Rozdział 12.

12. Gestapo

Wedle badań SI działa na dwa sposoby – szybko lub powoli, w zależności od celu i taktyki.

  1. Szybkie działanie jest widoczne i odczuwalne. Wszystkie dolegliwości efekty wystąpienia ciała obcego w mózgu, które znalazło się tam nagle i niespodziewanie. Z biegiem czasu SI coraz lepiej panuje nad owymi efektami ubocznymi. Ten sposób działania SI wykorzystuje najczęściej na pojedynczych ofiarach, bez świadków, lub gdy większość z okolicy jest już zarażona.
  2. Częściej występuje działanie powolne. SI przyzwyczaja organizm do swojej obecności, wchodząc do mózgu powoli i wysyłając przy okazji odpowiednie sygnały zarówno do układu odpornościowego, jak i nerwowego. Może to trwać kilka dni lub więcej, jednak neutralizuje to większość chorobowych efektów ubocznych i pozostawia człowieka w niewiedzy.

Pojawia się zatem pytanie, w jaki sposób SI może manipulować mózgiem ofiary. I znów można wytyczyć dwa sposoby – ukryty i domyślny.

  1. Sposób ukryty jest o tyle groźniejszy, że nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, iż do naszych umysłów wkradają się obce myśli. Mamy je za własne, zdają się nam więc naturalne. Namawianie bliskich czy sąsiadów do zdjęcia hełmów i wyjścia na zewnątrz jest wówczas czymś niewinnym i oczywistym. SI poznaje człowieka, wykorzystując jego sytuację życiową.
  2. Sposób domyślny zazwyczaj wiąże się ze sposobem szybkim. Relacje tysięcy zarażonych wskazują, że mało kto słyszał głos SI. Pojawia się on zawsze w formie myśli, jednak w tym przypadku zarażony wie, że owe myśli nie są jego. Może się im przeciwstawiać lub też się im poddać. Najcenniejsi dla SI są ci, którzy dadzą jej pozwolenie na kierowanie swoim umysłem, czy to dobrowolnie, czy też przez jej podstęp. Wtedy i tylko wtedy może ona przemawiać ich głosem, tak jak to miało miejsce podczas wywiadów na całym świecie.

Eryk odłożył w końcu telefon. Była dwunasta, a on od dwóch godzin leżał w łóżku, nie mogąc się ruszyć. Nic mu się nie chciało. Po co w ogóle żyć w takich gównianych czasach, gdy nie można mieć pewności, czy własne myśli nie są czasem podszeptami podstępnej SI?

W końcu wyczołgał się z łóżka, starają się nie myśleć o nieprzyjemnym bólu głowy po nocy pełnej koszmarów związanych z mamą. Nie miał apetytu ani do jedzenia, ani do życia.

Był Wielki Piątek, a on obiecał pomóc ojcu z postnym (jak co dzień) posiłkiem w postaci marynowanych śledzi w śmietanie z ziemniakami i marchewką. W normalne święta przyjechałaby pewnie ciotka z wujkiem, ale SIdemia łatwo przekreśliła wszelkie spotkania rodzinne, co bardzo mu odpowiadało. Jedynie Justyny mu trochę brakowało. Ale nie jakoś bardzo. Wolał być sam.

Zwłaszcza teraz, gdy niepotrzebnie nagadał Kornelii i doprowadził ją do cholernego beku, co na dodatek skończyło się tym, że przez swojego chorego ojca-naciągacza bezczelnie nakłamała Danielowi i zaraz pewnie będą razem. Z Anastazją tkwił w beznadziejnej i niezręcznej kłótni, a Wiktor, psychol, zagrażał bez tego hełmu zarówno jej, jak i Kornelii, czyli pośrednio i jemu. Do tego wszystkiego jego potajemna nielegalna fucha była teraz w rękach obrażonej Anastazji. Tak, był hakerem, od roku zbierał kasę za pracę dla szefa, czyli włamywanie się do cudzych komputerów, łamanie haseł i mnóstwo innych zleceń. I co z tego? To była jego sprawa. Coś, co sprawiało mu satysfakcję i stawiało nowe wyzwania, w przeciwieństwie do nudnej infy. Nawet Danielowi tego nie mówił, bo jeszcze by mu strzeliło coś do tej prawniczej pały. Zatem wszystko zależało od Nastki. Nastki, która umawiała się z jego patologicznym wrogiem, który pewnie chciał ją jedynie wykorzystać.

