4 spojrzenia na ten sam poranek

Cztery spojrzenia na ten sam poranek

Na doświadczanie przestrzeni sposobów kilka. To od Ciebie zależy, jak podejdziesz do otaczającej cię rzeczywistości!

Podejście realistyczne

Blok jak blok, mogło być lepiej, a mogło być gorzej. Tak sobie pomyślałem, żegnając żonę i robiąc tylko trzy kroki do drzwi wyjściowych. Mieszkanie było malutkie, no ale jakie miałoby być? Auto dałem dzień wcześniej do naprawy, dlatego po raz pierwszy szedłem na autobus; na szczęście przystanek był tuż obok. Punkt piąta wyszedłem na korytarz na piątym piętrze. Nie ma się co oszukiwać: śmierdziało. Trudno było nawet określić, czym konkretnie. Po prostu ten sam zapach co zawsze. Co poradzić.

Schodząc na dół, napotkałem jak co dzień wychodzącą właśnie z mieszkania ciekawską, starą sąsiadkę, która, jak doszedłem kiedyś do wniosku, musiała chyba nieustannie czyhać pod drzwiami i nasłuchiwać zbliżających się kroków.

– Dzień dobry! – zawołała, szybko stając przy schodach w tych swoich włochatych papciach. – A co pan dzisiaj tak wcześnie?

– Dobry. Na autobus idę, auto mam zepsute. Pytanie, co pani tu robi tak wcześnie?
Doskonale wiedziałem, ale przecież musiałem zachować pozory.

– A spać nie mogę… Wie pan, jak to jest z tym moim snem, nawet najmniejszy szmer mnie budzi… Ale panie, co z tym autem się stało?

– Kiedy indziej, prze pani, śpieszy mi się. Do widzenia!

Takie staruszki to chyba nieodłączny element każdego bloku, pomyślałem, prędko pokonując kolejne schody. Jak zwykle zerknąłem z niezadowoleniem na schodzący ze ścian na parterze tynk i kilka wulgarnych graffiti, całkiem zresztą świeżych. Nie sądziłem, by ktokolwiek zajął się tym w najbliższym czasie.

Wreszcie wyszedłem na zewnątrz, niemal potykając się o pusty karton po soku, leżący sobie spokojnie na ziemi. Kopnąłem go, by nie leżał na środku, a zaraz potem z nieuwagi wszedłem prosto w wszechobecne błoto, które ubrudziło mi buty. Westchnąłem, klnąc w myślach. Mogłem się tego spodziewać, w końcu dzień wcześniej padało. Zresztą teraz też zapowiadało się na deszcz. Ogólnie wokół było szaro i brzydko. Gdyby tu chociaż zrobili jakiś plac zabaw czy boisko, to już by się zrobiło weselej. Ale na to się nie zapowiadało. Nawet sklepu tu obok nigdzie nie było, do najbliższej Żabki miałem kilometr. Ale kilometr to znowu nie tak dużo.

Zaraz, zaraz, zganiłem się w myślach, przecież jest tu coś, co aż z daleka promienieje energią i życiem! Odwróciłem się, z lekkim uśmieszkiem spoglądając na mój fioletowo-żółty blok z dodatkiem jeszcze bardziej kolorowego graffiti na dole. Cóż, zawsze to coś oryginalnego.

Dostrzegłem w oknie swoją żonę, która machała gwałtownie rękami. Instynktownie spojrzałem na zegarek. Była minuta po czasie! Biegiem ruszyłem na przystanek, skręcając w prawo za wypełnionym po brzegi śmietnikiem, przy którym leżał jakiś bezdomny.

Już z daleka zauważyłem, że na przystanku wciąż stoi pełno ludzi.

– Przepraszam, jechała już szesnastka do centrum? – spytałem z lekką zadyszką jakąś panią w czerwonym berecie z pobliskiego bloku.

