Mój przyjaciel trup
Jak się okazało, jego grób był bardzo blisko mojego. Usiedliśmy sobie na marmurowej płycie nagrobnej, tuż obok świecących się kolorowych zniczy. Jeden z nich był elektryczny i migał na wszystkie kolory, aż mi się w głowie od tego kręciło. Na prostokątnym pomniku z wyżłobionym złotym sercem z jednego rogu i krzyżem z drugiej przeczytałem: Ś.P. Marcel Zakopski, ur. 10.12.1987, zm. 10.12.2015. Spoczywaj w pokoju!
– O kurde, nie dość, że umarłeś w swoje urodziny, to jeszcze całkiem niedawno – powiedziałem, automatycznie czując do niego sympatię. Gdzieś z tyłu głowy kojarzyłem jego nekrolog z grudnia, ale to było mgliste wspomnienie.
– Taa, ekstra – mruknął Marcel. – I to w Europejski Dzień Prawnika, rozumiesz?
– A co, byłeś prawnikiem?
– Taa. Adwokatem.
Wyglądał na takiego. Blond włosy, trochę brudne z ziemi, ale schludnie zaczesane w tył (skąd on miał grzebień?); niebieskie, zamglone, lekko zapadnięte oczy z ciemnymi worami pod spodem, których spojrzenie było zarazem cyniczne i bystre; podłużna twarz, trochę biała, trochę fioletowa, trochę zielona, aczkolwiek skóra trzymała się doskonale; wysoki i chudy, z koszulą zapiętą na ostatni guzik, z długimi palcami oraz brudem pod kontrastowo zadbanymi paznokciami.
– Jak coś, to ja jestem tym cmentarnym bad boyem – zastrzegł sobie na wstępie Marcel ze śmiertelną powagą. Uniosłem brwi pytająco, więc dodał: – Jestem zły. Rozumiesz? Zły trup. Przesiąknięty tym złem do szpiku kości. Nie oczekuj ode mnie niczego dobrego.
Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć, bo szczerze mówiąc na króla zbrodni mi nie wyglądał, dlatego pokiwałem z uznaniem głową.
– Wow, to… super. A jak umarłeś? – spytałem.
– A co cię to interesuje? – odburknął. Okej, może to było intymne pytanie. Na ustach Marcela pojawił się jednak uśmieszek. – Lepiej ty powiedz, panie mentorze, kim byłeś za życia.
– Studentem-pisarzem.
Tak jak myślałem, chłopak wybuchnął śmiechem.
– No tak, ta iście dramatyczna scena po przebudzeniu mówiła sama przez siebie.
– Słuchaj – powiedziałem półgłosem, puszczając jego uwagę mimo uszu. – Jak na razie wydajesz mi się tu najnormalniejszy. – Bo normalny niekoniecznie, pomyślałem. – Powiedzże mi, o co tu w ogóle chodzi? Czy naprawdę większość trupów jest taka, hmm, sztywna?
– Sztywna? Ty jeszcze niczego nie widziałeś, chłopie. Jestem pewien, że znaczna większość trupów zostałaby ubezwłasnowolniona całkowicie, jeśli wiesz, co mam na myśli. Mam tu niezły ubaw czasami. Przyzwyczaisz się, Gustek, czy jak ci tam. Kogoś mi przypominasz…
– Zapewne Johny’ego Deppa – odparłem automatycznie. Toż to był nieodłączny element mojego życia – porównywanie mnie do Johny’ego. Tak mnie nazywali w szkole, tak mnie nazywali w liceum (czasem dodając do tego „nawiedzony”), tak też mnie nazywali na studiach. Trochę mi to schlebiało, trochę mnie to wkurzało, ale faktycznie byłem podobny do młodej wersji tego aktora. Oj, uwielbiałem gapić się na szkolnych korytarzach w okna, oczywiście ubrany na czarno, i wzdychać od czasu do czasu, grając w ten sposób niedostępnego, zranionego samotnika-artystę. Teraz, jak tak o tym myślę, to mam wrażenie, że było to żenujące. – Mów mi Johny, jeśli chcesz – dodałem zatem.
– Johny, no właśnie. Słuchaj więc, Johny… Na tym cmentarzu nie jest aż tak źle. Tylko nudno, nie licząc trupich zabaw raz na miesiąc. Mało tu niestety młodych trupów, chyba rozumiesz. Dlatego wspaniale, że umarłeś.
– Eee, dzięki – bąknąłem, po czym dopytałem: – Trupie zabawy?
– Owszem. Jest tu taka staruszka, Genowefa, która zajmuje się organizowaniem rozrywki. Raz na miesiąc wymyśla jakieś tańce śmierci, zabawy w pochowanego czy coś. Brakuje w tym wszystkim życia. Cóż, coś się przynajmniej dzieje. Ale mogłoby się dziać więcej.
Zadałem w związku z tym pytanie, które wydało mi się najlogiczniejsze:
– A czy trup może pić?
Marcel wyraźnie się ożywił.
– Chyba zostaniemy przyjaciółmi, stary. – Posłałem mu uśmiech. – Wiesz, to kwestia dyskusyjna z tym piciem. Bo co by nie było, wątroba nieświeża, krew mrozi się w żyłach… – Posmutniałem. – Ale… – Uniosłem głowę z nadzieją. – Alkohol jakimś sposobem i tak uderza do głowy. – Uśmiechnąłem się. – Tylko że kace są cztery razy gorsze, bo wszystko się w tobie kisi. – Zmarszczyłem nos. – Ale też dłużej jesteś narąbany. – Uśmiech przeszedł w wyszczerz. – Zatem, jak widzisz, meritum jest takie, że wszystko się da, jeśli się chce. Ale i tak działa to jako tako tylko w przypadku nas, młodych trupów. Jednakowoż ty jako mentor chyba nie powinieneś popadać w stan upojenia, dasz zły przykład zagubionym umarlaczkom… – Chłopak zachichotał.
– A spadaj – odpaliłem groźnie. – Pisarz to pisarz. Nieważne czy żyje, czy nie, musi dostać odpowiednią dawkę procentów. Dlatego lepiej powiedz, jak zdobyć jakąś flaszkę.
– Zwolnij, kowboju. To nie takie proste. Trzeba sobie zasłużyć u grabarzy. Ale nie martw się, coś załatwię. I tak musisz przejść trupi chrzest.
Miałem jeszcze sporo pytań, choćby na czym polega trupi chrzest, ale Marcel uderzył dłońmi w kolana, po czym wstał żwawo.
– Dobra, trzeba by się trochę przejść. Zobaczysz, jak to wszystko tak naprawdę funkcjonuje.