Rozdział 2.

2. Papiery wartościowe

– Zamknęli uczelnie i szkoły, to zaraz zamkną i całą resztę. Kwestia czasu.

Mama Daniela, dama jak się patrzy, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów miała na sobie zwykły top zamiast eleganckiej koszuli czy sukni, uszów nie wieńczyły drogie kolczyki, zaś jej włosy obcięte na boba (co to za nazwa?) były jawnie nieuczesane. To mogło oznaczać tylko dwie rzeczy: albo wzięła sobie L4 od nauczania, bo była bardzo chora, albo nadchodził koniec świata. Tym razem chodziło o drugą opcję, którą WHO nazwało dzień wcześniej już nie epidemią, a tak zwaną inteligentną pandemią, AIVIDem-19. W Polsce już przyjęła się nieco zgrabniejsza nazwa, czyi SIdemia.

– Dalej nie chce mi się w to wierzyć – mruknął Daniel, głaszcząc śpiącego obok potężnego Bruno, psa rasy Alaskan malamute. Siedział z matką na fotelu przed plazmowym telewizorem w wykwintnym, pełnym bieli i czerni salonie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. W końcu oboje od rana zostali chwilowo pozbawieni obowiązków. – Niby wcześniej już o tym wiedzieliśmy, ale gdy to gówno dotarło z wiatrem do Polski…

– Słownictwo – upomniała go, on zaś przewrócił oczami. – Też mi się w to nie chce wierzyć. Chodzenie w tych hełmach będzie upokarzające…

W telewizji właśnie pokazano zdjęcia ludzi przemierzających ulice, którzy mieli na głowie antySIdemowe hełmy podobne trochę do szklanego akwarium w formie kuli. Większość z nich zawiązała dodatkowo pod szyją szal, uszczelniając jakby na wszelki wypadek.

– Gdy przyjdzie lato, to się w tym ugotujemy – powiedziała mama z westchnieniem. – Jeśli wcześniej przy okazji się nie udusimy.

– W lecie to może już nie być żadnej SIdemii – oburzył się Daniel, a Bruno uniósł łeb.

– Nie liczyłabym na to, dziecko. – Kobieta popiła łyk kawy z porcelanowej filiżanki. – Nie liczyłabym nawet na to, że wrócisz do szkoły. Te dwa tygodnie to tylko początek.

– I dobrze, będę miał spokój.

– Będziesz miał zajęcia zdalne, tak jak ja wykłady online. Jakoś to przeżyjemy. Ojciec kupi ci lepszego laptopa z dobrą kamerką.

– Dzięki, nie trzeba – odparł, po czym potarmosił jeszcze psa po głowie, wstał i ruszył w stronę schodów na pierwsze piętro.

– Może nie będzie tak źle – zawołała jeszcze na odchodne matka. – Zresztą może nas tak całkiem nie zamkną. Bylebyś nie zawalił sobie nauki!

Daniel zrobił kwaśną minę; szczerze współczuł jej studentom architektury wnętrz. Podobnie jak współczuł pozwanym w sądzie okręgowym. Jego ojciec – lata temu adwokat, a teraz przewodniczący składy sędziowskiego – był zarówno irytujący, jak i bezwzględny.

Chłopak wszedł do swojego nowoczesnego, czarno-granatowego pokoju z własnym telewizorem plazmowym, a nawet rozbudowanym systemem stereo, z którego puszczał na cały dom muzykę z najlepszym basem, gdy tylko był sam. Miał też wykonaną na specjalne zamówienie komodę z dwiema wysuwanymi półkami – jedną na PlayStation, drugą na Xboxa. Do wyboru, do koloru. Padł na łóżko, zaczesał z roztargnieniem włosy w tył głowy i włączył netbooka, chcąc sprawdzić reakcje na post w facebookowej grupie klasowej, dotyczący tymczasowego zamknięcia liceum. Zanim jednak kliknął w powiadomienia, odpalił Messengera i uśmiechnął się półgębkiem. Odpisała mu już ze dwie godziny temu.

No, to nie do ogarnięcia… Nie mogę się doczekać założenia hełmu 😀 A Ty jak się masz?

