Ręka prababki

Po tej akcji podeszło do mnie kilkoro umarlaków, prosząc o osobiste historie, najlepiej w kilku tomach. Jedna staruszka zaapelowała o biografię swoich dziewięciu kotów, ponieważ każdy z nich był wyjątkowy, zwłaszcza Miau-Miau, którego kości trzyma w trumnie.

I wtedy to do mnie dotarło. Oto moje zadanie po śmierci: pisać opowiastki dla trupów, by coś im przez to uświadomić, coś, co im zalega na sercu, o ile go mają, i co pomoże im rozłożyć się w spokoju psychicznym. Zapewniłem ich, że gdy tylko dostanę notesy, będę przyjmował zamówienia na indywidualne rozmowy, by potem zapisywać dla każdego odpowiednią historię. Trupy cieszyły się jak głupie, a ja pomyślałem, że czeka mnie nie lada wyzwanie – przemycać w każdej opowieści jakieś ich przywary bądź niedokończone sprawy, tak by nikt się na mnie nie obraził ani się nie załamał, tylko by był skłonny przemyśleć to i owo, a co za tym idzie – jakoś sobie pomóc.

Prawdę powiedziawszy, spodobała mi się opcja mojej przyszłej pośmiertnej pracy. Poczułem wyzwanie oraz… cel. Nie wydałem książki za życia, to się wyżyję pisarsko po śmierci. Tu przynajmniej nie muszę się przejmować brakiem odzewu ze strony wydawnictw.

Tymczasem podszedłem do Marcela, który opierał się nonszalancko o jakiś grób, mieląc w ustach peta.

– Co jest, mentorku? Misja wykonana? – zagadnął pierwszy.

– Tylko dzięki tobie – odparłem. – Dziękuję za szybką pomoc.

– Co? A co mi do tego? Ja jedynie zajrzałem do trumny Ali, nic poza tym, a to, że sama wyszła, to już nie moja zasługa – powiedział, wzruszając ramionami.

– Tak, wiem. – Uśmiechnąłem się serdecznie. A potem coś mi się wspomniało. – Przy okazji… o co prosiłeś grabarzy?

– A co cię to interesuje? Ta ciekawość zapędzi cię jeszcze do grobu, stary.

– A propos. Idę się położyć.

Machnąłem na niego ręką. Choć zadowolony, byłem przemęczony psychicznie. To bytowanie pośmiertne wyciskało ze mnie dwa razy więcej życia. Czy czegoś tam. Porozmawiałem jeszcze z kilkoma trupami na mentorsko-pisarskie tematy, zamieniłem parę słów z nagle pełną dumy i ważną Ali, aż wreszcie wróciłem do swojej trumny.

*

To, co rano, to znaczy nocą, wyrwało mnie z ciężkich przemyśleń o Wiktorze, Oliwce i całej mojej rodzinie, było jak miód wlany kojąco w dziurę w moim sercu i zasklepiający ją leczniczo.

– Albo to jest flaszka wódki, albo nie żyję – wręcz wyśpiewałem, gdy już wylazłem z grobu wybudzony przez Ali.

– Obie odpowiedzi poprawne – oznajmił Marcel, trzymając swoimi długimi palcami ten przezroczysty skarb miary zero-siedem. Wziąłem go od niego i przytuliłem czule do siebie. A zatem to kochany Marcel załatwiał u grabarzy! – Teraz możesz prawdziwe urżnąć się w trupa, Johny.

– Ale będzie rozróba! – pisnęła aż nazbyt szczęśliwa Ali, podskakując z emocji, na co jej różowawe włosy wygięły się w fale. Jej pośmiertna depresja naprawdę się ulotniła, a przynajmniej schowała. Teraz przypominała mi po prostu niegrzeczną, ale uroczą nastolatkę.

– Ty chyba jesteś nieletnia – powiedziałem bardziej na żarty, a ona założyła ręce na piersi.

– Wiesz co, może ja wrócę z powrotem do trumny – warknęła. Okej, drażliwy temat.

– Nie zostawiłabyś mnie chyba na pastwę Marcela, co? – powiedziałem, robiąc minę zbitego pieska. Marcel prychnął, a ona tylko przewróciła oczami, a jej entuzjazm powrócił.

– To co, czas na skok przez płot?

– Nie, po co? – sparował szybko Marcel. – Wystarczy ukryć flaszkę i spokojnie możemy przejść przez bramę. Chrzest Johny’ego jest dobrym powodem do wyjścia.

– Co? Chrzest? – Nagle się zestresowałem. – Polejecie mnie wodą z rzeki?

– Oj, nie. – Uśmiech Marcela naprawdę był straszny. – Zrobimy coś znacznie gorszego.

Ali tylko przytaknęła z wolna z szalonym spojrzeniem, a ja zestresowałem się jeszcze bardziej. Przełknąłem głośno ślinę. A potem ruszyliśmy w dół.

– Skoro tak chcesz przejść na legalu, to sam sobie gadaj z Wielką Zośką – powiedziała Ali.

