
Zazębienie
Była wzorową szóstką bez żadnego choćby ubytku. Szorowana dwa razy dziennie przez właścicielkę, czuła, że jest jej prawdziwą dumą. Bielutka, z zadbaną szyjką, ale jednocześnie twarda.
I był też on. Numer 6 z góry. Trochę zepsuty, ale nie na tyle, by ją odpychać. Względnie zadbany. Stykali się często podczas rozdrabniania pokarmu. Kusił ją wówczas siłą i ostrymi końcami. No po prostu miazga. Nieco niepokoiła ją jego plomba, ale cóż – nikt nie jest idealny.
– Odpuść go sobie, ostrzy na ciebie zęby, moja droga – mówił jej ząb mądrości. – Jest zepsuty do szpiku kości.
– A ty jesteś krzywy i dziurawy – odpowiadała mu na to ze złością.
– Przynajmniej tego nie kryję.
Nie cierpiała tej ósemki, choć musiała przyznać, że jej uwagi hamowały ją przed głębszym poznaniem numeru 6.
Niedługo później ząb mądrości został wyrwany wraz ze swoimi mądrościami, a trzon jej problemów zniknął. Od razu zrobiło się więcej miejsca. Szóstka wreszcie poczuła, że przyszedł czas, by zazębić się ze swoim górnym odpowiednikiem. Tylko jak? Przeżuwanie jedzenia trwało stanowczo zbyt krótko.
Być może właścicielka wyczuła, że ich do siebie ciągnie, bo wreszcie zaczął się jej płacz i zgrzytanie zębów. Szczękościsk pojawiał się stopniowo, ale systematycznie wzrastał. Każdej nocy oboje ściskali się ze sobą niczym w szczękach imadła, ocierali o siebie, byli tak blisko, jak jeszcze nigdy wcześniej.
Przez pewien czas szóstka czuła się najszczęśliwsza w całej jamie ustnej. Dopóki nie zauważyła u siebie startego szkliwa. Im bardziej naciskał na nią wyszczerzony numer 6, im więcej czasu z nim spędzała, tym mocniej czuła własne zepsucie i podatność na wroga publicznego – próchnicę. Ale 6 nie miał zamiaru odpuścić, podobnie jak ich właścicielka, która coraz częściej zapominała o szorowaniu.
Nie musiało minąć dużo czasu, by szóstka zrozumiała, że jest na skraju pęknięcia. Postanowiła zerwać z numerem 6 na dobre. Gdy kolejnej nocy górna szczęka przywarła mocno do dolnej, spróbowała go wygryźć z całą siłą, jaką miała.
I właśnie wtedy wypadła z niego plomba, ukazując wnętrze. Ale wnętrze tak ohydne, brązowo-czarne, rojące się od bakterii i cuchnące, że nie była w stanie tego wytrzymać.
Pękła na wskroś.
Porażający ból był niczym w porównaniu z szokiem, jaki przeżyła, rozumiejąc, z kim tak naprawdę zadawała się przez tak długi czas.
Jeszcze tej nocy właścicielka zabrała ich do zębatego władcy. Szóstka czuła, że osiągnęła dno. A mimo to została ukoronowana. Protetycznie. Komicznie. Idiotycznie.
Numer 6, z nowiutką plombą, szczycił się przed innymi zębami. Brzydziła się go. Na szczęście kolejnej nocy nie musiała się już z nim stykać, właścicielka zapewniła jej bowiem ochronę w formie dopasowanej nakładki.
Od teraz korona miała jej z głowy nie spaść.
Lecz choć pęknięcie usunięto, a ona na nowo była zadbana, podobnie jak numer 6, nieznośna gorycz nie zniknęła. Tak już miało pozostać.
Próchniała codziennie, aż wreszcie i ona, królowa, została wyrwana, a potem wrzucona do słoika wraz zębem mądrości.
– Jestem wybrakowana jak ty – powiedziała posępnie. – A numer 6 nadal się szczerzy.
– Lepiej przyznać się do brzydoty, niż udawać piękno – odparł jej ząb mądrości.
Szóstka przyznała mu rację. I tak oto pochłonął ich ząb czasu – wybrakowanych, lecz najprawdziwszych ze wszystkich zębów.