Dlaczego wszyscy musieli być tacy naiwni i głupi?

Eryk mógłby się o wiele bardziej w to wszystko zaangażować, ale miał to głęboko w dupie. Przede wszystkim dlatego, że zaczął podejrzewać, że może mieć w sobie SI. Wówczas i tak już długo nie spotkałby się z żadnym z nich. Tylko z Danielem jeszcze miał ochotę pisać. Swoją drogą musiał pomyśleć o prezencie dla niego, bo za tydzień miał urodziny.

Tymczasem nakładał ziemniaki na talerze, starając się być jak najmilszym dla taty, który dwa dni wcześniej nareszcie dostał się na serię badań. Na wyniki mieli czekać około tydzień.

Spróbował ziemniaków i zamarł.

– Co znowu? Niedobre? – spytał nerwowo tata, dopiero siadając do stołu. Ubrany w koszulę, ogolony i całkiem wyspany, wyglądał naprawdę dobrze. Ale Eryk wiedział swoje.

– One nie mają smaku – odparł, krzywiąc się. Ojciec zaraz ich spróbował.

– Jak zwykle coś musi być nie tak. Nie posoliłem ich. No trudno, Eryk, przeżyjesz.

– Chodziło mi raczej o ten brak smaku – mruknął chłopak. Spróbował śledzia i uznał, że jednak czuje smak doskonale. Odetchnął cicho z ulgą. – Śledzie wyszły ci świetne.

– Wyślij zdjęcie Justynie – odparł tata, powstrzymując kaszel i uśmiechając się smutno. – Niech wie, że traci własnoręcznie przygotowane przez starego śledzie.

– Mówiła, że jak tylko otworzą granice, to przyleci.

– Wiem, rozmawiałem z nią. – Ojciec spochmurniał . Przestał jeść. – Nie rozumiem tylko, po co jej naopowiadałeś, jak to się źle czuje i jaki to nie jestem przemęczony. Eryk, nudzi już mnie ten temat. Ileż można? Nie rozumiesz, że najtrudniejsze czasy mam już za sobą i że nie mam zamiaru do tego wrócić?

– Czy to dziwne, że się, do cholery, o ciebie martwię?

– Ale po co w to mieszać Justynę?

– Bo to moja siostra a twoja córka! Gdyby coś ci się stało, a mnie by nie było, to co wtedy? Nikt inny by nie wiedział?

– Mówisz tak, jakbym miał jutro umrzeć. Nie będziemy rozmawiać o czymś takim przy obiedzie, Eryk. Temat skończony. A ziemniaki możesz wywalić, skoro tak się masz przy nich krzywić. Dłubiesz przy tym, jakby cię naciągało.

Eryk powstrzymał się od złośliwego komentarza tylko dlatego, że nie chciał pokłócić się z kolejną osobą, chyba mu zresztą najbliższą. Zamiast tego gdy na siłę wcisnął w siebie większość obiadu, wstał i bez słowa zaczął zmywać naczynia, klnąc przy tym w duchu.

Po chwili poczuł rękę ojca na ramieniu. Odwrócił się.

– Bez ciebie i Justyny nie miałbym po co żyć – powiedział tata, a on cały się spiął. – Nie wiem, co bym zrobił, gdyby cię tutaj nie było. I rozumiem, że po tym, co przeszliśmy, możesz się bać o moje zdrowie. Nie myśl sobie, że ja nie boję się o twoje. Ale nie możemy żyć tematem chorób, bo się wykończymy! A co do SI, to póki nosimy hełmy, to nic się nam nie stanie…

– Wiem, ale Wiktor hełmu nie nosi – przerwał mu Eryk. – Na pewno już się zaraził. I zaraz może zarazić nas. Wiesz, jaki on jest.

Ojciec zamilkł na chwilę, wytrącony z równowagi.

