Rozdział XII

Iroth znalazł Avertona dopiero późnym popołudniem, i to w dość nietypowych okolicznościach: mężczyzna stał na stole bilardowym w salonie pośród tłumu Sarmantów, najwyraźniej wygłaszając swoje idiotyczne mowy. Pierwszą myślą zażenowanego Irotha było, poza podpaleniem stołu, aby wkroczyć ostentacyjne i wyrzucić go poza dowództwo.

Szybko doszedł jednak do wniosku, że mijałoby się to z celem. Zamiast tego wcisnął się ukradkiem do środka i stanął gdzieś z boku, kryjąc twarz.

Ogień rozpalił się w jego żyłach już po usłyszeniu paru pierwszych słów.

– Czy nie czujecie się tak, jakbyście żyli w klatce? – przemawiał z przejęciem Averton, gestykulując żywo. – Bo ja osobiście takie właśnie mam wrażenie, i to za każdym razem, gdy chcę wyjść z tego zatęchłego dowództwa. Powiedzcie mi, jesteście dumnym rodem Sarmantów czy kukiełkami w rękach jakiegoś bufona z szóstego piętra? Całymi dniami harujemy jak woły wedle z góry nałożonego na nas planu i co nam z tego przychodzi? Marne parę franków. Dajemy z siebie wszystko, a nie możemy liczyć na chwilę spokoju. Przecież wszyscy widzimy, jakie sumy dostarcza dowództwu dział finansowy. Chyba nie chodzicie co miesiąc po nowe ostrza, więc ręka w górę: kto myśli, że wszystkie pieniądze idą na jedzenie? No właśnie… Złotych marchewek jeszcze tutaj nie widziałem, chyba że dowódca skrywa jakieś u siebie.

Iroth był tak zażenowany, że miał ochotę zepchnąć Avertona ze stołu, byleby już się zamknął. Ten jednak nie miał zamiaru skończyć.

– À propos dowódcy – mówił z przejęciem Averton – pierwszym automatycznie nazywamy Ramizaela, ale zapracował sobie na to, bo wiele dla nas zrobił. Ale z jakiej racji każdy jego potomek, oczywiście tylko w linii pierworodnej, zasługuje na to miano ot tak, bo taką mamy tradycję? Przecież dowódca to taki sam Sarmant jak my! Nie mamy wpływu na to, kto nami dowodzi. Komu z nas dano jakikolwiek wybór w życiu? To, że mamy czarne włosy, zielone oczy i nadludzkie zdolności fizyczne, dyskwalifikuje nas z tych wszystkich ludzkich przyjemnostek? Nie, ale bez nich łatwiej nad nami panować. Dlaczego miałbym iść na piwo do jakiegoś ludzkiego baru, skoro mogę w tym czasie wyczyścić dowódcy jego złoty kibel? Zostaliśmy odcięci od świata. Czasy się zmieniają z każdym dniem, odkryciem, wynalazkiem, a my, zdaje się, tkwimy wciąż w połowie XIII wieku!

Ta przemowa nie wpłynęła tak na zmieszanych Sarmantów jak następna, którą Averton wygłosił po pełnej przekrzykiwań i pytań przerwie.

– A wiecie, co irytuje mnie najbardziej? To, że ten nasz dowódca zapewne śmieje się za nas w tym swoim pokoiku pełnym kosztowności. Siedzi sobie tam bezpieczny, mając kompletnie gdzieś nas i nasze potrzeby. Gdyby chociaż raz w miesiącu przeszedł się po dowództwie i wysłuchał naszego głosu, pewnie bym tu teraz nie stał. W swojej władzy widzi tylko panowanie i własne korzyści, a przecież władza to przede wszystkim służba. Ma opierać się na zaufaniu i podziwie wobec dowódcy. Czy to nie brzmi śmiesznie na tle naszego kochanego pana Nathana? Ilekroć słyszę w jego przemowach słowo „tradycja”, to chce mi się rzygać. Dlaczego mamy za wszelką cenę chronić jakiejś tradycji, która jest zła i przestarzała? Ludzie zmieniają swoje zwyczaje i popatrzcie, jak na tym wychodzą. Nam się nawet nie śnią cuda ich technologii, my mamy tylko ciągłe ćwiczenia i Wakile. To doskonale przemyślany mechanizm! Wszystko po to, byśmy grzecznie siedzieli w dowództwie i wykonywali rozkazy o wyznaczonych porach. Sram na takie życie. Sram na autorytaryzm! Wolność, równość, oczywiście w stosunku do ludzi, oraz decyzyjność – o te trzy hasła chcę walczyć!

