Przebudzenie
Obudzić się w trumnie to największy koszmar większości ludzi. Tyle że obudzić się żywym i wiedzieć, że najbliższe godziny będzie się konać w ciemnym, klaustrofobicznym pudełku z niewielką ilością powietrza, z poczuciem niemocy oraz paraliżującego strachu. Ja, gdy otworzyłem oczy, widząc czerń, i uniosłem machinalnie dłonie, wyczuwając nad sobą drewno, wiedziałem doskonale, że tak czy siak już nie żyję. I może dlatego nie panikowałem. Chyba nie do końca ogarniałem powagę sytuacji. Byłem po prostu dość… senny. Wyśpisz się po śmierci, mówią. Chyba mają rację. Zdawało mi się, że słyszę nad sobą jakieś głosy, nawet szlochy. Zanim się wyłączyłem, pomyślałem jeszcze, że szkoda by było przespać własny pogrzeb.
Nie wiem, ile czasu minęło, ale kiedy wyczułem nad sobą ruch i usłyszałam ciche sapnięcie, natychmiast otworzyłem oczy, unosząc się na łokciach. Zobaczyłem w górze oświetloną od tyłu nikłą poświatą księżyca gębę, ale gębę tak ohydną – z wystającymi kośćmi, gnijącymi gdzieniegdzie resztkami mięsa i dziurą zamiast nosa – że aż mną wstrząsnęło.
– O chuju złoty! – wykrzyknąłem przy tym, nie wiedząc, jak to inaczej skomentować.
– No proszę, wyjątkowo żywy nam się trafił – wymamrotała ochryple ohydna gęba, nachylając się nade mną jeszcze bardziej. – No, tego, jestem twoim mentorem, chłopcze. Mam ci coś ważnego do powiedzenia i nie chcę, żebyś się, no, przeraził…
– Wiem, że nie żyję, ale weźże się pan z dala ode mnie trzymaj, bo słowo daję, że rzygnę! – palnąłem, sam nie wiem, czemu tak niegrzecznie, jak nie ja. Chyba sytuacja tego wymagała. Ale powiedziałem „pan”, więc nie było tak źle.
Mentor zmrużył mętne, galaretowate oczy osadzone głęboko w oczodołach, ale faktycznie się oddalił, stając nad grobem i cmokając wstrętnie z niezadowoleniem.
– No, tego jeszcze nie było.
Dopiero teraz mogłem się ruszyć. Uniosłem się do pozycji siedzącej, dochodząc do wniosku, że całkiem wygodna ta moja trumna. Spojrzałem na swoje blade dłonie. Zaczynało coś do mnie docierać. Ale wciąż mogłem się skupić tylko na tu i teraz. Właściwie niczego nie pamiętałem.
Jestem duchem? – pomyślałem.
– Jestem duchem? – zapytałem.
– Nie jesteś duchem – usłyszałem. – Tylko żywym trupem.
Skupiłem wzrok na owym ohydnym nieboszczyku, któremu mogłem się teraz lepiej przyjrzeć. Był niski i zasuszony, kościsty i gnijący, ale ubrany w koszulę (możliwe, że kiedyś białą) i spodnie (a raczej ich szczątki), a do tego z pojedynczymi kępkami włosów zaczesanymi w tył łuszczącej się głowy. Właściwie zdawał się całkiem… szykowny jak na trupa. Patrzył na mnie z góry mętnymi oczami w taki sposób, w jaki spoglądał na mnie mój bardzo stary nauczyciel matematyki w liceum, gdy przyłapał mnie na ściąganiu – trochę z wyższością, trochę ze złością, a trochę z politowaniem.
Uznałem, że muszę wstać, by tak nade mną nie górował. Podnosząc się, zauważyłem, że otaczają mnie płaskie ściany ziemi owinięte folią rodem z namiotu ogrodowego, a na jednej wisiał okrągły zegar, który wskazywał na jedenastkę. O co w tym chodzi? Właśnie… Dlaczego moja trumna nie jest zakopana? W tym momencie palnąłem głową w coś twardego. Płyta nagrobna? Ledwo po pogrzebie? Stanąłem na nogi, do pasa wciąż zanurzony pod ziemią, po czym spojrzałem w dół. Nie, to nie była płyta! Zrozumiałem, że to deska, i to wysuwana, na której jest ubita ziemia, tak dla prowizorki, a na niej znajdują się wieńce i kwiaty.
– A co to za fuszerka! – wykrzyknąłem z oburzeniem.
Mentor uniósł coś, co kiedyś było brwiami.
– No, z tym będzie ciężko. Półgłówek jak nic – mruknął.
Nie wiem, dlaczego tak mnie zainteresowała ta deska. W końcu byłem na cmentarzu w środku nocy. Stałem we własnej trumnie. Miałem na sobie najlepszy garnitur. Nie żyłem. Nie żyłem, do cholery, i wcale nie obudziłem się w niebie! Ale kto by sobie tym zaprzątał głowę w obliczu tej fałszywej deski z ziemią?
– A co, wolałbyś być zakopany i nigdy nie móc wyjść na zewnątrz, świeżaku? – odezwał się z chichotem jakiś wyjątkowo ludzki trup w całkiem czystym, granatowym surducie.
Dopiero teraz zauważyłem, że wokół mojego grobu stoi kilkanaście innych umarlaków, niektórzy bardziej rozłożeni, a inni ledwo co. Jeden składał się prawie z samych kości, nie licząc bardziej mięsistej głowy. Obserwowali mnie z zaciekawieniem, jakby oceniali, na ile umarł mój mózg i czy będzie ze mnie pożytek. Co tu ukrywać – dokładnie to właśnie robili. Czułem się obnażony; zapragnąłem nagle zamknąć się w trumnie. Ale panika nadal się nie pojawiła. Miałem zamiar pokazać im wszystkim, że panuję nad sytuacją. Wyprostowałem się.
– Myślicie, że nie rozumiem, co się dzieje? Powtarzam: nie żyję. Znaczy, jestem trupem. – Mówiłem to trochę bezmyślnie i aż nadto spokojnie. – To chyba nic dziwnego, że zdziwiła mnie ta deska. Jeszcze… jeszcze nie myślę po trupiemu, jak wy. Jeśli wszystkie trumny mają takie deski i płyty… Nie no, to logiczne. Dla trupów. Chociaż… To znaczy…
Spojrzałem na swoją złocistą tabliczkę na krzyżu: Ś.P. Gustaw Adamowicz, ur. 05.02.1992, zm. 22.06.2016. Na zawsze w naszych sercach! O nie…
– Jak sądzicie, za ile sobie przypomni? – odezwał się cicho ktoś z tyłu.
– Daję mu dwadzieścia sekund, zanim wpadnie w panikę – szepnął ktoś inny.
– A ja dziesięć, zanim tak naprawdę dojdzie do niego, że jest rozkładającym się truchłem.
– Już nie będzie taki piękny, jaka szkoda…
– Oho, patrzcie na jego minę, chyba przypomina sobie śmierć, ha, ha!
Ale ja, który w tym czasie faktycznie jakby odzyskałem pamięć, odtwarzając w kilka sekund swoje nędzne życie, w tym jakże teatralną śmierć, zrozumiałem najważniejsze.
– Nie zdążyłem wydać książki! Nieeeeee! – zawyłem przeciągle, patrząc filmowo w niebo i unosząc ręce do góry.
I dopiero wtedy zacząłem panikować.