Rozdział XIII
– Dobra, panowie i pani, zbierzmy wszystko, co mamy i podzielmy się informacjami – oznajmił tonem profesora Everley. – Trochę się podziało przez te pięć dni.
Eldy jako jedyny przewrócił oczami na ten jego przemądrzały ton. To on był wybrańcem Irotha, tajniakiem, tym, który to rozpoczął, a Everley robi z siebie pana całej sprawy!
Siedział z bratem, Anaelem i Esteline w niewielkiej drewnianej altance za dowództwem, do której mało kiedy kto zaglądał. Tym bardziej teraz, o szóstej rano. Zachowali wszelkie środki ostrożności i byli w stu procentach pewni, że nikt ich nie podsłuchuje, a tym bardziej nie podejrzewa o jakieś spiskowanie. Na dworze padał deszcz, dlatego wszyscy ociekali wodą.
– Właściwie zaczęło się od ciebie, Eldy.
– No co ty nie powiesz, cholera?
– Dyscyplina, Eldy! – huknęła nad nim Esteline.
– Przybliż nam pokrótce, bracie – kontynuował jak gdyby nigdy nic Everley – co się stało w następny poranek po tym, jak nam wszystko opowiedziałeś.
– Gó… – zaczął Eldy, ale widząc wykrzywiającą się w złości twarz przyjaciółki, tylko pokręcił głową. – Anael, jesteś jedynym normalnym Sarmantem w tym gronie.
– A zatem sugerujesz, że sam jesteś równie nienormalny co, według ciebie, ich dwoje, i w tym momencie stawiasz mnie ponad siebie jako tego, który ma zdrową głowę? – Anael zrobił zamyśloną minę. – Powinienem to odebrać jako komplement, czy też pocieszyć cię, że przecież nie jesteś taki nienormalny jak myślisz, choć, moim skromnym zdaniem, jesteś?
Eldy rzucił w niego stojącą na stoliku pośrodku pustą doniczką, ale ta przeleciała przez niego jak przez mgłę i uderzyła w drewnianą ściankę.
– Już? – Everley zrobił srogą minę.
– Już – odburknął Eldy.
– No to zaczynaj.
*
Eldy, będąc po dwóch herbatach od Burgsa i czując się naprawdę nieźle, uznał, że czas trochę pobiegać. Gdy wyszedł na zewnątrz dowództwa i przeszedł parę kroków brukowanym dziedzińcem, omal nie zemdlał, słysząc ciche, aczkolwiek słodkie wołanie:
– Ojej, Eldy!
Linet siedziała sobie boczkiem na białej ławeczce i uśmiechała się do niego niepewnie.
– Niech mnie santee ściśnie… – szepnął do siebie Eldy. Poprawił szybko włosy i natychmiast do niej podszedł, dodając już głośno: – Cześć, Linet. Wyglądasz dziś ślicznie, jak zwykle oczywiście. W sensie, nie że tylko dziś! Ale dziś wyjątkowo, chyba rozumiesz…
– Jak się czujesz? – spytała z rozbawionym uśmiechem, gdy ten się do niej dosiadał.
– Wspaniale, właśnie idę pobiegać. Ale mogę też przejść się na spacer, jeśli chcesz… – zaryzykował, zastanawiając się, czy Everley by go za to nie zabił.
– Właściwie to czekam na rodziców – przyznała ze zmęczeniem. – Wiesz, coś jest chyba nie tak. Tak jakby coś przede mną ukrywali…
Eldy z przejęcia omal nie spadł z ławki. Zapowiadała się ważna rozmowa! Wyprostował plecy, zrobił poważną minę, nieco się do niej przybliżył i powiedział:
– Opowiedz mi o wszystkim. Mam czas, wysłucham!
Już miała się odezwać, gdy nagle przeniosła oczy za jego plecy.
– Dzień dobry – ukłoniła się lekko, wstając.
– Cześć, dzieci. – Iroth, ubrany w długi do kostek płaszcz, również lekko się ukłonił. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Eldy! Możesz na słówko?
– Oczywiście – odparł, mając ochotę rozpłakać się na miejscu. – Linet, przepraszam…
– To nic istotnego – machnęła ręką dziewczyna, a Eldy już wiedział, że stracił jedyną okazję. Linet nie lubiła się powtarzać. Wstała i, patrząc w ziemię, ruszyła dość ciężkim jak na nią krokiem w stronę dowództwa.
– Jeszcze będziesz miał okazję umilić czas tej pięknej pannie – odezwał się pocieszycielsko Iroth, który wyglądał tak, jakby nie spał pół nocy. – Mam tu niestety sprawę niecierpiącą zwłoki, przynajmniej wedle mojego mniemania.
– Słyszałem, co stało się wczoraj…
– Nie o to chodzi. – Iroth rozejrzał się ukradkiem dookoła i wyjął z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza zgiętą na wpół kartkę. – Pomyślałem sobie, że skoro sprawdziłeś się już jako mój szpieg, mógłbyś znów się trochę porozglądać. Ale posłuchaj mnie. – Zbliżył się do niego i powiedział naprawdę surowym tonem: – Nikt, ale to nikt nie może się o tym dowiedzieć. To sprawa jeszcze bardziej tajna niż poprzednia. Tak tajna, że będę zmuszony wyciągnąć konsekwencje, gdy ta kartka dojdzie do nieodpowiednich osób. Później wystarczy jeden krok, by dowiedział się o tym i mój ojciec. Zrozumiano?
– Zrozumiano! – Eldy przełknął głośno ślinę. Powiało grozą. Wziął od niego spoconymi, lekko drżącymi dłońmi kartkę i rozłożył ją delikatnie.
– Pragnę, abyś przyjrzał się bliżej Sarmantom z tej listy – wyjaśnił od razu Iroth, prostując się. – Żebyś zaobserwował, co robią, czy rozmawiają ze sobą, chodzą gdzieś razem i ogólnie czy zachowują się jakoś podejrzanie.
– Ale co to za lista? – nie wytrzymał Eldy.
– Gdybym to wiedział, nie przychodziłbym z tym do ciebie – westchnął znużony Iroth. – Pochodzi od mojego ojca, który nie chciał, by dostała się w moje ręce. Mam kilka przypuszczeń co do tych imion, ale wciąż zbyt wiele się ze sobą nie zgadza. Muszę dowiedzieć się, dlaczego ojciec ukrywa to przede mną. Dlatego każda informacja będzie dla mnie cenna.
– Zrobię wszystko co w mojej mocy, panie Irothcie – powiedział pewnym głosem Eldy, znów czując się kimś ważnym, nie zaś kawałkiem starego gówna. – I dziękuję za zaufanie.
Iroth skinął głową, wysilając się na lekki uśmiech.
– Z rodzicami w porządku? – zagaił jeszcze. Eldy po raz kolejny wzruszył się jego troską.
– Nie rozmawiałem z nimi jeszcze – odparł – i jakoś mi się nie spieszy.
– Jacykolwiek by nie byli, to twoi rodzice, chłopcze – powiedział Iroth z dziwnym smutkiem w głosie. – Nie powinieneś ich znienawidzić. To właściwie żadne rozwiązanie.
Eldy, nie wiedząc co powiedzieć, przytaknął niepewnie, Iroth zaś odszedł bez słowa.
Dopiero teraz przyjrzał się imionom i aż uniósł wysoko brwi. Tylu z nich znał lub kojarzył! Casimir, Jahard, Simon, a do tego rodzice Linet, o których dowiedział się przecież przed chwilą? Niemożliwe! Trudno, pozostali muszą się dowiedzieć. Dla dobra Irotha.
