Pierwsze zadanie

Zanim Henryk zdążył mi wyjaśnić, co to za pierwsze zadanie, przyczłapał do nas, stawiając ogromne kroki, Marcel; jego mina wyrażała trochę obawy, a trochę złości.

– No i czemu nie mówiłeś, że planujesz spacerek do tego człowieka? – burknął. 

– Byłeś zbyt zajęty zakładaniem się, poza tym… – zacząłem, a Marcel zaraz chwycił mnie przyjacielsko (i mocno) za ramię.

– Zakładaniem? Czego, spodni? Ha, ha, dobre! – Zaśmiał się niezręcznie głośno i niezręcznie powoli. Zakłady są zakazane? Pewnie nie. Henryk uniósł brwi, ale Marcel szybko zmienił temat. – To kto to był? Chyba mu się nie pokazałeś?

– Mój kumpel, Wiktor. I nie, nie pokazałem mu się, tak przecież mówi pierwsza z zasad cmentarza. – Mrugnąłem do Henryka. A potem szepnąłem ukradkiem Marcelowi: – Był, cóż… desperatem. Wygrałeś zakład.

Chłopak szepnął pełne satysfakcji „jessss”, a sekundę później już stał wyprostowany.

– Dobrze, że jesteś, Marcelu – mówił tymczasem pogodnie Henryk – bo przydasz się naszemu mentorowi. Chodzi o Alicję Zgonek, aktualnego wybudzacza.

– O, Ali! Mówiłem ci o niej – przypomniał Marcel. – Próbowałem zachęcić ją do życia, ale ona woli leżeć zamknięta w trumnie i narzekać na swój los.

– Ano właśnie, nie stosuje się do dziesiątej zasady cmentarza – dopowiedział sekretarz. – Dałbym jej wolne, ale nie mamy na zastępstwo nikogo tak żywego jak ona. To jak, Gustawie? Spróbujesz z nią porozmawiać? Twoje umiejętności mentorskie z pewnością postawią ją na nogi. Liczymy na ciebie. To naprawdę kluczowa sprawa. Naprawdę – podkreślił. Pokiwałem głową, kryjąc zakłopotanie. – Marcelu, zaprowadzisz mentora do Alicji?

– Po moim trupie, Henryku.

Ruszyliśmy zatem na drugą stronę cmentarza. Starałem się nie myśleć o Wiktorze, choć jego przeorana używkami, zrozpaczona twarz nie znikała mi sprzed oczu. Co chciał mi powiedzieć?

– A w jakim sensie ta Alicja jest taka… żywa? – spytałem, by oderwać się od niechcianych myśli.

– Ali umarła kopnięta przez prąd. No i sama jest przy okazji trochę kopnięta. – Zaśmiałem się, ale Marcelowi jakoś do śmiechu nie było. – Przez to ma problem z zapadnięciem w trupią apatię. Nie może usiedzieć na miejscu. Prawie nigdy nie śpi, rozumiesz? Jak już to popada w zamyślenie. I nie zdziw się, Ali bywa denerwująca, nieposłuszna i gwałtowna.

– To ile właściwie ma lat?

– Zmarła w wieku niecałych osiemnastu. Teraz dobiła już chyba do dwudziestu jeden.

Taka młoda? Zrobiło mi się przykro. Choć właściwie wcale nie umarłem dużo starszy. 

Po chwili doszliśmy do jej grobu, który tak jak i mój znajdował się przy płocie, choć po drugiej stronie. Na nagrobku zobaczyłem jej zdjęcie w złotej ramce: wyszczerzona dziewczyna z wielkimi oczami i różowymi do ramion prostymi włosami, z równiutką grzywką, która tylko dodawała jej uroku.

– Wygląda tak niewinnie – skomentowałem z zadumą. Tym razem to Marcel się zaśmiał.

– Pozory mylą, Johny. No, to otwieraj grób. Musisz zdobyć w tym wprawę.

Delikatnie, tak by nie spadło kilka kolorowych, świecących się zniczy, przesunąłem jasnoszarą płytę.

– Gówno widać – oznajmiłem, mrużąc oczy.

– Księżyc nie zawsze świeci jasno. – Marcel wzruszył ramionami z uśmieszkiem. – Trzeba sobie jakoś radzić. Albo mieć swoją grobową latarkę zawsze przy sobie.

