wakile głosu nie mają – mruknął Eldy – a ja już dzieckiem nie jestem. A na Wakila też nie wyglądam. Dlaczego miałbym się nie wtrącić?
– Jest coś takiego jak dobre wychowanie, powszechne w tym rodzie – powiedziała Esteline z wyraźną ironią, Eldy jednak wziął to na poważnie.
– Jak widać, nie wychowano mnie jak trzeba.
Rozmowa przestała się kleić, ale na szczęście po chwili doszli do dużych, pełnych wypukłych zdobień renesansowych drzwi, prowadzących do wielkiej sali ćwiczeń, gdzie od jakichś dwóch miesięcy szlifowali z grupą walkę na ostrza dla bardziej zaawansowanych. Zaraz gdy stanęli obok, Eldy powiedział do przyjaciółki z przejęciem:
– Szybko, bo już się zaczęło! Właź!
Otworzył jej nawet drzwi, pewien, że od razu wejdzie do środka – nienawidziła się spóźniać – i już miał czmychnąć niezauważony, gdy ku jego zdziwieniu Esteline, orientując się w jego zamiarach, zawołała ostentacyjnie:
– Chodź, Eldy, już się zaczęło!
– Esteline, nie… – szepnął, nagle poważniejąc.
– Opuściłeś już dwa ostatnie zajęcia – odparła półgłosem ze złością. – Dajże spokój i poćwicz wreszcie z wszystkimi.
– Nie rozumiesz. Nie o to tym razem chodzi. Everley mnie ostrzegł: on ma tu przyjść za jakieś pół godziny…
Esteline nie miała więcej pytań. Kiwnęła głową i zamknęła za sobą drzwi.
Zanim Eldy zdążył się zastanowić, czy iść dalej w głąb korytarza w stronę schodów, czy też cofnąć się do znajdującej się mniej więcej w środku budynku windy, drzwi do sali uchyliły się, a przez niewielką szparę wyślizgnął się jego przyjaciel Anael.
– A co ty wyprawiasz? – spytał szczerze zdumiony Eldy, nie wiedząc, czy bardziej dziwi go, iż chłopak w ogóle znalazł się w tej sali, czy raczej że wymyka się, choć już był w środku.
– O, Eldy… – bąknął nieco spłoszony Anael. – Wypisałem się z zajęć. Nie chcę na razie ćwiczyć walki, wolę zająć się urokami.
– A wiesz, że mogłeś po prostu przestać przychodzić? I że po przemianie właściwie w ogóle mogłeś to olać?
– Oczywiście, ale wolę być fair wobec Demidiona.
Eldy’ego wcale to nie dziwiło.
Anael był rok od niego starszym Sarmantem, którego spokojnie można było nazwać geniuszem. Niezaangażowanym w życie społeczne i przesadnie poukładanym, ale geniuszem. I nawet tak wyglądał – miał gęstą czuprynę pofalowanych włosów, bystry wzrok i wyraziste rysy twarzy, poza tym ubierał się elegancko, zapinając swoje granatowe czy szare koszule zawsze na ostatni guzik. Chłopak większość swojego życia spędził na czytaniu książek tak o Sarmantach, jak i o ludziach, a wszystko, w co się zagłębiał, zostawało mu w pamięci. Poza tym miał świetny zmysł strategiczny i najwyraźniej talent do nauki uroków, co okazało się zaledwie miesiąc temu, gdy przeszedł przemianę. Już teraz nauczył się z dziesięciu uroków, choć niektórzy w tym czasie wciąż zmagaliby się z ogarnięciem paru podstawowych.
Chyba jedyne, czego nie potrafił najlepiej, to walki ostrzem. I właśnie to sprawiło, że od jakiegoś czasu doskonale się dogadywali. Razem często uciekali z zajęć, z czego Eldy się cieszył, Anael zaś odczuwał wyrzuty sumienia i zawsze potem przepraszał Demidiona za to, że nie przyszedł.
– Grzeczny chłopiec – uśmiechnął się do niego Eldy, tarmosząc mu włosy, na co ten natychmiast go odepchnął.