– Że mu jego matka na to pozwala – mruknął w końcu. – Jak go tylko zobaczę bez hełmu, to mu coś powiem. Albo Joannie. A jak nie, to zadzwonię po sanepid.

– Musiałbyś chyba czatować pod ich bramą, bo od nas nic nie widać.

– Coś wymyślę. Jadę teraz do sklepu po kilka rzeczy. Możesz za ten czas…

– Jadę z tobą – oznajmił od razu Eryk. – Bo cię jeszcze jakiś gestapowiec złapie.

Ojciec uniósł brwi, ale nie skomentował tego. Chłopak zaś nigdy nie sądził, że wypowie tego typu zdanie bez krzty ironii.

SI nie żartowała, mówiąc o konsekwencjach. Od dwóch dni na ulicach wielu państw w Europie panował, mówiąc dosadnie, terror. Inteligencja wykorzystała silnych i zapewne chętnych do współpracy ludzi do krążenia po miastach, w ukryciu lub wręcz odwrotnie, w celu zdejmowania losowym ludziom hełmów z głowy, a przynajmniej odchylania ich na tyle, by cząstka SI była w stanie przedostać się do jakiegoś otworu. Służby dopiero potwierdzały, że to zorganizowane działanie, ale wszystko na to wskazywało. W Internecie przyjęło się już słowo „gestapowcy”. Zazwyczaj nie mieli oni hełmów, a jeśli już, to celowo uszkodzone, tak by namnożone cząsteczki wirusów, o ile gestapowiec je ma, w każdej chwili mogły zaatakować ofiarę. Na razie nie wiązało się to z większą agresją, ale była to tylko kwestia czasu.

Nawet jeśli ktoś nadal nie wierzył w SI, sytuacja stała się na tyle niebezpieczna, że nie można już było pozostać biernym. Eryk czuł, że gdy tylko wprowadzą stan wyjątkowy, wojsko wyjdzie na ulice i rozpęta się prawdziwe piekło. ONZ już wydawało oświadczenia. WHO powoli rozkładało ręce. Stworzony lek, który miał osłabiać SI (pierwsze tysiąc próbek już trafiło do Polski) może i rozwiązywał sprawę, ale tylko tymczasowo.

Świat się kończył. Pozostawało tylko jedno pytanie: czy lepiej rzucić wszystko i walczyć z SI do ostatniej chwili, czy też starać się żyć normalnym życiem w środku tego absurdu. Eryk nie miał normalnego życia, dlatego znacznie łatwiej było mu skłonić się ku pierwszej opcji. Właśnie dlatego ostatnie dnie spędzał, ślęcząc nad wiadomościami i spiskami, czytając o porwaniach, o szaleństwie czy samobójstwach. I nie mógł zrozumieć, jak z taką wiedzą można było żyć spokojnie. Chciał wywrzeszczeć w twarz tym wszystkim ignorantom, którzy nadal śmieją się z całej sytuacji, że przecież świat zdominowała cholerna Sztuczna Inteligencja, że zabija tych słabych, że przejmuje umysły, że Chiny i Ameryka są o włos od rozpoczęcia zbrojnego ataku. Nie można nawet spokojnie wyjść do sklepu, bo ktoś jeszcze wyrwie ci hełm z głowy i da opętać twój umysł przez genialnego pasożyta. A taka Kornelia nadal próbuje popisać się przed dwulicowym ojcem i wyciągnąć od samego przewodniczącego sądu okręgowego informacje, okłamując przy tym Daniela. To jest chore!

Jadąc w paskudnym humorze z tatą oplem corsą, oznajmił gorzko:

– Prawda jest taka, że tym, którzy mają objawy SI, jest łatwiej, bo przynajmniej wiedzą, na czym stoją. A to ta zasrana niepewność jest najgorsza. Gdy nie wiesz, czy stanowisz zagrożenie dla innych, czy nie. Najchętniej poszedłbym zrobić sobie test, tato.

– Nie tylko ty tak myślisz – odparł ojciec. – Tyle że lekarze nie chcą dopuszczać wszystkich do testów, bo mają ich za mało i nie wyrobiliby się przy okazji z tymi tomografiami.