Cóż, Marcel mi nie pomoże. Jedyne źródło światła stanowiły znicze. Chwyciłem się pierwszego z brzegu – czerwonego w kształcie serca – i wskoczyłem w dziurę, prosto na trumnę. No tak, w ten sposób jej nie otworzę. Wcisnąłem więc nogi między drewno a ścianę z gleby okrytej folią. Nie było to wygodne i wypchałem przy tym trzewiki ziemią, ale udawałem przed zerkającym na mnie Marcelem, że wszystko jest w porządku. 

– Po co ta folia? – spytałem jeszcze.

– Jak to: po co? Myślisz ty w ogóle? A jak przyjdzie ulewa, to chciałbyś, żeby ci zalało trumnę?

No tak, to logiczne. Strzeliłem kośćmi w palcach, a potem zapukałem grzecznie dwa razy w wieko trumny. Będę kulturalny, a co. Puk, puk.

– Kto tam – usłyszałem stłumiony głos z dołu.

– Diabeł – odparłem automatycznie, wspominając sobie swoją ulubioną grę z dzieciństwa.

– Co chciał – mruknął głos, tym razem trochę głośniej. Zdziwiony, kontynuowałem.

– Farbę.

– Jaką.

– Różową! – zawołałem i otworzyłem wieko.

Ali wrzasnęła tak głośno, że aż się chwyciłem za uszy. Na jej siną, wychudzoną twarz spadła książka, którą trzymała w rękach. Karolcia. Tylko wyblakłoróżowe włosy wystawały spod okładki na boki. Zauważyłem przyczepioną do wieka trumny latarkę. Ale wygoda!

– To tak można? Super! – powiedziałem ucieszony.

– A ktoś ty? Johnny Depp? Dżizas – warknęła dziewczyna. Odłożyła książkę na bok i usiadła szybko. Miała na sobie wyjątkowo brudną i poszarpaną, kiedyś chyba białą sukienkę z kołnierzykiem zapiętym aż po samą szyję. Jej piwne, zapadnięte oczy o długich rzęsach ciskały we mnie błyskawicami. Była naprawdę mało rozłożona jak na trzyletniego trupa. Tylko z dłoni wystawało trochę mięsa, a na twarzy wyskoczyło sporo ciemnych plam, choć te miał chyba każdy jeden trup. Spojrzała na znicz. – Ty zboczeńcu, przyszedłeś na romanse? Nie jestem nekrofilką!

– O fuj, nigdy – palnąłem. Przecież ona mogłaby być moją młodszą siostrą.

– A bo co? Bo taka jestem brzydka? 

– Nie, to nie tak. Jesteś śliczna, ale… – zacząłem, a ona wyszczerzyła się jak na zdjęciu.

– Naprawdę tak uważasz? No to wspaniale! – Jej uśmiech przeszedł w zażenowanie, a potem przeobraził się we wściekłość. Cóż za wulkan emocji. – A teraz, z łaski swej, wypad, kochasiu. Nikt mnie już nie wyciągnie na zewnątrz. Nigdy. Nigdy!

W tym momencie wtrącił się Marcel, który pochylił się nad nami.

– Hej, Ali, to ja, Marcel. A ten dziwny pan nad tobą to nasz nowy mentor, Gustaw, zwany Johnym. Bądź dla niego miła, jest bardzo wrażliwy. To romantyk. I pisarz.

– Że co? – warknąłem, ale dziewczynę to zainteresowało.

– Mój dziadek dużo czytał – powiedziała z nostalgią, a złość nieco ustąpiła z jej twarzy. – Zawsze jakieś powieści przygodowe albo podróżnicze. Jak byłam mała, pisał mi opowiadania ze mną w roli głównej. A teraz umarł. Na śmierć.

– Ten kieliszek na koniec był gwoździem do jego trumny, poza tym… – paplał Marcel, ale tym razem to ja mu przerwałem, zwracając się do Ali.

– Posłuchaj, młoda. Pójdziemy na układ. Gdy tylko zdobędę jakiś zeszyt i długopis, napiszę fajny tekścik z tobą jako bohaterką. A ty za to wyjdziesz z trumny i wrócisz do świata żywych trupów. Co ty na to?

– Naprawdę? – szepnęła z nadzieją Ali. – Zrobisz to dla mnie?

– Tak! – zapewniłem ją ochoczo. – To jak, zgadzasz się?

– Nie. Mam to w du-pie! A teraz wypad stąd!

Dziewczyna pokazała mi fioletowy język i zatrzasnęła za sobą wieko trumny, zostawiając mnie z taką miną, jakbym właśnie dostał z liścia w twarz. Usłyszałem śmiech Marcela.

– Co ty myślałeś, że pójdzie ci tak łatwo? 

