Rozdział 13.
13. Ależ tato!
Typowo.
Kornelia pogrążyła się wzorem tych wszystkich wkurzających, młodzieżowych filmów, w których ktoś miał już wyznać prawdę, a jednak skłamał, bo sytuacja dostarczyła mu nowych możliwości. Tyle że to nie był film i niekoniecznie czekało ją szczęśliwe zakończenie.
Po ostatniej wizycie zaczynała rozumieć, że Daniel ją po prostu pociągał. Poważany i lubiany przyszły prawnik, przystojny, mądry, nonszalancki. Ona zaś odnosiła wrażenie, że była tylko „tą ładną”. Co ona mogła sobą reprezentować poza kłamstwem i spoko makijażem?
Tyle że do jej myśli co jakiś czas wkradał się Eryk, o którym jakoś nie potrafiła w ten sposób myśleć przez łączącą ich dziwną więź sprzed lat. On ponoć i tak kręcił z Anastazją, która na odmianę kręciła z jej bratem. Bratem, który może działać na rzecz SI. Żenada. Ale właściwie wszystko przez jej tatę! To przez niego robiła z siebie bohaterkę filmową! Po ostatniej kłótni z Erykiem wiele ciężkich myśli z czasów rozwodu oraz ciągłych kłótni rodziców o pieniądze wróciło ze zdwojoną siłą. Co innego, gdy mama i Wiktor co jakiś czas ponarzekają na ojca, a co innego, gdy zrobi to osoba trzecia. I chociaż Kornelia absolutnie nie chciała wierzyć w słowa chłopaka o tym, że jej tata jest naciągaczem i oszustem, to jednak obawa przez dzisiejszą rozmową była ogromna.
Takie myśli krążyły jej po głowie, gdy wchodziła do bloku, w którym mieszkał jej tata. Mama podwiozła ją niemal pod same drzwi, ale sama nie miała zamiaru zajrzeć do byłego męża, nawet w niedzielę wielkanocną. Jakież to było przykre. Choć z drugiej strony ojciec zaprosił tylko ją. To było chyba jeszcze bardziej przykre.
Droga po schodach na piąte piętro z hełmem pod pachą była niczym kara za grzechy. Przez ostatni miesiąc jej kondycja spadła do zera, przez co dyszała jak po maratonie. Zanim Kornelia zadzwoniła do drzwi, odczekała z dobre pół minuty, aż jej oddech się uspokoi, mięśnie przestaną boleć, a obawa ucichnie. Wreszcie nacisnęła przycisk, poprawiając szybko włosy.
Ojciec otworzył po kilku sekundach.
– Wreszcie jesteś! Tak cię dawno nie widziałem…
Przytulił ją, po czym gestem zaprosił do środka. Kornelia trochę się wyluzowała. Podczas gdy ona była bardziej podana na mamę, Wiktora dało się nazwać kopią taty. Mieli tak samo jasnoniebieskie oczy, gęste brwi i ciemne włosy, które u ojca długością sięgały już daleko za uszy; jedynie krępa sylwetka zamieniła się u niego w rosnący z miesiąca na miesiąc brzuch, a nie mięśnie jak u syna. Teraz ojciec to już w ogóle zgrubiał przez tę kwarantannę.
Kornelia weszła w głąb małego, skromnego mieszkania rodem z PRL-u, dokładnie uprzątniętego, co pewnie było nawykiem po małżeństwie z jej mamą. Ale przede wszystkim śmierdzącego papierosami. Po jednej wizycie wszystko musiało iść do prania.
– Jak zwykle zielona herbata z cytryną, co? – spytał z sympatycznym uśmiechem tata.
– Jasne – przytaknęła. Czego ona się obawiała? To tylko jej tata!
Następne dziesięć minut rozmawiali w kuchni najpierw o SIdemii i zdalnych nabożeństwach wielkanocnych, a później, gdy usiedli na staromodnych sofach w salonie, o jej szkole, ocenach, nauczaniu zdalnym i tego typu nudnych sprawach. Tata bardzo się nią interesował i uważnie jej słuchał, zresztą jak zawsze. Podał jej nawet sernik z czekoladową polewą, którego ponoć sam upiekł, w co jakoś nie chciało jej się wierzyć.