– Wreszcie ktoś powiedział o tym na głos! – oznajmiła dobitnie jakaś Sarmantka. Nie jakaś. Gretta! Iroth zacisnął pięści. Jego własna kuzynka?

– Z tą władzą to się zgodzę – mruknął Barly, zakładając ręce na piersi. – Cholerny dowódca myśli sobie, że wszystko mu wolno.

No, kto jeszcze? – zastanawiał się rozwścieczony Iroth.

– Lepiej stąd zejdź i skończ tym, Avertonie – oznajmił z powagą Demidion.

– Oho! – zawołał mężczyzna. – I tu pojawia się granica wolności słowa.

– Zaraz, zaraz – wtrącił się Simon. – Może i takich głupot nie gadasz, ale skąd ci się to teraz wszystko wzięło, co? Pan Nathan jakoś zaszedł ci za skórę?

– Można tak to ująć – machnął ręką wymijająco Averton. – Chodziło o człowieka. Teraz to już nieistotne.

Iroth uśmiechnął się pod nosem. I tu leży Udur pogrzebany!

– Powiedz! O co chodzi? Co ci takiego zrobił? – pytali Sarmanci z tłumu.

– No dalej, Avertonie! – krzyknął donośnie Iroth, ruszywszy się z miejsca. Wszystkie oczy skierowały się w jego stronę, a Sarmanci, z trwogą na twarzach, usuwali mu się z drogi. – Chyba nie oszczędzisz nam opowiastki o pewnej ludzkiej kobiecie, którą przyprowadziłeś pod dowództwo i którą zamierzałeś wprowadzić do środka? Oraz o tym, jak okrutny ja śmiałem wyczyścić jej pamięć, tak jak każdemu człowiekowi, który widział zbyt wiele?

Sarmanci wydali z siebie ciche okrzyki zdumienia. Averton, początkowo zbity z tropu, prędko oprzytomniał i zrobił całkiem groźną jak na niego minę. Zeskoczył ciężko ze stołu i stanął twarzą w twarz z Irothem.

– Kochałem i kocham Rosalie, a ty mi ją bezczelnie odebrałeś, gnojku – wycedził przez zęby. Zaraz potem zrobił krok w stronę zgromadzonych i powiedział już głośno: – Tak, zakochałem się w ludzkiej kobiecie. Stało się! Popełniłem straszną zbrodnię! W końcu to skandal zadawać się z ludźmi. Wiecie, znam tę panią od roku i mam pewność, że jest godna zaufania. Nie zaprzeczę – chciałem jej wszystko o nas opowiedzieć. Ale wyjaśnijcie mi, co takiego by się stało? Ziemia by się zapadła? Santee przestałoby wypływać z jaskini? Albo Rosalie prędko podzwoniłaby do prezydentów państw i oznajmiła im, że we Francji, gdzieś w dziczy, mieszkają sobie dziwaki z przerostem ambicji i że należy ich się bać? Nie! Nie, nie i jeszcze raz nie, do cholery! Tak czy inaczej pan przyszły dowódca mnie nakrył. Pomyślałem sobie: dobrze, złamałem dewizę. Niech robi co musi. Ale niech wyczyści jej wspomnienia związane z naszym rodem, a nie ze mną! Iroth obiecał, że tak też się stanie. Uwierzyłem mu. I oczywiście się przeliczyłem. Nie pozwolił mi się z nią nawet pożegnać! Nic! Bo tak to właśnie działa w tym dowództwie – uczucia nie mają znaczenia. Liczą się tyko nasz ród, jego tradycja i dewizy. Naprawdę chcecie żyć w tak skostniałym miejscu?

– Niemal się wzruszyłem. – Iroth, wściekły na poruszone miny niektórych Sarmantów, zaczął przechadzać się powoli wzdłuż zebranych. – Averton nie jest w stanie pojąć kilku podstawowych kwestii. Choć może utarło się przekonanie, że ludzie są gorsi i słabsi, nie w tym tkwi sedno problemu. Ograniczamy z nimi kontakt tak dla ich dobra, jak i naszego! Naszego, bo zdarzali się już zwyrodnialcy, którzy łapali nas i torturami próbowali wydobyć z nas sekret naszych umiejętności, o czym Averton nie raczył wspomnieć. Nie sądzę, by człowiek kiedykolwiek ot tak zaakceptował coś, czego nie jest w stanie zrozumieć. Według niego wszystko można zbadać i przeanalizować. Może i kobieta Avertona zareagowałaby spokojnie, ale ludzie są różni, na Ramizaela!

