Rozdział II
Jestem żałosny, jestem żałosny! – powtarzał sobie w myślach Eldy, czekając na windę. Trzeba przestać beczeć. Przestać beczeć!
Chciał dostać się jedno piętro wyżej do części szpitalnej, by dać uleczyć przecięcie uzdrowicielce Odette, której dar polegał na sklejaniu do kupy mniej lub bardziej pokiereszowanych Sarmantów. Oczywiście istniał Urok Uzdrowienia, dzięki któremu każdy, kto go opanował, mógłby mu pomóc, ale urok ten nijak miał się do niezrównanej mocy Odette. Na ten moment Eldy zatamował cieknącą krew wyrwanym kawałkiem materiału ze swojej koszuli. Bolało jak Udury, jednak to było jego najmniejsze zmartwienie.
Ojciec nie zawsze traktował go aż tak źle. Oczywiście od początku to Everley był na pierwszym miejscu. Gdy Eldy był mały, Barly próbował coś z niego wykrzesać, ale widząc, jak mu nie wychodzi, jak się nie przykłada i jak bardzo rozprasza się wszystkim wokół, szybko odpuścił. Uznając młodszego syna za beztalencie, całkowicie poświęcił się temu drugiemu, zdolniejszemu. Eldy się tym nie przejmował, chociaż, chcąc nie chcąc, zawsze spoglądał na Everley’a z zazdrością. Jednak dwa lata temu Eldy, który znalazł się w niemożliwie idiotycznej sytuacji, zrobił coś bardzo, ale to bardzo głupiego; coś, co starał się wymazać z pamięci. Barly, aż trzęsąc się ze złości i zażenowania, pomógł mu z tego po cichu wyjść. Pozostało to tylko między nimi, ale od tego czasu ojciec diametralnie zmienił stosunek do młodszego syna. I tak właśnie gnębi już go od dwóch lat, a on nie może nawet pisnąć. Co doprowadza go na co dzień do szału.
Gdy winda przyjechała, Eldy stał z otartymi łzami, wyprostowany i lekko uśmiechnięty, w razie gdyby ktoś był wewnątrz. Na szczęście nie zastał nikogo. Wszedł do środka, przyciskając dwójkę. Winda ruszyła jednak w dół, co oznaczało, że ktoś na parterze chciał do niej wejść. Eldy wciągnął głośno powietrze, próbując się uspokoić.
– No już, już – powiedział głośno do siebie, pociągając nosem. – Zapomnij o tym. Co by tu śmiesznego…
Przypomniał sobie, jak ponad rok temu zamknął w toalecie samego wnuka dowódcy, Athenota (którego nienawidził, a który na szczęście przebywał na razie poza dowództwem), a ten poryczał się z rozpaczy, zwłaszcza że w środku pachniało wyjątkowo nieprzyjemnie. Eldy parsknął śmiechem tak niekorzystnie, że poczuł, jak jego nos automatycznie sam się opróżnia. A stało się to dokładnie wtedy, gdy drzwi do windy się otworzyły. I tak oto stanął posmarkany przed synem dowódcy, który wszedł śmiało do środka.
Załamany Eldy przeklął siarczyście w myślach, szybko chowając zranioną rękę za plecy.
– No proszę, cześć, Eldy! – powiedział uśmiechnięty Iroth, udając, że nie widzi, jak chłopak ociera sobie prędko nos rękawem. – Nie uwierzysz, ale właśnie cię szukałem.
– Mnie? – wystraszył się Eldy.
– Owszem. Spokojnie, nic złego się nie stało – zaśmiał się serdecznie Iroth, widząc jego minę. Jednak gdy mu się przyjrzał, dodał: – Hej, rozluźnij się trochę.
– Przepraszam – wybąkał Eldy.
– Nie przepraszaj, tylko uśmiechnij się wreszcie!
Eldy automatycznie wykonał „polecenie”. Po raz pierwszy w życiu rozmawiał z synem dowódcy sam na sam i to dopiero od parunastu sekund, a ten już znalazł się wysoko w rankingu jego wyimaginowanej listy „Top 10 najfajniejszych Sarmantów”.