Stres opadł, a ona jak zwykle zadała sobie w duchu pytanie: gdzie ta agresja? Czy tylko dla niej był zawsze tak dobry i spokojny? Wiedziała, że robił w domu awantury, że bywał kłamliwy i okropny; temu nie mogła zaprzeczyć. Ale nikt nie jest idealny. A on za każdym jednym razem, gdy jakoś na tym ucierpiała, przepraszał, rozmawiał jak umiał o problemach, wysłuchiwał ją, nierzadko przy jakimś dobrym obiedzie w restauracji lub KFC. Wiktor natomiast w ramach odpowiedzi na jego starania potrafił tak mu napyskować, że Kornelia nieraz bała się, że skoczą sobie do gardeł. Bywało blisko. Nie podobało jej się to faworyzowanie siebie i swego rodzaju przekupstwo, jednak… Nie potrafiła go nienawidzić. Czas wyrzutów za to, co zrobił, już minął. Chciała po prostu, by było jak kiedyś. Gdy razem z nim, mamą i Wiktorem jeździli do wesołego miasteczka, chodzili po górach czy na plac zabaw i nikt nie martwił się remontem domu, przepłacaniem za kwiaty czy innymi sprawami, na które Kornelia była za młoda, by je zrozumieć, a teraz wolała ich nie rozpamiętywać.
Tymczasem nagłe pytanie ojca zupełnie wytrąciło ją z rytmu przyjemnej rozmowy.
– I jak tam postępy z przewodniczącym sądu, kochanie?
Tata patrzył na nią z przyjaznym uśmiechem, ale jego przeszywający, nieco natarczywy wzrok sprawił, że poczuła się nieswojo.
– Właśnie chciałam o tym z tobą pogadać – zaczęła nieśmiało. – Bo to jednak nie jest takie proste. Tato, jest SIdemia, przecież ta twoja rozprawa może już się nigdy nie odbyć.
– Już o tym rozmawialiśmy – odparł, wzdychając lekko. – To się ciągnie w nieskończoność. Postępowanie trwa już właściwie od początku stycznia, kość w ręce zdążyła mi się już zrosnąć, a ja dalej użeram się z ubezpieczycielem, który śmie twierdzić, że wypadek był z mojej winy. Nawet pierwsza rozprawa w sądzie niewiele wniosła. Ten dureń z forda próbuje ugrać trochę pieniędzy i robi z siebie ofiarę. Niech to szlag, Kornelio, należy mi się co najmniej dziesięć tysięcy złotych! Jeśli mam żyć w niepewności następne pół roku albo dłużej przez SIdemię, to chociaż ze świadomością, że jest na co czekać. Dzięki tobie mam szansę czegoś się dowiedzieć, bo inaczej chyba zwariuję.
– Dobra, rozumiem, tato, ale to nie takie proste…
– Co może być trudnego w podpytaniu o sprawę ojca-przewodniczącego w ramach znajomości? Albo tego Daniela? Minęło już chyba sporo czasu, odkąd go poznałaś.
– Nie znasz ich, a zwłaszcza tego pana. Boje się, że się facet wścieknie, że pytam go o takie poufne rzeczy.
– Kornelio, na Boga, przecież nie proszę cię o kradzież akt czy błaganie go o to, by odpowiednio pokierował sprawą! Chcę tylko wiedzieć w tych chorych czasach, na czym stoję. Liczę na twój spryt i umiejętne pokierowanie rozmową. Może akurat coś ugrasz. Poza tym pamiętaj, że sama zasugerowałaś, że możesz się czegoś od nich dowiedzieć.
– Skojarzyłam tylko nazwisko Daniela z samorządu, gdy powiedziałeś, kto prowadzi rozprawy. – Kornelia zaczynała się denerwować, choć jednocześnie czuła się winna. – Poza tym myślałam, że to będzie prostsze. Właściwie to nie wiem, co sobie myślałam. Źle się za to wszystko zabrałam. Nie chcę już i tyle.
– Chyba zapomniałaś o kursie rysunkowym, który ci obiecałem. Kochanie, nie będę w stanie ci go opłacać, jeśli nie zdobędę tych pieniędzy.