Pisał z Kornelią już od kilku dni. I to ona pierwsza zaprosiła go do znajomych. Według niego pasowała do ich trójki. Szybko by się z nimi „oswoiła”. Była po prostu… fajna. I mądra, tak mu się zdawało. Chociaż lepszego momentu na nowe znajomości nie mogła sobie wybrać.

Drugą wiadomość dostał od laski, z którą był ostatnio na randce, ale jakoś nie miał ochoty jej odpisywać. Następnie przeczytał odpowiedź Anastazji:

Ja pierdzielę, to się serio dzieje haha, przypał jak nic! Trzeba się będzie spotkać, póki nas nie zamkną xd A co na to Eryk? Bo mi coś nie odpisuje (szok)…

Kolejna wiadomość była właśnie od Eryka.

Hełmy od 5 dych? Chyba kogoś POSRAŁO. Ciekawe, co ile filtry będą do wymiany.

Daniel poczuł wyrzut sumienia. Kilka dni wcześniej rodzice zamówili hełmy za blisko czterysta złotych, twierdząc, że trzeba się jakoś prezentować. Co więcej, uznali, że te tanie podróbki za mniej niż stówę są tylko dla biedaków. Daniel chciał odpisać przyjacielowi, że na pewno będą jakieś dofinansowania i że państwo wydaje też darmowe hełmy, ale sądził, że Eryk już to wie. Zamiast tego oznajmił mu, powtarzając nie do końca świadomie za ojcem, że państwo musi sobie przecież jakoś zarobić.

Najchętniej położyłby się teraz w łóżku i zasnął, ale czuł, że nie może tak marnować czasu. Właśnie, czasu… Zapowiadało się, że trochę sobie w domu posiedzi, co wcale go nie cieszyło. Oczywiście nadal można było wychodzić, ale zalecano przemieszczanie się samochodem. Hełmy, które tworzono teraz na masową skalę, miały zacząć obowiązywać od następnego dnia na każdej odkrytej przestrzeni, ale wiele ludzi już zakrywało twarz ściśle przylegającymi maseczkami i nausznikami, które, jak twierdziło WHO, dawały tylko pięćdziesiąt procent pewności.

Ostatecznie następne dwie godziny Daniel spędził na sprawdzaniu wiadomości ze świata i z Polski, wyczulony przez nauczycielkę z Wiedzy o Społeczeństwie, która na każdych zajęciach wypytywała kogoś na temat bieżących wydarzeń.

A później wrócił tata z sądu z dość nietypową nowiną.

– Wykupują cały papier toaletowy ze sklepu, hołota jedna!

I tak oto Daniel jechał teraz na przednim siedzeniu czarnego Audi RS3, samotnie słuchając narzekań ojca (mama musiała zostać na jakiejś konferencji).

– Wszystko to wina państwa – denerwował się tata, z zawrotną prędkością wyprzedzając inne samochody. – Nie wierzę w żadną SRIdemię. Te wiadomości to same brednie.

– Wina Tuska – wtrącił z lekkim rozbawieniem Daniel.

– Paplają coś o tym, że starsi i chorzy umierają – ciągnął mężczyzna. – I co w tym dziwnego? Owszem, grasuje wirus, ale to zwykła pandemia, a nie, do cholery, jakaś sztuczna inteligencja! Te ich dowody w postaci logicznego przemieszczania się cząsteczki po sieci neuronowej w mózgu o niczym nie świadczą. Spisek, mówię ci. Pewnie Putin jest w to zamieszany. I Korea Północna. Bo wiesz, synu, oni chcą nas kontrolować. Najlepiej w domach pozamykać. I śmiać się z nas, popijając whisky za pieniądze od Billa Gatesa.

– No, pewnie tak, ale chyba…

– Pewnie tak? Ale chyba? I ty chcesz zostać prawnikiem? Ile razy mam ci powtarzać o pewności siebie i precyzji podczas wypowiedzi?

– Kurde, tato, chociaż ty daj mi spokój. – Daniel zaczął czuć irytację. – A zresztą kto powiedział, że na pewno zostanę prawnikiem?