– Nie – odparła, wzruszając ramionami. – I pewnie jeszcze nie przyjedzie.

– Jak to?

– Panie, ona zawsze się spóźnia. A czasem nawet w ogóle nie przyjeżdża.

– O Boże! A następna kiedy?

– Za jakieś dwie godziny. Czego się pan spodziewał? Niby wielkie miasto, a tak naprawdę mieszkamy, za przeproszeniem, na kompletnym zadupiu.

No tak, obrzeża miasta. Czego ja się mogłem spodziewać. Po jakichś pięciu minutach zadzwoniłem do kolegi z pracy, by spytać, czy za zgrzewkę piwa nie nadrobi drogi i nie podwiezie mnie do zakładu. A raczej spróbowałem do niego zadzwonić, bo nie było zasięgu. Szef mnie zabije, pomyślałem ze zgrozą.

O piątej trzydzieści autobus w końcu przyjechał. Nie udało mi się nawet siąść i wcale się tym nie przejmowałem do czasu, gdy piętnaście minut później stanęliśmy w potężnym korku przed rondem. Jadąc swoim samochodem, zawsze jakoś omijałem ten korek. Teraz miałem ochotę wyjść i zajść do zakładu na nogach, na przekór temu pierońskiemu autobusowi, ale zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że nie ma to żadnego sensu. Jakiś starszy pan, który stał koło mnie, widząc moje zdenerwowanie, rzekł cicho:

– Jak do pracy, to lepiej jechać tym wcześniejszym.

– O czwartej czterdzieści?

Starszy pan kiwnął głową. Zirytowało mnie to jeszcze bardziej. 

Ostatecznie spóźniłem się do pracy o dwadzieścia minut. Szef trochę sobie powrzeszczał, ale w końcu nic z tego nie wynikło. Wracając w jeszcze większych korkach, myślałem tylko o tym, kiedy dostanę auto i kiedy uda mi się uzbierać na nowe, lepsze mieszkanie, daleko stąd.

 

Podejście optymistyczne

Blok jak blok, ale mogło być tylko gorzej. Tak sobie pomyślałem, żegnając z uśmiechem żonę i robiąc tylko trzy kroki do drzwi wyjściowych. Mieszkanie było malutkie, a przez to takie przytulne i kochane! Auto dałem do naprawy, dzięki czemu wreszcie mogłem zobaczyć, jak to jest jechać autobusem do pracy. Bardzo byłem z tego zadowolony. Punkt piąta wyszedłem na korytarz na piątym piętrze. Poczułem nieco dziwny zapach, ale nie zwracałem na niego uwagi. Wszędzie czasem musi sobie trochę pośmierdzieć, zażartowałem w myślach

Schodząc na dół, napotkałem wychodzącą właśnie z mieszkania miłą, starszą sąsiadkę, która niemal zawsze witała mnie na korytarzu, kochana babuleńka.

– Dzień dobry! – zawołała, szybko stając przy schodach w tych swoich odlotowych papciach. – A co pan dzisiaj tak wcześnie?

– A dzień dobry! Na autobus idę, auto mi się zepsuło. A pani co tu robi tak wcześnie, znów problemy ze snem?

– Tak, niestety, ta starość mnie wykończy… Ale panie, co z tym autem się stało?

– A wie pani, coś z silnikiem. Na pewno zaraz to naprawią. Muszę iść, bo jeszcze mi autobus ucieknie, do widzenia i miłego dnia!

Takie sympatyczne staruszki to chyba nieodłączny element każdego bloku, pomyślałem, prędko pokonując kolejne schody. Jak zwykle zerknąłem na schodzący ze ścian na samym dole tynk, którym, jak wierzyłem, na pewno ktoś się zaraz zajmie, i kilka czarnych graffiti, całkiem zresztą ciekawych, może nawet upiększających ten parter.