Iroth, czterdziestoczteroletni Sarmant, miał to do siebie, że gdy się na niego spojrzało, od razu dochodziło się do wniosku, że pochodzi z linii dowódców. Może chodziło o szlachetne, idealnie zrównoważone rysy twarzy w połączeniu z jeszcze szlachetniejszymi kręconymi włosami i lekkim zarostem; może o spojrzenie, które poza niewielkim poczuciem wyższości wyrażało też troskę o swoich Sarmantów; a może jednak o wyróżniający się ubiór rodem z dziewiętnastego wieku, czyli surdut, spod którego wystawała wykwintnie zdobiona zielona kamizelka. W każdym razie Eldy i tak czuł się przy nim jak ktoś gorszego sortu.
– Posłuchaj mnie, chłopcze – powiedział Iroth, ściszając głos. – Mam dla ciebie ważne zadanie. Tylko pod żadnym pozorem nie możesz o nim nikomu wspomnieć. Czy to jasne?
– Jak Urok Światła – odparł z powagą Eldy, mimowolnie stając na baczność. Nie mógł pojąć, dlaczego syn dowódcy zwraca się akurat do niego.
Drzwi do windy otworzyły się, a oni wyszli na korytarz, po którym przechadzało się kilku Sarmantów. Stanęli w rogu, opierając się o przeciwległe ściany. Zraniona ręka była cała mokra, ale przejęty Eldy całkiem o niej zapomniał.
– Chcę… wynająć cię… na mojego szpiega – powiedział półgłosem Iroth z bardzo poważną miną. – Krążą plotki, że pewnej osobie nie podoba się władza w dowództwie. Ba, plotki. Na własne oczy widzę, że coś się dzieje!
– O rany!
– Sam jednak nie jestem w stanie dowiedzieć się, co ta osoba knuje. Tu trzeba działać po kryjomu.
– Rozumiem, ale o kogo chodzi?
– O Avertona – odparł smutno Iroth.
Eldy wiedział o Avertonie tyle, że niegdyś bardzo przyjaźnił się z synem dowódcy, ale ostatnio ich stosunki nieco się pogorszyły. I że ma niezwykły dar panowania nad zwierzętami.
– Ale dlaczego akurat ja? – spytał z niedowierzaniem.
– Powiem wprost: prócz ciebie chyba nie ma drugiego takiego Sarmanta, który interesowałby się ludźmi jak Averton. Macie wspólny temat do rozmów, a od czegoś trzeba zacząć. Gdy się z nim trochę zaprzyjaźnisz, podpytasz go o stosunek do władzy w dowództwie i dowiesz się, czy coś knuje. – Po chwili Iroth dodał z uśmiechem: – Poza tym jestem pewien, że się polubicie. Ciebie nie da się nie lubić, Eldy. To jak? Podejmiesz się tego zadania? To naprawdę ważne!
Nie wiedzieć czemu, Eldy czuł się winny i miał ochotę przeprosić swojego rozmówcę z bliżej nieokreślonego powodu. Nigdy nikt nie zlecił mu żadnego ważniejszego zadania, nigdy nikt nie brał go na poważnie, a tu proszę: sam Iroth prosi go o pomoc! Nie był pewien, czy zasługuje na takie wyróżnienie. Ale jeśli już został wybrany, musi pokazać, na co go stać. Musi mu udowodnić, że syn dowódcy dobrze zrobił, wyznaczając właśnie jego.
– Oczywiście, że się podejmę! – oznajmił uroczyście. – Nie pożałujesz tego, panie Irothcie.
– Wspaniale. Możesz zacząć od jutra rana. Averton często je śniadanie w okolicach godziny dziewiątej. Powodzenia, Eldy! Jak tylko się czegoś dowiesz, zapraszam na szóste piętro. A teraz biegnij do Odette, bo brudzisz dywan. Wolę nie wiedzieć, co znów narobiłeś. I mam nadzieję, że nijak wiąże się to z twoim ojcem. W każdym razie: do zobaczenia!