I tu leżał pies pogrzebany.
Mama sceptycznie podchodziła do jej dodatkowego zainteresowania, twierdząc, że miałaby już za dużo na głowie. Twierdziła, że to tylko jej chwilowa zachcianka i lepiej, by poćwiczyła przez jakiś czas sama i upewniła się, że na pewno podoba jej się to na tyle, by opłacać roczne warsztaty rysunkowe. No tak, ważniejszy był przyszłościowy biol-chem i kwiaciarnia. Tata natomiast, gdy tylko usłyszał o jej wymarzonym kursie, od razu oznajmił jej, że chętnie jej go opłaci, bo chce, by się rozwijała. A potem był wypadek. A potem SIdemia. Temat ucichł, ale Kornelia cały czas żywiła nadzieję, że spełni swoje marzenie. Tata chciał pomóc jej, zatem i ona pomagała jemu. Naprawdę chciała się wypróbować.
Teraz wszystkiego jej się odechciało. Czuła się wykorzystana.
– I tak jest SIdemia. Mam już gdzieś te rysunki. Może wcale się do nich nie nadaję.
– SIdemia to nie koniec świata, Kornelio. – W jego oczach pojawił się błysk. – Będziemy musieli nauczyć się z nią żyć. A kurs zawsze możesz mieć online. I tak, nadajesz się do tego, sam widziałem! Szkoda marnować taki talent.
– Skoro masz takie problemy z kasą, to wielkie dzięki, ale nie. I tak wszystko pójdzie na naprawę auta. Serio, tato, darujmy to sobie.
– Skarbie, wszystko mam przemyślane – odparł z zadowoleniem ojciec. – Jak dostanę pieniądze, podreperuję auto na tyle, żeby sprzedać je w dobrej cenie. A teraz właśnie załatwiam sobie odkupienie firmowego samochodu właściwie za grosze. Na moje oko zostanie mi dobre kilka tysięcy złotych, odłożone prosto na konto oszczędnościowe. Dla nas. Dla ciebie.
Takiej wersji Kornelia jeszcze nie słyszała. Brzmiało to co najmniej nieuczciwie.
– Aha. Nie ma opcji, ja się wycofuję. Nie chcę żadnego głupiego kursu – powiedziała ze złością. Było jej naprawdę przykro. Czuła, że do niczego się nie nadaje. – I nie mam zamiaru rozmawiać z ojcem Daniela, rozumiesz? Ważne przecież, że masz czym jeździć.
– Oj, Kornelio. – Ojciec cmoknął z niezadowoleniem i poprawił się wygodnie na sofie. – Nadal nie rozumiesz? Ja po prostu chcę tych pieniędzy. A teraz powiedz: to Eryk tak ci nagadał o nieuczciwym ojcu-naciągaczu, czyż nie? Czy jednak to Wiktor dalej ma na ciebie taki wpływ? A może raczej kręcisz coś z tym synem sędziego i głupio ci wyciągać informacje od jego ojca? Albo i wszystko naraz. No, przyznaj się.
Kornelia patrzyła w rozszerzone źrenice ojca, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
– Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?
– Skarbie, raczej nie trudno się domyślić… To jak w końcu z tym jest?
– Co się z tobą dzieje, tato? Nie chcę tego robić. Nie możesz mnie do tego zmuszać.
– Ale auto za coś muszę naprawić, czy to teraz, czy za kilka miesięcy. Bardzo mi przykro, ale nie pozostawiasz mi wyboru.
– Co? O co ci chodzi?
– Im szybciej upomnę się o pieniądze za moją część mieszkania, tym szybciej je dostanę. Nie chciałem tego robić, ale niestety, zmuszasz mnie do podjęcia radykalnych działań.
– Nie wierzę! – Kornelia czuła, że trzęsą jej się ręce, dokładnie jak mamie. – Przecież zanim teraz cokolwiek załatwisz, minie z rok. Zresztą chyba ustaliliście coś z mamą przy rozwodzie.
– To bardzo skomplikowane sprawy prawne, Kornelio. Poza tym wystarczy tylko rzeczoznawca, który wyceni, ile dokładnie mi się należy. Reszta to kwestia dogadania się.