*
– Tak, a zatem pierwszy i najważniejszy punkt: lista od pana Irotha – podsumował Everley, który siedział z rozłożonymi wygodnie na boki rękami w przeciwieństwie do zgarbionego Eldy’ego; chłopak do teraz żałował, że nie udało mu się pomówić wtedy z Linet. Okazję wykorzystał Everley, któremu zdradziła, że jej rodzice ostatnio często wybywają bez powodu z dowództwa i nie chcą z nią o tym rozmawiać.
– Cóż, nie taki pierwszy ten punkt – wtrącił się grzecznie Anael. – Licząc od opowieści Eldy’ego, trzeba wspomnieć o moich obserwacjach związanych z Jahardem i moim ojcem.
– No, nie liczyłbym tego jako punkt pierwszy – spochmurniał Everley. – Po prostu nie raz i nie dwa widziałeś ich, jak wychodzą razem z dowództwa, tak jak w przypadku rodziców Linet, i doszedłeś do wniosku, że to raczej nie są wypady na papieroska. Zważając na to, co ja odkryłem, to dość nieistotna informacja.
– A jednak – upierał się przy swoim Anael, wciąż bardzo taktownie. – Gdyby nie moje obserwacje, te dwa imiona byłyby dla nas obce na liście.
– Do czasu, aż nie odkryłem podstawowej informacji, płacąc za to moją reputacją.
– Przecież nie takiej podstawowej…
– Skończcie, na Ramizaela! – zganiła ich Esteline, po czym niespodziewanie zmieniła ton na łagodny, a nawet pokorny. – Podstawowej informacji dowiecie się niebawem. Przybędzie spóźniona.
Wszyscy naraz zawołali głośne: „Co?!”, ale Esteline tak długo wymigiwała się od odpowiedzi, że w końcu Everley oznajmił:
– Dobra, nie traćmy czasu. – Spojrzał wymownie na Anaela. – Teraz ja podsumuję, czego się dowiedziałem.
*
Everley nie bardzo znał Jaharda i nie wiedział, jakie ma zwyczaje, gestykulację, sposób mówienia czy mimikę twarzy. No, ale czego nie robi się dla brata… Znajdując trochę czasu między ćwiczeniami, połaził za panem sprawiedliwości, poprzyglądał mu się ukradkiem, a nawet sprowokował z nim jedną rozmowę. Miał nadzieję, że tyle wystarczy.
Gdy już znalazł się parę metrów od drzwi wejściowych, zaczął zmieniać się w wyższego od siebie Jaharda, może nieco gorzej zbudowanego, ale za to podobnie jak on wyprostowanego i poważnego. Poczuł przyjemny dreszczyk, obserwując, jak i jego ubranie zmienia się w białą koszulę i sztywny krawat. Dwa lata zajęła mu nauka kopiowania odzieży. Warto było.
Odetchnął raz a krótko i nie tracąc już czasu wyszedł stanowczym krokiem na zewnątrz. Strzelał w ciemno. Nie wiedział, czy wartownicy coś wiedzą. Nie wiedział, na ile może sobie pozwolić. Ale musiał spróbować. Dla dobra Eldy’ego. I wszystkich Sarmantów.
– Dzień dobry, Timéo, dzień dobry, Laurine. – Ukłonił się lekko. Oboje Sarmantów, ubranych w obcisłe płaszcze ze złotymi guzikami, odpowiedziało tym samym, uśmiechając się półgębkiem. – Nie spytacie, dokąd idę?
– To jakieś podchwytliwe pytanie? – zaśmiała się niepewnie Laurine. – Zawsze dokądś wychodzisz i nic nam do tego.
– Wam nie, ale Nathanowi już tak – powiedział Everley, unosząc brwi.
– Jahardzie, skończ z tymi gierkami – zdenerwował się Timéo, przestępując z nogi na nogę. – Po co o tym rozmawiasz? O tym się nie rozmawia. Mamy umowę i dobrze o tym wiesz.
– Dowódca chciał się upewnić, że wartownicy wiedzą, kogo wypuszczają – zaryzykował.
– Mamy listę – mruknął Timéo. – Chyba nie jesteśmy na tyle nierozważni, by robić problem któremukolwiek z Sarmantów na niej wpisanych.
– I nikomu o tym ani słowa? – Everley zrobił groźną minę.
– A czy kiedykolwiek my albo inni wartownicy zawiedliśmy pod tym kątem naszego dowódcę? – Laurine wzruszyła ramionami. – Umowa to umowa. I parę franków więcej w kieszeni. Nie wiem, dlaczego pan Nathan nagle się o to martwi.
– Nie mnie o tym sądzić – oznajmił patetycznie Everley, skinął na nich głową i wszedł z powrotem do dowództwa.
Odetchnął z ulgą, opierając się o ścianę, po czym uśmiechnął się do siebie. A zatem lista przedstawia Sarmantów, którzy mogą bezkarnie wychodzić sobie z dowództwa! Na Ramizaela, to jest dopiero informacja!
– Na Ramizaela, Jahardzie… Casimir już siedzi na stołówce. Na co czekasz?
Everley poczuł, że nogi się pod nim uginają. Znał ten głos i znał tę pokerową twarz, która właśnie się przy nim znalazła. Tylko oczy na jego gładkiej jak u dziecka, nieskalanej żadną zmarszczką mimo wieku twarzy, wyrażały podekscytowanie.
Isidore. Przyjaciel Jaharda i Sarmant, który miał najbardziej unikatowy dar – potrafił rozpoznać kłamstwo. Przez to, że chcąc nie chcąc często musiał „przesłuchiwać” Sarmantów, wielu bało się z nim rozmawiać, nawet przy zwykłej pogawędce czuło się przepytywanym i przejrzanym na wskroś. Dlatego on sam trzymał się raczej na uboczu. Jako kontrolujący wychodzących Sarmantów wartownik, chyba najmniej musiał martwić się bezkarnymi wypadami. Jak dobrze, że tym razem nie pilnował wejścia!
Jednak co teraz? Jeśli Isidore jeszcze go nie rozpoznał, to raczej już tego nie zrobi. Everley wiedział, że powinien teraz ze skruchą powrócić do własnego ciała. Ale nie mógł, po prostu nie mógł się powstrzymać. Musiał się wypróbować. To jedyna taka okazja, żeby dowiedzieć się wszystkiego, i to od samego Casimira!
– Przepraszam, coś mnie zatrzymało – odparł bez zająknięcia, patrząc mu w oczy, po czym chwycił się dwoma palcami podbródka. – Jeszcze raz, jak to dokładnie robimy…?
– Teraz jeszcze o to pytasz? – Isidore pozwolił sobie na uniesienie brwi. – Próbujesz nawiązać do Uroku Rozszczepienia, a ja siedzę nieopodal i słucham jego odpowiedzi.
– Tak, to jasne. Wiesz, jestem dziś trochę… nieswój – odparł Everley, uważając na każde słowo, po czym dodał ciszej, niby do siebie: – Jak ja to miałem zacząć tę rozmowę…
– Po tej waszej kłótni najpierw spróbowałbym się z nim pogodzić – rzekł Isidore. Pstryknął mu palcami przed nosem. – Bez stresu, znasz go. I ostrożnie. Żebyśmy nie musieli czyścić mu pamięci, bo drugi raz może mu pomieszać w głowie, i to tak na dobre. Dwie minuty.
Po tych słowach odwrócił się i spokojnym krokiem ruszył w stronę stołówki. Dwie minuty? Everley wywnioskował, że po takim czasie ma wejść za nim. Skierował się zatem powoli w głąb korytarza, mimo stresu myśląc trzeźwo i gorączkowo planując rozmowę. A może jednak powinien uciec? Nie. To niegodne Sarmanta! Da radę. Jest w tym dobry. Oby tylko Anael jak najdłużej zatrzymywał tego prawdziwego Jaharda.
Na stołówce było sporo Sarmantów; Casimir siedział sam gdzieś w rogu, obserwując spode łba wszystkich i skubiąc niemal nietknięte kacze mięso z suszonymi śliwkami. Isidore natomiast zajął miejsce nieopodal, rozmawiając jak gdyby nigdy nic z innymi.