Iroth skinął na niego głową, naciskając przycisk windy, a zawstydzony i wciąż oszołomiony Eldy ruszył szybkim krokiem w stronę pokoju uzdrowicielki, dochodząc do wniosku, że powoli robi mu się słabo przez upływ krwi. Ciężka ludzka dola.
Odette, starsza, miła kobieta, nie pytała go o szczegóły, tylko w przeciągu minuty sprawiła, że rana względnie się zasklepiła, choć brzydka bruzda została, przynajmniej na razie. Eldy, podekscytowany misją, którą przekazał mu syn dowódcy, niemalże zapomniał, co wydarzyło się wcześniej. Starał się nie myśleć o tym wcale, co wychodziło mu naprawdę nieźle. Minąwszy kilku Sarmantów, udał się schodami na czwarte piętro do swojego małego pokoiku.
Długo prosił się o to, by mógł pomalować ciemnoszare ściany na niebiesko lub zielono, ale udało mu się tylko wynegocjować kolorowy dywanik tuż koło czarnego łóżka i żółtą poduszeczkę, która dodawała nudnemu pokojowi trochę życia. Obiecał sobie, że po przemianie, gdy zacznie dostawać trochę własnych pieniędzy, zaoszczędzi je na coś wystrzałowego.
Widok zza okna nie przedstawiał nic poza pagórkami, lasami i górami w oddali – dowództwo znajdowało się na wybitnie odosobnionym terenie we Francji – mimo to Eldy lubił patrzeć na ten krajobraz. Parę razy udało mu się nawet zobaczyć kilku niczego nieświadomych ludzi, którzy przechadzali się nieopodal. Żałował, że nie widzieli objętego odpowiednimi urokami ochronnymi budynku, zawsze bowiem zastanawiał się, co by powiedzieli na takie monstrum prosto z renesansu, stojące gdzieś na odludziu.
Wyłożył się na nieco twardym posłaniu i już miał sięgnąć do szafki po niezwykłą ludzką książkę o tytule Frankenstein – prezent od Esteline na szesnaste urodziny – gdy do pokoju bez pukania wpadła jego matka Elvira.
– Co tu robisz, Eldy? – wykrzyknęła od razu. – Powinieneś być teraz na treningu!
Matka, w przeciwieństwie do ojca, aż za bardzo interesowała się Eldym. Jednak nie tak, jak powinna.
– No ale mnie tam nie ma – odburknął, już zaczynając się denerwować. Zapomniał, że mająca słuch doskonały mama słyszy i wie wszystko. Pomagał jej w tym fakt, że pokój jej i ojca znajdował się naprzeciwko jego pokoju.
– Co tym razem, hm? Wytłumacz mi się!
Elvira usiadła na skraju łóżka, patrząc na niego wyczekująco. To, że kochała kolor ciemnofioletowy, od razu rzucało się w oczy. Spod krótkich, dokładnie wystylizowanych włosów wystawały duże, fioletowe kolczyki. Szminka na cienkich ustach była fioletowa. Makijaż oka składał się z idealnie stonowanych odcieni fioletowego. Wszystko to doskonale komponowało się z fioletową marynarką. Lecz wbrew pozorom to nie ten kolor najbardziej przykuwał uwagę w jej osobie, a wymalowane czarną kredką brwi, które przy bogatej mimice twarzy Elviry potrafiły przybierać naprawdę ciekawe kształty.
Poza darem bycia wścibską miała dar kontrolowania temperatury, którego nieraz używała nieświadomie, gdy opanowywały ją jakieś emocje. Jej siostra Suzanne wyszła za Sarmanta z Afryki i tam też się przeprowadziła, razem z rodzicami a dziadkami Eldy’ego. Chłopak rzadko widywał się z tą częścią rodziny.
– Nie miałem dzisiaj siły na trening – powiedział, odwracając się do niej tyłem. – Chcę się przespać, bo tej nocy mało spałem. Dobranoc.
– Nie gadaj, bo dużo spałeś, ciągle słyszałam twoje pochrapywania – odparła z niezadowoleniem Elvira. – Ale zaraz, zaraz… Czemu masz krew na rękawie? Na święte santee, Eldy! Co ci się stało?!