Iroth zamilkł na chwilę, patrząc po zebranych, którzy wpatrywali się w niego uważnie.

– Poza tym Averton nie pomyślał o tym – kontynuował – że ludzie zaczęliby panikować, gdyby dowiedzieli się o pladze Wakili. Lepiej dla nich, że żyją w niewiedzy. Wyobrażacie sobie, jaki popłoch na świecie wywołałaby wieść, że nie wszyscy ich bliscy są tymi, za kogo się podają? Że ktoś z rodziny wcale nie umarł na zawał? Skupiając się jedynie na misjach, ratujemy więcej ludzi! Nie będę tu nawet zaczynać tematu niechcianych ciąż, umierających podczas porodów ludzkich kobiet i żyjących poza dowództwem, niczego nierozumiejących Sarmantów…

– A skąd te statystyki o śmierciach rodzących kobiet, co? Po tych kilku przypadkach z ostatniego wieku? A jak niby na początku wyglądały związki Sarmantów, co? – burzył się Averton, ale Iroth nie zwrócił na niego uwagi.

– Sam jesteś, Avertonie, przykładem na to, że związki z ludźmi nam nie służą. Musiałbyś wyrzec się bycia Sarmantem i zamieszkać ze swoją kochanką. Dałbyś przykład innym, którzy również skorzystaliby z okazji. A za chwilę nie byłoby komu ratować twoich tak ukochanych ludzi przed Wakilami! Poza tym, patrząc z perspektywy twojej ideologii, byłbyś wielkim egoistą, gdybyś uznał, że Rosalie może stanowić wyjątek.

Averton wyglądał przez chwilę tak, jakby miał się rozpłakać. Jakby dotarło do niego, co tak właściwie chciał zrobić. Mimo to zmarszczył brwi.

– Nawet jeśli sprawa z człowiekiem byłaby moim osobistym problemem, choć i na to na pewno da się znaleźć rozwiązanie, to i tak ograniczanie samego przebywania z ludźmi i korzystania z rozrywek tego świata są po prostu śmiechu warte.

– Uważam te oskarżenia za grubą przesadę! – zdenerwował się Iroth. – Sarmanci mogą wychodzić całkiem często, ale nie jesteśmy ludźmi, by dzień w dzień robić sobie wypady do klubów czy tego typu miejsc.

– I tak nie mamy na to wystarczająco dużo pieniędzy!

– Po co ci pieniądze do rozmowy z ludźmi?

– A po co twojemu ojczulkowi tyle nieużywanych monet i drogocenności?

– Żeby nie dostały się w łapska takich impertynentów jak ty!

– A może żeby czuć władzę nad poddanymi mu Sarmantami, których owinął sobie wokół palca?

– Wystarczy! – Iroth miał już dość. – Czy ty naprawdę myślisz, że dowódca nie ma nic innego do roboty jak tylko siedzenie w swojej komnacie i liczenie pieniędzy? Mój ojciec nie jest idealny i popełnia trochę błędów, a ja nie zgadzam się ze wszystkimi jego decyzjami – tu pojawiły się szepty zdziwienia, ale i uznania – ale, na Ramizaela, wiem, że robi wszystko, by Sarmantom żyło się jak najlepiej! Naprawdę tak źle ci się tu mieszka? Czy komukolwiek czegoś brakuje? Każdy ma zapewnione miejsce do ćwiczeń, pokarm, santee, broń, Księgę Uroków… A my, Sarmanci z linii dowódców, dbamy o to, by wszystko było na swoim miejscu. Jesteśmy przygotowywani do tego od małego. Myślisz, że to takie proste – zapanować nad liczącym sobie kilkuset Sarmantów dowództwem? Że staniesz sobie na stół bilardowy, powiesz, jakie to staroświeckie dewizy nam przyświecają, jak to pozmieniałbyś zasady, którymi żyjemy od wieków, najchętniej pewnie przejąłbyś dowodzenie i że wszystko by się ot tak ułożyło? Na święte santee, to tak naiwne podejście…

– Jesteś taki sam jak ten twój ojciec – oznajmił po krótkiej chwili ciszy Averton. –  Nie chcesz dopuścić do tego, by ktoś śmiał sprzeciwić się autorytarnej władzy linii dowódców. I co zrobisz? Za to, że skorzystałem z przysługującej mi wolności słowa, wyrzucisz mnie z dowództwa? Może zarządzisz zakaz zgromadzeń, by Sarmanci nie rozmawiali przypadkiem o mankamentach tradycji naszego rodu? Ciekawe, jak szybko tobie władza uderzy do głowy. O ile już się to nie stało.