Tylko czekał, aż ojciec powie „ja”, ale ten tylko uniósł brwi.

– Ależ zrobisz, co chcesz. Możesz nawet zostać socjologiem. O, albo pisarzem. I zarabiać dwa złote od książki.

– Ja pieprzę, zaczyna się!

– Ależ nie, ja nic nie mówię. – Ojciec skręcił gwałtownie na zjazd do Lidla, choć wcale nie było soboty. – Sam przecież wiesz, co jest dla ciebie najlepsze.

Chłopak ostatkiem sił powstrzymał się od złośliwej odpowiedzi. Ojciec, ubrany w czarną marynarkę i koszulę, z drogim zegarkiem na ręce, zadbanym zarostem i szatynowymi włosami niedokładnie zaczesanymi w tył (na pewno celowo) prezentował się zarówno elegancko, jak i nonszalancko. Chłopak nie mógł się okłamywać – też chciałby w przyszłości tak wyglądać.

– Co do… Nie ma gdzie zaparkować! Ludzie, nie macie nic innego do roboty, jak tylko kupować papier do podcierania dupy?

– Sami jedziemy po to samo.

– My to co innego.

W końcu zaparkowali z piskiem opon na ostatnim wolnym miejscu. Idąc szybkim krokiem do sklepu, wyprzedzali tłumy ludzi, którzy w większości mieli na głowach hełmy.

– Co za paranoja z tymi hełmami, jakbyśmy pod wodą byli – mruknął Daniel półgłosem.

– Państwo każe, człowiek musi – odparł na odmianę bardzo głośno ojciec. – Co, może od jutra zaczną nam dawać mandaty za brak tego akwarium? Zresztą tylko by spróbowali.

– Chyba nawet nie mają prawa, bo nie ma stanu wyjątkowego… – zaczął w zamyśleniu Daniel, ale zamilkł, bo właśnie weszli do środka Lidla.

Prosto do postapokaliptycznego chaosu.

Im dalej szli, tym bardziej byli przerażeni. Ludzie niczym płochliwe zwierzęta biegali od regału do regału, zabierając sobie sprzed nosa ostatnie sztuki. Wózki były wypełnione po brzegi zwłaszcza produktami o długim terminie ważności. Na półkach z ryżem i makaronem ziało pustkami. Danielowi przyszło do głowy, że było to coś w rodzaju walki o przetrwanie jak w Igrzyskach śmierci. Ale to nie tu rozgrywał się prawdziwy dramat.

Dział z papierem toaletowym był według niego prawdziwym polem bitewnym. Nieco wystraszone pracownice właśnie otwierały paletę z nową dostawą, a gdy tylko wysunęła się na wierzch pierwsza roleczka niewinnego, dwuwarstwowego białego puchu, ludzie zaczęli wyciągać po niego ręce niczym zombie w The Walking Dead po świeży mózg umierającego.

– Jezus Maria – skomentował ten widok ojciec po kilkunastu sekundach oniemienia.

– Zawsze został nam szary papier, jest jeszcze trochę opakowań…

– Nie żartuj sobie. Nie jestem jeszcze tak zdesperowany. I zdegenerowany.

Daniel zaśmiał się pod nosem. Nagle zdało mu się, że widzi nieopodal czarną czuprynę Eryka, ale zanim zdążył się dobrze przypatrzyć, coś zauważył. Schylił się ukradkiem.

– Patrz, tato, tam na półce na dole jest jeszcze ostatnia paczka białego papieru – rzekł półgłosem, tak by nikt go nie usłyszał. – Wygląda jak specjalnie schowana…

– Zrób to, synu. – Ojciec spojrzał na niego ze śmiertelną powagą. – Zrób to dla naszej rodziny. Biegnij, głupcze!

Chłopak kilka pierwszych kroków zrobił powoli, ale później rzucił się do dolnej półki, porywając paczkę białego skarbu. Niby tylko dwuwarstwowy, ale nie można narzekać.

– Hej, to są moje rolki – usłyszał nagle gdzieś z tyłu. – Zostaw to!