– W Chinach jakoś robią trzy razy więcej testów niż u nas – mruknął Eryk.

– Tam to aktualnie sporo ludzi zaczęło łazić bez hełmów, dokładnie jak SI kazała. Dlatego lepiej się cieszmy, że u nas większość woli jednak mieć trzeźwe umysły. Przynajmniej w teorii.

Ojciec oblizał nerwowo wargi, a Eryk odwrócił głowę w stronę szyby.

W końcu dojechali do przydrożnego sklepiku. Liczba osób w sklepie była ograniczona przez wzgląd na bezpieczeństwo w pomieszczeniu przejściowym, dlatego Eryk uznał, że po prostu poczeka na zewnątrz. Gdy tak stał, opierając się o ścianę sklepu i spoglądając w burzowe chmury, usłyszał głosy dochodzące gdzież z tyłu. Nic by go to nie obchodziło, gdyby nie doszło do niego jedno słowo: „gestapo”. Marszcząc brwi, przeszedł powoli wzdłuż bocznej ściany sklepu, starając się nie stanąć na potłuczone szkło i liczne butelki po piwie. Rozmowę słyszał coraz wyraźniej.

– … ale nie możesz się odkrywać, młody. Dlatego kilka hełmów na dzień.

– No to jest chyba jasne, nie.

– Resztę podpowie ci ona. Jak się tylko skubana zaaklimatyzuje. Jest genialna.

– No raczej, nie.

Eryk kojarzył głos pierwszego. Ale musiał się upewnić. Wyjrzał lekko za ścianę. Zdążył uchwycić jedynie jakiegoś mężczyznę od tyłu, gdy nagle zadzwonił mu telefon, serwując na forum głośny refren z My name is Eminema. Nie czekając ani chwili, rzucił się sprintem na przód sklepu, a potem wparował do pomieszczenia przejściowego, klnąc głośno i starając się nie zwracać uwagi na prychającą na niego starszą panią. Obserwował zza szyby plac przed sklepem, ale nikt się nie pojawił. Czy go widzieli? Czy ten za facetem to był Wiktor, którego głos słyszał? Czując się jak idiota przez tę ucieczkę, Eryk wyszedł z powrotem przed sklep, ale zanim zdążył się rozejrzeć, dołączył do niego tata. I tyle było z podchodów.

W drodze powrotnej opowiedział mu o tym, klnąc na Justynę, która akurat do niego dzwoniła. Tata jednak pokręcił nosem, nie wierząc, że to faktycznie mógł być Wiktor.

– Jesteś trochę przewrażliwiony, synu – uznał. – Choć to oczywiście niepokojące.

Eryk wściekł się jeszcze bardziej. No jasne, Wiktor może robić, co chce i jakoś zawsze uchodzi mu to na sucho. A tata zaczyna uważać go za paranoika!

Jakże się zatem zdziwił, gdy niedługo po powrocie wyjrzał przez okno w kuchni i zobaczył ojca z wielkimi nożycami w rękach, obcinającego chaszcze przy płocie. No tak, było kwestią czasu, zanim pani Joanna Adamczyk, królowa wśród ogrodniczek, wyjdzie sprawdzić, co się dzieje u sąsiada.

Eryk z zadowoleniem założył hełm i dołączył do ojca, pomagając mu zbierać obcięte gałązki do przygotowanego wcześniej wielkiego wora. Zza płotu powoli zaczęły się wyłaniać piękne kwiaty i krzewy. Oraz, tak jak przypuszczał, sama ich sprawczyni, która chwyciła się za hełm, widząc, co się dzieje.

– Piotrze, to chyba cud wielkanocny – zawołała pani Joanna.

Nawiązała się dość miła rozmowa, pierwsza od dłuższego czasu, i Eryk był pewien, że ojciec nie poruszy tematu Wiktora. Nim jednak zaczął się tym przejmować, z domu wyszła Kornelia w gustownym, wiosennym płaszczyku i bez makijażu, który, zdaniem chłopaka, nie był jej wcale potrzebny. Eryk od razu się spiął, wspominając ich ostatnią rozmowę. Pani Joanna też spojrzała krzywo w jego stronę, zwłaszcza gdy dziewczyna wzięła go na stronę. „Strona” oznaczała miejsce pięć metrów dalej, przy najbliższym wylocie w płocie.