Choć Everley czuł się niepewnie, absolutnie nie dał tego po sobie poznać. Dosiadł się do ubranego w czarną koszulę i tegoż koloru kamizelkę Casimira, który zrobił zbolałą minę.
– Co znów? – warknął.
Everley po raz pierwszy miał okazję znaleźć się tak blisko niego; doszedł do wniosku, że zieleń oczu Casimira jest inna niż u pozostałych Sarmantów. Głębsza. Ciemniejsza. Mroczniejsza. Everley musiał się natrudzić, by nie odwrócić wzroku.
– Nasza ostatnia rozmowa nie przeszła najlepiej – powiedział, kładąc łokcie na stół.
– Mam się wzruszyć? Czego chcesz?
– Przeprosić…
– Przeprosić? – Casimir parsknął nieprzyjemnie. – Ty? A co, nagle nabrałeś do mnie zaufania?
– Nie – odparł chłodno Everley. Musiał zaryzykować. – Mimo wszystko niesprawiedliwie było użyć wobec ciebie tylu oskarżeń.
– Oskarżeń? – Casimir zaczął się denerwować. Przeszedł na głośny szept. – Oskarżyłeś mnie o jedno: że cała ta sprawa mąci mi w głowie. Że nie myślę logicznie. Bo co, pytam? Bo poświęcam poszukiwaniom znacznie więcej uwagi? Bo wymagam od was więcej? Nathan zaczyna się niepokoić. Ileż to może trwać?
Everley najchętniej pociągnąłby Casimira za język i podpytał, o jakie poszukiwania chodzi. Ale nie był na tyle głupi. Powoli zaczął łączyć wątki.
– A może to ty zaczynasz się niepokoić, nie zaś on?
– Słucham?
– Znasz mnie. Pragnę tylko uczciwości i sprawiedliwości. Chcę mieć pewność, że wszyscy nadal możemy ci ufać. Że nie zrobiłeś niczego niestosownego.
– Aha, rozumiem. – Casimir zaśmiał się cicho. – To dlatego Isidore tam siedzi. Chcecie mnie sprawdzić? Dowiedzieć się, na ile zacząłem wariować?
Isidore odwrócił się w ich stronę, ale nic nie powiedział, zachowując neutralny wyraz twarzy. Everley’owi szybciej zabiło serce. Co teraz?
– A i owszem – powiedział spokojnie. – Ale nie dlatego, żeby cię pogrążyć. Dlatego, żeby cała nasza tajna grupa – tu Casimir popatrzył na niego dziwnie – mogła się faktycznie bardziej przyłożyć. A stanie się tak, gdy znów wszyscy ci zaufamy. To logiczne, przyjacielu.
Casimirowi nie bardzo spodobały się te słowa.
– Nigdy nie byliśmy i nie będziemy przyjaciółmi – syknął. – To tylko konieczna współpraca. I tak już za dużo się nas zebrało. Dwa lata poszukiwań to o dwa lata za dużo. I tylko dlatego odpowiem na jakieś twoje durne pytania. No, co chcesz wiedzieć?
– Jak daleko mógłbyś się posunąć, żeby osiągnąć swój cel? – Everley pochylił ku niemu głowę. Wybrał szybki strzał. – Użyłeś do tej pory jakichś uroków z Czarnej Listy?
– Bezczelne. – Casimir chwycił widelec tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. – Macie mnie za potwora, co? Nie, nie użyłem. Słyszysz, Isidore? Nie użyłem, nigdy! Ulżyło wam? Co jeszcze chcecie wiedzieć? Powiem tak: nie zrobiłem nic złego w związku z naszą tajną misją.
– Dziękuję za te szczere – tu Everley poczekał na skinięcie głową Isidora – słowa.
Właśnie dostał dwóch potrzebnych mu informacji – że Casimir nie odzyskał pamięci i że to z Eldym musiało być jednorazowym „wybrykiem”. Ale co z Diatheną? Jak o nią zapytać?
– Zaczynam żałować, że nie zająłem się tym wszystkim sam – mruknął wściekle Casimir. – Mój wujek byłby znacznie bardziej zadowolony. – Wstał, zostawiając niemal nietknięty obiad. – Nie chce mi się już na was patrzeć. Niedobrze mi się robi na te wasze oskarżenia.
Odszedł, nie mówiąc nic więcej. Everley doszedł do wniosku, że teraz ma jeszcze lepszą okazję do tego, by dowiedzieć się więcej o całej sprawie.
– Nie tak się umawialiśmy. – Isidore dosiadł się do niego. – Byłeś nieprofesjonalny.
Everley poczuł gniew. Osobiście uważał, że poszło mu całkiem nieźle.
– Dzisiaj jakoś nie jestem sobą – odparł w końcu ostrożnie. – Sporo się ostatnio działo… Nie spytałem o Diathenę.
– Bo nie miałeś tego robić. To wymaga dłuższych obserwacji. Idź się lepiej prześpij.
– Ale nasze poszukiwania… – zaczął Everley, licząc na to, że Isidore pociągnie temat.
– No i co z nimi? – spytał ten krótko.
I w tym momencie Everley’owi serce omal nie wyskoczyło z piersi. W drzwiach zobaczył wpatrującego się w niego wściekle Jaharda we własnej osobie. Isidore, siedzący tyłem do wejścia, też odwrócił wzrok, ale Jaharda już nie było.
– To, że mam chyba nowy pomysł, gdzie szukać – powiedział szybko Everley. – Do zobaczenia. I wybacz mi moje dzisiejsze roztargnienie.
W miarę spokojnym krokiem wyszedł na korytarz, wracając do swojego ciała. Za rogiem czekał na niego rozjuszony Jahard.
– No to masz, młodzieńcze, problem.
*
– O tej końcówce nie słyszałam. Czuję się niedoinformowana! – oburzyła się Esteline, której podsuszone po deszczu włosy zaczęły się wyjątkowo puszyć. – Co się dalej stało?
– Osiągnąłem szczyt moich aktorskich umiejętności, przekonując go, że troska o młodszego braciszka posunęła mnie do tak haniebnych czynów.
– No dzięki! – zawołał Eldy.
– Dobrze wiesz, o co mi chodzi – machnął ręką Everley. – W każdym razie Jahard i tak doszedł do wniosku, że niewiele może mi zrobić. Wiecie, wielka tajemnica i te sprawy. Chyba nawet przed Isidorem się nie przyznał. Przysiągłem, że już nigdy więcej nie podam się za niego bez jego wiedzy. Teraz jestem mu winien przysługę. I to właściwie tyle.
– Jesteś genialny – przyznała Esteline, uśmiechając się do niego z uznaniem.
– Szału nie ma – dodał natychmiast Eldy. – Prawda, Anaelu?
– Właściwie to jest, ale pragnę tylko zauważyć, że to ja tak długo zagadywałem śpieszącego się niezmiernie Jaharda – dodał niewinnie chłopak.
– Gdybyś przytrzymał go dłużej, dowiedziałbym się znacznie więcej – mruknął Everley.
– Nawet nie zaczynajcie. – Esteline westchnęła. – Obaj jesteście genialni.
– A ja to co? – wkurzył się Eldy.
– A ty jesteś tu brudny. – Wskazała na jego poplamioną z wczoraj koszulę, którą ubrał na wpół przytomny z rana. Anael i Everley parsknęli śmiechem, przy czym Anael zaraz przeprosił. – No dobra, teraz czas na punkt trzeci, czyli „Casimir czyta i jest dziwny”.
*
Choć Eldy nie chciał jej na to pozwolić, Esteline wzięła na siebie wyzwanie śledzenia Casimira. Nie należało to do najprostszych zadań, zwłaszcza że był on niezwykle uważny i ostrożny niczym kot, który w każdej chwili jest gotowy do skoku na swoją zdobycz.