– Tak – przyznałem naburmuszony. A potem dodałem wprost, zachwycony ostatnimi czasy własną szczerością: – A w ogóle to mnie rozpraszasz. I stresujesz. Idź stąd na razie, chcę z nią porozmawiać sam na sam.

– Och, no tak, panie mentorze, proszę o wybaczenie, że przeszkadzam w pracy, to niemoralne, kłaniam się nisko – mruknął z ironią Marcel. – Idę do Ewki po moją zapłatę. Do potem.

Gdy odszedł, natychmiast poczułem się znów samotny; cała moja pewność siebie zniknęła. Zebrałem myśli. Co ja tu w ogóle robię? Nie żyję! Gadam z trupami! Mam pomagać innym, a mi to kto pomoże? Wiktor za mną rozpacza! Rodzice pewnie też. Może i Julia. A Oliwka? Co z Oliwką? Pal licho książkę, chciałbym chociaż na moment pogadać z każdym z nich…

Nawet mnie już nie zdziwiło, że znów się rozkleiłem. I to nad grobem Ali. A ta jak na zawołanie otworzyła gwałtownie trumnę i spojrzała na mnie z ukosa.

– Co tu jeszcze robisz, Johny-napalony? Zaraz, zaraz, czy ty mi tu płaczesz?

– Tylko trochę – bąknąłem ze wstydem, przecierając oczy. – Już stąd idę.

Ali patrzyła na mnie uważnie przez moment, a potem chyba w końcu trochę zmiękła.

– Dobra, co mi tam, siadaj. – Widząc, że nadal stoję niepewnie, zawołała: – No dalej! Dżizas, dzisiejsza młodzież…

Usiadła po turecku po jednej stronie trumny, a ja jeszcze sekundę stałem, niepewny, czy zdjąć buty. W środku było jednak tyle błota, że po prostu wszedłem w moich pełnych ziemi eleganckich derbach i oparłem się drewnianą ściankę, uginając nogi. Ali to nie przeszkadzało. Teraz już nie była tak nerwowa, po prostu zdemotywowana, jakby kostucha wyrwał z niej wszelkie szczęście.

– Dalej, nawijaj – powiedziała, machając ręką.

– Wolałbym posłuchać ciebie – odparłem zgodnie z prawdą, choć była to prawda podszyta chęcią spełnienia misji Henryka.

– Mnie? Nikt nie chce mnie nigdy słuchać… – Ali była szczerze zdziwiona. Założyła ręce na piersiach, patrząc na mnie podejrzliwie swoimi wielkimi, piwnymi oczami. – Pewnie miałeś młodszą siostrę i teraz wczuwasz się w rolę brata, co? Pewnie się teraz do mnie przyczepisz?

– Coś ty. Miałem starszą siostrę i w żaden sposób jej nie przypominasz. Po prostu… – zagryzłem wargi – trudno mi się jeszcze mówi o własnym życiu. Na razie przeżywam jawny wylew uczuć, a nie jestem do tego przyzwyczajony…

– Hmm. No, ja też przeżyłam załamkę po śmierci – odezwała się Ali, odchrząkając. A potem wreszcie zaczęła mówić, szybko i głośno: – Miałam tyle planów, że Boże. Chciałam polecieć na Antarktydę, wziąć udział w zawodach łyżwiarskich, skoczyć na bungee, hodować alpakę, pracować jako modelka, zatańczyć przed całym światem… A już najbardziej pragnęłam zostać akrobatką. I na co były mi te setki godzin nauki? Wiesz, miałam jechać na ogólnopolski pokaz utalentowanych akrobatów, byłam bliska osiągnięcia czegoś, pokazania się ludziom, spełnienia największego marzenia. – Witaj w klubie, pomyślałem. – A tu nagle wylazłam z basenu przy domu, żeby się wyjszczać w krzakach, bo mi się nie chciało iść do kibla, i akurat przykucnęłam na urwany kabel. Patrz. – Przesunęła nieco spód sukienki i pokazała mi ogromne poparzenie na obu łydkach, szczerze mówiąc dość odrażające. A może raczej porażające. – Super, nie? – Gdy pokiwałem niepewnie głową na potwierdzenie, uśmiechnęła się w chyba trochę szalony sposób, a potem kontynuowała, znów z przygnębieniem. – Więc jak mówię, byłam załamana, wiadomo. Nie miałam się gdzie wyżyć, wytańczyć, wyskakać. Nosiło mnie, myślałam że zwariuję, ale dziadek mi pomógł. Okazało się, że jeszcze nie przeszedł na drugą stronę. Nauczył mnie panować nad tym… ruchem. Chociaż oczywiście nadal byłam ruchliwa. Byłam, bo teraz już będę tylko leżeć w tej trumnie. Bez dziadka nic nie ma sensu. Wiesz, jak długo się dla mnie trzymał?