Dla Irotha to już było za wiele. Dwoma gwałtownymi ruchami dłoni utworzył ogniste przejście, prowadzące prosto do drzwi. Sarmanci odskoczyli na bok przed płomieniami, ale żadnego z nich nie poparzyło. Żar ognia przeznaczony był wyłącznie dla Avertona.

– Odejdź stąd! – zawołał groźnie Iroth. – Już niebawem staniesz przed sądem Jaharda. Będziesz odpowiadać za złamanie co najmniej pierwszej dewizy naszego rodu. A to da ci doskonałą okazję do przedstawienia swoich tez przed resztą Sarmantów oraz przed moim ojcem. On, razem z Jahardem, zdecyduje, co będzie dalej. A teraz zejdź mi z oczu!

Averton już szykował się do jakiejś ciętej riposty, ale coś musiał sobie uświadomić, uśmiechnął się bowiem po chwili i mrugnął do niego.

– A żebyś wiedział, że stanę przed sądem Jaharda i twoim tatusiem. A wam, kochani, dziękuję za uwagę i życzę odwagi. Do zobaczenia wkrótce!

Averton, pogwizdując, przeszedł swobodnie między ogniem i wyszedł z salonu. Płomienie zniknęły, a wszystkie oczy zwróciły się w stronę syna dowódcy.

– No nieźle – mruknął pod nosem Simon.

– Co za nowoczesny Sarmant… – westchnął Demidion.

– Przynajmniej spojrzał prawdzie w oczy. Dowódca nadużywa władzy i ślepy jest ten, który tego nie widzi – oznajmił śmiało Barly. Iroth chciał odgryźć się, że on za to nadużywa ojcostwa, ale nie miał teraz ochoty na przekomarzanie z niewartym uwagi głupcem.

– Ależ nie, to straszne, jak Averton mógł to wszystko powiedzieć…! – pisnęła Gretta, lecz widząc ciężki wzrok swojego kuzyna, szybko schowała się pośród tłumu.

– Posłuchajcie mnie. – Iroth wysilił się na ostatnią, krótką przemowę dla rozluźnienia sytuacji i dla rozwiania niepewności malującej się na twarzach niektórych Sarmantów. – Averton nie jest głupi. Ma swoje racje i faktycznie nikt mu ich nie zabierze. Ale żyje marzeniami o utopijnym świecie, w którym ludzie egzystują razem z Sarmantami, a który nie ma prawa bytu. Obraził też dziś linię dowódców, a zwłaszcza mojego ojca. Skłamałbym, gdybym powiedział, że jesteśmy idealni. Ale sam fakt, że dowództwo funkcjonuje bez zarzutów, świadczy o tym, że robimy, co możemy. Może i Nathan siedzi ciągle na szóstym piętrze, ale z pewnością nie próżnuje. A spraw do załatwienia jest więcej, niż jesteście sobie w stanie wyobrazić. Każdy dowódca dowodzi na swój sposób, ale cel zawsze przyświeca nam ten sam. Osobiście ufam mojemu ojcu całkowicie i mam nadzieję, że wy również!

Choć Iroth nie do końca zgadzał się z tym, co powiedział, westchnął w duchu z ulgą, widząc zrozumienie na twarzach Sarmantów. Uśmiechnął się jeszcze do wszystkich pojednawczo i wyszedł z salonu.

*

– Każę ściąć mu za to głowę! – ryknął rozwścieczony wieściami o czynach Avertona Nathan. – A i ciebie powinienem za to, że mówisz mi o tym dopiero teraz!

– Liczyłem na to, że sytuacja się uspokoi – odparł względnie spokojnie Iroth, siedząc na skórzanej sofie naprzeciwko nachylonego w jego stronę, czerwonego ze złości ojca. – Wolałem, żeby nie było rozgłosu.

