Pamiętnik zza grobu cz. 10
Jeśli myślicie, że wszystko już przeżyliście, to na pewno nie mieliście jeszcze okazji obchodzić świąt na cmentarzu.
Udział w wigilii cmentarnej był obowiązkowy, dołączyłam więc do trupów, bo i tak nie miałam nic lepszego do roboty. Zebraliśmy się w okolicy pustego grobu – ponoć to taka tradycja – odmówiliśmy krótką modlitwę, a potem dzieliliśmy się wspomnieniami ze świąt za życia. Jedna pani trupica wspominała, jak bardzo brakuje jej uszek, na co Wiesiu z mlaskiem oderwał swoje (poszło stanowczo zbyt gładko) i jej oddał. Trupy śmiały się i dokazywały, a ja umarłabym z zażenowania, gdyby nie fakt, że już byłam martwa. Co dalej?
Łamaliśmy się nie opłatkami, ale płatkami z kwiatów, i życzyliśmy sobie nie zdrowia i pieniędzy, a mało robaków i dużo zniczy. Było o wiele mniej niezręcznie niż za życia. Tylko trupy lubiły się przytulać, a taki uścisk z gnijącym mięsem lub gołymi kośćmi był, cóż… nadzwyczajnym przeżyciem.
Arkadiusz wygrzebał ze śmietnika znicze lub ich resztki i wspólnie ubraliśmy choinkę przy cmentarzu, tylko po to, by po chwili komentowania, jaka piękna i wspaniała, zaraz ją rozebrać – w końcu nie możemy pozostawiać po sobie znaków (nie)życia.
Śpiewaliśmy kolędy niczym muzyczna trupa. Te pośmiertne jęki były dość straszne, a fałsz nie z tej ziemi, zwłaszcza gdy zaczęło się potrójne „Gloooria!”. Ale co tam.
Streszczaliśmy fabułę „Kevina samego w domu”, żeby choć trochę poczuć magię świąt.
A na koniec zrobiliśmy świąteczny konkurs pod tytułem: „Kto rozkłada się najładniej?”. Każdy miał się zaprezentować niczym na wybiegu. Wygrał Kostek, bo jak wszyscy zgodnie uznali, miał pięknie wypolerowane kości.
I wiecie, co? Cieszyłam się tym długo, wczuwałam w rolę, chichotałam, a karuzela śmiechu zatrzymać się nie mogła. Aż w końcu stanęła w miejscu. Nagle zdałam sobie bowiem sprawę z tego, że to wszystko jest zupełnie absurdalne. Absurd, cyrk na kółkach, głupota! Jestem martwa, umarłam i mam to na papierze, a raczej na nagrobku, a zamiast siedzieć przy wigilijnym stole, uczestniczę w szopce na cmentarzu jako zombie! Dlaczego nie potrafię tak jak większość tych trupków żyć chwilą, choćby i nie miała większego sensu? Bo nie żyję? One też!
Gdy leżałam sobie potem w trumnie, doszłam do wniosku, że śmierć śmierci nie równa. Bo jeśli ktoś umarł ze starości, w spokoju, pogodzony ze sobą i swoim życiem, nie zostawił za sobą nierozwiązanych spraw, to jest mu łatwiej. Podczas gdy realną śmierć jestem w stanie zaakceptować, ta druga – życiowa, metaforyczna, zwał jak zwał – wciąż daje mi się we znaki. Jeśli ktoś z was też umarł za życia i jest martwy od środka, ale żyje nadal, to może rozumiecie, co mam na myśli.
Jednocześnie wiem, że nie każdy trup na tym cmentarzu umarł „dobrze”, a i tak potrafi funkcjonować zgodnie z zasadą carpe diem, a może raczej: carpe noctem, bo w dzień zbyt dużo uchwycić się nie da. Jaki jest wniosek? Chyba taki, że gdyby trupy na tym cmentarzu miały imiona jak Smerfy, byłabym Trupem Marudą, a do tego pogromcą uśmiechów zmarłych.
Mimo to cieszę się, że spędziłam wigilię z trupami, a nie sama. To chyba dobry znak. W końcu kiedyś nawet siłą by mnie nie wyciągnęli z trumny. Może i nadal narzekam, ale czyżbym powoli zaczynała się faktycznie, hmm… uzdrawiać? Mam nadzieję, że tak! Wam zaś życzę na jakiekolwiek najbliższe święta – nie wiem, kiedy to przeczytacie – aby były tak żywe, jak wy!