– Mama nigdy się z tobą nie dogada – wycedziła dziewczyna, choć odniosła wrażenie, że wyszło to wręcz śmiesznie. Chciała być twarda, ale nie umiała; łzy już napływały jej do oczu. – Jak możesz tak niszczyć jej życie? Nie rozumiesz, że ona też nie ma pieniędzy?
– Poradzi sobie. Zapewniała mnie, że kwiaciarnia daje odpowiedni zysk, więc na pewno znajdzie dla mnie pieniądze. Uwierz, że nie chcę się w to bawić ani sprawiać ci przykrości. I nie będę, jeśli upewnię się, że mam szansę na odszkodowanie…
– A co, jeśli nie masz szans? I tak będziesz chciał od nas tych pieniędzy!
– Zawsze istnieje pięćdziesiąt procent szansy. Poza tym dzięki tobie może przewodniczący sądu zrozumie, że jestem w trudnej sytuacji…
Kornelia oddychała ciężko, starając się nie rozpłakać. Od początku proces z odszkodowaniem sprawiał, że się denerwował (a przy tym ona), ale coś takiego? Chore!
– Kochanie, spokojnie, jakoś dojdziemy do porozumienia – dodał tata. – Duszno tu, co nie? Otworzę okno. Chodź, przewietrzysz się trochę.
Wstał i otworzył na oścież okno tuż za nimi. Okno bez obowiązkowej siatki. I wtedy do dziewczyny coś dotarło. Wystrzeliła jak z procy, w trzy sekundy znajdując się w toalecie i zamykając na klucz. Siadła na sedes, żeby się uspokoić. Po chwili ojciec zapukał do drzwi.
– Co się stało? Źle się czujesz? Otwórz drzwi.
– Jesteś zarażony! – odkrzyknęła Kornelia łamiącym się głosem. – Przez SI ci odbija!
Nastała chwila pełnej napięcia ciszy.
– Tym bardziej powinnaś otworzyć – usłyszała w końcu spokojny głos ojca.
Czyli to prawda! Dziewczynie zaczęło się robić niedobrze ze stresu. I co teraz? Wiktor. Musiał po nią przyjechać. Drżącymi rękami napisała do niego SMS-a, ciesząc się, że przynajmniej miała telefon w kieszeni. Usłyszała dźwięk odpalanego papierosa w akompaniamencie niepokojącego pukania do drzwi.
– Zamknąłem okno. Możesz wyjść. Przecież nie mogę cię tutaj zarazić.
– SI już ci podpowie, co ze mną zrobić.
Wciąż to pukanie.
– Na Boga, Kornelio, przecież nie wytargam cię siłą na zewnątrz. Przepraszam, że w ogóle otworzyłem to okno. Nie pomyślałem, że aż tak się wystraszysz. Chciałem ci pomóc.
– Ciekawe jak!
– Wyjdź. Porozmawiajmy. – Po chwili ciszy dodał: – Tobie krzywdy nie zrobię.
Dlaczego tak podkreślił ten zaimek?
Zrobiła kilka mocniejszych wdechów, po czym otworzyła drzwi i wyszła. Ojciec opuścił rękę. Stał obok w obłokach dymu i uśmiechał się przepraszająco jak gdyby nigdy nic. Ile takich uśmiechów słał do niej po kłótniach z mamą?
– Otworzyłbym okno… – zastukał palcem w papierosa – …ale cóż.
– Jak się zaraziłeś? – spytała cicho Kornelia, marszcząc nos.
– Pomógł mi w tym pewien znajomy z bloku. Na początku tego nie chciałem, ale teraz widzę, że wyszedłem z tym na dobre. Nie martw się, SI nie przejęła zupełnie mojego umysłu, tylko częściowo. Co nie oznacza, że nie korzystam z jej usług… Jest genialna, Kornelio, uwierz mi.
– Czyli co, pomaga ci stawać się jeszcze większym egoistą w zamian za zarażenie sąsiadów?