– Eee… trzy lata? – wywnioskowałem.

– O proszę, jaki przemądrzały. – Ali prychnęła. A potem zmarszczyła brwi. – Ech, chujowo jest przeżyć śmierć bliskiej osoby po raz drugi. – To przekleństwo mi do niej nie pasowało, ale właściwie się jej nie dziwię, że tak ujęła sprawę. – Ale fajnie jest spotkać się z bliską osobą po własnej śmierci. Może masz tu kogoś takiego na cmentarzu, co, panie mentorze?

– Moja babcia, Halina Adamowicz…

– Umarła po raz drugi rok temu – odparła zaraz dziewczyna, wzruszając ramionami. – Wiesz, jako wybudzaczka znałam i znam wszystkie trupy na cmentarzu.

Sam nie wiem, czy bardziej mi było smutno, czy bardziej poczułem ulgę. Wizja chodzącego szkieletu babci trochę mnie przerażała. 

– Przykro mi, że… – zacząłem, ale Ali natychmiast mi przerwała.

– Cicho siedź! Nie chcę twojego współczucia. Chcę zatopić się w toni własnej martwicy.

Uniosłem brwi, ale zaraz potem je zmarszczyłem z zaciekawieniem, zauważając nagle za plecami dziewczyny niewielkie pudełeczko w kwiatki.

– A co to tam masz? – spytałem.

– To? A nic, listy od mojej siostrzyczki…

– Listy?

– Tak, to bardzo podła historia, wiesz… Bo… – Dziewczyna umilkła, a potem założyła w złości ręce na biodra. – O nie, nie dam się podejść! No proszę, jaki mentor. Nic ci nie powiem, chamie jeden. Znalazł się zbawca. 

– Nie musisz. Do niczego cię nie namawiam. – Właśnie zaświtał mi w głowie lepszy plan. – Czyli co, nie masz zamiaru wrócić do wybudzania innych?

– Nie, nie i jeszcze raz nie – odparła znów zdenerwowana Ali. – Ale tego, no… Może opowiesz mi coś o sobie? Czemu tak się mazgaiłeś nad moim grobem? Marcel ci coś nagadał?

– To bardzo podła historia, wiesz… Tylko, ach, nie mam czasu, przez mentorowanie i te sprawy… – Podniosłem się. – Na pewno nie dasz się namówić?

– Nie! Ale…

– No nic, miłego czytania pani Krüger.

– Nie chcesz, to nie, wreszcie będę mieć spokój, Dżizas – odburknęła Ali obrażonym tonem, choć wyczułem w jej głosie nutkę zawodu, tak jak oczekiwałem. – Pozdrów ode mnie Marcela. Albo nie, nie pozdrawiaj pana Prawnika, Który Mówi Jak Prawnik i Wszystkich Wkurza Jak Prawnik.

Uśmiechnąłem się ukradkiem, tak by nie widziała, po czym wspiąłem się na zewnątrz, a ona znów się zamknęła w trumnie, trzaskając tak głośno, że aż podskoczyłem. Zauważyłem, że niebo zaczyna się powolutku rozjaśniać. Poszedłem w stronę swojego grobu, szukając przy okazji wzrokiem Henryka. Ten jednak sam mnie znalazł, wyłaniając się niespodziewanie zza jakiegoś grobu, jakby się tam krył i na mnie czekał.

– No i jak, Gustawie? – spytał od razu. – Udało ci się coś załatwić?

– Nie. Jeszcze. – Sekretarz wyraźnie się zmartwił. Zbliżyłem się do niego. – Powiedz mi, Henryku, masz może kilka kartek i coś do pisania?

– Jakże miałbym nie mieć? W końcu jestem sekretarzem, no nie? – odparł radośnie Henryk. 

Ruchem ręki wskazał, bym poszedł za nim. Przeszliśmy w górę przez kilka alejek. Trupy chowały się już z wolna do swoich trumien. Po chwili stanęliśmy nad jego grobem, a ja przeczytałem napis: Ś.P. Henryk Drewniok, ur. 18.05.1967. zm. 28.02.2011. Umarłeś po to, aby żyć. Zachichotałem cicho. A sekundę później już rozdziawiałem usta w zdumieniu, widząc, jaki apartament sekretarz skrywa pod płytą nagrobną. Było tu naprawdę przestronnie, tak jakby Henryk wyżłobił sobie więcej miejsca w glebie. Ze ścian wystawały drewniane półki, na których leżały stosy plików i jakieś książki, obok przyczepione były z trzy latarki oraz zegar, a gdzieś z boku zauważyłem nawet pudełko z zapasowymi bateriami.

