Rozmówki przy grobie
To jednak nie był lepszy pomysł. To był najgorszy pomysł ze wszystkich możliwych.
Na moje szczęście Wioletta gdzieś zniknęła.
Wpadła mi wcześniej do głowy doskonała myśl, by zebrać bukiet kwiatów – po jednym kwiatku z każdego grobu dla niepoznaki – i teraz krążąc brukowanymi alejkami cmentarza w poszukiwaniu Wioletty, czułem na sobie spojrzenie większości trupic. Musiały liczyć na to, że bukiet jest właśnie dla nich. Kilka z nich mnie zaczepiło, trzepocząc rzęsami, o ile je miały, i dziwnym trafem były to akurat te, które mijałem dwie noce wcześniej w drodze na grób Wioletty. Na szczęście teraz nie włączył mi się tryb podrywacza, dlatego umykałem im, jak tylko mogłem. Ciekawe, ile z nich do mnie wpadnie, gdy dostanę już notesy od grabarzy…
Zrezygnowałem z poszukiwań szybciej, niż powinienem. Z jednej strony chciałem przeprosić Wiolettę i spróbować nawiązać z nią rozmowę, a z drugiej czułem wstyd za moje zachowanie i… cóż, lęk przed kolejnym odrzuceniem. Poza tym nie mogłem zapomnieć o Oliwce, mimo że wiedziałem, iż nie powinienem o niej nadal myśleć. Marcel miał rację, ten rozdział był już zamknięty. A jednak wystarczyło wspomnienie jej blond włosów, nieśmiałego spojrzenia spod okularów, delikatnego uśmiechu…
Zapatrzony w niewidoczny obraz mojej ukochanej niemal wpadłem na Wiolettę, która niespodziewanie wyszła zza grobu nieopodal mojego własnego. Tak jakby się tu przede mną chowała i czekała, aż się zjawię. Gdy tylko mnie zobaczyła, zaraz się cofnęła. Boże, ależ była piękna… W inny sposób niż Oliwia, a jednak jakoś mi ją przypominała, z tą różnicą, że nie żyła. Choć deszcz przestał już padać, jej włosy wciąż były mokre, a przez to jeszcze bardziej złotorude, ośmieliłbym się nawet rzec, że wyjątkowo atrakcyjne.
– Wioletta? Nie bój się, ja tylko chciałem cię przeprosić i chwilę porozmawiać…
Podałem jej niezręcznie kwiaty, a ona spojrzała na nie ze szczerym zdumieniem, po czym niepewnie chwyciła je w dłoń. Patrzyłem w tym czasie na jej twarz. Dopiero teraz, na trzeźwo, coś mnie uderzyło – wyglądała jak żywa, ale tylko dlatego, że miała na sobie makijaż. Zdziwiło mnie to bardziej, niż powinno. Po co malować się po śmierci? Może i maskowała ciemne plamy na twarzy, jakieś ubytki w skórze albo i znacznie gorsze elementy, ale… dla kogo? Nawet rzęsy miała cudnie podkreślone, zaś usta kusiły stonowaną czerwienią. Chociaż robiła na mnie duże wrażenie, wiedziałem, że coś jest nie tak. A ja miałem to odkryć, dopomóc jej i udowodnić pani cmentarza, ż potrafię. Bułka z masłem. Tak jakby.
– Dziękuję – szepnęła tak cicho, że ledwo to usłyszałem. – Ale muszę już iść…
– Nie, zaczekaj. – Nie odważyłem się chwycić jej za rękaw, za to od razu za nią poszedłem. – Słyszałem, że… że nie lubisz rozmawiać, ale… bardzo cię proszę, poświęć mi choć chwilę. Chyba warto wysłuchać przeprosin od głupka, który opił się jak świnia i teraz żałuje, co nie?
Zdawało mi się, albo lekki uśmiech przemknął jej przez twarz. Zwolniła.