– Uważaj sobie, bo za niedługo mam zamiar nauczyć się Uroku Siły – oznajmił trochę z powagą, trochę rozbawieniem, gdy już ruszyli korytarzem w stronę windy.
– Lepiej, żebyś w końcu odkrył, jaki masz dar – zaśmiał się Eldy.
– Pracuję nad tym – mruknął Anael, dla którego ten temat był niezwykle drażliwy. Jakiś dar miał, ale jaki – nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, mimo że próbował wszystkiego. Po chwili ciszy spytał: – A ty? Dlaczego dzisiaj nie idziesz na zajęcia? Nie chciało ci się, co?
– No raczej nie o to chodzi. – Eldy westchnął ciężko.
Anael, choć inteligentny, często gadał przy innych głupoty, ale Eldy nigdy nie miał mu tego za złe. Jego ojciec, Simon, którego on osobiście uwielbiał, nie zawsze był dla syna dobrym przykładem kulturalnego zachowania, a matka… Cóż, nie żyła od pięciu lat. Anael nigdy jeszcze nie wyznał mu, jak umarła, ale Eldy wiedział, że wiązały się z tym dość traumatyczne przeżycia zarówno dla niego, jak i Simona. Nigdy jednak nie drążył tematu, licząc na to, że przyjaciel sam kiedyś mu o tym opowie.
– No tak, przepraszam – bąknął teraz nieco zawstydzony Anael. – Fatalna sprawa. Może chcesz na chwilę przyjść do mnie? Tam cię nie przyłapie.
– Właściwie to chętnie – przyznał Eldy. – Poszperam trochę w tych twoich książkach. Ludzkich, rzecz jasna.
Anael wzruszył ramionami, naciskając przycisk windy, zamontowanej tu zaledwie kilka lat temu. Było to, razem z wprowadzeniem elektryki, jedno z nielicznych unowocześnień budynku, który przecież miał już blisko pięćset lat. Dowódca nie lubił wydawać pieniędzy na głupoty.
Gdy drzwi do windy otworzyły się, Eldy wstrzymał oddech; wszystkie jego mięśnie spięły się do granic możliwości, a on sam stanął odruchowo na baczność.
– Ojcze – powiedział tylko, starając się patrzeć mu w oczy. Nie mógł zrozumieć, jak można mieć aż takiego pecha. Musiał się tu znaleźć akurat teraz?
– Dzień dobry, panie Barly – powiedział Anael, siląc się na neutralny ton.
– A dokąd to? – spytał sucho mężczyzna, lustrując ich wzrokiem.
Eldy nie odpowiedział. Nie wytrzymując miażdżącego spojrzenia ojca, spuścił wzrok.
– Eldy idzie do mnie – powiedział z powagą Anael, wchodząc do windy i patrząc na przyjaciela wyczekująco.
– Sam sobie pójdziesz, dzieciaku – odparł chłodno Barly. – Ani mi się waż ruszyć, Eldy.
Chłopak wykonał polecenie, patrząc, jak za zdezorientowanym Anaelem zamykają się drzwi windy. Zostawił go, a jakże.
– Specjalnie tracę swój cenny czas, aby spojrzeć, jak ci idzie walka. Wstyd, aby mój syn bał się chwycić ostrze do ręki. Wstyd! – zawołał Barly, prawdopodobnie celowo opluwając mu przy tym twarz. – Odwracaj się i marsz do sali ćwiczeń! Dzisiaj ci się trochę przyjrzę.
Eldy zacisnął pięści, mimo to nie odezwał się ani słowem. Nie mógł.
Już sam wygląd Barly’ego sprawiał, że wielu omijało go szerokim łukiem. Mocno zaczesane do tyłu włosy, wysokie czoło, krzaczaste brwi i niewielki, zakręcany wąsik wyglądałyby w porządku, gdyby w parze z nimi stale nie towarzyszyły mu lodowate spojrzenie i usta wykrzywione w pogardzie. A elegancka, czarna marynarka, tegoż koloru muszka oraz czerwona poszetka, czyli jego ulubione zestawienie, tylko dodawały mu surowej aury. Nie mówiąc już o jego darze, który sprawiał, że jego ciało stawało się twarde jak skała. Paranoja.
