
Pamiętnik zza grobu cz. 5
Póki śmierć nas nie rozłączy… Czyli? Co to właściwie oznacza w naszym trupim przypadku?
Zacznę od tego, że jest tu na cmentarzu taka parka. Najpierw umarł on, a po roku ona. Czekał na nią. Wyglądają jak… cóż, sami możecie się domyśleć, jak mogą prezentować się dziesięcioletnie trupy, które umarły w wieku lat dziewięćdziesięciu. Czasem patrzę na nich, gdy już wylezę na powierzchnię. Ciągle trzymają się za ręce, a gdy któreś szarpnie za mocno i kość wypadnie drugiemu z barku, z czułością przytwierdza mu ją z powrotem. Dla nich to nieżycie tutaj jest tylko przedłużeniem przysięgi małżeńskiej za życia. Nie należę do grona romantyków, ale tych dwoje uważam za szczególnie uroczych.
Może też być inaczej. Niedaleko mojej grobowej rezydencji spoczywa taka ładniutka Weronika, około czterdziestki, rozmawiałam z nią kilka razy. Zwierzała mi się, że jest, a raczej była mężatką i że zaleca się do niej całkiem świeży, przystojny trup Eustachy. No i Wera nie wie, czy odpowiadając na flirty, zdradzi swojego męża, czy też nie. Pytam jej więc, czy nadal go kocha, a ta do mnie, że chyba tak, choć łapie się na tym, że zapomina, jak wyglądał. I że sama pewnie zdąży umrzeć po raz drugi, zanim małżonek kopnie w kalendarz, bo facet był zdrów jak ryba. To jak to tak, ma czekać i się nie doczekać? Śmierć ich chyba rozłączyła, no nie?
I dalej ciągnie, chociaż już mi się nie chce jej słuchać, że przecież to nie tak, że pójdzie z Eustachym do trumny, bo z dość oczywistych względów by się to nie udało. Ale parę słodkich słówek, może niewinny pocałunek śmierci… No i co ja na to. A ja, że sama sobie odpowiedziała na pytanie, a jeśli oczekuje ode mnie przyzwolenia na pośmiertną zdradę, to jej nie dostanie. To się wkurzyła i sobie poszła, a ja się wkurzyłam jeszcze bardziej i już w ogóle sobie poszłam.
Teraz myślę, że jej wątpliwości były dość naturalne. Przynajmniej jakieś miała. Bo jest też taki Arkadiusz. Nikt nie wie, czy był po ślubie, czy nie. Ale osobiście stawiam dziesięć zniczy, że miał jakąś zaborczą, stawiającą go do pionu i kontrolującą na każdym kroku żonkę, która może i nawet zapędziła go do grobu. Przez to po śmierci jakby się ze smyczy urwał – cmentarny Alvaro, król grobowców, pogromca chryzantem, złodziej martwych serc. Hulaj, ciało, żony nie ma! Każda jest jego!
A zatem: póki śmierć nas nie rozłączy. Każdy trup, który umarł, mając partnera, sam musi to sobie zinterpretować.
Na szczęście w moim przypadku sprawa jest prosta.
Mąż zdradził mnie już za życia, rok po ślubie, opluwając tę sławną przysięgę.
Szlachetny czyn, nieprawdaż? Nie muszę się teraz martwić, czy czekać na niego, czy nie.
Tak że tego. Do następnego, żywi.