Wreszcie wyszedłem na zewnątrz, niemal potykając się o pusty karton po soku, leżący sobie spokojnie na ziemi. Podniosłem go i wrzuciłem do kosza, wchodząc przy okazji w grubą warstwę błota, które ubrudziło mi buty. A tam, i tak chciałem kupić nowe, zresztą łamaga ze mnie, uznałem, wspominając sobie, że przecież wczoraj padało i to jasne, że trzeba było na błoto uważać.

Teraz też zapowiadało się na deszcz. Na szczęście wziąłem parasol, więc nie miałem się czym przejmować. Rozglądając się na boki, zastanawiałem się, kiedy stworzą tu jakiś plac zabaw albo boisko, bo kiedyś na pewno. Biedronkę chyba już planują tu zrobić, tak coś słyszałem. Ktoś mógłby pomyśleć, że okolica jest trochę szara i smutna, ale nie ja. Odwróciłem się, z radosnym uśmiechem spoglądając na mój fioletowo-żółty blok z dodatkiem jeszcze bardziej kolorowego graffiti na dole. Ten widok zawsze poprawiał mi humor.

Dostrzegłem w oknie swoją żonę, która machała gwałtownie rękami. Instynktownie spojrzałem na zegarek. Była minuta po czasie! Śmiejąc się z siebie, biegiem ruszyłem na przystanek, skręcając w prawo za wypełnionym po brzegi śmietnikiem (dobrze, że dzisiaj mają go opróżniać), przy którym leżał jakiś biedak.

Już z daleka zauważyłem, że na przystanku wciąż stoi pełno ludzi.

– Przepraszam, jechała już szesnastka do centrum? – spytałem z lekką zadyszką jakąś panią w czerwonym berecie z pobliskiego bloku. – Bo już ponad minuta po czasie…

– Nie – odparła, wzruszając ramionami. – I pewnie jeszcze nie przyjedzie.

– Jak to?

– Panie, ona zawsze się spóźnia. A czasem nawet w ogóle nie przyjeżdża.

– Na pewno musi być jakiś tego powód!

– Nie ma powodu. Po prostu tak już jest. Niby wielkie miasto, a tak naprawdę mieszkamy, za przeproszeniem, na kompletnym zadupiu.

– Mnie tam się tu podoba! I instynktownie czuję, że autobus na pewno przyjedzie.

Czekałem więc cierpliwie, obserwując okolicę i ciesząc się z ciszy, jaką ona zapewniała. Cisza i spokój, czego chcieć więcej? Tak jak sądziłem, autobus w końcu przyjechał. Nie udało mi się nawet siąść, ale wcale się tym nie przejmowałem. W aucie zawsze siedziałem, to teraz mogłem sobie trochę postać. Po jakichś piętnastu minutach stanęliśmy w korku przed rondem. Ale jestem głupi, pomyślałem ze złością. Przecież wiedziałem, że o tej godzinie zawsze jest pełno samochodów, bo większość idzie na pierwszą zmianę, a mimo to i tak postanowiłem jechać dopiero po piątej… A mogłem wybrać się na przystanek na czwartą czterdzieści, wtedy na pewno nie spóźniłbym się do pracy!

Jakiś starszy pan, który stał koło mnie, widząc moje zdenerwowanie, rzekł cicho:

– Jak do pracy, to lepiej jechać tym wcześniejszym.

– Tak, wiem, głupotę zrobiłem, jadąc tak późno. Ale i tak dziękuję za radę!

Ostatecznie spóźniłem się do pracy tylko o dwadzieścia minut. Przeprosiłem szefa, mówiąc, że to moja, a nie autobusu wina. Facet bardziej się zdziwił, niż wkurzył, a ostatecznie machnął na mnie ręką. Wracając w jeszcze większych korkach, myślałem tylko o tym, że jeśli nie zdążą mi dziś naprawić auta, to jutro koniecznie muszę jechać z rana przed piątą, by znów nie spóźnić się do pracy.