– A co to tam jest? – spytałem, wskazując na deskę przyczepioną do mniejszej ścianki przy końcu trumny. Henryk wskoczył do środka i pociągnął deskę w dół. Zorientowałem się, że to coś w rodzaju wyciąganego biurka. Biurko w grobie! Już wiem, do czego chcę dążyć po śmierci.

Tymczasem Henryk podał mi cienki, lecz niezapełniony zeszyt – jeden z wielu, które miał na kupce – i ołówek.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, i że nasza Alicja wróci do pracy – powiedział przy tym.

– No pewnie – odparłem rezolutnie, choć pewny nie byłem. A potem dodałem z uznaniem: – Niezłe mieszkanko.

– A, to… – Henryk machnął skromnie ręką. – Musiałem się bardzo przysłużyć grabarzom, żeby pomogli mi się tak urządzić. Kopałem dla nich groby, szukałem monet… Ale dzięki temu lepiej mi się pracuje. – Spojrzał na niebo. – Trzeba się kryć, Gustawie. Powodzenia, cokolwiek planujesz! Proszę, pośpiesz się z tym. To ważne.

– Postaram się. Miłego… dnia – odparłem, czując, że trochę potrwa, zanim przyzwyczaję się do tego nocnego trybu życia.

Gdy wracałem do swojego grobu, dogonił mnie Marcel. Pomachał mi przed oczami złocistą bransoletką.

– Wygrana to moje drugie imię – oznajmił z satysfakcją. – A co z Ali?

– Pracuję nad tym – powiedziałem tylko.

– Nie sądziłem, że ci się uda, jeśli to ci poprawi humor. Ale za to mogę cię obudzić następnej nocy, gdyby ci się przysnęło. Spróbujesz spełnić świadczenie nadane ci przez Henryka jeszcze raz. Albo i nie.

 – Aha. To na razie. Spełnić świadczenie, ło matko… – przedrzeźniłem go pod nosem, ale chyba już tego nie usłyszał.

Zostawiłem go przy jego grobie, a sam zadreptałem do swojego. Doszedłem do wniosku, że nawet nie przyjrzałem się wieńcom, a zwłaszcza napisom na szarfach żałobnych. Najukochańszemu Synowi – pogrążeni w smutku rodzice (jakby mieli innego syna); Najlepszemu Przyjacielowi – Wiktor (ciekawe, czy znajdzie sobie nowego najlepszego przyjaciela – oby nie za prędko); Młodszemu Bratu – siostra (to się wysiliła); potem dziadkowie, ciotki, wujki, Sońka (no tak, nie zdążyłem wysłać SMS-a), a na samym dole… Na zawsze w pamięci – Oliwia. Aż się nogi pode mną ugięły. Kochała mnie, jak nic. To pewne. To… wspaniałe! Poprawiło mi to humor, mimo że niewiele mogłem z tą informacją zrobić. Łzy spływały mi po policzkach, i choć miałem dość tych moich ciągłych płaczów, tym razem poczułem, że przechodzę kolejne katharsis; naprawdę wszyscy za mną tęsknili, rodzice chyba również… Wiedziałem też, że balansuję teraz na cienkiej granicy między szczęściem a rozpaczą. 

Gdybym tak mógł cofnąć czas…

Banalny patetyzm.

Nie miałem czasu na takie głupoty. Czekał mnie długi dzień. Odstawiłem ostrożnie wieńce, a potem odsunąłem drewnianą płytę z przyczepioną do niej ziemią, wskoczyłem do środka i po chwili już leżałem sobie wygodnie w trumnie, spokojny i zdeterminowany. Po około godzinie namysłu zapaliłem latarkę, chwyciłem ołówek do ręki i zacząłem pisać.

Gdy tylko znów nastała noc – zegar był bardzo pomocny – wyjrzałem ukradkiem, czy cmentarz jest opustoszały. W końcu wypełzłem spod ziemi, a potem dotarłem do grobu Ali. Odsunąwszy płytę, położyłem zeszyt z gotowym tekstem obok jej trumny, zapukałem dwa razy w wieko i szybko się wycofałem. Nie zdążyła mnie nawet zobaczyć. Prędko wróciłem do siebie i, zmęczony, z ulgą zamknąłem oczy.

 

Czytaj dalej –> Rozdział 8.