Odwrócił się i zrobił zażenowaną minę. Jakiś starszy od niego osiłek przypominający fokę z trądzikiem pędził w jego stronę z wypełnionym po brzegi wózkiem.

– Słucham? Nie rozumiem – powiedział twardo Daniel.

– To ostatnia paczka i zaklepałem ją – warknął osiłek, stając koło niego.

– Serio? Zaklepałeś?

– Tak. Odłożyłem ją na chwilę, żeby nie zajmowała miejsca w wózku – odparł tamten, z przejęcia niemal go opluwając.

– Teraz jak ją odłożyłeś, to nie jest twoja.

– Co, miałem paradować ze srajtaśmą w ręce po całym sklepie?

– Tak. Albo włożyć do wózka jak normalny człowiek.

– Od kiedy papier jest tak ukryty przy końcu ostatniej półki? Nie pomyślałeś, że skoro rolki były tak schowane, to ktoś chciał je sobie zaklepać?

Dla Daniela tego było już za wiele. Musiał sięgnąć po cięższą artylerię.

– Słuchaj, ja nie chcę tu żadnej afery. Pragnę jednak zauważyć, że nie masz paragonu, który potwierdza zakup tego papieru. A zatem jego posiadaczem w tym momencie jestem ja. Według artykułów Kodeksu Cywilnego posiadanie rzeczy oznacza nie tylko władanie nad nią – tu ścisnął mocniej rolki – ale też psychiczne nastawienie do władztwa. Tobie tak jakby brakuje tego pierwszego. Co najwyżej mogę dać ci go pod dzierżawę. Ale nie dam. Więc wypad.

Osiłek wyglądał tak, jakby niewiele z tego zrozumiał. Ale na pewno był wściekły.

– Mogę ci też go po prostu wyrwać, ty…

– Ależ możesz – odezwał się nagle ojciec, który musiał przysłuchiwać się wszystkiemu z boku. – Pragnę tylko wspomnieć, że zgodnie z artykułem dwieście siedemdziesiątym ósmym kodeksu karnego: kto zabiera w celu przywłaszczenia cudzą rzecz ruchomą, podlega karze do pięciu lat pozbawienia wolności. To jak, bierzesz? Nie krępuj się.

Osiłek przez kilka sekund jakby zastanawiał się, czy robią sobie z niego żarty, czy mówią poważnie, aż w końcu wydał z siebie kilka siarczystych przekleństw i odszedł, mijając kilku gapiów.

– Idiota – skomentował Daniel.

– A ty prawnik jak nic – powiedział niewinnie ojciec, pchając dalej wózek z cennym kruszcem. Chłopak przewrócił oczami.

– Czy cokolwiek z tego wszystkiego było zgodne z prawem?

– Nie żartuj sobie. Przecież nie byłeś jeszcze właścicielem tego papieru, nawet proces cywilny by tu nie przeszedł. A zresztą, czy to ma jakieś znaczenie? Ignorantia iuris nocet.

Poszli na dział z resztkami paczek makaronów, mijając rozgorączkowanych ludzi, a Daniel nie wiedział już, czy jest z siebie dumny, czy jednak niekoniecznie. Ojciec od małego uczył go, że trzeba walczyć o swoje, bo słowo może wiele zdziałać, czy to na sali sądowej, czy w realnym życiu. Mimo wszystko chłopak łapał się czasem na tym, że wolałby komuś po prostu przywalić, niż bawić się w słowne sprzeczki. Tego już sędzia nie pochwalał. Zazwyczaj.

Wreszcie stanęli w sporej kolejce do kasy. Tata klął pod nosem, nienawidził czekania, Daniel zresztą też. Podrygując nerwowo nogą, chłopak zaczął rozglądać się dookoła. I wtedy znów zdało mu się, że widzi Eryka za kasą razem z jego bladym, chudym tatą. Chciał mu pomachać, ale ten udał, że go nie widzi. Unikał go? Ale czemu?

Zanim przyjaciel zniknął mu z oczu, Daniel zdążył jeszcze zobaczyć wystające szare rolki papieru toaletowego z wózka.

Czytaj dalej –> Rozdział 3.