Eldy szedł w milczeniu na salę, przygotowując się psychicznie do tego, co go czeka. Gdy wszedł do naprawdę ogromnego pomieszczenia z dwoma wielkimi oknami na końcu, pełnego broni, stanowisk do walki i atrap Wakili, jedyne, o czym marzył, to o dołączeniu po cichu do odwróconej od niego grupki młodych Sarmantów. Był w grupie zaawansowanej tylko dlatego, że ukończył szesnaście lat. Nijak miało się to do jego umiejętności.
Jego znajomi słuchali właśnie, co ma im do powiedzenia Demidion, niezwykle umięśniony, długowłosy Sarmant, który prowadził szkolenie. To on był aktualnym Królem Ostrza, a zdobył ten tytuł podczas co pięcioletniego Turnieju Ostrza. Podczas którego, swoją drogą, stracił palec w prawej ręce.
– Oddaję ci, Demidionie, zgubę – oznajmił głośno Barly ku rozpaczy Eldy’ego, opierając się o ciemnoszarą ścianę. – Z chęcią popatrzę, jakie mój… nieporadny… syn zrobił postępy.
Prowadzący tylko skinął głową, ale wszystkie pozostałe spojrzenia skierowały się w stronę podłamanego Eldy’ego, który szybko stanął koło Esteline.
Grupa, z którą od lat chodził na wszystkie zajęcia, składała się z dwunastu Sarmantów i według Eldy’ego była nudna jak historia jego rodu. Wszyscy uczyli się pilnie, by wyrosnąć na dumnego i godnego spełniania swojej roli Sarmanta. Nie okazywali słabości, żyli dewizami, stronili od ludzi. Barly powiedział raz Eldy’emu, że ma nadzieję, iż któregoś z nich podmieniono z nim podczas narodzin i że może kiedyś słodka prawda wyjdzie na jaw. Eldy odparł mu wtedy, że też ma taką nadzieję. Za co dostał po twarzy.
– Wstępne gadanie mamy za sobą, ale zanim zaczniemy walczyć – przerwał pełną napięcia ciszę Demidion, prostując się – chcę jak zwykle zaznaczyć, że zostaliśmy stworzeni do walki z Wakilami, a nie ze zwykłymi ludźmi, a tym bardziej ze sobą nawzajem. Oczywiście przez ostatnie wieki sytuacja wyglądała inaczej; trwały przeróżne wojny, dlatego, krążąc po Europie, nietrudno było natrafić na wojska przemierzające różne ziemie. Wtedy umiejętność walki z przypadkowymi żołnierzami, na których nie żerował żaden Wakil, bywała konieczna – przeniesienie się nie zawsze wchodziło w grę, bo w końcu, jak głosi pierwsza dewiza, ród Sarmantów i ich umiejętności mają pozostać w tajemnicy przed ludźmi. Dziś, u schyłku wieku dwudziestego, wielkie spory zostały już zażegnane, a sytuacja jest względnie stabilna.
– Po tym, co stało się w dziewięćdziesiątym czwartym w Afryce, nie wiem, czy można mówić o jakiejkolwiek stabilizacji, ludzie są nieobliczalni – wtrącił się Barly takim tonem, jakby pouczał jakiegoś głupca.
– Dobrze wiedzieć – odparł chłodno Demidion. – Nie zmienia to faktu, że coraz rzadziej spotyka się Wakile w swoich własnych ciałach. Powtórzę teraz, jacy przeciwnicy mogą na was czekać podczas misji. Po pierwsze, możecie mieć pecha i wpaść na jakiegoś przypadkowego żołnierza, który z jakiegoś powodu postanowi się na was rzucić. Gorzej, jeśli będzie mieć broń palną, ale to nie temat na dziś. Po drugie, o czym już przed chwilą mówiłem, możecie natrafić na Wakila w ciele człowieczym. Dostrzec pasożyta ot tak potrafią tylko najlepsi. Jak wiecie, Wakile całkowicie przejmują umysł ludzki, żerując na neuronach w mózgu przez długi czas; im sprytniejszy Wakil, tym dłużej potrafi się kryć, ale w tym gorszym stanie znajduje się potem ludzkie ciało. Dla was istotne jest to, że Sarmanci z odpowiednimi darami wskażą wam, gdzie jest pasożyt. Gdy już wiecie, to zawsze poznacie po oczach, o które ciało dokładnie chodzi. Po trzecie, zawsze ostatecznie będziecie musieli walczyć z Wakilem w swoim własnym cielsku; życzę wam, by nie był to Udur. Te szumowiny są najinteligentniejsze. Niech ktoś przypomni, jak należy walczyć z tymi trzema przeciwnikami.
