Pamiętnik zza grobu cz. 3
Raz, dwa, trzy, dzisiaj trupem będziesz ty!
Czy takie wyliczanki Śmierć robi na co dzień, przechadzając się po ulicy? Na ciebie spadnie fortepian, tobie wyjdzie nagle nieuleczalna choroba, a tobie pęknie serce z żalu. Ty natomiast, drogi panie, będziesz trupem za życia, z taką depresją, że nawet leki nie pomogą.
Mnie dosięgła ta zabójcza wyliczanka, choć zawsze powtarzałam sobie, że kogo jak kogo, ale mnie nie spotka nigdy coś tak okropnego. Dość się nacierpiałam, żeby jeszcze martwić się swoim sercem. A tu proszę, rach-ciach i budzę się w trumnie.
Żeby nie przeciągać tej grobowej atmosfery, opowiem wam coś względnie zabawnego. Tu, na cmentarzu, śmierć poniekąd definiuje, jakim trupem się będzie. Na przykład Arkadiusz umarł na zawał pod wpływem i wygląda na to, że procenty go nie opuszczają. Ale to nic w porównaniu do takiego pana Wiesia. Został porażony prądem podczas pracy przy słupie elektrycznym i teraz z powodzeniem mogę stwierdzić, że jest kopnięty. Łazi taki między grobami i nagle zaczyna robić jakieś wygibasy, trzęsąc się niczym nóżki w galarecie, a potem jak gdyby nigdy nic kontynuuje spacer. Zawsze odpada mu przy tym trochę skóry czy mięsa, raz za czasu też ząb. I choć wygląda jak Freddy Krueger, to jeden z najmilszych trupów na tym cmentarzu. Mimo to wyobrażam sobie reakcję jakichś nastoletnich pogromców duchów, którzy podczas nocnej eskapady na cmentarz zobaczyliby trzepiącego się Wiesia. Zgon na miejscu, a może raczej: zwłoki bez zwłoki.
Jest też pani Barbara, która rozbiła sobie głowę podczas wypadku i chodzi teraz ze sporą dziurą na czole, z której czasem wystają robaki. Ona myśli na przykład, że żyje. Według niej to normalne, że sypia w trumnie i że jej egzystencja ogranicza się do chodzenia między nagrobkami, grzebania w śmietniku i poprawiania zniczy. Czasami chce wyjść poza cmentarz na zakupy, ponoć coś na bladą cerę, a zatrzymywana przez trupich strażników, narzeka na złą władzę i na tych kłamliwych polityków, którzy ograniczają jej prawa. Potem obrażona siedzi w trumnie cały tydzień, a my możemy wówczas odetchnąć z ulgą, to znaczy udać, że oddychamy z ulgą, bo przecież nie żyjemy, no nie.
No i jest też Adam, mniej więcej w moim wieku. Wylazł z trumny miesiąc po mnie. Prawie z nikim nie rozmawia, tylko całymi nocami, nawet gdy leje i grzmi, siedzi na nagrobku, patrzy w niebo i rozmyśla. Ma na nosie okulary, musieli go z nimi pochować. Krążą plotki, że studiował psychologię i że popełnił samobójstwo. Boję się pytać, choć jednocześnie ciekawość zżera mnie równo mocno co czerwie moją tkankę. Jeśli w końcu się odważę, na pewno się z wami tym podzielę.
To tylko kilka przykładów. Dodam, że wiele jest tu trupów, które nie potrafią sklecić nawet jednego zdania przez jakieś bliżej nieokreślone obrażenia mózgowe, inne zaś nie mają szczęk, ich ręce lub nogi są połamane przez wypadek bądź w ogóle brakuje im narządów. Wleką się takie osobniki alejkami w sposób niesamowicie pokraczny. Trochę to straszne, trochę smutne, a trochę też śmieszne, bo aż nazbyt absurdalne, gdy tak się na to patrzy znad wieka trumny.
Przynajmniej nikogo nic nie boli. Mnie tylko serce, czasem.
Chyba mam trupią chandrę. Prześpię się, bo leje jak z cebra i nie ma z kim nawet porozmawiać. Nie licząc Adama.
Do potem, żywi ludzie. Oby Wyliczanka Śmierci długo was jeszcze nie dosięgła!