Prolog

– Doszły mnie słuchy, że komuś nie podoba się moje dowodzenie.

Iroth, słysząc to stwierdzenie, udał, że robi zdziwioną minę. Stał właśnie przed swoim ojcem, Nathanem, dowódcą wszystkich Sarmantów, strapiony tym, że jego domysły się potwierdziły.

– Komuś? Czyli komu? – spytał ojca, mając nadzieję, że ten nie ma pojęcia, kto szemra za jego plecami.

– Nie wiem – przyznał Nathan, na szczęście nie zauważając, jak jego syn wypuszcza z ulgą powietrze. – Słyszałem tylko pogłoski. To się zdarza. Linia dowódców nigdy nie była należycie szanowana. Dopóki ów Sarmant nie stwarza problemów, nie interesuje mnie nawet, kim jest. Jednak kto wie, co mu siedzi w głowie? Sam rozumiesz najlepiej, że to właśnie głowy Sarmantów mogą sprawiać problemy.

Iroth zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział.

– Dobrze byłoby zatem – kontynuował dowódca – byś jak najszybciej zajął się tą sprawą.

– Co dokładnie mam zrobić?

Iroth wiedział co, ale wolał mieć pewność. Jego ojciec uniósł wysoko twarz, jak to miał w zwyczaju przed wydawaniem poleceń. Choć nie posiadał miana króla, trochę na takiego wyglądał – miał długie do ramion, czarne jak każdy Sarmant włosy, dokładnie wystylizowaną brodę i władcze spojrzenie, ubrany zaś był w swój ulubiony czary surdut i posrebrzaną kamizelkę pod spodem; z dumą siedział na okazałym fotelu-tronie. Brakowało mu tylko korony i berła, ale Iroth zdawał sobie sprawę z tego, że nie są mu one potrzebne, by budzić respekt i szacunek. Choć zapewne takowymi by nie pogardził. Najlepiej złotymi. Z diamentami.

– Dowiedz się, o kogo chodzi – rzekł z powagą Nathan. – Co mu się nie podoba i jakie ma zamiary względem mnie, o ile jakieś ma. Bo być może to tylko nieszkodliwy przejaw buntu przeciwko tradycji. Nie obchodzi mnie, jak do tego dojdziesz. Po prostu rozwiąż ten problem, najlepiej po cichu. Gdyby sprawa okazała się poważniejsza, przyjdź do mnie. Zdecydujemy, co czynić dalej.

– Zrobię, co w mojej mocy, ojcze. Możesz już sobie nie zaprzątać tym głowy.

Iroth skinął na Nathana, który pogrążył się w zamyśleniu, po czym wyszedł z jego wytwornego gabinetu, pełnego drogocenności, ale i stert papierów. Papierkowa robota była czymś, co Irotha, jako przyszłego dowódcy, męczyło najbardziej. Już teraz musiał dla wprawy pomagać ojcu w skrzętnym zapisywaniu liczby udanych misji, kontrolowaniu budżetu dowództwa i w wielu innych sprawach. Ale wolałby już przesiedzieć kilka następnych tygodni nad papierami, niż zmierzyć się z problemem zleconym mu przez ojca. Wiedział bowiem, komu takiemu nie podobają się „rządy” dowódcy Sarmantów.

Oczywiście Avertonowi, jego dawnemu przyjacielowi, z którym nie rozmawiał już od kilku miesięcy; pokłócili się o jakieś błahe sprawy związane z ludźmi. Averton zaczął go później unikać, a on miał w sobie zbyt dużo dumy, by podejść do niego i go przeprosić. Jednak tak się złożyło, że już trzy razy udało mu się podsłuchać, jak jego dawny przyjaciel denerwuje się na Nathana przy innych Sarmantach, paplając o nim jakieś dziwactwa i wściekając się na jego „autorytaryzm”. I choć Iroth był na skraju podpalenia Avertonowi jego brzydkiego swetra, ostatecznie ani razu nie wkroczył do akcji, nie chcąc zostać przyłapanym na podsłuchiwaniu.

Cieszył się, że ojciec powierzył mu tak ważne zadanie, ale co powinien teraz zrobić? Porozmawiać z Avertonem? Wypytać jego znajomych, czy może coś wiedzą? Nie! A może… Zajmie się tym ktoś inny? Ktoś, dla kogo będzie to zadanie na tyle honorowe, że nie zdradzi nikomu ani słówka na ten temat? Kto nie ma nic innego do roboty i z łatwością mógłby odegrać rolę szpiega?

Iroth nie musiał się już zastanawiać, który Sarmant pasuje do opisu. Doskonale wiedział, kto nada się do tej tajnej i ważnej misji.

Teraz trzeba jeszcze tylko było dzieciaka znaleźć.

Czytaj dalej –> Rozdział 1.