Dopiero po trzecim dniu udało jej się zastać Casimira w najbardziej dogodnym miejscu, czyli w sporej wielkości bibliotece, w której zawsze miała problem doszukać się czegokolwiek. Zdawało jej się, że w każdym przedziale panuje chaos – nie mogła wychwycić ani systematyczności tematycznej, ani alfabetycznej. Chyba jedynie Anael potrafił się tu odnaleźć.
Casimir siedział w rogu na fotelu między dwoma przedziałami, studiując uważnie jakieś pismo przy słabym świetle abażurowej lampki. Esteline wzięła sobie za cel podpatrzenie, co to za pismo. Ale nie mogła tak po prostu podejść i zajrzeć. Poza tym na każdy gwałtowniejszy ruch Casimir unosił głowę, ściskając mocniej kartkę. Mogłaby poczekać, aż odłoży pismo na miejsce, ale czy byłaby w stanie je odróżnić, jeśli ten wciśnie je w wypchany aż po brzegi regał, pełen identycznych dokumentów?
Jakoś sobie poradzi, to oczywiste. Ale na razie siedziała w bezpiecznej odległości pośród kilku innych Sarmantów, udając zainteresowanie pierwszą lepszą książką, która wpadła jej w ręce. Zaczął jej kiełkować w głowie pewien plan, gdy do biblioteki weszła Linet w długim warkoczu i z pełną melancholii miną. Gdy ją zauważyła, skierowała się prosto w jej stronę wolnym krokiem tancerki.
Noż cholera jasna… – jęknęła w myślach Esteline. Pani doskonała uraczyła nas swoją obecnością w miejscu zgoła jej nieznanym… Won stąd, dziewczyno!
– Cześć, Est – oznajmiła Linet, siadając naprzeciwko niej. Est?! – Co tam czytasz?
– Jestem trochę zajęta – wymamrotała Esteline, udając żywe zainteresowanie książką.
– Niebezpieczne związki Sarmantów – przeczytała na okładce Linet i uśmiechnęła się półgębkiem. – No tak, rozumiem.
– To nie… Ach, na Ramizaela, czego chcesz?
– Szukałam tylko moich rodziców. A przy okazji pomyślałam, że chwilę porozmawiamy. Ale nie będę ci już zawracać głowy.
No tak, akurat teraz Linet postanowiła sobie znaleźć jakąś przyjaciółkę?
– Tak właściwie to wcale nie zamierzałam tego czytać – oznajmiła Esteline z westchnięciem. – No, to nie wiem, co tam u ciebie czy coś takiego…?
– Martwię się o Eldy’ego… – powiedziała z wolna Linet. – Wiem, że Everley poradzi sobie z rodzicami, ale on…
– A co ciebie tak nagle interesuje Eldy? – uniosła brwi Esteline.
– Przyjaciele martwią się o siebie nawzajem – odparła stanowczo Linet.
– A więc tak traktujesz tych, którzy się w tobie bujają? Jako przyjaciół? – nie wytrzymała Esteline, czując, że robi się cała czerwona. – Musisz trochę przystopować, rozumiesz? Później dziesiątki twoich adoratorów nie śpią nocami, ciesząc się, że uraczyłaś ich zainteresowaniem.
Ku jej zdziwieniu Linet wcale nie wyglądała na urażoną.
– Dziękuję za radę. Wiesz, teraz jestem z Everley’em. I to chyba nic dziwnego, że martwię się o jego brata. Poza tym… – Linet zbliżyła się do niej, a na jej ustach Esteline po raz pierwszy w życiu dostrzegła złośliwy uśmieszek. – Sądzę, że zazdrośnica z ciebie. A zazdrość szkodzi piękności. Lepiej trochę przystopuj, dobrze?
Esteline poczuła, jakby ktoś oblał ją wiadrem zimnej wody. Co to w ogóle ma znaczyć?!
I właśnie wtedy kątem oka zauważyła, że Casimir odłożył na chwilę pismo na nieduży stolik, wyjmując z wewnętrznej kieszeni marynarki coś na wzór mapy. Spojrzała z nadzieją na głupią Linet, która właśnie bezczelnie ją obraziła. Ale która posiadała dar telekinezy.
– Mam to gdzieś, jakie głupoty o mnie myślisz – warknęła – a teraz słuchaj: błagam, spraw, żeby tamta oto kartka spadła na ziemię, gdy będę przechodzić obok. Muszę ją podnieść!
– Hmm? Nie rozumiem…
– Nie ma czasu, Linet! Proszę! Tamta kartka. Gdy będę obok. Błagam!
– A niby po co? – Linet przechyliła głowę. – I jak? Nie mam pojęcia, o co ci chodzi…
–Jesteś taka głupia, czy tylko udajesz? Telekinezą! Linet, proszę. To ważne, mówię ci!
– Och, nie wiem, nie powinnam…
Esteline wstała, nie chcąc tracić ani sekundy dłużej.
– Zrób to albo ci nogi z dupy powyrywam – wycedziła przez zęby i ruszyła w stronę Casimira, udając, że czegoś szuka.
Przeszła nieopodal jego stolika. I nic. Zaczęła szukać czegoś w najbliższym przedziale, jednocześnie obdarzając ukradkiem Linet wściekłym spojrzeniem. Ta jakby dopiero teraz się ocknęła, robiąc trochę bardziej zrozumiałą minę. Co za cielę – pomyślała zażenowana Esteline.
Gdy przeszła znów obok, tym razem kartka wylądowała pod jej stopami.
– Ej, dziewczyno, co ty robisz? – natychmiast syknął Casimir, wstając gwałtownie.
– Ja… Podniosłam tylko tę kartkę, bo ci spadła, panie Casimirze – udała speszoną i wystraszoną Esteline. – Przepraszam, jeśli zrobiłam coś nie tak…
– Dajże mi to – przewrócił oczami Casimir, wyrywając jej dokument z ręki.
Esteline szybko się oddaliła, przetwarzając to, co zobaczyła. Linet wyraźnie czekała na wyjaśnienia, ale ona nawet nie uraczyła jej spojrzeniem, wychodząc z biblioteki. Nie należało jej się za to, co jej powiedziała.
*
– Czyli wiemy już – podsumowała Esteline – że lista przedstawia imiona Sarmantów, którzy mogą do woli wychodzić sobie z dowództwa w celu poszukiwania pradawnego Amuletu Ramizaela na życzenie dowódcy, i że Casimir zaczyna w związku z tym wariować.
– Wszystko jasne – dodał Eldy, kładąc nogi na stół, a widząc minę przyjaciółki, po sekundzie je zabierając – ale o czym ty rozmawiałaś z Linet w bibliotece? Bo chyba nie poprosiłaś jej od razu o użycie daru…
– Rozmawiałyśmy o niebezpiecznych związkach – oznajmiła z powagą Esteline, a spłoszony Eldy nie odważył już się dopytywać o szczegóły. – Teraz ty, Anaelu.
– Ja nie mam tak ciekawych opowieści jak wy – wzruszył ramionami chłopak. – Sensacją jest pewnie to, że to mój ojciec znajduje się na zakazanej liście.
Eldy przypomniał sobie historię śmierci matki przyjaciela i posmutniał. To na pewno nie mogło być dla Anaela proste.
– To żadna sensacja – zaprzeczyła Esteline. – A dowiedziałeś się czegoś od niego?
*
Gdy Anael usłyszał od Esteline, że Casimir prawdopodobnie poszukuje Amuletu Ramizaela, zrobiło mu się słabo. Niewiele trzeba było, by przed oczami znów stanęła mu matka, która z uśmiechem rzuca się w przepaść. Nie chciał już mieć z nim do czynienia, podobnie Camille. Ojciec natomiast nigdy nie mógł pogodzić się z jej śmiercią i choć ukrywał to przed nimi, Anael wiedział, że przez dobry rok próbował znaleźć amulet, aby zrobić z niego miazgę.