Jasne, bo chcesz wiedzieć – pomyślał ze złością.
– To nie krew tylko sok porzeczkowy – mruknął.
Wokół zrobiło się jakby o parę stopni cieplej.
– Nie miej mnie za głupią! To się stało podczas ćwiczeń, tak?
– Nie, na stołówce. Popchnąłem dzbanek z sokiem i tak wyszło.
– Kto nauczył cię tak kłamać?
– No dobrze, to nie był sok porzeczkowy. Tylko zupa pomidorowa.
– Eldy! – ryknęła Elvira tak głośno, że omal nie spadł z łóżka. – Powiedz prawdę.
Usiadł powoli na brzegu łóżka koło niej, wzdychając głośno.
– Tak, podczas ćwiczeń – powiedział w końcu. – I co z tego? Co chwilę jakiś Sarmant zostaje ranny.
– Ale nie, gdy ćwiczy tępym jak drewno ostrzem. – Matka zmarszczyła brwi w całkiem ciekawy sposób, po czym chwyciła jego dłoń, nim ten zdążył ją schować pod pościel, i przyjrzała się jej dokładnie. – Pewnie ćwiczyłeś z Everley’em, co? Ten chłopak czasem naprawdę nie myśli. To, że on umie wywijać ostrzem, nie oznacza od razu, że walcząc z tobą, który jesteś przed przemianą, może używać prawdziwej broni!
– Mamo, to nie…
– Ja już sobie z nim porozmawiam. Musi trochę opanować swoją chęć do popisywania się przed wszystkimi!
– Nie rozumiesz, to…
– To twój brat i kochasz go, owszem, ale to nic nie zmienia. Co z tego, że…
– Mamo! – Tym razem to Eldy ryknął, wstając i patrząc na nią z góry. – Przestań! Powiedzieć ci, kto to zrobił? Twój mąż a mój ojciec, Barly!
Elvira od razu zaczęła kiwać przecząco głową.
– Przestań, na pewno to sobie ubzdurałeś – powiedziała. Temperatura na odmianę spadła. – A nawet jeśli, to ojciec zrobił to przez przypadek.
– Wiesz, że nie!
– Nie możesz zwalać wszystkiego co złe na niego, dziecko. Może to ty tak niefortunnie się ustawiłeś podczas walki z nim, przez co cię zranił…
Eldy już miał jej wykrzyczeć, że jest ślepa, już miał kazać jej natychmiast poprosić Demidiona o szczegółową relację, gdy w końcu przeważyło w nim jedno pytanie: po co?
– Taa, pewnie – mruknął tylko, przestając patrzeć jej w oczy. – Właśnie tak było.
– Oceniasz go zbyt surowo, on nie jest takim potworem, kocha cię, kocha tak samo jak Everley’a, musisz o tym pamiętać – mówiła jednym tchem tak, jakby chciała przekonać samą siebie.
– Dokładnie tak – pokiwał Eldy, kierując się do drzwi. – Że też wcześniej na to nie wpadłem. Nie mów mu, że ci o tym powiedziałem, bo mnie zleje za bycie, jak to mówią ludzie, ciotą. Miłego wieczoru, mamo.
Wyszedł ze swojego pokoju, trzaskając drzwiami.
Myśl o czymś fajnym, myśl o czymś fajnym – powtarzał sobie w głowie, idąc szybko przed siebie. Czuł, jak serce mocno mu dudni.
Trzy fajne rzeczy przychodziły mu teraz do głowy. Pierwsza: misja od Irotha. Tak, to coś wspaniałego. Ale dlaczego mama to robi? Dlaczego nie przyjmuje do świadomości, że Barly to potwór? Skarcił się w myślach za odbieganie od tematu. Druga fajna rzecz: hamburgery, kebaby i hot dogi. Takie dobre, takie niezdrowe! Ale mama na pewno wie, jaki on jest, chociaż przy niej Barly lubi udawać. Może się go boi? Może on jej grozi? Nie, jej jest tak wygodnie. Udawanie, że wszystko gra, to najprostsze rozwiązanie. Chociaż… To, że żona podporządkowuje się mężowi, to wśród Sarmantów właściwie nic dziwnego. Patriarchat, cóż. Albo…
Dosyć!