– Co nie zwalnia cię z obowiązku informowania mnie na bieżąco!

– Pewnie od razu skazałbyś go na wygnanie.

– I przynajmniej nie dopuściłbym do sytuacji, która miała miejsce przed chwilą! Jesteśmy teraz ośmieszeni i poniżeni przez jakiegoś niewychowanego pomyleńca, którego, swoją drogą, powinieneś od razu wpakować do lochów. Nie wiadomo, gdzie się teraz włóczy i co rozpowiada na prawo i lewo! Jakim ty dowódcą chcesz być, skoro pozwalasz na takie rzeczy?

– Nie miałem prawa wtrącić go do lochu – warknął Iroth.

– Może i ty nie, ale ja już tak. Powinieneś przyprowadzić go prosto do mnie!

– A może to ty powinieneś ruszyć się stąd w końcu i choć raz być tam, gdzie twoje miejsce, czyli wśród Sarmantów? Może wypadałoby ci zacząć słuchać ich zażaleń i zastanawiać się, czy aby na pewno mają wszystko, czego im potrzeba? – wybuchnął Iroth, natchnięty niespodziewanie słowami Avertona.

Chciał jeszcze coś dodać, ale zachłysnął się wodą. Poczuł, jak wypełnia powoli jego płuca, a on zaczyna się dusić. Smak dzieciństwa.

Smak jego koszmarów.

– Próbujesz mnie pouczać, jak być dowódcą? – cedził w tym czasie Nathan. – Może wypadałoby mi zorganizować dzienną „godzinę rozmów i zażaleń”? Nie rozumiesz, głupcze, że gdybym pozwolił Sarmantom dostać się do mnie, nie przestawaliby mnie nachodzić i zgłaszać tysiąc nieistotnych skarg? Że gdybym zaczął zajmować się głupotami, ucierpiałoby na tym całe dowództwo i rzeczy istotniejsze, których jeszcze nie rozumiesz? Już mój ojciec mnie przed tym ostrzegał. Jesteśmy Sarmantami, nie ludźmi, wymaga się od nas więcej!

Iroth zaczął skręcać się z bólu. W takim stanie nie mógł nawet poprawnie użyć swojego daru. Czuł, że woda zaraz rozsadzi mu płuca. Ile razy bał się w takich chwilach o swoje życie? Jak długo dochodził potem do siebie po takim wstrząsie? Nigdy się do tego nie przyzwyczaił. Gdy teraz czuł, że zaraz zemdleje, woda zniknęła, a on chełpliwie nabrał tchu do płuc.

– Przez czterdzieści i cztery lata uczyłeś się, jak być dowódcą. Widzę, że lata nauki poszły na marne – mówił chłodno dowódca, patrząc niewzruszonym wzrokiem, jak jego syn próbuje uporać się z opanowaniem nierównego oddechu. – Tobie powierzyłem znalezienie buntownika w dowództwie, zanim dojdzie do czegoś gorszego, ale nawet z tym nie potrafiłeś sobie poradzić i teraz trzeba będzie po tobie posprzątać. Weź się lepiej w garść, inaczej w przyszłości to dowództwo legnie w gruzach. I najlepiej znajdź sobie jakąś normalną Sarmantkę, może jeszcze nie jest za późno. Założę się, że to Diathena zrobiła z ciebie taką ofiarę losu. – Zaraz potem dodał pod nosem: – A wystarczyłoby, że poprosiłbym Casimira…

Iroth już miał podpalić kanapę, na której siedział jego ojciec. Już miał posłać kulę ognia prosto w jego skrzywioną w złości twarz. Już prawie to zrobił. Ale w ostatnim momencie doszedł do pewnego wniosku: a może on tego właśnie chce? Żeby jego syn pokazał, jak łatwo ulega słabościom i jak bardzo brakuje mu potrzebnej każdemu dowódcy równowagi i opanowania? Jak słaby jest psychicznie na wszelką krytykę?

Powstrzymując ostatkiem sił wybuch gniewu, wstał, podszedł do ojca i powiedział tylko:

– Żebyś ty się kiedyś nie przeliczył.

Głuchy na jego odpowiedź, wyszedł natychmiast z komnaty, trzaskając za sobą drzwiami. Oparł się o ścianę, biorąc jeszcze parę głębokich oddechów. Nie dał i nigdy nie da się złamać. I mimo wątpliwości, które ciągle nawiedzały jego umysł, gdzieś w głębi wiedział, że poradzi sobie jako dowódca. I że nie pójdzie w ślady ojca.