Czy właśnie dlatego Simon znalazł się na liście? Udaje, że szuka artefaktu dla dowódcy, a tak naprawdę chce go zniszczyć? A może też zaczął wariować na jego punkcie?
Anael nie miał wyjścia. Musiał dowiedzieć się wszystkiego na temat amuletu, a wiedział, gdzie szukać. Znał bibliotekę jak własną kieszeń. Dlatego siedział teraz w pokoju ze stertą ksiąg, pism i dokumentów, w których miał nadzieję znaleźć choć jedno zdanie o artefakcie. Po paru godzinach doszukał się kilkunastu niewiele wnoszących wzmianek na temat jego poszukiwań przez różnych zapaleńców w ciągu ostatnich sześciuset lat. Dotarł też do kopii głównego i chyba jedynego dokumentu, który opisywał historię powstania amuletu.
„I wtedy Razmel, na prośbę ojca, stworzył Urok Omamu i rzucił go na amulet. Gdy tylko Ramizael założył amulet, zrozumiał, że urok jest wadliwy – dziwne rzeczy zaczęły się bowiem dziać z Sarmantami wokół. Amulet wyraźnie miał nad nimi władzę. Ramizael, nie chcąc ryzykować, postanowił natychmiast schować amulet, by ten nigdy nie dostał się w niczyje ręce. Zrezygnował z planów dorównania Wakilom. Razmel natomiast, pomny na swój wielki błąd, nie zapisał wadliwego uroku do Wielkiej Księgi”.
Anael szukał jakiejkolwiek innej wzmianki na ten temat, ale nie znalazł zupełnie niczego. Nie miał pojęcia, co o tym myśleć.
„A jeśli Amulet Ramizaela nigdy nie istniał? Jeśli my, nieliczni, żądni władzy Sarmanci szukamy jakiejś mrzonki? Może to i lepiej dla dobra naszego rodu… Jeśli jednak istnieje i trafi w nieodpowiednie ręce, na przykład moje, co z nami będzie?”.
„Ramizael miał pięciu synów. Ale tylko linia Razmela jest przeklęta. Nic dziwnego, że ci Sarmanci powoli się wykruszają, uciekają z dowództwa, szaleją. Umierają wcześnie. To wszystko przez amulet. Mści się za to, że został odrzucony. Że w ogóle został stworzony. Czym on właściwie jest? Niech nas duchy przodków od niego uchronią…”.
„Tajemnica amuletu wciąż wisi w powietrzu. A dowódcy, jeden po drugim, milczą. Ukrywają coś? A może wiedzą, że amulet nie istnieje? Większość Sarmantów, słysząc o nim na lekcjach historii, nie traktuje tego na poważnie. Ot, głupia, niecna błyskotka. I zapominają. Dlaczego zatem ja nie mogę przestać o nim myśleć?”.
– Halo! Jesteś tam?
Anael aż podskoczył. W drzwi waliła jego siostra, Camille. Miało jej nie być dzisiaj w dowództwie! Chociaż, która to godzina…?
– Zajęte! – zawołał, wściekły na siebie, że nie zamknął na klucz drzwi, ale ta już znalazła się w środku.
– Żyjesz? – zapytała, spoglądając na porozrzucane po ziemi pisma. – Znów to czytanie! Jadłeś coś w ogóle?
Camille była niezwykle energiczną i beztroską dziewczyną. Cieszyło ją chodzenie w sukienkach, często czesała sobie kucyki i warkocze, chodziła w opaskach z kokardką i ogólnie korzystała z życia pełną parą. Ale jeśli chodziło o kwestie rodzinne, podchodziła do nich niezwykle poważnie, zwłaszcza od śmierci matki.
Dlatego Anael modlił się, by nie sprawdziła, nad czym takim zagłębia się tego wieczoru.
– Zaraz zejdę zjeść, muszę tu coś doczytać – odparł. – Później porozmawiany, dobrze?
– Nie!
Camille w dwóch podskokach znalazła się koło niego, zabierając mu sprzed nosa dokument. Mina zrzedła jej natychmiast. Mimo jego rozpaczliwych protestów zaczęła przekopywać pisma, powtarzając wciąż: „Nie, nie, tylko nie to…”.
– Przestań, słyszysz? – Anael zdenerwował się nie na żarty. – To nie to, co myślisz.
– To jak wytłumaczysz mi, że twój pokój jest pełen wycinków o amulecie?!
– Czysta ciekawość…
– Robisz dokładnie to, co mama, zanim… zanim się zamordowała na naszych oczach!
– Camille, błagam… Zrozum, że to w celach naukowych, zagłębiam się w historię…
– Nie chcę, żebyś miał z tym do czynienia! – jęknęła, a w jej oczach pojawiły się pierwsze łzy. – Nie pozwolę na to. Idę po ojca!
– Camille!
Ale siostry już nie było. Anael ukrył twarz w dłoniach. Tylko tego mu brakowało! Uspokoiwszy nerwy, zabrał się za układanie na jedną kupkę porozrzucanych pism, myśląc przy okazji, jak powinien porozmawiać z ojcem.
Simon, jak zwykle ubrany w skórzaną kurtkę i starte spodnie, przyszedł do niego po piętnastu minutach. Anael, którego pokój zdążył już wrócić do poprzedniego doskonałego porządku, leżał tylko na łóżku, patrząc w sufit. Kątem oka zauważył, jak ojciec siada ciężko na krześle obok, opiera łokieć o kolano i zaciska usta.
– Dlaczego? – spytał tylko.
– Mógłbym cię spytać o to samo – powiedział po chwili Anael – ale odbijanie piłeczki w rozmowie uważam za oznakę niskiej inteligencji.
– Eee, że co? – spłoszył się nieco Simon. – O co znów ci chodzi?
– Nie tylko ja zainteresowałem się ostatnio amuletem – odparł Anael, w końcu patrząc ojcu w oczy. – Myślisz, że nie wiem, tato? Nietrudno się domyślić. Ciągle wybywasz, sam lub z kimś, zrobiłeś się bardziej nerwowy. Po co znów go szukasz? Jaki masz w tym cel?
Simon sięgnął automatycznie do kieszeni kurtki, ale szybko cofnął rękę, jakby orientując się, co właśnie chciał przy nim zrobić.
– Powiem ci tylko wtedy, gdy ty wyjaśnisz mi, dlaczego sam teraz wróciłeś do tematu.
Anael skłamał w życiu ledwo parę razy i dokładnie pamiętał każdy osobny przypadek. Teraz do kolekcji miał dojść kolejny.
– Może chcę do ciebie dołączyć? Pomóc ci w poszukiwaniach?
– Absolutnie nie, do cholery jasnej! – warknął groźnie Simon. Zaraz potem dodał już spokojniejszym, aczkolwiek niezwykle poważnym tonem: – To są brudne sprawki. Brudne i niebezpieczne. Nigdy nie pozwoliłbym na to, żebyś i ty się w to mieszał. Proszę cię, porzuć ten temat. Nie daj amuletowi owinąć sobie siebie wokół palca, jak to było z matką…
– A ty już możesz się dać, tak?
– Nie rozumiesz? Nie szukam amuletu ot tak, dla siebie, żeby udowodnić, że matka nie oszalała. Chcę go zniszczyć, żeby nie wpadł w niczyje ręce, nigdy. Jeśli nie istnieje, tym lepiej dla wszystkich. Ale ja muszę się upewnić.
– To samo robiłeś tuż po jej śmierci. Dlaczego nagle do tego wróciłeś?
– A kto powiedział, że w ogóle przestałem?
Kłamał. Zapewne gdy przypadkiem doszły do niego słuchy, że zbiera się odpowiednia grupa, postanowił pomóc. Albo może sam Nathan zwrócił się do niego z prośbą, znając jego sytuację rodzinną, kto wie?