Eldy aż przystanął, wściekły na siebie za natłok myśli. Trzecia fajna rzecz, a raczej osoba, którą miał w głowie, zawsze poprawiała mu nastrój: Linet.
Linet, czyli najpiękniejsza, najzgrabniejsza, najdelikatniejsza i najzwinniejsza Sarmantka w całym dowództwie.
Eldy uśmiechnął się mimowolnie na wspomnienie jej długich, zwiewnych włosów, nieskazitelnej, białej cery i kształtnych ust, zawsze naturalnie czerwonych. Była doskonała. I przy okazji dwa lata starsza. Wiedział, że ma u niej marne szanse. Chyba go lubiła i czasem ze sobą rozmawiali, ale miała jeszcze wielu innych adoratorów, zwłaszcza w swoim wieku. Zresztą Linet wszystkich tylko lubiła. Mimo to Eldy żywił nadzieję, że to właśnie jego polubi bardziej.
Myśląc o niej, ruszył w końcu przed siebie, zmuszając się do działania. Postanowił wyjść z dowództwa i trochę pobiegać; czasem tak robił, gdy chciał wyładować emocje. Ale jadąc z jakimiś dwoma Sarmantkami windą na parter, coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że tym razem to zły pomysł. Dzisiaj wyjątkowo nie chciał myśleć o tym, jak potraktowali go rodzice, a zwłaszcza Barly, jak znów musiał go bronić Everley, bo on sam nie potrafi, i ogólnie jak bardzo jest beznadziejnie. Dzisiaj chciał się choć trochę rozerwać. Mógłby zrobić coś głupiego z Esteline, czyli z jedyną osobą, która w pełni by go zrozumiała.
Owszem, mógłby. Ale Linet tak wypełniła jego umysł, że nie dał rady wyrzucić jej obrazu sprzed oczu.
Może akurat – pomyślał, przyłapując się na tym, że w ogóle w to nie wierzy. Mimo to zaczął zastanawiać się, gdzie teraz może być Linet. Zajrzał do stołówki, salonu i biblioteki, przed każdym zakrętem sprawdzając, czy nie ma gdzieś przypadkiem Barly’ego, ale nigdzie jej nie znalazł. Do jej pokoju wolał nie pukać, jednak postanowił sprawdzić w jeszcze jednym miejscu.
Wrócił na drugie piętro, kierując się w stronę ogromnej sali do ekstremalnych ćwiczeń, które mógł wykonywać tylko Sarmant po przemianie. Główną atrakcją był tam tor przeszkód na wysokości sześciu metrów, na którym Sarmanci pobijali czasowe rekordy. Należało między innymi wspiąć się po ruchomej, niemalże płaskiej ściance, przejść po cienkiej linie, przeskoczyć blisko sześć metrów bez możliwości rozbiegu, przebrnąć przez niewielkie kładki umocowane na ruchliwych sprężynach i przepłynąć przez najeżony przeszkodami podłużny basen, oczywiście będąc ciągle pod wodą.
Linet uwielbiała ten tor przeszkód i wszystko pozostałe, co znajdowało się w tej sali. Dlatego Eldy nie pomylił się, licząc na to, że tu będzie. Rok temu przeszła przemianę i wiele wolnych chwil spędzała właśnie tutaj. Gdy wszedł do sali, gdzie na różnych stanowiskach ćwiczyło kilkunastu Sarmantów, dziewczyna właśnie wchodziła na umiejscowioną wysoko linę, z gracją krocząc po niej tak, jakby to było coś naturalnego.
Eldy nie miał zamiaru jej przeszkadzać, chcąc się jej trochę przyjrzeć i przy okazji skorzystać z faktu, że nie ma przy niej jej adoratorów, ta jednak szybko go zauważyła. Pomachała do niego, po czym skoczyła w stronę wiszących kilka metrów dalej łańcuchów i rozhuśtała się na nich, w końcu puszczając się, robiąc salto i lądując z niezwykłą lekkością całkiem blisko niego. Ten patrzył na nią jak zahipnotyzowany.