– Dzięki, że nie powiedziałeś Danielowi – powiedziała półgłosem.

– Wiesz, że to okropne i w końcu go oświecę – mruknął, mrużąc oczy.

– Spotykam się w niedzielę z ojcem – odparła, spuszczając wzrok. – Wygarnę mu, co o tym myślę, zwłaszcza w tych czasach. A Danielowi powiem prawdę, obiecuję ci.

– Ta, jasne. Gdzie masz brata? Czeka na odpowiedni moment, żeby mi wpierdolić?

– Przestań – warknęła. – Nienawidzę go za to, jak cię traktuje, wiesz o tym.

– A ty powinnaś wiedzieć, że jak nie będzie nosić hełmu, to go zgłoszę. – Po chwili zastanowienia dodał: – Poza tym on chyba jest gestapowcem.

– No bez przesady!

– To się źle skończy, Kora, ja to wiem. Nie chcę, żeby… żeby cię debil zaraził.

Dziewczyna już miała coś powiedzieć, gdy oboje usłyszeli podniesione głosy rodziców.

– Co, mam go zmuszać do zakładania hełmu? – burzyła się pani Joanna, tak że aż jej trójkątne okulary zaczęły parować. – Przy mnie zawsze go nosi. Nie jestem w stanie skontrolować go poza domem, co ty! A może mam nasłać sanepid na własnego syna?

– On zagraża mnie i Erykowi. Jeśli będzie trzeba, to ja cię w tym wyręczę.

– No przepraszam, ale twój hełm też pozostawia wiele do życzenia. Może to ja cię zgłoszę, co, Piotrek? Co ty na to?

– Ależ proszę bardzo. Powiem sanepidowi, żeby przy okazji sprawdzili też dom obok.

– Czy tobie nie chodzi czasem o dawne zatargi Eryka z Wiktorem? Co, może to twój syn kazał ci mnie upomnieć?

– Mamo! – zawołała zdenerwowana Kornelia. – Dobrze wiesz, jaki jest Wiktor.

– A ty chyba wiesz najlepiej, jaki jest Eryk! Może nie płakałaś przez niego ostatnio?

Ojciec spojrzał surowo na Eryka, który zamknął na chwilę oczy, by się uspokoić. W tym samym momencie usłyszał odgłos podjeżdżającego auta. To był Wiktor. Wjechał przez otwartą bramę na plac. Czemu Eryk nie sprawdził, czy na parkingu nie stał jego samochód? Teraz zaś Wiktor tuż przed wyjściem z auta zdjął hełm, chyba ich nie zauważając. Oho!

– Mówię ci, dołączył do zgrai tych gestapoświrów, uważaj – szepnął do Kornelii, a potem dodał dobitnie na forum: – Chodź, tato, bo jeszcze się od niego zarazimy.

– Spokojnie – oznajmił zbliżający się do nich Wiktor, który musiał usłyszeć jego słowa. – Ponoć SI nie przepada za biedakami. A nawet jeśli, to alkohol ją spowalnia.

– Wiktor! – zawołała wściekle pani Joanna, ale Eryk nie wytrzymał.

– A jak tam w grupie gestapo, co? Czujesz się wreszcie dowartościowany po stracie ojca?

Wiktor zrobił się czerwony, ale matka nie dała mu dojść do słowa. Podobnie tata Eryka.

– Eryk, do cholery jasnej! – Ojciec szarpnął go mocno za ramię, prowadząc w stronę domu. – Nie zniżaj się do poziomu tego dzieciaka. – Chłopak myślał, że już nic nie powie, ale jednak się mylił. – Jeszcze raz zobaczę cię bez hełmu, to zadzwonię do sanepidu, zasrańcu.

Obdarzył panią Joannę ostentacyjnym spojrzeniem i ruszył do domu, ciągnąc za sobą Eryka. Chłopak zdążył zanotować zrozpaczony wzrok Kornelii i wściekłość na twarzy Wiktora.

Czytaj dalej –> Rozdział 13.