– Zwariujesz tak jak matka i tak się to skończy – mruknął niemiło Anael.
– Nie mów tak – posmutniał niespodziewanie Simon. – Jesteś straszny, gdy tak mówisz. Nie mógłbym tak zwariować. Nigdy do tego nie dojdzie.
Nastała chwila ciężkiej ciszy,
– Nie chcę, żeby coś ci się stało – wydusił z siebie w końcu Anael.
– Mi miałoby się coś stać? Mi? No proszę cię! – Simon uśmiechnął się szeroko, wyraźnie się rozluźniając. – Mogę ci obiecać, że będę o wiele bardziej uważać na siebie, jeśli ty obiecasz mi, że zapomnisz o amulecie.
Anael skinął tylko głową. Nie potrafiłby tak skłamać słownie ojcu w żywe oczy.
– Ani słowa Camille – dodał Simon. – Siedzi teraz w pokoju cała zapłakana.
– Zajdę do niej i… wyjaśnię całą sprawę.
– Dobry braciszek.
Czy zdołam zapamiętać mnożące się nieustannie kłamstwa? – myślał filozoficznie Anael. Czy staję się złym Sarmantem?
Simon poklepał go po głowie dokładnie jak, jak tego nienawidził, po czym wyszedł z pokoju. Anael tym bardziej postanowił mieć go od dziś na oku.
*
– Niczego się od ojca nie dowiedziałem – odparł Anael, dziwnie spięty. – A o amulecie przekazałem wam wszystko, co zapamiętałem.
– Mam powiedzieć o tym wszystkim Irothowi? – zastanawiał się Eldy. – Chyba nieźle się wkurzy, gdy się dowie, ile dowódca przed nim ukrywa, nie?
– Zwłaszcza że pewnie nasz Nathan chce amuletu dla władzy – dodała Esteline. – Przypuszczalnie temu mu o tym nie mówi. A bo i po co innego tak zaciekle by go szukał?
– Może jest jeszcze coś ważnego, o czym nie wiemy? – myślał na głos Everley. – Na pewno coś przeoczyliśmy. Anael, mógłbyś, z łaski swej, włączyć swój ponoć nadsarmancki geniusz i zabłysnąć wnikliwą wiedzą?
– Mógłbym, ale na razie skupiam się na Sarmantce, która tu idzie.
Wszyscy spojrzeli na brnącą w ich stronę w ulewnym deszczu dziewczynę.
– Nie, to ta nienormalna… – zaczął Eldy, a Esteline dokończyła za niego
– Slavia, tak. Nie patrzcie tak na mnie! Eldy, opanuj swój wyraz twarzy! Właściwie to nic jej nie zdradziłam. Ale gdy to od niej usłyszałam… Zauważyła, że wiem coś na ten temat. Nie dałaby mi spokoju! Już chciała zacząć prowadzić śledztwo na własną rękę, serio. Dlatego po prostu ją tu do nas zaprosiłam, żebyście usłyszeli to od niej…
– Przy jej niewyparzonej gębie na pewno nie zostaniemy anonimowi! – zawołał ze złością Eldy. – Mogłaś to wcześniej z nami omówić!
– Jakbyś ryknął tak jak teraz w dowództwie, to połowa Sarmantów by się o wszystkim dowiedziała – zirytowała się Esteline.
– Jeśli ma jakieś ważne informacje, nie mam nic przeciwko – oznajmił Everley.
Esteline spojrzała na niego z uśmiechem pełnym wdzięczności, co jeszcze bardziej zirytowało Eldy’ego. Już po chwili do altanki wpadła Slavia w przemoczonym do suchej nitki płaszczu i z zaspanymi oczami.
– Wcześniejszej pory nie dało się ustalić? – zastękała, otrzepując włosy i resztę ciała jak pies, tak że najwięcej kropelek poleciało właśnie na Eldy’ego. Gdy sekundę później na niego spojrzała, wybuchła głośnym śmiechem. – Ożeż kurde, stary, ale jesteś ufajdany!
– To są chyba jakieś jaja! – wściekł się Eldy. – Nie powinno cię tu być! Jeśli nie powiesz nam czegoś, co faktycznie nas zszokuje, to osobiście cię stąd wykopię!
– Jak ty się wyrażasz do damy? – oburzył się Everley, na co tym razem Eldy parsknął śmiechem.
– Taka z niej dama jak z mojej du…
– Zaraz to ja cię stąd wykopię – warknęła Esteline, uderzając go mocno w ramię.
– Możemy wreszcie wysłuchać, co dziewczyna ma nam do powiedzenia? – mruknął ze znużeniem w głosie Anael.
– No, cicho już tam! – zawtórowała mu Slavia, przeczesując prędko palcami swoje krótkie, gęste loki. – Zaznaczę na wstępie, że jedyne, co wiem, to to, co sama zobaczyłam. I liczę na to, że resztę dopowiecie mi wy. Oto moja opowieść! – Podsunęła sobie gwałtownym ruchem krzesełko tak, by wszyscy doskonale ją widzieli i zaczęła opowiadać.
*
Slavia jechała sobie windą na szóste piętro, pogwizdując pod nosem. Jej rodzicie tak zafascynowali się Avertonem, że postanowili zdobyć książkę o demokracji i wolności. W bibliotece nie znaleźli, a w ludzkim świecie nie wiedzieli, gdzie szukać, dlatego wysłali ją do wszechwiedzących Alchemików, by ci coś poradzili. Slavii i tak się trochę nudziło, dlatego bez narzekania zgodziła się do nich zajrzeć.
Gdy już znalazła się pod odpowiednimi drzwiami i zapukała, nikt nie chciał otworzyć, dlatego zaczęła walić w nie pięściami. W końcu otworzył jej jeden z oburzonych starców.
– Co jest, kurde? – zdenerwowała się. – Z sarmanckiej kultury jesteście zwolnieni, że każecie gościom tyle czekać?!
– Czego chcesz? – warknął brodaty Alchemik, obdarzając ją morderczym spojrzeniem.
– Spytać, gdzie mogę zdobyć książkę o wolności, równości i decyzyjności, bo…
Starzec zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Hańba! – wściekła się Slavia. Powaliła jeszcze trochę w drzwi, a gdy nikt nie raczył jej już otworzyć, kopnęła je i odeszła, rzucając pod nosem parę ciekawostek na temat demencji starczej. Żeby poprawić sobie humor, zaczęła spoglądać jak co dzień przez ściany; może akurat ktoś robi coś ciekawego! Za jednymi drzwiami zobaczyła całujących się Diathenę i Casimira.
– A to dopiero coś ciekawego, he, he – zaśmiała się do siebie. – No, niestety to nie moja sprawa. Chociaż… Nie! Co dalej… Tam zabawiają się darami, tam skaczą sobie do gardeł, hmm, dowódca faktycznie ma złoty sedes, a tu… Łooo, to ci dopiero! Jakieś zgromadzenie!
Zobaczyła około dziesięciu Sarmantów w sali obrad, którzy dyskutowali zawzięcie. No nic, skoro od dziadków niczego nowego się nie dowiedziała, to może tutaj będzie ciekawiej… Przystawiła ucho do drzwi, widząc przy okazji, że teraz przemawia ten poukładany pan od sprawiedliwości z dziwnym przedziałkiem.
– Przynajmniej wszyscy zgadzamy się z tym, że Casimirowi odbija. Może i złamał zasadę z Czarnej Listy tyko raz, ale to o raz za dużo! Jest nieprzewidywalny. To jasne i logiczne, że nie możemy już mu zaufać w kwestii Amuletu Ramizaela. Możemy przed nim udawać, przed nim i przed dowódcą, ale to nie on powinien nami dowodzić.