To jest ten dzień – pomyślał, tym razem pewien tych słów.
– Cześć – uśmiechnęła się delikatnie Linet, nie okazując po sobie żadnego zmęczenia. Włosy miała związane w koka, co uwydatniało jej doskonałą, kwadratową szczękę i prosty, nieduży nos. – Przyszedłeś poćwiczyć?
Eldy doszedł do wniosku, że nie za bardzo sobie to wszystko przemyślał.
– Ja… – zaczął, starając się nie patrzeć na jej obcisły top z dekoltem. – Chciałem…
Linet odchyliła z wolna głowę, ukazując swoją łabędzią szyję. Patrzyła na jego ubrudzoną od krwi koszulę. Eldy zaklął w duchu – zapomniał się przebrać! Co za porażka!
– A co ci się stało?
– Nic! – zawołał aż za szybko, naprawdę nie mając ochoty wracać do tematu. Czy wszystko musiało kręcić się wokół tego idiotycznego incydentu? – Powiedz mi lepiej, co u ciebie? Dawno nie gadaliśmy.
– Zawsze mówimy tylko o mnie. – Linet zmarszczyła brwi.
– Bo ja nie jestem ciekawym tematem do rozmów.
– Ależ jesteś! – zaoponowała, spoglądając na jego dłoń. – Biedactwo… Zraniłeś się podczas walki?
– Tak – nie wytrzymał Eldy. – Ale to nieważne, naprawdę.
– Ach, jak chcesz – wzruszyła ramionami Linet, chyba nie bardzo przejęta tym, że nie dowie się całej prawdy. Wyraźnie zastanawiała się, czy wrócić do ćwiczeń, czy jeszcze poświęcić mu trochę czasu, gdy Eldy wypalił:
– Może przejdziemy się na spacer?
Linet spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem, połączonym z autentycznym żalem.
– Przykro mi, ale już ktoś mnie zaprosił na wieczorną kolację i za niedługo tu po mnie przyjdzie…
– No tak, rozumiem… – mruknął Eldy. – Może następnym razem?
– Może…
Już miała odejść, gdy Eldy nie zdążył ugryźć się w język i zapytał:
– A kto taki?
Linet spojrzała na niego tym razem z czystym żalem.
– Cóż, Everley. Nie miej mu tego za złe…
Eldy’ego ścięło. Stał jak wryty, patrząc, jak Linet odchodzi i wskakuje z gracją na najbliższą drewnianą półkę.
Wrócił do swojego pokoju, zwalając się na łóżko i mając nadzieję, że matka nie wtargnie tu zaraz, by nawoływać go do poprawy. Miał dość wszystkiego. Jak jego brat mógł mu to zrobić? Przecież wiedział, że Eldy od dawna kocha się w Linet… Ale w końcu jemu, przyszłemu Królowi Ostrza i pupilkowi tatusia, wszystko wolno! A on, głupek, który jest pośmiewiskiem dla wszystkich, na nic nie zasługuje, chyba że na gnębienie ojca! I nadopiekuńczość ze strony matki, która martwi się wszystkim, tylko nie tym najważniejszym! Z drugiej strony, czy nie jest tak, że jedynie robi z siebie ofiarę?
Im więcej o tym myślał, tym trudniej mu się oddychało. Znów czuł ukłucia w klatce piersiowej, a ręce trzęsły mu się jak osika; uczucie lęku narastało w nim nieubłagalnie.
Niedługo potem do jego pokoju weszła Esteline. Gdy zobaczyła, w jakim jest stanie, bez słowa położyła się koło niego i chwyciła go za rękę. Leżeli tak długo. W końcu Eldy się uspokoił.
– Chcesz pogadać? – odezwała się wówczas.
Oboje patrzyli w sufit. Eldy przytaknął.
– Dziękuję, Esteline – powiedział śmiertelnie poważnym tonem, którego nieczęsto używał. – Dziękuję ci za wszystko.