– SI otwiera mi oczy na wiele spraw. Nie zrozumiesz tego, póki nie wpuścisz jej do siebie… – Widząc jej wściekłą minę, dodał: – Nie zarażę cię, jeśli tak bardzo nie chcesz. Przynajmniej nie osobiście.
– Że co? – spytała tylko, powoli przesuwając się w stronę drzwi.
– Wierzę, że dowiesz się dla mnie co nieco na temat mojego odszkodowania. I że nie dasz się nikomu zwodzić. To naprawdę niewielka prośba, skarbie.
– Zaraz, zaraz. Czy ty mi właśnie grozisz, że zarazisz Wiktora albo mamę?
– Jeśli sytuacja mnie do tego zmusi… Już chcesz iść? Ledwo przyszłaś.
– Powiem im o wszystkim, a potem zadzwonię po sanepid – warknęła Kornelia, przecierając szybko łzę i zakładając w pośpiechu buty.
– Dalej nie rozumiesz? – Ojciec zaciągnął się mocno, robiąc przy tym przygnębioną minę, jakby naprawdę było mu przykro. – Jak nie ja, to zrobi to ktoś inny. SI jest wszędzie i wie wszystko. Nawet nie będziesz miała pojęcia, kiedy to się stanie i czy już się nie stało. Tak musi być.
– Gadasz jak obłąkany! – zawołała Kornelia, porywając kurtkę i hełm i wychodząc na klatkę schodową. – Odbiło ci całkowicie!
– Masz tydzień, Kornelio – rzucił na odchodne ojciec. – Czekam na telefon.
Dziewczyna nawet już się nie odwróciła. Zaczęła zbiegać ze schodów tak szybko, że ledwo wyrabiała na zakrętach. Dopiero na samym dole przystanęła i odważyła się zerknąć w tył. Odetchnęła z ulgą – nie gonił jej. Mimo wszystko założyła szczelnie hełm na głowę i starając się wewnętrznie ogarnąć, czekała na przyjazd brata. Wciąż miała w głowie ten jego nienaturalny spokój i udawaną troskę. Na ile to był on, a na ile SI?
Wiktor najwyraźniej na serio wziął jej prośbę o pośpiech, bo chwilę później już podjeżdżał z piskiem opon pod sam blok. Wparowała do auta i zatrzasnęła za sobą drzwi. Wiktor (oczywiście bez hełmu) spojrzał na nią bacznym wzrokiem, marszcząc brwi.
– Co ten chuj ci zrobił? – spytał bez ogródek.
Kornelia chciała mu w tym momencie wyśpiewać wszystko, tak jak to sobie planowała jeszcze minutę temu, nie zważając na przestrogę ojca. Ale nagle coś zrozumiała: było bardzo prawdopodobne, że Wiktor ma w sobie SI, mimo że nie odwalał podobnych akcji. Mógł być w zmowie z ojcem, chociaż udawał, że go nienawidzi. Bo skąd ten wiedziałby o jej rozmowie z Erykiem? Nie wydawało się, żeby zgadywał. Może Wiktor nawet o tym nie wiedział? Może robił to nieświadomie?
Nie mógł się dowiedzieć. Mama też nie. Kornelia była zdana na siebie. Przynajmniej jeśli chciała ich ochronić. Choćby samą mamę.
– Nic, zaczynał już mnie męczyć. Potrzebowałam szybkiego ratunku – odparła.
– I przez to masz łzy w oczach?
– Musiałam jakoś udać przed nim, że nie jestem w nastroju, co nie? Jedź, bo robisz korek.
– Kłamiesz. Coś ci zrobił. – Wiktor nie dawał za wygraną, nie zważając na trąbiące auta.
– Jezu, daruj sobie! – przewróciła oczami. – Tylko czekasz, aż powiem, że coś jest nie tak, bylebyś mógł na niego za coś nadawać. Jedźże, a nie, do cholery! Mogłam iść na nogach.
– Ale z ciebie jest idiotka – warknął, po czym ruszył gwałtownie.
Kornelia zacisnęła szczękę tak mocno, że aż rozbolały ją zęby. Ale nie odezwała się. On też nie. Patrząc w okno i słuchając smutnej muzyki z radia, dopiero czuła się jak w filmie. Tyle że już nie młodzieżowym.