– Nie chodzi o legalne przejście, tylko o dojrzałą, przemyślaną decyzję, a taką jest zgłoszenie wyjścia strażnikom – odburknął Marcel, po czym zrobił to, o czym marzyłem: wyjął z kieszeni grzebień i przeczesał nim włosy; strzepał do tego kurz ze spodni i przykleił na usta uśmiech dyplomaty. Na koniec włożył flaszkę do wewnętrznej kieszeni surduta. – Wszystkim się zajmę.

Wymieniłem ukradkiem z Ali rozbawione spojrzenie, a potem podeszliśmy do strażników dolnej bramy.

– Panie mentorze, jak dobrze pana mentora widzieć! – zawołał na wstępie Stefan, który naprawdę wyglądał jak grubsza, mniej żywa wersja strażnika Teksasu. – Tak się złożyło, że znów mam nocną zmianę. W czym mogę pomóc, panie mentorze?

– Pewnie się chce wymknąć, imbecyl jeden, ale co to, to nie, nie dam się tak łatwo! – odezwała się groźnie Wielka Zośka; jej małe oczka świdrowały mnie z góry do dołu.

– Eee… Ja tylko… – zacząłem idiotycznie, ale Marcel na szczęście mi przerwał.

– Pozwólcie, że ja odpowiem. – Odchrząknął i wyprostował się. – Proszę o pozwolenie nam na wyjście, zgodnie z trzecią zasadą, w bliskie okolice cmentarza w celu udzielenia trupiego chrztu Gustawowi, który musi w pełni pojąć, że jest trupem, by móc godnie reprezentować mentorski odłam naszego cmentarnego osiedla. Obiecuję, że zgodnie z zasadą czwartą wrócimy o odpowiednio wczesnej porze i że nie będziemy zakłócać ciszy porannej, a to dlatego, że już dawno będziemy leżeć w swoich trumnach.

– A kto umarł, ten nie żyje – dodała na koniec Ali.

– Ta odpowiedź, mediatorze, jest wyczerpująca. Myślę, że pozwolę ci… to znaczy wam… wyjść. – Wielka Zośka ani na moment nie oderwała wzroku od twarzy Marcela, zasłuchana w jego głos, co było trochę zabawne, a trochę straszne. Stefan jednak patrzył nieco niżej.

– Nie chcę być nachalny, ale boję się, że mój szef może mnie wylać za brak podejrzliwości… – Oblizał nerwowo fioletowe wargi i wskazał na wybrzuszenie pod surdutem Marcela. – Co tam kryjesz?

Marcel spiął się cały niczym dziecko przyłapane na gorącym uczynku, ja udałem, że ktoś mnie woła z tyłu i odwróciłem głowę, a Ali wkroczyła do akcji.

– To ręka jego prababki, jest dla niego niezwykle ważna, nosi ją zawsze, gdy wychodzi poza cmentarz – powiedziała prędko z powagą. – Ale jest to dla niego tak wstydliwe, że kryje ją przed oczami trupów, pamiętając, jak trzy miesiące temu ogłaszaczka Marysia zauważyła, jak gładzi czule tą ręką swoje włosy i obcina jej paznokcie. Marysia zawołała wtedy na cały cmentarz, że Marcel dokonuje właśnie rękoczynu, co, jak wiecie, zabrzmiało nieco inaczej, niż by chciała, i potem przez dobry miesiąc każdy pytał go, czy mu jego sami wiecie co nie odpadło i czy tak się da po śmierci. No, także od tego czasu nasz Marcelek kryje obdarzoną jakże wielkim sentymentem rękę prababki pod marynarką, pomny na traumatyczne doświadczenia z przeszłości.

Nie wiem, jakim cudem Ali zachowała przy tym powagę, bo ja musiałem gryźć policzki, by nie parsknąć śmiechem.

– Hmm, no tak, ojej, hmm, no ale… – jąkał się Stefan, gładząc się po rudej brodzie.

– Mogę go przeszukać i sprawdzić, czy to prawda – palnęła nagle Wielka Zośka.

– O, to doskonały pomysł – podjąłem. – Ręka jest ponoć pod jego koszulą, trzeba by się tam jakoś dostać…

Marcel, który jak dotąd nieźle się trzymał, krzyknął łamiącym się głosem:

– To wódka, a nie jakaś ręka, słyszycie? Wódka!

– Tak, wiemy, Marcelku, wódka, oczywiście. – Poklepałem go z pobłażliwym uśmiechem po ramieniu. – To jak, możemy przejść? – Zbliżyłem się do strażników i dodałem ostentacyjnym szeptem: – Nie dręczmy go już, bo się kompleksów biedaczek nabawi…

– Dobrze, panie mentorze – przytaknął Stefan, wzdychając. – Ważne, że tu nie ma monitoringu, bo szef nie byłby zadowolony.

Wielka Zośka wyglądała na lekko zawiedzioną, ale szybko przybrała swoją typowo groźną minę, machając ręką, byśmy natychmiast przeszli i dali jej już spokój.

Gdy tylko oddaliliśmy się na bezpieczną odległość i już ponabijaliśmy się z Marcela wystarczająco długo, ten warknął tylko:

– Następnym razem skaczemy przez ten cholerny płot.

Czytaj dalej –> Rozdział 11.