 

Podejście pesymistyczne

Blok jak blok, ale mogło być lepiej. Tak sobie pomyślałem, żegnając żonę i robiąc tylko trzy kroki do drzwi wyjściowych. Mieszkanie było tak małe, że ledwo dało się w nim normalnie funkcjonować. Auto dałem dzień wcześniej do naprawy, dlatego po raz pierwszy szedłem na ten przeklęty autobus, o których trochę się już nasłuchałem. Punkt piąta wyszedłem na korytarz na piątym piętrze. Jasna cholera, tu już nawet nie śmierdzi, pomyślałem, marszcząc nos. Tu po prostu cuchnie jakimiś szczynami czy Bóg wie czym jeszcze! Nienawidzę tego miejsca

Schodząc na dół, napotkałem jak co dzień wychodzącą właśnie z mieszkania wścibską staruchę, która codziennie psuła mi już i tak zepsuty tym miejscem humor.

– Dzień dobry! – zawołała, szybko stając przy schodach w tych swoich brzydkich papciach. – A co pan dzisiaj tak wcześnie?

– Na autobus idę, samochód mam zepsuty. Życie jest do dupy. A co to tak właściwie panią interesuje?

– Czysta ciekawość, proszę pana, to przecież jeszcze nie grzech… A to co z tym autem się stało?

– Ale ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Do widzenia.

Takie babska to chyba nieodłączny element każdego paskudnego bloku, uznałem, prędko pokonując kolejne schody. Jak zwykle zerknąłem z odruchem wymiotnym na schodzący ze ścian na parterze tynk i kilka wulgarnych graffiti, które oddawały całą istotę tego miejsca. Właściwie nawet mi się podobały.

Wreszcie wyszedłem na zewnątrz, niemal potykając się o pusty karton po soku, leżący sobie spokojnie na ziemi. Patrzyłem na niego przez chwilę, by po chwili zdeptać go i zwyzywać. Ulżyło mi, ale tylko na chwilę, bo zaraz potem z nieuwagi wszedłem prosto w wszechobecne błoto, które ubrudziło mi buty. Przekląłem głośno, a jednocześnie zalała mnie fala smutku, że muszę mieszkać w tak ohydnym miejscu. Wokół było szaro i odrażająco. Żadnego placu zabaw, boiska, pobliskiego sklepu. 

Jednego byłem pewien: nigdy, ale to przenigdy nikt nie zainteresuje się tą okolicą na tyle, by ją ogarnąć i sprawić, że odzyskałbym radość. A jedyna kolorowa rzecz, która się tu znajdowała, sprawiała, że odechciewało mi się żyć. Odwróciłem się, z miną męczennika spoglądając na mój fioletowo-żółty blok z dodatkiem jeszcze bardziej kolorowego graffiti na dole. Słowem, kał i kicz.

Dostrzegłem w oknie swoją żonę, która machała gwałtownie rękami. Instynktownie spojrzałem na zegarek. Była minuta po czasie! No tak, oto moje życie. Biegiem ruszyłem na przystanek, skręcając w prawo za śmierdzącym, wypełnionym po brzegi śmietnikiem, przy którym leżał jakiś pijak.

Już z daleka zauważyłem, że na przystanku wciąż stoi pełno ludzi.

– Jechała już szesnastka do centrum? – spytałem z lekką zadyszką jakąś panią w czerwonym berecie z pobliskiego bloku.

– Nie – odparła, wzruszając ramionami. – I pewnie jeszcze nie przyjedzie.

– Ale zdziwienie. Dlaczego?

– Panie, ona zawsze się spóźnia. A czasem nawet w ogóle nie przyjeżdża.

– No cholera jasna! Zaraz mnie szlag trafi z całą tą okolicą, tu się nie da żyć!

– A czego innego się pan spodziewał po takiej lokalizacji? Mieszkamy, za przeproszeniem, na kompletnym zadupiu.