– Nie powinniśmy poddać się jakiemuś nieznajomemu! – zaoponował ktoś.
– Musicie go poznać. Nalegam! – kontynuował pan Przedziałek. – Rozmawiałem z nim raz, a już wiem, że ten Sarmant ma w sobie to coś… Poprowadzi nas. Ma wiedzę. Razem z nim znajdziemy amulet. Zresztą sami zdecydujecie, gdy się z nim spotkamy.
– Spotkamy? O co znów ci chodzi, Jahardzie?
– Jutro o dwudziestej trzeciej przy wielkim dębie. Musicie przyjść…
– Dziewczyno? Co tu robisz?
Slavia odwróciła się gwałtownie, widząc za sobą jakąś starszą Sarmantkę, całkiem w sumie ładną jak na swój wiek. Chociaż trochę straszną. Babka jak się patrzy!
– Aaa, ty jesteś żoną dowódcy, Tatianą? Dzień dobry! – ukłoniła się nisko Slavia. – A tak sobie słuchałam, co tam się dzieję. No, to idę już. Mnie tu nie było. Miłego dnia!
*
Eldy miał w tym momencie ochotę zabić się z zażenowania.
– Wytłumaczcie mi: czy ja źle słyszałem, czy ta świruska opowiadała o osobie w trzeciej osobie? – spytał, kryjąc twarz za palcami.
– Czytasz ty cos? Przecież większość opowieści takich właśnie jest! – oburzyła się Slavia.
– W porównaniu z tobą jestem jednak tym geniuszem – jęknął Eldy.
Tak czy inaczej wszyscy prócz rozbawionej Esteline patrzyli na Slavię z szeroko otwartymi oczami. Dowiedziała się wszystkiego, do czego oni dochodzili przez parę dni, w zaledwie chwilę. Eldy, nie wiedzieć czemu, miał ochotę zabrać jej krzesło spod tyłka za karę. Czuł się też zdradzony przez Jaharda. Ten teoretycznie zaznaczył mu, że przekaże jego tajne informacje paru zaufanym Sarmantom, ale aż tylu? To nie było w porządku! I kim był ten obcy?
– To co, dzisiaj w nocy mały spacerek? – spytała zadowolona z siebie Esteline.
– To trzeba dokładnie przemyśleć, przygotować się… – kiwał głową zdezorientowany Anael. – I właściwie czego chcemy się tam dowiedzieć?
– Obcy Sarmant, który przekonał samego Jaharda, że to on powinien panować nad całą grupą i to na swoich warunkach? Nie zostawimy tak tego – oznajmił Eldy. Poza czystą ciekawością kierowała nim też chęć zadośćuczynienia Irothowi za to, że to właściwie przez niego rozpętał się bunt Avertona.
– To niebezpieczne, mogą nas nakryć. Dlatego pójdę tam sam – oznajmił twardo Everley. – W razie czego zawsze mogę zamienić się choćby w jakiegoś człowieka, żeby nie mnie nakryli. Albo po prostu bym się przeniósł.
– Wypraszam sobie – tupnęła nogą Slavia. – Ja przekazałam informacje, to i ja idę, o cokolwiek tu chodzi! Też jestem po przemianie. Ostrzem można zresztą wiele zdziałać.
– Zaraz, zaraz – zawołał nagle Anael, nie wytrzymując. – Twoi rodzice naprawdę nie wiedzieli, gdzie można kupić książkę o demokracji? I wysłali cię po to do Alchemików?
Eldy’emu nie chciało już się tego słuchać. I tak wiedział, jak to się skończy.
*
Była dwudziesta druga, gdy wreszcie, starając się nie wzbudzić uwagi strażników, wszyscy w piątkę znaleźli się wśród ciemności na skraju lasu. Eldy nie przewidział tylko jednego: że dołączy do nich jeszcze szósta osoba. Tym razem najbardziej wściekła się Esteline.
– Czy mnie oczy mylą, czy leci do nas gwiazda dowództwa? – nastroszyła się.
– Się masz, Linet! – zawołała co najmniej bardzo niedyskretnie Slavia.
– A co ty tutaj robisz…? – speszył się Everley, gdy dziewczyna do nich doszła.
– Chyba co ty robisz tutaj, z nimi… – Linet wyglądała tak na zdezorientowaną, jak i rozczarowaną. – To chyba niedobrze, że oboje mieliśmy tego wieczoru przed sobą tajemnice…
– Na Ramizaela – jęknęła Esteline – mamy ważną rzecz do zrobienia. Nie traćmy czasu!
– Spokojnie, Est – wtrącił się Eldy. – Ona nie zrobiła nic złego! Linet, nie jest ci zimno? Co robisz tutaj o tej porze?
– Oczywiście, że jest jej zimno, cała się trzęsie – pokręcił głową Everley, ściągając z siebie swój płaszcz i przywdziewając jej na ramiona.
– Słyszałam, jak moi rodzice mówili, że idą gdzieś wieczorem… To wyszłam zawczasu na zewnątrz, żeby sprawdzić, dokąd się wybierają. A wy co tu robicie? Everley, kochanie?
Kochanie?! Eldy’emu aż zakręciło się w głowie.
– Właściwie też chcemy śledzić paru Sarmantów – przyznał się Everley – i chyba wiemy, gdzie się udadzą. W tym twoi rodzice.
– I dowiaduję się o tym dopiero teraz? – zasmuciła się Linet.
– Witaj w klubie niedoinformowanych idiotek – zaśmiała się Slavia.
– Nie chcę nic mówić – odezwał się po raz pierwszy Anael, zerkając na niewielki, staroświecki zegarek, który trzymał w kieszeni – ale nie mamy zbyt wiele czasu. Musimy być tam przed wszystkimi. Idziemy, teraz.
– Idę z wami – oznajmiła od razu Linet.
– Nie ma opcji. – warknęła Esteline. – O niczym nie wiesz. Za dużo nas będzie. Nie.
– Nie zostawię jej tu samej – powiedział stanowczo Everley.
– Ani ja! – dodał zaraz Eldy.
– Ja też! – palnęła nie wiadomo czemu Slavia.
Anaelowi to nie odpowiadało, Esteline też. Ale nie było już czasu.
Szli przez ciemny las, cały mokry od padającego przez dzień deszczu, woląc nie tworzyć Uroku Światła dla niepoznaki. Anael tłumaczył po cichu obejmowanej przez Everley’a Linet wszystko, co powinna wiedzieć, natomiast Eldy, Esteline i Slavia szli z tyłu, dyskutując półgłosem na temat Casimira i Diatheny.
– Nie wiem, czy Diathena była do tego zmuszana, aż tak długo im się nie przyglądałam, zboczeńcu. – Slavia weschnęła głośno. – Powiedziałabym raczej, że się wczuwała…
– Tak czasem robią Sarmanci, którzy mają w tym jakiś cel – uniosła brwi Esteline.
– Jak tak można? Wstyd tak kogoś wykorzystywać! – udał głupiego Eldy.
Zaśmiali się w dwójkę dość niezręcznie, a resztę drogi szli w ciszy, słuchając głupawych opowiadań Slavii.
Anael i Everley byli na miejscu już za dnia, żeby sprawdzić, gdzie najlepiej się ukryć, dlatego teraz wszyscy kiwnęli tylko na siebie głowami i udali się trójkami: Eldy, Est i Anael schowali się po prawej stronie wielkiego dębu tuż za niewielkim pagórkiem i paroma krzakami, a Everley, Linet i Slavia po lewej stronie za grubszymi pniami i drzewkami.
Teraz siedzieli w dość niewygodnych pozach w swoich kryjówkach na mokrej, zimnej trawie, w milczeniu czekając na Sarmantów z listy. Tak dogłębna ciemność i niepokojące odgłosy lasu nieco przerażały Eldy’ego. Ale jeszcze bardziej stresował się bliskością Esteline, która, siedząc w środku, opierała się o nich. Do tego trzęsła się lekko. Powinienem ją objąć, ogrzać? – myślał zrozpaczony. Byłoby dziwnie! Ale co, jak zrobi to Anael?