– Ja mogę – odezwała się od razu Esteline, która lubiła udowadniać swoją wiedzę, a jej ulubionym rozpoczęciem zdania była fraza: „To oczywiste!”. – W pierwszym przypadku najlepiej użyć jakiegoś uroku na człowieku, żeby nie musieć go niepotrzebnie ranić, ewentualnie po prostu szybko go ogłuszyć. W drugim należy zrobić wszystko, by jak najszybciej wydrzeć Wakila z ciała człowieka. Trzeba unikać ryzyka jakichkolwiek obrażeń jego ciała. Trzecia opcja jest oczywista – jeśli to Wakil, po prostu go zabijamy.
– Właśnie tak – skinął głową Demidion, patrząc na zadowoloną z siebie Esteline, po czym klasnął w ręce. – Dość tej teorii, od samego słuchania niczego się nie nauczycie.
– No nareszcie – mruknął podczas jego słów Barly, ale chyba tylko Eldy to usłyszał.
– Zabierzcie ostrza i dobierzcie się w pary.
Eldy razem z Esteline podszedł do składu broni, zabierając pierwsze lepsze ostrze – i tak wszystkie były równie tępe, zwłaszcza że uczący się Sarmanci nie przeszli jeszcze przemiany i ich odporność na ból oraz podatność skóry na obrażenia niczym nie różniły się od tych ludzkich. Ostrza wyróżniały się tylko zdobieniami i kształtem, poza tym były w większości równie lekkie, stosunkowo krótkie i nasączone santee, które zabijało Wakile.
Gdy Eldy zajmował pozycję naprzeciwko przyjaciółki, kątem oka zauważył, że ojciec nie odrywa od niego spojrzenia swoich lodowatych oczu. Przełknął głośno ślinę.
– No, dalej, na co czekacie? Rozgrzejcie się między sobą – polecił Demidion.
Eldy w stresie doszedł do wniosku, że nawet nie wie, jak się ustawić. Nienawidził ćwiczyć w grupie i nie chodziło o sam fakt, że wszyscy mogą zobaczyć, jak bardzo sobie nie radzi; po prostu strach przed tym, że jego ojciec może znaleźć się w tym samym czasie na sali, przytłaczał go. Doświadczenie mówiło mu, że jego pojawienie się nie wróży niczego dobrego. Dlatego wolał korzystać, gdy nie było go w dowództwie, lub też prosić Everley’a, aby w nocy wymykał się z nim poza budynek i uczył go od podstaw, powoli.
Teraz, gdy musiał zmierzyć się ze swoim koszmarem, zapomniał wszystkiego, czego nauczył go brat i Demidion.
– Halo, Eldy – powiedziała do niego półgłosem Esteline. – Ogarnij się!
Chłopak, cały sztywny, przyjął pozycję bojową, uginając lekko nogi, łapiąc równowagę i trzymając ostrze przed sobą.
– Nie patrz na niego – poleciła mu Esteline – tylko na mnie.
Wymienili kilka zwykłych uderzeń.
– Nie stój tak, ruszaj się… – wyszeptała jego przyjaciółka, nie chcąc, by Barly to usłyszał. – Co się z tobą dzieje?
Eldy doszedł do wniosku, że przez cały ten czas wstrzymywał oddech. Nie wytrzymał i spojrzał w stronę ojca. Ten, schylony, trzymał dłonie na twarzy, trzęsąc się mocno. Co mu jest? – pomyślał. Odpowiedź otrzymał zaraz potem, gdy Barly wyprostował się i opuścił ręce. Mężczyzna śmiał się z niego tak bardzo, że aż łza płynęła mu po policzku.