– To i tak łagodne słowo, proszę pani – odparłem z goryczą, czując chwilową sympatię do tej kobiety.

Po jakichś pięciu minutach zadzwoniłem do kolegi z pracy, chcąc spytać, czy za zgrzewkę piwa nie nadrobi drogi i nie podwiezie mnie do zakładu. A raczej spróbowałem do niego zadzwonić, bo nie było zasięgu. Ledwo powstrzymałem się od rzucenia tym kurestwem o ziemię, myśląc, jak tym razem ukaże mnie szef. Nie mając innego wyjścia, czekałem kolejne ponad dwadzieścia minut na autobus, starając się patrzeć wszędzie tylko nie wokół siebie; nie chciałem pogłębiać swojej depresji.

O piątej trzydzieści autobus w końcu przyjechał. Nie udało mi się nawet siąść, co tylko mnie dobiło. A już całkowicie straciłem wiarę w to miasto, gdy piętnaście minut później stanęliśmy w potężnym korku przed rondem. Zastanawiałem się, czy wyjść z tego pojazdu teraz, czy jeszcze chwilę poczekać, gdy jakiś starszy pan, który stał koło mnie, widząc moje zdenerwowanie, rzekł cicho:

– Jak do pracy, to lepiej jechać tym wcześniejszym.

– O czwartej czterdzieści?

Starszy pan kiwnął głową. Tego było dla mnie za wiele. Poprosiłem kierowcę, by mnie wypuścił, i dalszą drogę przeszedłem pieszo.

Ostatecznie spóźniłem się do pracy o pół godziny. Szef powrzeszczał trochę bardziej niż zwykle, ale w końcu nic z tego nie wynikło. A szkoda. Wracając w jeszcze większych korkach, myślałem tylko o tym, że jeśli dzisiaj nie dostanę swojego samochodu z powrotem, to chyba nie pójdę jutro do roboty. Może wtedy szef mnie wywali i znajdzie się konkretny pretekst do przeprowadzki z tego koszmaru.


Podejście artystyczno-filozoficzne

Każdy blok jest wyjątkowy, każdy ma w sobie to coś. Tak sobie pomyślałem, żegnając żonę i robiąc tylko trzy kroki do drzwi wyjściowych. Mieszkanie było malutkie, ale czyż nie mawia się, że małe jest piękne? Auto dałem dzień wcześniej do naprawy, dlatego po raz pierwszy szedłem na autobus, co uważałem za niezwykle interesujące doświadczenie. Punkt piąta wyszedłem na korytarz na piątym piętrze. No moich nozdrzy dotarł dość nieprzyjemnie intensywny, acz pobudzający zmysły zapach. Zawsze ciekawiło mnie jego pochodzenie.

Schodząc na dół, napotkałem jak co dzień wychodzącą właśnie z mieszkania sąsiadkę, której nigdy do końca nie rozgryzłem. Jak ona to robi, że zawsze wie wszystko o wszystkich?

– Dzień dobry! – zawołała, szybko stając przy schodach w tych swoich intrygująco włochatych papciach. – A co pan dzisiaj tak wcześnie?

– Dzień dobry. Zepsuł mi się samochód, czego następstwem jest droga do pracy autobusem. Pytanie, skąd pani wzięła te niezwykłe papcie?

Właściwie to wiedziałem, że z jednego sklepu w centrum, ale ciekaw byłem jej odpowiedzi.

– Wnuczka mi z Ameryki przywiozła. Też mi się podobają. Ale panie, co z tym autem się stało?

– Pani nie odpowiedziała mi szczerze, to i ja nie raczę. W każdym razie: do widzenia!

Takie papcie to chyba nieodłączny element samotnych staruszek, pomyślałem, nieprędko pokonując kolejne schody. Jak zwykle zerknąłem na schodzący ze ścian na parterze tynk i kilka wulgarnych graffiti, które wystawiały mój zmysł estetyczny na próbę. Ale i w nich potrafiłem dostrzec piękno.

