Istny kosmos!

Istny kosmos!

Miał tak kosmiczne problemy, że postanowił wystrzelić się w kosmos.

Nie było to trudne – wynajął na tydzień rakietkę firmy Cosmic Time For Your Emptiness, jedną z najtańszych, małą i nieco chybotliwą, tak jak on.

Lot przebiegł z zakłóceniami, turbulencje wstrząsnęły nim nie mniej niż życie. Do przestrzeni kosmicznej dotarł jednak cały i niezdrowy (zdrowia nie miał od dawna). To miejsce z dala od Ziemi było jego prawdziwą ziemią obiecaną. Cisza, piękno, bezkres – nic, tylko dryfować z głową chmurach, a raczej gwiazdach. Po prostu kosmos!

Tutaj nie oszukiwał siebie i innych, że nie jest samotny, bo był, co do zasady. Tutaj nikt nie mógł usłyszeć, jak wyje do księżyca. Tutaj nie musiał udawać nawet, że podoba mu się atmosfera, bo wcale jej wokół nie było.

Pozostał tylko on i myśli, czyli jego odwieczny wróg, który pochłaniał go niczym czarna dziura. Nie cierpiał myśleć. Ale i na to miał radę – wyjął z kieszeni podręczny wyciszacz myśli marki Don’t you think i włożył dyskretnie do ucha. Dopiero teraz poczuł, że jego kosmiczne problemy są wyjątkowo przyziemne i nie wymagają wielogodzinnych rozważań, które wysysają resztki witalności.

Dryfował więc beztrosko w pozaziemskiej próżni, opróżniając nieziemsko dobry koktajl. Och, jak wspaniale się czuł! To były jego najlepsze chwile w życiu.

Spokój został jednak zaburzony trzeciego dnia, gdy zauważył w oddali wielki odpadek satelity pędzący prosto na niego. Zaśmiał się wesoło. To był dopiero kosmiczny problem!

Instrukcja nakazywała gwałtowny skręt w prawo i wyzbycie się ewentualnych myśli samobójczych, uszczerbku dozna bowiem nie tylko pasażer, ale i rakieta oraz sama firma Cosmic Time For Your Emptiness.

No to wykonał gwałtowny skręt, tyle że w lewo, ot tak, dla zabawy, ciekaw, co się stanie. Uniknął odłamka, lecz nie uniknął konsekwencji.

– Zgodnie z instrukcją nie miał pan prawa skręcić w lewo, proszę pana – usłyszał zaraz stanowczy głos rozsądku z komunikatora. – Proszę natychmiast wrócić na ziemię, inaczej zapłaci pan odszkodowanie.

– Przepraszam, eee, to koktajl, to znaczy… on mi umysł zaćmił, ale ja, tego, no, już myślę racjonalnie, przysięgam – wybełkotał, nie myśląc racjonalnie.

– Skandal! Proszę natychmiast wyjąć wyciszacz z ucha, proszę pana, to urządzenie jest w kosmosie zabronione! – Głos rozsądku był oburzony.

Wyjął więc urządzenie z bólem serca i głowy, zły, że tak łatwo dał się przyłapać. Po chwili głos rozsądku westchnął ciężko i oznajmił:

– Musi pan stąpać twardo po ziemi, proszę pana, nawet w kosmosie, niezależnie od tego, jak bardzo kosmiczne problemy pana dotykają. Wyciszacz nie jest rozwiązaniem. Jeżeli nie zaufa pan sobie, kto będzie za pana myślał – kosmita? Proszę na siebie uważać, proszę pana. Proszę nie używać więcej wyciszacza, inaczej pana uziemimy. Życzę miłego dalszego pobytu w kosmosie, proszę pana.

Głos rozsądku z komunikatora tak ładnie prosił, że postanowił go posłuchać i znów zaczął myśleć. Bez wyciszacza gwiezdny urlop stracił na wartości, a przyziemne problemy ponownie stały się kosmiczne. Uznał jednak, że to wytrzyma.

Tyle że czwartego dnia do szyby rakiety zapukał kosmita. Miał ciało niebieskie i oczy jak dwa Jowisze.

– Mogę za pana myśleć – zaproponował grzecznie. – Ale już nigdy nie wróci już pan na ziemię. Ma pan trzy dni, by przemyśleć moją propozycję. Jeśli się pan zgodzi…

– Zgadzam się – odparł zaraz. Zanim zdążył się rozmyślić, zniszczył komunikator, a wraz z nim głos rozsądku.

– To było dość… bezmyślne – przyznał kosmita.

Podziękował mu za komplement i zaprosił do rakiety.

Plotki głoszą, że do dziś krąży z myślącym za niego kosmitą po kosmosie, z dala od nierozwiązanych kosmicznych problemów, z radosną głową wolną od zmartwień, marząc jedynie o tym, by dotrzeć z motyką na księżyc – ale na szczęście nie jemu o tym decydować.