– Nie zwracaj na niego uwagi, tylko walcz, na Ramizaela! – denerwowała się Esteline, obdarzając Barly’ego nienawistnym spojrzeniem. – Wyładuj na mnie swoją złość! Uderz!
Eldy poczuł ból w klatce piersiowej. Czasem go odczuwał, gdy się stresował, ale nikomu o tym jeszcze nie powiedział. Sarmant nigdy nie choruje, nic nie ma prawa boleć go ot tak.
A jednak.
Naparł na przyjaciółkę odgórnie, zadając cios za ciosem na różnych wysokościach. Esteline odpychała go bez większego kłopotu, ale bez przerwy szeptała mu: „Ruszże się!”. W końcu zrobił dwa kroki w bok na ugiętych nogach, tak jak uczył ich Demidion, ale tak się na tym skupił, że niechcący dał Esteline wytrącić ostrze ze swojej dłoni.
– O nie, przepraszam… – jęknęła jego przyjaciółka. – Nie chciałam…
Gdy Eldy schylał się, by sztywną ze stresu ręką podnieść broń, usłyszał za sobą tak szyderczy śmiech, że najchętniej nie wstawałby w ogóle do pozycji stojącej. Mimo to zrobił to, patrząc w oczy swojemu ojcu, który podszedł do niego.
– Żartujesz sobie, prawda? – Barly przestał się śmiać, ale szyderczy uśmiech jeszcze nie zniknął z jego twarzy. – Ta dziewczyna wyrwała ci ostrze z dłoni i jeszcze musi cię za to przepraszać?
– O co chodzi? – zainteresował się Demidion, podchodząc do nich. – Co jest, Eldy?
– Właśnie, co jest, Eldy? – powtórzył Barly, akcentując głośno jego imię. – Może wytłumaczysz nam wszystkim, dlaczego walczysz jak gówno? Tylko głośno i wyraźnie!
– Dajże spokój, Barly, to dopiero rozgrzewka – odezwał się zniesmaczony Demidion.
– Spokojnie, Królu Ostrza, nie winię cię za jego beztalencie. Jednak sądziłem, że mój syn trochę więcej się nauczy przez ostatni miesiąc… A z tego, co widzę, nie zna nawet podstaw. Zawsze jesteś taki wygadany, Eldy, może masz coś na swoje wytłumaczenie?
Eldy nie mógł wydobyć z siebie głosu. Patrzył już tylko w ziemię, czując narastający ból w klatce piersiowej i trudności ze złapaniem oddechu.
– To jest jakaś porażka… – mruknął ojciec bardziej do siebie niż na forum.
– Stresujesz go, panie Barly, więc nie jest w stanie pokazać, co potrafi – przerwała chwilę ciszy Esteline, siląc się na opanowany ton.
Jej słowa wywołały kolejną salwę śmiechu Barly’ego.
– Sarmant powinien uczyć się walki w stresie! – zawołał. – Gdy dziesięć Udurów rzuci się na ciebie, dziewczyno, to czy będzie ci wesoło? Czy raczej zesrasz się w majtki, tak jak to pewnie zaraz zrobi mój syn? O ile już nie zrobił! Pamiętasz ten dzień, Eldy…?
– Już wystarczy – przerwał nieco znudzony Demidion. – Chcę poprowadzić dalszą rozgrzewkę, więc nie przeszkadzaj z łaski swojej.
– To sobie prowadź – machnął na niego ręką Barly – i poćwicz z tą dziewczyną, bo ja pragnę być w parze z moim synem. Na co się tak, gówniarze, patrzycie? Wracać do rozgrzewki!
Wziął Eldy’ego za kołnierz, zaciągnął trochę na bok i ustawił przed siebie.
– Przynosisz mi wstyd! – wycedził przez zęby. – Przez ostatnie kilka tygodni dałem ci spokój, licząc, że wreszcie się czegoś nauczysz, a tu proszę! Olałeś sprawę. Nic z ciebie nie będzie, rozumiesz? Nic! Odkąd raz mi to udowodniłeś, nie przestajesz udowadniać aż do teraz!
Widząc, że zdruzgotany Eldy milczy, mężczyzna wyjął zza pazuchy swoje własne ostrze.