Wreszcie wyszedłem na zewnątrz, niemal potykając się o pusty karton po soku, leżący sobie spokojnie na ziemi. Przyglądałem mu się przez dobrą minutę, dochodząc do wniosku, że właściwie to ma on w sobie spory potencjał. Zamyślony, zaraz potem z nieuwagi wszedłem prosto w wszechobecne błoto, które ubrudziło mi buty. I to w jaki sposób! Wzory zdały mi się czymś na wzór starożytnych arabesek.

Rozejrzałem się wokół, a pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to memento mori. Tak, ta okolica bez placu zabaw, sklepu czy boiska wywoływała u mnie intensywne filozofowanie. Spoglądając na mój fioletowo-żółty blok z dodatkiem jeszcze bardziej kolorowego graffiti na dole, zastanawiałem się, dlaczego dobrano właśnie takie a nie inne kolory. Ostatecznie uznałem to za całkiem urocze.

Uśmiechając się do siebie, dostrzegłem w oknie swoją żonę, która machała gwałtownie rękami. Instynktownie spojrzałem na zegarek. Było siedem minut po czasie. Biegiem ruszyłem na przystanek, skręcając w prawo za wypełnionym artystycznie po brzegi śmietnikiem, przy którym leżał jakiś nieszczęśnik.

Już z dalsza zauważyłem, że na przystanku wciąż stoi pełno ludzi.

– Przepraszam, czy jechał już może autobus linii szesnaście? – spytałem z lekką zadyszką jakąś panią w czerwonym berecie z pobliskiego bloku.

– Nie – odparła, wzruszając ramionami. – I pewnie jeszcze nie przyjedzie.

Nie odpowiedziałem, wpatrując się w jej czerwony beret, który naprawdę mnie wzruszał. Było w nim coś nadzwyczajnego.

– On zawsze się spóźnia – dodała po chwili kobieta, widząc, że nie odpowiadam. – A czasem nawet w ogóle nie przyjeżdża.

– No proszę… – mruknąłem zamyślony, niemal wcale jej nie słuchając.

– Nie dziwi to pana? Mnie to denerwuje. Niby wielkie miasto, a tak naprawdę mieszkamy, za przeproszeniem, na kompletnym zadupiu.

– Niech pani spojrzy na to wschodzące słońce, którego promienie powoli wysuwają się zza dachów domów. Widok ten powinien panią uspokoić.

Kobieta spojrzała na mnie jak na idiotę i odeszła dwa metry dalej. Wzruszyłem ramionami, obserwując otaczający mnie świat. Nie przejmowałem się szefem. Mój szósty zmysł podpowiadał mi, że wszystko będzie dobrze.

Po jakimś czasie autobus w końcu przyjechał. Nie udało mi się nawet siąść, ale wcale się tym nie przejmowałem, stając przy szybie i obserwując widoki. Gdy piętnaście minut później stanęliśmy w potężnym korku przed rondem, zacząłem robić zdjęcia temu, co widziałem przy drodze. Samotna ławka, piekarnia, poruszana wiatrem granatowa huśtawka… Coś pięknego. Dlaczego dopiero teraz zdecydowałem się na jazdę autobusem? Jakiś starszy pan, który stał koło mnie, spytał z lekkim uśmiechem:

– Czyżby robił pan dowody wielkiego korka dla szefa?

– Nie – odparłem, lekko urażony. – Po prostu utrwalam na zdjęciach otaczający mnie świat.

Mężczyzna nic już nie odpowiedział.

Ostatecznie spóźniłem się do pracy o dwadzieścia minut. Szef trochę sobie powrzeszczał, ale w końcu nic z tego nie wynikło, tak jak myślałem. Wracając w jeszcze większych korkach, dumałem nad tym, czy nie rzucić pracy i nie zostać poetą.


Którą opcję wybierasz na co dzień? 🙂