Gdy wszedł do swojego pokoju, czekała tam niego jego matka. Wyglądała na zmęczoną, ale tylko po oczach – jej wygląd jak zwykle był nienaganny.

– Mam to, o co prosiłeś – powiedziała od razu, wskazując palcem na biurko. – To kopia, więc się nie martw.

– Jesteś lekiem na skołatane nerwy – przyznał Iroth z wdzięcznością.

– Łatwo nie było – dodała Tatiana. – Lista imion. Dość losowych. Nie mam pojęcia, o co  w tym chodzi. Ale to już nie mój problem.

– Dam znać, jak do czegoś dojdę.

Kobieta skinęła głową i już miała wyjść, jednak gdy przechodziła koło syna i spojrzała mu w twarz, zacisnęła wargi.

– Ojciec znów ci to zrobił?

– Skąd ci to…?

– Znam cię lepiej, niż myślisz. O co poszło?

– Narobiłem parę głupot, które… – zamilkł, ale po chwili dodał gniewnie: – Właściwie to nie zrobiłem nic złego, na Ramizaela! To ojciec stał się ostatnio nie do zniesienia. Wszystko musi być po jego myśli! Nikt nie może mieć mu nic do zarzucenia! Jak tak dalej pójdzie, to z nim oszalejemy.

– Stawiam, że chodzi o Avertona – powiedziała Tatiana, po czym chwyciła mocno syna za ramię. – Nieważne, co zrobiłeś. Dla mnie i tak będziesz najlepszym dowódcą w historii Sarmantów. Masz swoją własną moralność. Ojciec, zdaje się, ma ostatnimi czasy tylko moralność dowódcy.

Posłała mu lekki uśmiech, a on od razu się rozchmurzył.

– Dziękuję – odparł. – Za listę i za te słowa.

– Przestań. Powodzenia z odszyfrowywaniem.

– A tobie powodzenia podczas rozmowy z mężem. Z tym też nie będzie łatwo.

– Żadna nowość – wzruszyła ramionami Tatiana, przekraczając próg.

Iroth, nabrawszy trochę nowej siły, nie czekał już na nic, tylko usiadł przed biurkiem, biorąc do ręki listę. Zawierała spis dziesięciu imion, które, w takim zestawieniu, absolutnie nic mu nie mówiły. Ale i tak zacisnął mimowolnie pięści, widząc Casimira na pierwszym miejscu.

Następne godziny spędził na przeszukiwaniu przeróżnych kartotek, statystyk, spisów darów i wszystkiego, co miał pod ręką, ale do niczego nie doszedł. Jak może mieć się Simon do Isidora? To dwóch zupełnie różnych Sarmantów! Albo co ma Jahard do Nathalie i Daniela, rodziców tej uwielbianej przez chłopców Linet? Gdyby była to lista tych, którzy mogą mieć na pieńku z dowódcą, to Casimir na pewno by się na niej nie znalazł. A może to wykaz zasłużonych Sarmantów? Ale w takim przypadku co z Simonem? Raczej to jego syn mógłby się tu znaleźć! Za to wiek mniej więcej się zgadza… Ale co on wnosi? To nie ma sensu…

Iroth nie usłyszał nawet, kiedy do pokoju weszła jego żona. Spojrzał na nią ze zdziwieniem dopiero wtedy, gdy stanęła koło biurka. Wyglądała dzisiaj wyjątkowo pięknie.

– Byłam w salonie, gdy kłóciłeś się z Avertonem – oznajmiła, odgarniając na bok włosy. Iroth, nie wiedzieć czemu, od razu zakrył listę rękawem. – Ale nie zdążyłam cię później złapać. Chciałam tylko powiedzieć, że świetnie sobie z nim poradziłeś, kochany.

– Chociaż ty tak uważasz – mruknął Iroth, ale uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. Ona zaś stanęła za nim i objęła od tyłu jego ramiona swoimi delikatnymi, drobnymi dłońmi, mówiąc mu do ucha półgłosem:

– Temu staremu durniowi zawsze coś będzie nie odpowiadać, nie przejmuj się… Jedynym słusznym dowódcą jesteś ty… Sarmanci cię uwielbiają… A ja to dopiero…

Iroth przypomniał sobie, co jego ojciec powiedział o Diathenie i aż się zatrząsnął. Gdy jego żona była w dobrym, a raczej w zdrowym nastroju, po prostu szalał na jej punkcie, nawet teraz, po tylu latach.