– Chcesz, żebym cię uczył tak jak twojego brata, co? Jesteś zazdrosny, że nie zajmowałem się tobą tak jak nim? Robisz mi na złość, olewając walkę i czyniąc z siebie błazna? Z siebie i ze mnie jako twojego ojca? A zatem proszę bardzo: powalcz ze mną!
Bez zbędnych ceregieli naparł na Eldy’ego, który ledwo zdążył osłonić się przed silnym cięciem. Napierał na niego cios za ciosem, tak że ten po chwili przestał za nim nadążać. Walczył beznadziejnie. Po raz kolejny spadło mu ostrze, a gdy schylał się, by je podnieść, Barly kopnął go w plecy, przez co upadł na twarz.
– Wstawaj! – wołał. – I niech ci nie śmie znów upaść ostrze, bo nie ręczę za siebie.
Wszyscy patrzyli na tę scenę, a Demidion próbował nawet przemówić Barly’emu do rozsądku, ale ostatecznie nikt nie śmiał im przerwać. Sarmanci tacy już byli. I tak zresztą głosiła trzydziesta czwarta dewiza sarmancka: Walki ojca z synem przerywać nie należy, jeśli ćwiczeniom ona służy.
Eldy nieraz zastanawiał się, czy pragnie śmierci ojca. Zawsze dochodził do wniosku, że to trochę przesada. Teraz jednak najchętniej rozpłatałby mu gardło swoją tępą podróbką, jeśli byłoby to w ogóle możliwe. Wstał, pełen wściekłości nacierając na niego tak mocno i szybko, jak tylko potrafił. Ten bez problemu wyminął jego atak, z łatwością i świadomie zostawiając mu głęboką bruzdę na prawej dłoni. Eldy spojrzał na ojca z niedowierzaniem, chwytając się za pulsującą bólem ranę i czując gorąco pod palcami.
– Wystarczy! – zawołał rozzłoszczony Demidion, ale zanim zdążył uzyskać jakąś ciętą odpowiedź, do sali wbiegły dwie osoby: Everley, a tuż za nim Anael, który najwyraźniej musiał go tu przyprowadzić.
– Ej, zostaw go! – krzyknął Everley, a gdy zbliżając się zobaczył, jak krew z dłoni Eldy’ego obficie skapuje na ziemię, w jego oczach pojawił się groźny błysk. – Co to ma znaczyć?!
Everley potrafił wzbudzić strach i sprawić, by czuto przy nim respekt, co zapewne odziedziczył po ojcu. W przeciwieństwie do brata tak naprawdę kochał ojca, który skupiał na nim sto procent swojej uwagi, ćwicząc z nim walkę ostrzem od najmłodszych lat. Dzięki temu Everley mógł walczyć w przyszłym roku o miano Króla Ostrza jako najmłodszy uczestnik – turniejową poprzeczką był bowiem wiek dwudziestu lat. Mimo to, gdy przychodziło co do czego, nigdy nie wahał się, by obronić Eldy’ego.
Stanął teraz przed nim z wysoko uniesioną głową, gotów do przyjęcia kolejnego ciosu na siebie.
– Ech, dajże spokój – mruknął do niego cicho Eldy, ale ten chyba go nie usłyszał.
– Czasem cię nie poznaję – powiedział do ojca Everley z rozczarowaniem w głosie.
– Dostał jak prawdziwy mężczyzna, to niech i zniesie ból jak prawdziwy mężczyzna – oznajmił Barly, po czym dodał z uśmieszkiem: – Ach, nie, zapomniałem. To nie mężczyzna, tylko zniewieściały dzieciaczek, który…
Eldy przestał słuchać. Zaczął się powoli wycofywać. Miał już dość na dzisiaj. Esteline chciała iść za nim, ale tylko kiwnął przecząco głową. Anaelowi, który stał przy drzwiach z założonymi rękami, mruknął marne „dzięki”, widząc w jego oczach zrozumienie. Gdy wreszcie zamknął za sobą drzwi, wkraczając na niemalże pusty korytarz, rzucił się biegiem przed siebie, wybuchając płaczem jak dziecko.