
Pamiętnik zza grobu cz. 4
Czasem zastanawiam się, skąd w niektórych trupach tyle życia.
Wiedzą, że nie żyją, że czeka ich tylko śmierć numer dwa, że są w jakiejś dziwacznej poczekalni między niebem (lub piekłem) a ziemią, a mimo to wypełzają nocą spod ziemi, co najmniej jakby miały jakiś cel czy perspektywę. Sensacją jest dla nich nowy znicz, zwłaszcza taki migający, na baterie, za 10 zł z Biedronki. Ale mają z tego radochę, ło matko! Duma je rozpiera, że ich bliscy tak się dla nich postarali. A jak nowe chryzantemy złociste się pojawią, to już w ogóle nie żyć, umierać. Najbardziej cieszy się z nich pani Barbara, która potrafi całą noc zmieniać układ tych kwiatków: to bardziej z prawej, to z lewej, może trochę z przodu, przy zniczu, idealnie równo – tak jakby to była sprawa życia i śmierci.
Albo taki Arkadiusz – z jaką werwą kopie doły dla grabarzy! I to tylko dla jednej flaszeczki jabola, której zawartość kisi się później w jego ciele przez tydzień, dając mu takie szczęście, że tylko pozazdrościć. A potem podrywa każdą z trupic rodem z najstraszniejszych horrorów, bezzębne, kościste zewłoki w poszarpanych sukienkach, dla których byle komplement typu: „Ale ciało, aż zesztywniałem!” to szczęście niezmierzone.
Niektóre trupy są na tyle głupie, sponiewierane lub uszkodzone, że po prostu siedzą na płytach nagrobnych, wydają odgłosy typu „Echee”, „Uuuch” czy „He, he” i szczerzą się, gdy odpadnie im paznokieć, zawieje wiatr lub Wiesiu rozpocznie swoje wygibasy.
Jak to jest: tak się cieszyć z byle czego?
Leżąc w trumnie, leżąc i leżąc, zaczynam czuć coraz większą niemoc połączoną z nudą. I gdy już najdą mnie myśli, by nocą wyjść rozprostować kości, zrobić coś produktywnego, na tyle, na ile cmentarz pozwoli, pobyć więcej z tymi trupami, to szybko orientuję się, że moja motywacja do działania jest pogrzebana razem ze mną w grobie.
Czasem trupy pukają w wieko, nawołują do zabawy w pochowanego i innych głupot, niekiedy nawet zapytują, co mnie gryzie. Gryzie mnie czerw, a chować się nie muszę, bo kryjówkę mam świetną. Nie kryje mnie ona tylko przed samą sobą, ale nie na tym przecież polega zabawa.
Już Adam więcej robi, gapiąc się w milczeniu w te gwiazdy.
Może to moje uszkodzone serce powoduje, że jestem taka, a nie inna? Prawdziwie martwa, jak na trupa przystało?
A jednak: czy nie łatwiej jest nie pamiętać o przeszłości i niczym te bezrozumne trupy żyć chwilą, która pozwala bez przeszkód czerpać radość z małych rzeczy?
Hej, wy, żywi, tam na górze – mam nadzieję, że nie macie takich problemów jak ja. Nie mówię oczywiście o moim drobnym problemiku, że jestem martwa, tylko o martwocie samej w sobie. A jeśli tak, to zróbcie coś z nią, bo po śmierci może być jeszcze gorzej. Polecam umrzeć nie na serce, tylko na głowę – dołączycie do tłumu bezmyślnych trupów, zadowolonych z faktu, że larwa pełza im po dłoni.
Dbajcie tam o siebie! Bo uwierzcie, że nie ma nic gorszego niż żywy trup z martwym przysposobieniem.