Gdy zobaczył wreszcie światełko w oddali, poczuł ulgę, że może się w końcu skupić na czymś innym. Ulga trwała tylko do czasu, gdy zorientował się, kto to taki.
Cheryl szła z Simonem pod rękę, żywo dyskutując o rodzajach alkoholu. Nie było jej na liście! Eldy spojrzał na Anaela, który patrzył na nich uważnie, marszcząc brwi. Czyżby Simon przyprowadził tu dzisiaj Cheryl? A może ona już od dawna szukała amuletu razem z innymi? Slavia… Może zapamiętała, kto taki znajdował się wczoraj w sali obrad…?
Po chwili zaczęła zbierać się reszta. Jahard, Isidore, paru Sarmantów, których tylko kojarzył z widzenia, rodzice Linet… Eldy zastanawiał się, jak dziewczyna na to wszystko zareaguje; niestety stąd był w stanie dojrzeć jej spojrzenia. Żałował, że nie mógł teraz być koło niej i choćby złapać ją za rękę w tej ciężkiej chwili, tak jak i ona przyszła ostatnio go pocieszyć.
Brakowało już tylko nieznajomego.
Wszyscy zebrali się w kupie nieco dalej, niż Anael przypuszczał, i ciężko było teraz wychwycić wszystkie słowa. Eldy spojrzał na zegarek, który Anael trzymał przy oczach, chcąc coś dojrzeć w tych ciemnościach.
Gdy sekundnik wskazał równiutką dwudziestą trzecią, niedaleko nich wszystkich pojawił się wysoki Sarmant, uśmiechający się z zadowoleniem do siebie. Zanim odwrócił się do stojących dalej Sarmantów, Eldy, dzięki blaskom Uroków Światła pozostałych, zdołał uchwycić parę elementów jego wyglądu. Chociażby to, jaki był elegancki i zadbany, niczym poprawiona, starsza o jakieś piętnaście lat wersja Everley’a – lekki, dokładnie wystylizowany zarost, gęste, idealnie układające się włosy, o jakich zawsze marzył Eldy, garnitur pod grubym, długim płaszczem, a nawet parasolka w ręku…
Kim on był?
– Co za przystojniak… – szepnęła ledwo słyszalnie Esteline, wpatrując się w niego ze zdumieniem. Eldy czuł się z tym żałośnie, ale musiał się z nią zgodzić.
„Przystojniak” stanął przed przyglądającymi mu się Sarmantami. Mówił głośno i dźwięcznie, z doskonałą dykcją, dlatego Eldy wszystko usłyszał.
– Dobry wieczór, Sarmanci. Dziękuję za przybycie! I dziękuję za zaufanie. Mam na imię Lucian i wiem więcej, niż wam się zdaje. Zwłaszcza o Amulecie Ramizaela, poza jego aktualnym miejscem ukrycia rzecz jasna. Moja wysoko rozwinięta intuicja podpowiada mi, że ten pocieszny Casimir nie ma dobrych zamiarów, choć może sam jeszcze o tym nie wie. O waszym dowódcy wolę się na razie nie wypowiadać. I właśnie dlatego postanowiłem się do was zwrócić. Tyle z mojej strony, przynajmniej na razie.
– To chyba nieduża dawka informacji, jeśli masz nas do siebie przekonać, skarbie – powiedziała Cheryl z powątpiewaniem.
– Wystarczająca, zważywszy na to, że sześciu dzieciaków, tam i tam, właśnie nas podsłuchuje, a wy daliście się podejść. Doprawdy, nieprofesjonalnie.
Eldy stracił oddech, a Esteline zupełnie znieruchomiała. To już? Dziesięciu Sarmantów ich nie nakryło, a on ot tak wiedział, że chowają się nieopodal? Jahard i Simon już szli w ich stronę. Uciekać! Nie zdążą… Już po nich! A co ten Anael wyprawia? Pisze coś?
– Stary, przenieś się, uciekaj! – szepnął z paniką Eldy.
Ale ten zrobił coś niewiarygodnego – szybkim ruchem wcisnął mu siłą złożoną kartkę prosto do majtek. Eldy wrzasnął i wyskoczył zza krzaków dokładnie na zdezorientowanego Jaharda. Po nim wstali Esteline i Anael, który wycierał sobie ręce do spodni.
– No nie, do cholery jasnej! – jęknął Simon, widząc syna. – Dlaczego, dlaczego?!
Kazali im wstać i wyjść na środek, gdzie czekali już przytrzymywani przez rozczarowanych rodziców Linet i Isidora przyjaciele. Nikt już nie mógł uciec.
– Eldy, Everley, no co wy? – Cheryl wyglądała przez chwilę tak, jakby miała się rozpłakać. – Dlaczego musieliście się w to wmieszać? Po co?
– Radziłbym ich przeszukać – powiedział Lucian. Z bliższa wygadał jeszcze lepiej niż z dalsza. Ale i potężniej.
Eldy czuł zbliżający się atak paniki. Co im teraz zrobią? Czy znajdą ukrytą kartkę, cokolwiek na niej było? Linet zaczęła chyba cichutko płakać, Slavia poklęła sobie na głos, Everley próbował się nieporadnie tłumaczyć, Anael patrzył w ziemię, a Esteline twardo się trzymała, co rusz spoglądając z zachwytem na wyraźne znudzonego Luciana.
Przy ogólnych lamentach Simona i Cheryl oraz zażenowania w oczach Sarmantów, zwłaszcza rodziców Linet, Jahard i jakiś Sarmant przeszukali im wszystkie kieszenie. Znaleźli z wielkim zdziwieniem listę od Irotha, ale do majtek nie zaglądali.
– Ktoś jeszcze o tym wszystkim wie? – spytał Isidore, patrząc każdemu po kolei w oczy.
– Nie – powiedział stanowczo Everley.
– Czy macie gdzieś w dowództwie schowane jakiekolwiek notatki lub dowody swojego śledztwa? Niech odpowie każdy z osobna.
Zaprzeczył każdy (choć Eldy z mocno bijącym sercem) prócz Anaela.
– Ja się tym zajmę – zapewnił Simon. – A teraz powiedzcie nam, co, do stu Udurów, was tu przywiało? Synu? Błagam, miej na to jakieś racjonalne wyjaśnienie.
– Dowiedzieliśmy się o was – powiedział dość spokojnie Anael – i przyznam, że wcale nie było to takie trudne. Starczyło, że jedno z nas podsłuchało waszą rozmowę. Nie kryjecie się zbyt dobrze. Właściwie w ogóle się nie kryjecie. Musicie się bardziej postarać.
– Już go lubię – uśmiechnął się lekko Lucian. – Nie możemy go zatrzymać? Widzę, że ma więcej oleju w głowie niż wy.
– Nie! – ryknął Simon.
Lucian przewrócił tylko oczami.
– No to róbcie, co musicie – powiedział tylko, podpierając się na parasolce.
– To niezgodne z dewizami – odezwał się wyglądający na mocno zestresowanego Jahard – ale nie mamy innego wyjścia. Przecież was nie zabijemy. Przepraszamy, ale musimy.
Eldy oddychał ciężko, czując, że zaraz zupełnie braknie mu powietrza. Nie chciał tracić pamięci! Nie po tym wszystkim! Cheryl stanęła przed nim z niezwykle smutną miną.
– Tak mi przykro, tak bardzo – szepnęła. Po jej policzku polała się łza. – Nie miałam nawet okazji spytać się, czy wszystko w porządku po tym, co przeszedłeś…
– Przepraszam – zdołał wyjąkać Eldy, sam nie wiedząc czemu.
A później wszystko stało się białe.