Wstał, objął ją w pasie i zaczął całować, ona zaś włożyła rękę pod jego koszulę. Kiedy ostatnio to robili? No tak, wtedy, gdy później błagała, by wziął ją na misję. A gdy się nie zgodził, trzasnęła drzwiami i wybyła na parę godzin, podczas których Iroth odchodził od zmysłów. Ale teraz… Teraz nie miało znaczenia, czy faktycznie czegoś od niego chce. Teraz…

Lecz gdy właśnie odpiął ostatni guzik jej koszuli, drzwi do ich gabinetu otworzyły, a do środka wszedł Casimir.

Diathena aż nazbyt gwałtownie odskoczyła od Irotha, który jęknął głośno.

– Na Ramizala, Casimirze, puka się!

Liczył na to, że jego kuzyn od razu wyjdzie, ale ten jak stał, tak stał, na jego twarzy zaś malowała się jakaś dziwna złość. Diathena szybko zaczęła zapinać z powrotem guziki, Iroth natomiast, westchnąwszy, podszedł do niego, starając się zakryć sobą żonę. Zdawało mu się, czy jego kuzyn za nią wyglądał? Niemożliwe. Nie ma dwudziestu lat, żeby tak reagować na Sarmantki!

– Czego chcesz? – mruknął do niego, uważnie patrząc w jego oczy, by te przypadkiem nie prześlizgnęły się w bok. Co za okropna sytuacja…

– Chodzi o Avertona.

– Nie chcę już dzisiaj słyszeć tego imienia!

– Gdy doszły mnie słuchy o waszej kłótni, uznałem, że trzeba go znaleźć. Nierozsądnie zrobiłeś, puszczając go wolno – oznajmił jak zwykle spokojnym i cichym głosem Casimir. – Iroth, on uciekł. Spakował parę ciuchów i wyszedł z dowództwa. Pytałem strażników.

– I dobrze, może już nie wróci – odparł Iroth, któremu nie to teraz było w głowie. – Coś jeszcze? Trochę jestem teraz zajęty…

– Chyba już niekoniecznie jesteś – szepnął lekko rozbawiony Casimir. – Twoja żona za bardzo się zestresowała. Przepraszam – dodał już z żalem i wyszedł prędko.

Iroth dopiero teraz zauważył, że Diathena siedzi na kanapie z podwiniętymi pod brodę nogami i płacze. Natychmiast usiadł koło niej i objął ją, pytając, co się dzieje.

– Przepraszam, tak się wystraszyłam… – odparła słabo, przytulając się do niego. – Chyba nie masz mi tego za złe…?

Iroth zaprzeczył, ale w duchu przeklął siarczyście, zły na żonę, zły na cały świat. Miał ochotę udusić Casimira gołymi rękami. Casimira, który był na czele listy ojca…

*

Averton poślinił ręce i przygładził nieco włosy, sprawdził oddech, poprawił sweter i kiwnął twierdząco głową, jakby chcąc zapewnić siebie, że to, co robi, jest słuszne.

Drzwi do mieszkania w końcu się otworzyły, a w progu stanęła płomiennowłosa Rosalie w szlafroku, patrząc na niego niepewnie.

– Hmm, dzień dobry – zaczęła podejrzliwie. – Pan z przesyłką? Czy może…

Averton nie dał jej skończyć, tylko zamknął jej usta gorącym pocałunkiem. Kobieta odepchnęła go i wymierzyła mu siarczysty policzek, wywołując jego szeroki uśmiech.

– Właśnie tych dwóch rzeczy potrzebowałem – powiedział radośnie, a widząc jej zdumienie, westchnął krótko i bez zbędnych ceregieli wepchnął się do środka. – Będziesz mi teraz niezwykle potrzebna, skarbie. Ale żeby cokolwiek doszło do skutku, muszę ci wszystko opowiedzieć. Od początku. Jeśli sobie przypomnisz – super. Jak nie, to będziesz musiała uwierzyć mi na słowo. Lepiej zaparz sobie kawę, parę godzin nam zejdzie…

 

 Czytaj dalej –> Rozdział 13.