– Co powiesz na spacer? Możemy zejść tam niżej, gdzie nie ma grobów, jeśli wolisz, żeby nikt nam nie przeszkadzał…
– Nie! – zawołała głośno, aż uniosłem brwi ze zdziwienia. Chyba zawstydziła się własnym „wybuchem”, bo przystanęła, spojrzała na mnie wzrokiem spłoszonego, czujnego zwierzęcia, i dodała: – Jeśli mamy rozmawiać, to tak, żebyśmy byli na widoku.
– Dobrze, wybierz miejsce – odparłem posłusznie.
Skończyło się to tak, że po prostu usiedliśmy na skraju mojego grobu. Niezbyt romantycznie. Może to i dobrze. Na szczęście wstrętnej pani Stasi, przez którą musiałem przechodzić te stresy, nie było w pobliżu. Wioletta rozglądała się ciągle nerwowo dookoła, na mnie zerkając tylko czasem, co najmniej jakby się bała, że mój wzrok zabija. Muszę przyznać, że było to zarówno niepokojące, jak i nieco irytujące, sam bowiem zacząłem się niepotrzebnie denerwować.
– Zacznę od tego, że przepraszam za to stłuczone lusterko. Załatwię je od grabarzy.
– To nic, nie trzeba. Mam jeszcze trzy inne.
O kurde.
– Byłem, cóż, pijany, a przez to przesadnie śmiały i to dlatego tak wyszło…
– To nic.
– Ale za to dalej mam kaca, także zostałem aż nadto ukarany…
– Niepotrzebnie.
– Nie jesteś na mnie zła?
– Nie.
I co? To już?
– Wioletto…
– Pójdę już.
Co to, to nie. Uznałem, że czas sięgnąć po większy kaliber.
– Widziałem, że mnie ostatnio obserwowałaś.
Ale się speszyła na te słowa! Włosy opadły jej na policzki, a ona sama spuściła głowę, dłubiąc w paznokciach, swoją drogą całkiem zadbanych, spiłowanych i w ogóle. Jedynie jej dłonie zdradzały oznaki rozkładu. Szepnęła coś do mnie tak cicho, że tego nie zrozumiałem.
– Słucham?
– Przypominasz mi kogoś – powtórzyła minimalnie głośniej, jakby ze złością.
– To dobrze czy źle? – powiedziałem z zawadiackim uśmiechem. Czyżby chodziło o Johny’ego…
– Źle.
No nie. Dlaczego wszystko musi być takie trudne?
– Hej, chyba należy mi się jakieś wyjaśnienie.
Spojrzała mi prosto w oczy. Ból, jaki ujrzałem w jej wzroku, był przytłaczający.
– Nie chcę o tym rozmawiać.
Po raz pierwszy poczułem na nią złość.
– Wiesz, że to nie w porządku? Będziesz teraz przede mną uciekać, a ja mam się stresować za każdym razem, gdy cię zobaczę, bo wiem, że przypominam ci kogoś złego? Posłuchaj, cokolwiek się wydarzyło, to było w innym życiu. Teraz nie mamy już zbyt wiele do stracenia. Wolałbym zaznać spokoju po śmierci i myślę, że ty też.
Chyba wymagałem od niej zbyt dużo, bo teraz to już całkiem zamknęła się w sobie. Wstała, wydukała, że przeprasza i zanim się obejrzałem, już biegła do swojego grobu.
– Noż kur… – zacząłem, ale ktoś mi przerwał.
– Ojej, nie wolno przeklinać!
Pani Stasia, która przesunęła właśnie płytę swojego grobu, wyjrzała na mnie. Aż się we mnie zagotowało.
– To przez panią! – zawołałem. – To pani na mnie naskarżyła, i to właściwie ledwo po przebudzeniu! Jak tak można?
– Nie mogę pozwolić, byś staczał się nawet po śmierci, Gustusiu. Chcę, byś wyszedł na prostą. Jak widzisz, od razu próbujesz pomagać zmarłym… Gustusiu?
Wlazłem do mojego grobu, zasunąłem płytę i zatrzasnąłem wieko trumny tak głośno, że przez chwilę bałem się, że pękło. Na domiar złego kilka robaków pełzało w miejscu, gdzie wytarłem wymiociny.
Wszystko zaczęło się robić do dupy.